Szturm

Szturm

wtorek, 31 maj 2016 20:17

Ukraińscy pracownicy a sprawa polska

Szacuje się, że już ponad milion Ukraińców wyemigrowało do Polski w ciągu ostatnich lat. Wszystko wskazuje, że to dopiero początek. Serwisy z ogłoszeniami pełne są propozycji polskich pracodawców, chętnych do zatrudnienia tanich pracowników zza wschodniej granicy. Powstało wiele agencji, przypominających targi niewolników proponujących polskim firmom szybkie, tanie i proste „wypożyczenie” dowolnej liczby Ukraińców. Takich którzy będą pracować za jeszcze niższe stawki niż najsłabiej opłacani polscy pracownicy. Rosnąca skala zjawiska i jej znaczenie dla naszego kraju, nie może pozostać bez komentarza z nacjonalistycznego punktu widzenia.

Środowiska „ekonomicznych ekspertów”, bezkrytycznie reprezentujących nurt neoliberalny i pochwalające wszystko, na czym może skorzystać wielki biznes, jak zawsze uspokajają opinie publiczną i mnożą korzyści zalewu polskiego rynku pracy przez imigrantów ze Wschodu. Podobnie jak w tematach dominacji naszego handlu przez zagraniczne dyskonty, utrzymywania swawoli zagwarantowanej bankom czy prywatyzacji kolejnych polskich przedsiębiorstw także i w tym przypadku opisują boom na ukraińskich pracowników w samych superlatywach. Wtóruje im także Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, którego dalekosiężne plany to sprowadzenie 5 milionów ukraińskich pracowników do Polski. Ich zdaniem w naszym kraju brakuje rąk do pracy. Jak ma się to do ponad 1,5 mln. polskich bezrobotnych? Odpowiedź okazuje się prosta. Nawet najgorzej opłacani polscy na umowach śmieciowych, to dla wielu przedsiębiorców niepotrzebny wydatek, mając w perspektywie zatrudnianie ludzi za stawki wynoszące kilka złotych za godzinę.



Pracodawcy i doradcy biznesowi chwalą także Ukraińców za konkurencyjność na rynku pracy. Czym jest ta konkurencyjność? Rekordziści o jakich można znaleźć informacje to m. in. ukraińskie kobiety które pracowały za 2zł przy zbiorach na polu truskawek. Stawki spadające bardzo często poniżej minimum potrzebnego do egzystencji w Polsce, ciągle jednak nie odstraszają Ukraińców i Ukrainek przed przyjazdem. Z relacji części z nich wynika, że normą w ich zakładach pracy była praca po kilkanaście godzin dziennie i zamieszkanie w urągających ludzkiej godności warunkach, takich jak pozbawione dostępu do wody garaże czy piwnice. Nie jest to przytaczane jako norma, ale sam fakt istnienia takich przypadków daje sporo do myślenia. Istnieje też pewna grupa stosunkowo uczciwie wynagradzanych specjalistów ukraińskiego pochodzenia, jednak największą część stanowią prości pracownicy, zatrudniani zwykle za stawki oscylujące poniżej lub wokoło polskiej płacy minimalnej (zwykle na umowach śmieciowych, często też na czarno) którzy mogą pozwolić sobie na wynajmowanie mieszkań, zwykle z wieloosobowymi pokojami.


Ukraińcy opowiadają w wywiadach z polskimi mediami, że zgadzają się na groszowe stawki czy pomiatanie przez polskich pracodawców, dlatego, że to i tak jest lepsze niż życie na Ukrainie, gdzie średnia pensja wynosi kilkaset złotych miesięcznie a nad młodymi ciąży widmo powołania do walki na terenach Donbasu. To jest właśnie tajemnica zachwalanej przez przedsiębiorców „konkurencyjności” Ukraińców. Oznacza to tyle, że zdaniem neoliberałów Polak chcący dorównać „konkurencyjnością” Ukraińcowi, powinien zgodzić się na zwiększenie poziomu wyzysku.


Sytuacja ta może być wynikiem pazerności dużej części polskich pracodawców, takich jak tych zrzeszonych w Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Ale jak w wielu innych przypadkach trzeba pamiętać, jakie działania są najbardziej pożądane w gospodarce rynkowej. Kolejny raz musimy sobie zdać sprawę, że nie można zbudować gospodarki służącej Polakom na wierze w dobre intencje właścicieli firm. Najlepiej wyjaśnia to fakt, że w bezpośredniej konkurencji wygra te przedsiębiorstwo, którego właściciel etykę i gospodarczy patriotyzm odłoży na bok, tnąc koszty na zatrudnianiu tanich obcokrajowców zamiast swoich rodaków. System wolnorynkowy jest z gruntu nastawiony na wynagradzanie tych, którzy zapomną o innych wartościach niż własny zysk. W tym przypadku są to wartości takie jak solidaryzm narodowy, interes polskich pracowników czy nawet zwykłe poszanowanie godności drugiego człowieka.

Celowo nie została tu poruszona kwestia kulturowo-historyczna, zwykle dominująca w debacie narodowych środowisk nad sprawami Ukrainy i Ukraińców. Często lubimy skupiać się na historii i symbolach bardziej niż na kluczowych sprawach takich, jak warunki pracy w naszym kraju. Nie grozi nam i prędko nie będzie grozić „ukrainizacja”. Wiele bardziej prawdopodobna jest asymilacja, z racji na bliskości kulturowe i językowe. Szczęściem w tym całym problemie na pewno jest fakt, że nie znajdziemy się w takiej sytuacji jak Zachodnia Europa zalana przez imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki. Zachodnia Europa nad którą z tego powodu nadciąga ogromna katastrofa. Dlatego priorytetem w dyskusji powinna w tym wypadku być sprawa pracy.


Z czysto ludzkiego powodu powinien nas odrzucać fakt obchodzenia się z pracownikami ze Wschodu przez niektórych polskich pracodawców. To samo spotyka na co dzień wielu Polaków. Przyzwolenie na ten proceder odbiera szanse na lepsze czasy także dla polskiego pracownika, a w efekcie pogłębianie rozwarstwienia społecznego i exodus kolejnych pokoleń za granicę. Bardzo możliwym scenariuszem staje się wizja masowej migracji: Ukrainiec do Polski - Polak na Zachód. Teraz, dla rozwiązania tego problemu jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wzrasta potrzeba interwencji Państwa. Likwidacji umów śmieciowych i podniesienia płacy minimalnej, w połączeniu ze skutecznym egzekwowaniem praw pracowniczych.


Michał Kardas




wtorek, 31 maj 2016 20:16

Nasi wrogowie

Jako nacjonaliści często spotykamy się z otwartą wrogością, niechęcią, czy strachem i to ze strony wszystkich możliwych ugrupowań politycznych, przedstawicieli najróżniejszych poglądów. Zwłaszcza nacjonaliści radykalniejsi, którzy postrzegani są jako ekstremiści totalni, zwalczani są nawet przez środowiska uznające się za antysystemowe. My tę wrogość odwzajemniamy jeszcze mocniej utwierdzając się w idei lecz kim dokładnie są nasi wrogowie? Jakie są ich cele i czy koniecznie należy się ich wrogością przejmować i czy trzeba w każdym przypadku poświęcać się ich zwalczaniu? Pozwolę sobie wymienić przeciwników politycznych dzieląc ich na cztery grupy, ze względu na to, że w obecnych czasach podziały na prawicę i lewicę rozmydliły się całkiem. Przyjmijmy więc, że prawicowcem/konserwatystą jednak pozostaje ten, która za niego się uważa, podobnie w przypadku lewicowca, czy liberała.


Liberałowie - pod tym słowem możemy rozumieć cały establishment liberalny, który w Polsce dominował w ostatnich latach i sprawia wrażenie, że stracił częściowo swoje wpływy, główne partie obecnie opozycyjne, organizacje walczące o „demokrację”, „wolność”, oraz szereg osób publicznych tzw. elity popierających ich dążenia. W ostatnich miesiącach wymienieni bardziej wyraziście się zjednoczyli, a także w pewnym sensie odseparowali o dużej części społeczeństwa (podobnie jak to robiła obecna partia rządząca skupiając się głównie na kreowaniu tzw. „sekty smoleńskiej”). Wszystkie te środowiska: Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej, Komitetu Obrony Demokracji, Gazety Wyborczej, Lisy, Wajdy, pederaści i socjal-demokratyczne partie jak Twój Ruch, które nawet nie zaistniały w świadomości politycznej i to wszystko ponoć jeszcze polane sosem Żyda Sorosa otwarcie wspierającego te środowiska w protestach, mniej otwarcie rzekomo datującego je ogromnymi sumami pieniędzy.


Te wszystkie środowiska dokonały w maju bieżącego roku ogromnej mobilizacji, na którą zebrali, wedle ich szacunków, ponad 200 tysięcy osób. Biorąc pod uwagę masowe protesty na Zachodzie to jest to bardzo słaba liczba i wręcz to mogło oznaczać słabość opozycji. Wygląda na to, że rządząca partia odebrała to w ten sposób i uderzyła w Platformę Obywatelską słynnym już audytem, który dla części naszego środowiska żadnym zaskoczeniem nie był. Postawiło to wymienione środowisko w tragicznej sytuacji. Broniące demokracji, wolności, czyli czasów swojej dominacji i rządów, które ostatecznie skompromitowano w audycie jedyny argument, który przeciwstawiają tej narracji to nazwanie tych oskarżeń kłamstwem (słowami Donalda Tuska). My nacjonaliści jednak pamiętamy winy i wręcz autorytarne zapędy „demokratycznego” PO. Pamiętamy prześladowania nacjonalistów za poglądy polityczne, prowokacje na Marszach Niepodległości, obecnemu prezesowi PO Schetynie pamiętamy "operację Widelec", będącą masowym katowaniem kibiców, pamiętamy pacyfikację protestów antyrządowych, górniczych, pamiętamy ich obrzydliwe rozmowy przy obiadach za tysiąc złotych na koszt obywateli, ich wsparcie dla zabijania nienarodzonych, czy po prostu obojętność i pogardę wobec Polaków żyjących w biedzie, a to tylko promil z ich przewinień. Ci stojący obok nich na manifestacjach chcąc, czy nie chcąc popierają powrót do takiego stanu rzeczy, bądź tolerują.


Powrót do władzy tego środowiska oznaczałby dla Polski kolejne lata cierpień, degradacji moralnej, gospodarczej, polityki zagranicznej na poziomie państwa peryferyjnego dążącego do satysfakcjonowanie dużych unijnych graczy i znów nacjonaliści stali by się celem represji jak w poprzednich latach. Nie skończyłoby się na tym, przyjmowanie imigrantów to proces, który zapoczątkowała właśnie Platforma i jeśli wierząc liberalnym publicystom, to szybko problem demograficzny w Polsce zaczęto by „naprawiać” poprzez masowe ściąganie imigrantów obcych ras i kultur. Kibice Legii wygwizdanie prezydenta Andrzeja Dudy, które liberałowie i opozycja wyolbrzymiali wręcz do krytyki rządów PiS, z równoczesnym poparciem dla opozycji, podsumowali na kolejnym meczu transparentem: „KOD, Nowoczesna, GW, Lis, Olejnik i inne ladacznice - dla was nie będzie gwizdów, będą szubienice.”. Nie w sposób się z kibicami nie zgodzić.


Ta „prodemokratyczna” sekta ze swoimi nieżyjącymi patronami jak Tadeusz Mazowiecki (pierwszy niekomunistyczny premier, a w rzeczywistości człowiek, który umożliwił wygodne przejście PRL-owskim politykom i służbom do nowego systemu, a za jego rządów pacyfikowano antykomunistyczne protesty, czy mordowano opozycjonistów), profesor Bartoszewski (osoba z mrocznym i tajemniczym okresem życia w II wojnie światowej i zagorzały obrońca liberalnych wartości w uosobieniu Platformy Obywatelskiej) przestała różnić się od sekty smoleńskiej, Prawa i Sprawiedliwości, które tak rzekomo dzieliło przez lata Polaków. Teraz to oni dzielą Polaków na dobrych demokratów i złych „faszystów” prawicowych. A w tym wszystkim my nacjonaliści znajdujemy się w szarej strefie, wśród ludzi nie popierających żadnej ze stron szukającej swojej drogi.


Pod pojęciem liberalizmu możemy jednak rozumieć nie tylko establishment, a także innych wrogów ideowych, którzy go zwalczają. Mowa oczywiście o środowiskach bardziej instrumentalnie, bądź mniej się posługujących patriotyzmem w swej promocji. Można tu wspomnieć o partii podstarzałego działacza PRL-owskiego w muszce i jej podobnych, której jednak ze względu na brak jakiejkolwiek charyzmy liderów i wyrazistości żeby zaistnieć muszą tworzyć rozmaite sojusze taktyczne, często coraz bardziej groteskowe. Ów pan w muszce, z okazji rocznicowego marszu ONR, o którym było głośno w mediach wypowiedział się, że jeśli ONR chce się odwoływać do antykapitalistycznych przedwojennych idei to należy go zniszczyć, równocześnie możemy zaobserwować, że działacze jego partii w tym także były poseł wycierają sobie mordę ideą narodową, nazywając się szumnie narodowcami, nie mając pojęcia o tym, że narodowcy to zapewne biliby ich tradycyjnie pałkami za antynarodowe poglądy. A ich poglądy między innymi niejawnie wspierają multikulturowe społeczeństwa tylko bez zasiłków, ale masą obcych imigrantów „wspierających” polską gospodarkę. Nie szukają przyczyny upadku Zachodu, lecz chcą powtarzać ich błędy równocześnie wskazując jako kozła ofiarnego muzułmanów w Europie, których przecież ktoś sprowadził i sprowadza, a nie zrobili tego mityczni socjaliści rządzący światem, lecz kapitaliści i żądza zysku. Coraz bardziej znamy cytaty francuskiego ideologa Nowej Prawicy Alaina de Benoista, który powinno się tym liberałom wbijać raz po raz na pamięć do głów zanim się znów pojawią na marszach imigranckich: „Ktokolwiek krytykuje kapitalizm, jednocześnie aprobując imigrację, której pierwszą ofiarą jest jego własna klasa robotnicza, powinien się lepiej zamknąć. Ktokolwiek krytykuje imigrację, jednocześnie milcząc na temat kapitalizmu, powinien zrobić to samo.”


Lewica i antyfaszyści - współczesna lewica tak naprawdę pozostaje w niemal każdej swojej postaci najbardziej zagorzałym wrogiem nacjonalizmu. Z jednej strony wywodzące się z PZPR SLD, z drugiej partyjki młodych lewicowców, które zrzeszają pederastów i członków Krytyki Politycznej, która wspierała bojówki niemieckich lewaków na blokadzie Marszu Niepodległości w 2011 roku. Zarówno ta PRL-owska stara gwardia jak i młodzi lewacy aktywnie domagali się delegalizacji organizacji nacjonalistycznych w Polsce, bądź wprowadzenia cenzury opartej na politycznej poprawności (np. Zieloni, którzy równocześnie walczą o wolność słowa dla wszystkich, cokolwiek to oznacza), i są oni w tym kontekście zarówno bezkompromisowi jak i powtarzają raz za razem te same od lat argumenty, które wśród narodowców i ludzi im przychylnych wywołują już najwyżej politowanie, a szkoda, bo ci ostatni przecież nie chcą z przeciwnikami politycznymi w razie dyskusji zniżać się do poziomu mułu, który tamta strona reprezentuje. Tymczasem w środowisku pojawiają się głosy, że należy szukać porozumienia z lewicą ponad podziałami, bo bliżej nam do nich aniżeli do liberałów. Trzeba to napisać wprost: patriotyczna lewica i socjaliści także i w Polsce wymarli, istnieją wyłącznie w marginalnych partiach i organizacjach (czasem skompromitowanych prosowietyzmem, czy prorosyjskim imperializmem). Nie ma już ideowego, aktywnego, młodego socjalizmu niepodległościowego, który mógłby chociaż budzić pewny szacunek a ci którzy istnieją i mają potencjał zaistnieć otwarcie pierwsi okażą wrogość.


Antyfaszystowskie organizacje datowane przez zagraniczne korporacje, fundacje, czy w końcu wspomnianego wcześnie Sorosa, donoszące na nacjonalistów, propagujące ikonografiki ze znakami „nazistowskimi”, walczące z mową nienawiści, czyli wprowadzające cenzurę poprawności politycznej. Nawet słynne Amnesty International odpowiadało za ostatnią manifestacją antyfaszystowską w 2015 roku. Wiemy dokładnie, że te wszystkie środowiska są jeszcze bardziej niebezpieczne od liberałów, bo gdyby miały władzę, to czekałaby nas pełna legalizacja aborcji, legalizacja adopcji dla małżeństw pederastów, propagowanie marksizmu kulturowego, reorganizacja naszego społeczeństwa na tęczowy cyrk. Nie byłoby to trudne, gdyby Polska pod rządami lewicy miała stać się kolejnym państwem Zachodu w najgorszym możliwym sensie.


Antysystemowi anarchiści, antyfaszyści, którzy nie stronią od przemocy, lecz nie potrafią znieść, gdy druga strona przemoc zastosuje to kolejny wróg. Część nacjonalistów wydaje się, że darzy szacunkiem ich ideowość i radykalizm. Nie jest to dziwne. Porzucenie dotychczasowego życia na rzecz kolektywu, organizacja i przeprowadzanie ogromnej ilości akcji socjalnych, utrzymywanie skłotów oczywiście to robi bardzo dobre wrażenie. Jednak ile jest z tego ideowości i godnej szacunku antysystemowości? Niewiele, co pokazuje nam sytuacja sprzedaży skłotu w Poznaniu, czy wielki wzór dla anarchistów europejskich w Grecji, gdzie młodzi ideowi lewacy są wykorzystywani jedynie do robienia interesów dla weteranów zbijających własne majątki. Antyfaszyści są nie tylko jednak jedynie ideowymi wrogami, bo są nimi także fizycznie. To właśnie z nimi najczęściej ścierają się nacjonaliści nie tylko w Polsce, ale całej Europie. Mimo jednak fizycznej konfrontacji wbrew pozorom jest to często, zwłaszcza w naszym kraju margines, który nie jest zainteresowany jakimkolwiek rozwojem, zresztą na obecnym polskim gruncie, gdzie jednak narodowe wartości są ważne dla zdecydowanej większości Polaków, dużo łatwiej na tym polu mają właśnie nacjonaliści, tylko czas, który otrzymujemy musi być wykorzystany.


Neokonserwatyści - wielu nacjonalistów wroga postrzega także po prawej stronie polityki i mają pełną rację. Nowoczesna prawica skażona politykierstwem, instrumentalnym podejściem do tradycji i wiary, otwarcie niechętna nacjonalizmowi to jedyna prawica jaka ma jakieś wpływy w Polsce i tą prawicą jest Prawo i Sprawiedliwość. Mimo że swoje większościowe rządy dopiero rozpoczęło, wspomniane wcześniej patologie w tej partii są znane od dawna. PiS częściowo ominęła degradacja prawicy jaka jest widoczna na Zachodzie, gdzie konserwatyści walczą głównie o prawa pederastów, utrzymanie multikulturowego społeczeństwa ze względów ekonomicznych. Niestety, jednak już dziś widać upadek środowisk neokonserwatywnych w Polsce, gdzie jeden z najważniejszych z prawicowych publicystów otwarcie wspiera związki pederastów. Inna sprawa, że polska prawica tak naprawdę nie ma zamiaru odcinać się od demoliberalnego systemu III RP, nie ma zamiaru karać i rozliczać zbrodniarzy gospodarczych jak Balcerowicz, którzy dokonali jednych z największych grabieży w historii Polski, nie mają zamiaru karać komunistycznych zbrodniarzy do dzisiejszego dnia żyjących spokojnie, sam wspomniany wcześniej audyt, który wylicza błędy, marnotrawienie publicznych pieniędzy, butę, oraz po prostu zdrady poprzedniej władzy tak naprawdę dla nas nie powinien mieć żadnego wpływu na osąd partii rządzącej dopóki za wymienione czyny nie pociągnie do odpowiedzialności ich sprawców.


Nacjonaliści chcą zerwania z demoliberalizmem, z republiką okrągłego stołu, która stała się symbolem rozczarowania młodego pokolenia Polaków, chcą nacjonalistycznej rewolucji, który utworzy nowy porządek społeczny, ekonomiczny i kulturowy. Jednak wrogami takich zmian zawsze pozostaje prawica, który jest związana z okrągłym stołem i jego dziedzictwem w sposób nierozerwalny. Ta prawica postrzega nacjonalizm za wroga, za ekstremizm, ba podobnie jak na Zachodzie populistyczne partie narodowe tak i część katolickiej prawicy w Polsce uważa bezkompromisowy nacjonalizm za „neonazizm” i nie powinno to być zaskakujące zwłaszcza, że sam lider partii rządzącej zdążył nazwać narodowców szkodnikami. Charakterystyczną cechą prawicy jest trzymanie się za wszelką cenę własnych pozycji i działalność defensywna wobec liberałów i lewicy, niemoralne kompromisy. Prawo i Sprawiedliwość sprawuje władzę już prawie pół roku i także na jego rachunek wpływają prześladowania nacjonalistów, które mimo wszystko nie ustały, a na pytanie czy zmalały, będzie można odpowiedzieć ostatecznie pod koniec ich kadencji.


Nacjonaliści - właśnie tak, jednym z największych wrogów nacjonalizmu i jego rozwoju w Polsce są sami nacjonaliści. Nietrudno się z tym nie zgodzić obserwując sytuację w środowisku w ostatnich latach, gdy okrzyknięty przełomowym wielki projekt narodowego ruchu społecznego mimo deklaracji jego liderów zamienił się marginalną nawet w środowisku narodowym partię mieszaniny ideowej, która jakimś cudem na plecach znanego muzyka weszła do Sejmu, partię, którą większość działaczy nacjonalistycznych otwarcie ma w pogardzie, a wcześniej popierało masowo ten projekt. I nawet w momencie, gdy partia ta została w środowisku mocno odizolowana okazało się, że w niej nadal dochodzi do politykierskich, prymitywnych zagrywek, które skończyły się obecnie jeszcze większym zmarginalizowaniem tej partii i odejściem kilku posłów, którzy ogłosili budowę „nowej endecji”, cokolwiek miałoby to oznaczać w ustach osób, które z endecją nie miały nigdy nic wspólnego, bądź jej ideały równają się dla nich jedynie z „chłodnym realizmem”, który raczej bliższy jest PiS-owi, niż nacjonalistom. Wpuszczanie w szeregi takich karierowiczów, bądź politykierów, którym zależy na dominacji, bądź walkach frakcyjnych kończących się rozłamami jest dla środowiska samobójstwem, które niestety z upodobaniem popełniło je po raz drugi, kończąc je odejściem kilkudziesięciu wartościowych działaczy z organizacji narodowych, którzy swą działalność zawiesili, stwierdzając że przy takim środowisku to jednak lepiej zająć się rodziną i domem, bo Polski się już w ten sposób nie naprawi.


Środowisko nacjonalistyczne rzadko trapią konflikty o podłożu ideologicznym, najczęściej są to konflikty personalne, głupie konflikty między organizacjami, które bardziej przywiązują uwagę do nazwy i symboliki swojej organizacji (bo moja organizacja jest bardziej kumaterska, radykalna, prawilna, katolicka, niż Twoja), niż do idei, która nacjonalistów ma jednoczyć pod wspólnym sztandarem. Ponawiane są cały czas błędy, wprowadzanie do środowiska ludzi i organizacji obcych i szkodliwych ideowo, nieumiejętne gaszenie konfliktów, a wręcz ich zaognianie. Środowisko, której tak naprawdę powinno być jednolitą skałą, stale rozwijającym się organizmem, realnym wzorem dla nacjonalistów z innych krajów, jest skupiskiem oddzielnych, często skłóconych, czy po prostu niechętnych sobie ugrupowań. Dochodzi też do tego pewien kompleks niższości wobec zagranicznego nacjonalizmu, gdy w Grecji rozwinął się z narodowo-rewolucyjnego marginesu radykalny Złoty Świt, tak jak z marginesu paramilitarnego wyrósł Ruch Azowski na Ukrainie, czy w środowisku studenckim powstał francuski GUD, tak w Polsce podobnych przykładów po prostu brak. Owszem mamy też się czym chwalić, największą doroczną manifestacją patriotyczną w Europie, a nawet na świecie, jaka jest organizowany przez nacjonalistów Marsz Niepodległości. Problem polega na tym, że w obecnej chwili to wszystko z czego słynie polski nacjonalizm za granicą (pomijając obraz Polaków rasistów, islamofobów, czy homofobów kreowany w zagranicznych mediach). A warto zauważyć, że MN pozbawiony niestety jest jakichkolwiek wydarzeń, konferencji, stoisk edukacyjnych, dzięki którym uczestnicy manifestacji mogliby się przekonać do organizatorów mocniej, bo jednak problematyczne jest to, że na największej manifestacji organizowanej przez nacjonalistów uczestniczą głównie ludzie, którym nacjonalizm jest obcy, równocześnie pod wpływem tej manifestacji to się nie zmienia. Biorąc pod uwagę w jaki nurt idzie ta inicjatywa, zapraszając do udziału w niej prezydenta III RP, pojawiają się głosy, że Marsz odebrano już całkiem nacjonalistom. Miejmy nadzieję, że racji w tym nie będzie żadnej.


Dzisiaj od nas zależy czy nadal będziemy popełniać błędy poprzedników, czy może będzie z nich wyciągać wnioski i budować coś dobrego, lecz nie będącego kompromisem z obecnym systemem, ale romantycznego, fanatycznego i nade wszystko nacjonalistycznego w rozumieniu radykalnym, a nie salonowym, obrzydliwie politykierskim, uwieńczonym krawaciarzami, którzy startują z list partii systemowych, czy innych zdrajców mieniących się narodowcami tylko w sobie znanym rozumieniu, bo przecież nacjonalistami się nie nazwą, bo to zbyt kojarzy się z radykalizmem. W jakimkolwiek zdrowym kierunku miałby rozwinąć się polski nacjonalizm, musi się rozwinąć w atmosferze prawdziwego braterstwa, wzajemnego zaufania na zasadach idealizmu politycznego oraz bezkompromisowości wobec wrogów, bowiem polski rodzaj francuskiego Frontu Narodowego to ostatnia rzecz jaką ten kraj potrzebuje.


Witold Jan Dobrowolski

wtorek, 31 maj 2016 20:12

Anatomia słabości

Tekst powstał na bazie... kilku postów z fejsbuka, pod koniec kwietnia przyszło mi do głowy kilka przemyśleń na temat przyczyn słabości polskiego ruchu narodowego i tak powstawały kolejne części.


Przerośnięte ego


Po kilku latach w środowisku nacjonalistycznym (nie napiszę ilu, żeby nie poczuć się staro, w każdym razie zaczynałem mając całkiem sporo włosów) odkryłem największego wroga polskiego nacjonalizmu są nim... sami nacjonaliści, a dokładnie ich przerośnięte do granic możliwości ego.

Przez te wszystkie lata widziałem pęd do autopromocji i stanowisk, często nie po to, żeby zrobić coś dobrego, a jedynie poczuć się fajnym bo stołek X jest fajny, co z tego, że kandydat Y nadaje się na to stanowisko jak Leo Messi do koszykówki.

Wuchta inicjatyw upadła, albo nie została rozwinięta bo ktoś się personalnie obraził chcąc być jedynym liderem, albo kogoś nie lubi. Jeżeli nie nauczymy się, że to nie prywatne ambicje są najważniejsze nigdy nie wyjdziemy poza etap domków z gówna. Co ciekawe chyba żadne inne środowisko nie mówi tyle o poświęceniu się dla wspólnej sprawy.



Młody wiek


Pod koniec kwietnia rozmawiałem z jednym z bardziej zasłużonych działaczy w kraju i w rozmowie poruszyliśmy temat „starszych”, wśród nich pewnej wybitnej działaczki, rocznik... '94. Po raz kolejny rzucił mi się w oczy smutny fakt, że ruch polski nacjonalizm to ruch małolatów. O ile trudno (JESZCZE) nazwać ją weteranką, to ja (rocznik '91) i mój niewiele starszy rozmówca od dawna jesteśmy już kombatantami, 22-latka to doświadczona działaczka...

Jeżeli dalej średnia wieku będzie wynosić 20 lat, 25 to będą nieliczni kombatanci, a najstarsi liderzy to ludzie ledwo po trzydziestce, nigdy nie zbudujemy niczego poważnego. W normalnym ruchu ludzie w wieku 30-35 to młodzi wchodzący na scenę, u nas to nieliczne dinozaury. Mam 25 lat, tak naprawdę jestem małolatem wchodzącym w dorosłe życie, kombatantem mogę być za 50.

Trudno oczekiwać budowy czegoś sensownego kiedy średnia wieku wynosi 20 lat, brakuje specjalistów, programu, dojrzałości, samodyscypliny, merytorycznej dyskusji. To wszystko w środowisku gdzie 99,9% ma ego rozwinięte do monstrualnych rozmiarów. Potem dzieci w wieku 18-20 lat uważają się za wielkich polityków...

Coś sprawia, że nie umiemy zatrzymać ludzi kończących wiek małolata, pytanie co...

Tak wiem, marudzę jak stary zgred, ale polski nacjonalista w wieku 25 lat, to jak gdzie indziej 80-latek.


Polityka


 Pisałem już o wybujałym ego i młodym wieku polskich działaczy narodowych, nadszedł czas na część trzecią czyli politykę, a konkretnie dwie bardzo głupie i szkodliwe postawy, obie wynikające z przerośniętego ego narodowej dzieciarni.

Postawa pierwsza czyli polityka jest najważniejsza! Dwudziestolatkowie myślą, że są wielkimi politykami, posiadają wielką wiedzę i kompetencje i zaczynają się bawić w typowo politykierskie zagrywki myśląc tylko o własnej karierze. Patrząc na to wszystko skłaniam się ku tezie, że członkostwo w partiach politycznych powinno być dostępne wyłącznie po ukończeniu 25. roku życia, jednocześnie do polityki powinny iść tylko osoby o odpowiednich predyspozycjach moralnych, intelektualnych, odpowiednim charakterze i po co najmniej kilku latach działalności społecznej.

Na przeciwnym biegunie stoją doktrynalni przeciwnicy jakiegokolwiek zaangażowania politycznego, myślący chyba, że już niedługo czeka nas narodowa rewolucja po której władzę przejmą nieznający się na niczym dwudziestolatkowie bez żadnego doświadczenia. Zwolennicy tej opcji uważają siebie za jedynych prawdziwych radykałów, a jakikolwiek udział w życiu politycznym to dla nich zdrada ideałów i oznaka liberalizmu. Żyjemy w takim a nie innym systemie i nie można się obrażać bo chcielibyśmy inny więc tutaj nie będziemy się udzielać,

Mógłbym wymienić wuchtę nazwisk reprezentujących te postawy, ale każdy nacjonalista czytając to z łatwością sam odnajdzie w głowie po kilku(nastu) przedstawicieli obu opcji.

Nie chcę nikogo namawiać do członkostwa w partii (jakiejkolwiek) i osobistego zaangażowanie w politykę, sam nie zamierzam się w to nigdy bawić, bo mam świadomość, że zarówno intelektualnie jak i pod względem charakteru (moje warcholstwo jest niestety dosyć znane) się do tego nie nadaję. Ale na pewno twierdzenia, że nacjonaliści powinni się trzymać z dala od polityki są równie uzasadnione jak wystawienie Wojciecha Szczęsnego w ataku reprezentacji Polski.

Obie postawy mają jeszcze jedno wspólne źródło - zbyt szybko zaangażowano narodową młodzież w politykę, dzisiejsi dwudziestolatkowie często mają już za sobą start w wyborach samorządowych, wielu angażowało się w zbiórki podpisów do Europarlamentu i na gościa, który z nacjonalizmem nie ma nic wspólnego, a wątpliwe czy potrafi poprawnie napisać to słowo. Wszyscy wiemy jak to się skończyło. Te doświadczenia, albo na dobre zniechęciły wiarę do polityki, albo utwierdziły w przekonaniu o własnej wyjątkowości i czekającej karierze posła.

Sam startowałem w wyborach samorządowych i jest to jedna z dwóch rzeczy których najbardziej w mojej wieloletniej działalności żałuję (o drugiej nie będę publicznie pisał, ale raczej mało kto się domyśli o co chodzi). Mimo drugiego miejsca zrobiłem fatalny wynik, nic dziwnego skoro startowałem z Piły, ale jedynką był świetny lokalny działacz, który zebrał wuchtę głosów (był chyba w piątce najlepszych wyników ze wszystkich kandydatów RN w całym kraju). Startować nie chciałem, zostałem namówiony przez Jednego z Ważnych Liderów i zgodziłem się tylko dlatego, żeby koledzy mogli wystartować, jedynym pozytywem tego startu było, że ostatecznie się przekonałem, że polityka nie jest dla mnie (chociaż od zawsze byłem takiego zdania).

Nie zamierzam tutaj w żaden sposób bronić (ani krytykować) drogi politycznej obranej przez poszczególne grupy narodowe bo to materiał na książkę, co przekracza moje możliwości.


Lenistwo


Kolejny problem (poniekąd wynikający z poprzednich) to lenistwo. Od dawna jestem zdania, że nacjonalista powinien być przede wszystkim przodownikiem pracy społecznej. Jeżeli się głosi jaki to naród jest ważny, że „tylko fanatycy mogą dokonać wielkich rzeczy”, (jeden z ulubionych cytatów naszego środowiska) to wypadałoby być konsekwentnym i naprawdę zapieprzać. No niestety z tym jest równie słabo jak z zabezpieczeniem antykorozyjnym w produktach FSO (których jestem wielkim fanem).

Niestety, ale polskiemu „nacjonaliście” (cudzysłów celowy) zdecydowanie bliżej do bumelanta niż przodownika pracy. Większość swój „nacjonalizm” ogranicza do fejsbuczka i paru manifestacji, ale skupię się na tych, którzy jednak się przemogli i postanowili gdzieś wstąpić i coś tam robić. Niestety to | „coś tam” należy w większości przypadków brać bardzo dosłownie, czyli poziom zaangażowania czterdziestolatka grającego z synem na orliku. Wuchta fajnych rzeczy nie wyszła poza sferę planów bo brakowało rąk do pracy, wierze się po prostu nie chciało.

Oczywiście nie jest tak, że wszyscy się lenią, poznałem wiele osób (z czego kilka w Poznaniu), których doba na pewno trwa więcej niż u normalnego człowieka tydzień (albo i miesiąc) bo wyrabiają taki % normy, że cały batalion Pstrowskich nie mógłby o tym nawet marzyć. Problem polega na tym, że taka prawdziwie stachanowska postawa jest zdecydowanie zbyt rzadka.

Przez te wszystkie lata bardzo nie lubiłem pewnej corocznej inicjatywy, nie rozumiałem (i dalej nie rozumiem) jej sensu, do tego polegała na czymś czego nie lubię, jednak regularnie brałem w tym udział. O dziwo zawsze to fajnie wychodzi. Kilka lat temu zrobiliśmy w Poznaniu pewną fajną rzecz, pamiętam, że do końca byłem temu przeciwny, uważałem, że taka forma wyrażenia własnego zdania to głupota (było to zupełne novum w porównaniu z tym co do tej pory robiliśmy) i tylko się skompromitujemy. Ale mimo mojego sprzeciwu decyzja została podjęta, więc wziąłem w tym udział. To była jedna z lepszych rzeczy jakie przez te lata zrobiliśmy w Poznaniu (sekcja kombatancka pewnie domyśla się o co chodzi). Wspominam o tym, bo nigdy nie jest tak, że człowiekowi wszystko pasuje i działalność polega wyłącznie na tym co się lubi, poza tym nie zawsze się ma rację.

Oczywiście święty nie jestem i w pewnym momencie (druga połowa 2012 r.) miałem okres potężnego bumelanctwa, wynikało to po części z dużej różnicy między jakością wprowadzoną od okolic Euro na które mieli wyremontować Kaponierę, a tym co było wcześniej, nie byłem przyzwyczajony do poważnej działalności. Ale rozmowa wychowawcza zadziałała.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego co to jest proza życia, każdy z nas ma wuchtę obowiązków - praca, studia, często treningi do tego jeszcze jakieś pasje i życie prywatne. Tylko, że to wszystko zbyt często stanowi wymówkę dla własnego lenistwa. Smutne, zwłaszcza u ludzi ciągle mówiących o fanatyzmie i poświęceniu dla Idei. Nie chodzi o rzucenie w cholerę tego co w życiu ważne, ale o przestanie robienia z tego wymówki. Jeżeli ktoś zamiast ideowej roboty wybiera kolejną imprezę, albo siedzenie przed kompem, a potem gada jaki to on radykalny i ideowy to coś jest nie tak. Rozumiem, że każdy chce czasem odpocząć, ale wszyscy wiemy jak to często wygląda. Podobnie rzecz ma się ze sprawami finansowymi, często wiara ma hajs na kolejne melanże i rozmaite pierdoły, ale na „Politykę Narodową”, wyjazd do innego miasta czy inne rzeczy związane z Ideą, którą podobno fanatycznie wyznaje już tych bejmów nie ma.

Jaki jest związek lenistwa z młodym wiekiem, przerośniętym ego czy kolejnymi klęskami politycznymi? Bardzo duży. Pokolenie fejsbuka ma słomiany zapał i nie przejawia chęci do ciężkiej pracy. Przerośnięte ego też tu nie pomaga, polscy narodowcy są zbyt wspaniali i czeka ich zbyt wielka kariera w polityce/zbyt kumaci i przeznaczeni do przewodniczenia rewolucji, żeby zajmować się rzeczami niegodnymi tak wielkich postaci. Niestety, ale tak często jest. Kolejne polityczne klęski również nie sprzyjają motywacji młodych ludzi do pracy, zwłaszcza jeżeli uczestniczyli w zbiórkach podpisów, albo przez chwilę poczuli się radnymi.

Czy to znaczy, że należy to wszystko rzucić w cholerę bo i tak nic sensownego się nie zbuduje? NIE!!! Ale warto zdać sobie sprawę z przyczyn obecnej słabości, żeby móc je pokonać. A dla tych, którzy naprawdę zapieprzają oprócz całego ogromu wykonywanej pracy dochodzi jeszcze potrzeba zmiany mentalności własnego środowiska co będzie niestety równie trudne jak nauczenie Andrzeja Gołoty skakania na nartach.

Czy Dryjański to tylko stary zgred, który umie wyłącznie marudzić, a sam nic nie robi? Mam nadzieję, że nie, ale ocenianie samego siebie nigdy zbyt obiektywne nie jest.



Nadkumatość


Czyli wynikająca z przerośniętego ego (i po części z młodego wieku) postawa TYLKO JA JESTEM PRAWDZIWIE ŚWIADOMYM RADYKALNYM NACJONALISTĄ, PRECZ Z GIMBOPATRIOTAMI. Zamiast cieszyć się z największego powojennego sukcesu czyli mody na patriotyzm i Wyklętych narzeka się na gimbopatriotyzm, który jest naszym największym powojennym sukcesem.


Nie, nie zwariowałem. Moda na patriotyzm zapoczątkowana przez fenomen Marszu Niepodległości jest czymś bardzo pozytywnym, jeszcze kilka lat temu nie mogliśmy nawet marzyć, że młodzi ludzie masowo będą nosić koszulki z NSZ, a nasze manifestacje gromadziły po kilkadziesiąt osób w największych miastach. Niektórzy marzą o powrocie do tamtych czasów, żeby nacjonalizm stał się zabawą dla garstki kumatersów kłócących się o to kto jest prawdziwym radykałem. Jeżeli ktoś chce zamkniętej sekty dla kilkudziesięciu osób w kraju niech przypomni sobie co było kilka lat temu. Albo niech popyta starszych kolegów. Polacy zaczynają się budzić i to jest piękne. Niestety nie umieliśmy tego wykorzystać i polityczne owoce zebrali Kukiz z Korwinem.


Prawdziwie endecki realizm


Na przeciwnym biegunie mamy prawdziwych endeckich realistów, potrafiących w ten sposób wytłumaczyć każdy wątpliwy moralnie wybór właściwie powinienem użyć tu mocniejszych słów. Ideowość to dla nich oderwane od realiów marzycielstwo, wierność Idei nazywają warcholstwem. Również ta postawa wynika z przerośniętego ego wielkich „polityków”. Najwybitniejsi endeccy realiści bardzo szybko znaleźli się w orbicie... Platformy Obywatelskiej. I nie jest to żart, ci ludzie w dalszym ciągu uważają się za jedyną prawdziwą endecję.


Nędza programowa


Niestety, ale cały czas nie potrafimy stworzyć nowoczesnego programu. Przykro mi to mówić, ale polski nacjonalizm w ogóle nie ma na siebie pomysłu. Gdyby spytać przeciętnego narodowca jakiej chce Polski odpowie – Wielkiej. Wielkiej czyli jakiej? Ano bez pedałów, aborcji, z ulicą NSZ w każdym mieście i wolnej od „ciapatych”. Najprawdopodobniej doda też, że chce obalić w Polsce „socjalizm” i wypędzić komunistów. Brakuje pomysłu czym ten nacjonalizm powinien być, nie umiemy wypracować odpowiedzi na podstawowe pytania dotyczące problemów narodu. Posiadamy jeden świetny kwartalnik – „Politykę Narodową”, ci sami ludzie wydali niezbędnik narodowca, w Poznaniu z grupą znajomych w większości związanych z MW organizujemy Kongres Narodowo-Społeczny, Kraków to Trzecia Droga i ich Kongres Gospodarczy i niestety, ale na tym się w naszym środowisku kończy praca programowa. Poważny ruch musi mieć program obejmujący wszystkie ważne dla narodu obszary.


Dziwne autorytety


Korwin, Jakubiak, Ziemkiewicz... Osoby nie mające z nacjonalizmem nic wspólnego stają się autorytetami mówiącymi jak powinna wyglądać prawdziwa endecja (nacjonalizmu innego niż swoje dziwne wyobrażenie o ND nie uznają). Popularność opinii tych celebrytów wynika z naszej słabości – braku własnej wizji, młodego wieku i potrzeby czucia się prawdziwą prawicą.


Cieszę się, że już 3 lata temu całkowicie zrezygnowałem z alkoholu, dzięki temu kiedy pojawiła się moda na Ciechana bo Jakubiak coś powiedział, że nie lubi pedałów i stał się nagle wielkim autorytetem, nie piłem jego produktów. Całe robienie z niego bohatera walki o Wielką Polskę co zobowiązywało patriotów do picia jego piwa od początku uważałem za ciężką żenadę.


NIGDY NIE PIŁEM CIECHANA.



Liberalizm


Wspomniałem o Korwinie; pan w muszce odniósł wielki sukces w sferze zarażania młodych ludzi swoimi sekciarskimi poglądami, jego styl pozbawionego szacunku do rozmówcy mędrca mającego cudowną receptę na wszystko robi wrażenie na młodzieży, na szczęście niezbyt przekłada się to na wyniki wyborcze. Również wielu ludzi uważających się za narodowców ulega fascynacji „krulem” kuców. Liberalizm jest wrogiem nacjonalizmu, głoszone przez JKM idee egoizmu są nie do pogodzenie z solidaryzmem, ponadto podobnie jak Szumlewicz wyznaje on walkę klas (bohaterscy przedsiębiorcy kontra „nieroby” ze związków zawodowych i na bezrobociu). Korwinowi nie przeszkadzałby milion Arabów zakładających budki z kebabem, dla niego jedynym problemem jest, że dostaną oni socjal. Te antynarodowe tezy robią w naszym środowisku furorę bo nie mamy własnego programu (Korwin też go nie ma, ale umie dobrze sprzedać zbiór hasełek dla gimnazjalistów). Oprócz podejścia do gospodarki zmienia się również stosunek do narkotyków, kiedyś hitem były piosenki o narkomanach autorstwa zespołu znanego z hitu o Michaelu Jacksonie, dzisiaj wielu tak zwanych narodowców nie widzi w jaraniu zielska nic złego. Strach pomyśleć co będzie następne, zwłaszcza w dobie endeckiego realizmu i kapitulacji w sprawach światopoglądowych, które „dzielą Polaków”.


Historyzm


Z nędzą programową nierozerwalnie związane jest nadmierne życie historią. Oczywiście jest ona ważna i doskonale nadaje się do uczenia dzieci patriotyzmu, jak to robi poznańska MW, organizując turnieje piłkarskie imienia Wyklętych. Problem zaczyna się kiedy jedynym pomysłem wielu narodowców na miasto jest zmiana nazwy kilku ulic. Dla mieszkańca Poznania ważne jest, że od lat nie mogą skończyć remontu Kaponiery, autobusy kursują zbyt rzadko, a bimby nie dojeżdżają na Naramowice. Ciągłe życie sporami sprzed wojny – „z nimi się nie dogadamy bo odwołują się do stronnictwa z którym endecja walczyła” i obalanie komuny 26 lat po Okrągłym Stole do niczego sensownego nie prowadzi.


Tomasz Dryjański



Przez bardzo długi czas przez Internet, a nawet telewizję (którą i tak oglądam już niezwykle rzadko), przewinął się temat, który przez demoliberalizm przy pomocy potrzebnego aparatu zmiecie pod dywan i przejdzie nad tym do porządku dziennego. Przewinął się wątek, który kolejny raz udowodnił bezmiar bandytyzmu polskiej policji. We Wrocławiu na komisariacie policji został zakatowany na śmierć młody 25-latek o imieniu Igor. Funkcjonariusze zatrzymali go na wrocławskim rynku, podejrzewając o posiadanie dopalaczy. Zdjęcia z sekcji zwłok, które pokazały obrażenia (krwiaki, ślady po duszeniu, złamany nos, uszkodzone lewe oko oraz ślady pobicia) Igora, nijak się mają do kłamliwych tez policji, jakoby miał on umrzeć na skutek uboczny po użyciu paralizatora. Jak zawsze, wymiar sprawiedliwości przejdzie nad tym do porządku dziennego i nie dopuści do ujawnienia prawdy o okolicznościach śmierci młodego człowieka. Młodego człowieka, przed którym było jeszcze całe życie, ale zostało ono przerwane przez bandytów w policyjnych mundurach.

Dowiadując się o śmierci Igora, natychmiast przypominają mi się inne ofiary – nie tylko śmiertelne - policyjnego bandytyzmu. Śp. Przemek Czaja, Dawid Dziedzic, Paweł i teraz Igor. Przetrzymywania za kratami Starucha, Maćka Dobrowolskiego i innych wybitnych osobowości polskiego ruchu kibicowskiego, represje wobec kibiców i nacjonalistów z różnych organizacji, cenzura prewencyjna w mediach, liczne aresztowania, bezprawne zatrzymania, pobicia na komendach policji oraz szereg innych działań mających uderzać w obywateli. Nie trzeba być mędrcem ani wybitnym filozofem, by wysnuć prosty wniosek, iż III RP to w rzeczywistości państwo policyjne. I nie zmienią tego krzyki i transparenty tłuszczy idącej pod rękę z Kijowskim, Petru, Schetyną, Nowacką i innymi hipokrytami, broniącymi tzw. demokracji i gotowymi w jej imię zagrozić bezpieczeństwu państwa polskiego. Skoro oni są takimi obrońcami demokracji, to ja się pytam. Gdzie oni byli jak Platforma Obywatelska przez ostatnie lata tylko utrwalała policyjny reżim, naginała prawo, by walczyć z wszystkimi nieprawomyślnymi środowiskami, udowadniała milion razy w taśmach prawdy, że polskie państwo istnieje tylko w teorii? Gdzie byli, jak dobre imię Polski było i jest szkalowane na świecie, a Unia Europejska wtrąca się w wewnętrzne sprawy państwa polskiego? No właśnie, „obrońcy demokracji” nigdy zapewne nie udzielą odpowiedzi na te trudne pytania, albo wzorem Kijowskiego stwierdzą, że nie mieli w ogóle pomysłu na cokolwiek.

Obecna partia rządząca stara się o przeforsowanie „ustawy antyterrorystycznej”, zakładającej zwiększenie kompetencji służb policyjnych, ułatwienie dostępu do baz danych, zapewnienie swobody służbom w zakresie przeszukań i zatrzymań oraz zakazanie manifestacji publicznych danego dnia po podaniu oficjalnych przyczyn. Ustawa ma wejść w życie z początkiem czerwca, natomiast MSW planuje wprowadzić zakaz – nawet spontanicznych – zgromadzeń na czas od 7 do 10 lipca br., zbiegający się ze szczytem NATO w Warszawie. W celu zapewnienia bezpieczeństwa ponadto mają zostać rozszerzone uprawnienia BOR, loty w niektórych miejscach ograniczone lub zakazane oraz wydzielenie przez Kwaterę Główną NATO samolotów rozpoznania i wczesnego ostrzegania AWACS. Przykładem były protesty w Lizbonie sprzed 6 laty, przy okazji szczytu terrorystycznego paktu, kiedy służby policyjne aresztowały kilkadziesiąt osób, zakazano demonstracji oraz Lizbona zawiesiła postanowienia układu z Schengen i przywróciła kontrole graniczne.

Co rusz dzięki mediom internetowym można się w Polsce dowiedzieć o wielu przypadkach bezkarności policji. Niestety jednak ta sprawa, jak większość innych, zostanie zamieciona pod dywan przez wymiar sprawiedliwości, a policjanci prawdopodobnie dostaną medale za wzorową walkę z przestępczością. Trzeba zaznaczyć jasno, że nawet gdyby ktoś był rzeczywiście winny popełnionego czynu, to powinien zgodnie ze standardami prawa zostać przesłuchany i potem uczciwie osądzony, a nie przetrzymywany, katowany i traktowany jak „wróg klasy”, którego można odstrzelić, pogrzebać w lesie, a sprawę zatuszować. Niestety Polska jest krajem absurdu. Od końca 2015 roku naród jest bombardowany w telewizji kłótniami polityków, ciągle nierozwiązanym sporem o Trybunał Konstytucyjny, rzekomo zagrożonymi prawami mniejszości, happeningami feministek czy kawiorowej, starbaksowej lewicy spod znaku partii „Razem” oraz skandalami z udziałem celebrytów. Ich wybryki nie są już tak interesujące dla służb mundurowych jak kibice, nacjonaliści czy jakikolwiek ruch o charakterze antysystemowym. Dlaczego? Ponieważ celebryci promują bardzo prosty tryb życia, oparty na czterech słowach: „work, buy, consume, die!” („pracuj, kupuj, konsumuj, zdychaj!”) i dają tym samym podprogowy przekaz pt. masz wszystko, co chcesz, możesz robić kariery i spełniać własne ambicje, ale jak tylko się wychylisz ponad przeciętną albo zaprotestujesz, to klaśniemy i nic nie będziesz miał. Konsumpcjonizm, egoizm, niszczenie uczuć i stopniowe zaszczepianie antyludzkich postaw w narodzie skutkowało pogłębianiem się patologii społecznych, których także w Polsce nie ma końca.

Nawet gdybyśmy poruszyli niebo i ziemię, nie uda się już wskrzesić z martwych tych, którzy stracili życie w wyniku bandytyzmu ze strony policjantów. Dlatego naszym zadaniem jest systematyczne informowanie za pośrednictwem Internetu o wszelkich przejawach tej samowolki. Udostępnianie, rozsyłanie informacji znajomym, umieszczanie ich w celach informacyjnych oraz rozmawianie o tym znacznie lepiej zadziała dla szerzenia świadomości społecznej niż działania prokuratury, która umorzy śledztwo bądź przyjmie argumentację policji. Polacy pokazali wielokrotnie, że nie było społecznego przyzwolenia na ACTA, legalizację sodomii czy przyjmowanie imigrantów, teraz ta kampania informacyjna jest ważnym elementem działania – nie wolno milczeć, ponieważ milczenie jest tylko pośrednim przyzwoleniem na bezkarność Systemu.

Adam Busse

wtorek, 31 maj 2016 08:36

Narodowa spiskologia

Do stereotypu narodowca należy to, że lubi wszędzie wietrzyć spiski żydowskie i masońskie. Oczywiście jest to zjawisko wyolbrzymiane przez niechętne nam środowiska, ale czy niespotykane? Mamy jako nacjonaliści naturalne skłonności do spiskologii. Mało kto w tym ruchu nigdy nie poddał się tej tendencji.

Wydaje się, że w ogóle doszukiwanie się spiskowego podłoża istotnych wydarzeń leży w naturze ludzkiej. Od XVII wieku w kręgach niechętnych klerowi popularne były teorie o wielkim spisku jezuitów, podgrzewane zresztą przez racjonalnie ponoć myślących filozofów oświecenia. Z drugiej strony już od końca XVIII wieku niektóre kręgi prawicowe skłonne były widzieć w rewolucji francuskiej – od jej zarania aż po szczytowy okres terroru i rządy dyrektoriatu – jeden wielki spisek masoński, którego celem było od początku zniszczenie chrześcijaństwa. Klasyczna tu „Historia jakobinizmu” ks. Barruela nawet dziś w niektórych kręgach znajduje poklask, mimo że trudno obecnie brać na poważnie zawarte w niej tezy – przyznaje to także wielu konserwatystów (w Polsce np. prof. Wielomski).

Fascynację spiskowymi teoriami przewijają się w ruchu nacjonalistycznym nie tylko w bazujących na stereotypach ujęciach, które formułują nasi wrogowie. Widać było to dobrze w dobie wzmożonego zainteresowania konfliktem na Ukrainie, ale też np. w czasie tzw. arabskiej wiosny ludów. Niektórzy zdawali się mieć wręcz zakodowane w mózgach, że skoro w jakimś kraju dochodzi do gwałtownego przewrotu czy wojny domowej, to za ten zamęt muszą odpowiadać syjoniści, CIA, lobby żydowskie, pieniądze płynące z Zachodu. I nie w tym rzecz, że te czynniki nie istnieją czy że nie miały znaczenia w tych konkretnych wydarzeniach. Powiem wprost – niektóre z wymienionych z pewnością miały, choć można się spierać jak duże. W każdym razie problem tkwi tu w wyolbrzymianiu tych czynników, sprowadzaniu wszystkich aspektów danej sprawy do jednego mianownika. I przybiera to nieraz wymiary patologiczne. Wspomniane zrywy w krajach arabskich i na Ukrainie miały przecież (bardziej lub mniej) głębokie podłoże społeczne . Wynikały z miejscowych uwarunkowań, z potrzeb narodów bądź szerokich grup społecznych. W krajach tych od dawna funkcjonowała w takiej czy innej formie opozycja, rosło niezadowolenie. W dobie samej rewolucji wreszcie, na ogół uwidoczniły się znaczące pokłady ideowości biorących w niej udział – na tyle zdeterminowanych, że zdolnych oddać życie w walce z władzą. Ślepy narodowiec-spiskolog widzi w tym jedynie dolary i szekle, tak jak by były one jedynym kołem napędowym dziejów. Niektórzy są skłonni wręcz uznać, że każdy konkretny bojownik takiej rewolucji nie jest wcale idealistą (czy też człowiekiem zdeterminowanym w wyniku np. upadlających warunków życia), ale właśnie opłaconym przez Zachód sprzedawczykiem, albo może nawet i sam jest np. agentem Mossadu. Mało to tego typu idiotycznych historyjek mogliśmy przeczytać w internecie w dobie Majdanu?

Innym przykładem niech będzie modny ostatnio temat ISIS. Oczywiście nierozsądnym byłoby przeczyć, że czynniki zewnętrzne przyczyniły się do powstania tego problemu, niemniej jednak dość powszechne przeświadczenie, że Państwo Islamskie jest właściwie integralną częścią zachodniej, sterowanej z Waszyngotnu bądź Tel-Avivu gry politycznej, że te tysiące salafickich dżihadystów na jedno skinienie palca atlantyckiego mocodawcy będą się wysadzać w starciach przeciw Rosji, Iranowi czy Syrii, jest dość paranoiczne. Przy całej niechęci do ISIS – nie można mieć wątpliwości, że jest to struktura zrzeszająca fanatyków oddanych tej sprawie, a sama organizacja jest dziś niezależną od zewnętrznych ośrodków (co nie znaczy, że nie korzystającą z ich wsparcia w takiej czy innej sytuacji, czy też nie realizującą pośrednio czyichś interesów).

Można zapewne znaleźć wyjątki od powyższej reguły. Zdaniem niżej podpisanego, w Syrii nastroje społeczne odegrały rolę drugorzędną wobec wpływów obcych i najpewniej sympatie opozycyjne nie osiągnęłyby tego napięcia, które potrzebne jest do wywołania wojny domowej. No ale to pewien specyficzny przypadek, w newralgicznym miejscu świata.

Mamy więc zwolenników różnych teorii spiskowych. Są tacy co wszędzie widzą ABW, inni popłuczyny po SB albo i FSB, ktoś tam jeszcze agentów ukraińskich, amerykańskich, niemieckich, sowieckich. Z niektórymi nie da się poprowadzić merytorycznej rozmowy, bo co chwila wypływa jedynie temat tego ile komu posmarowali syjoniści, a ile kto inny. Są i tacy co wierzą, że w jakimś wielkim spisku przeciw słowiańskiej Polsce uczestniczy od tysiąca lat Watykan. Złym byłoby skreślanie z góry możliwości zakulisowych gierek i machinacji różnych sił, także tych zupełnie tajnych, ale przecież paranoją jest uznawanie, że wszystko co istotne dzieje się niejawnie, a czynniki działające otwarcie znaczenia nie mają.

Krytykując powyższy, spiskowy punkt widzenia trzeba zresztą wskazać pewne wzorce w historii ruchu narodowego, zwiastujące podobny tok myślenia. Często podnoszony jest przykład Jędrzeja Giertycha – człowieka zasłużonego i osobiście bardzo odważnego, ale potrafiącego w swoich książkach upowszechniać zupełnie paranoiczny, spiskowy punkt widzenia (co bynajmniej nie niweluje w pełni ich wartości). Podobnym przypadkiem był ideolog ONR-ABC Tadeusz Gluziński, który był w stanie zupełnie na poważnie przypisywać genezę wszelkich rewolucyjnych i demokratycznych tendencji w XIX-wiecznej Europie jedynie wolnomularstwu i środowiskom żydowskim. Takie tendencje pojawiały się w historycznym ruchu narodowym, ale to nie znaczy, że mamy być wobec nich bezkrytycznie usposobieni. Dodajmy zresztą, że już wtedy spotykały się one z potępieniem ze strony części nacjonalistów, vide słynna krytyka książki Giertycha „Tragizm losów Polski”, ze strony Wojciecha Wasiutyńskiego (swoją druzgocącą recenzję nazwał wymownie: „Tragizm i komizm książki Giertycha”). To jest tradycja, na którą się powołujmy – nie bądźmy oszołomami tylko dlatego, że ktoś w przeszłości wybrał taką drogę.

Jakub Siemiątkowski





wtorek, 31 maj 2016 08:35

My i Rosja

Niniejszy tekst jest konsekwencją kilku wydarzeń, które ostatnimi czasy miały miejsce. Przede wszystkim jest wynikiem mojego własnego lenistwa - planowałem napisać o tym na 9 maja i umieścić na jednym z nacjonalistycznych portali, jednak nie udało mi się przymusić by siąść do klawiatury i uczynić co trzeba. Wydaje mi się, że byłoby to dość przydatne, gdyż naczelny rusofil Adam Wielomski, znany monarchista zakochany w Putinie, ostatnimi czasy udowadniał gdzie tylko się da jak to wspaniałe było zwycięstwo Armii Czerwonej nad „faszyzmem". Po drugie, na fanpage'u naszego koła wybuchła istna burza po zdjęciach z marszu azowców (uprzedzę ciekawskich - tego dnia akurat byłem nie w Kijowie, a w Krakowie, co nie zmienia faktu, że bardzo zazdroszczę wszystkim uczestnikom) i, prócz najróżniejszych gimbopatriotów i turbosłowian, zapewne doczekaliśmy się odwiedzin co najmniej kilku trolli siedzących w jakimś biurze w, dajmy na to, Sankt Petersburgu. Wreszcie, niedawno miałem okazję odbyć bardzo ciekawą dyskusję w pociągu z panem konduktorem, który prócz dyskusji na temat New World Order, masonów i Żydów, z jednej strony zasugerował, że wierzy w zamach smoleński, a z drugiej strony wyraził pogląd, że Rosja może doprowadzić do moralnej odnowy Europy.

O Rosji nie da się u nas normalnie dyskutować. Albo się ją kocha, albo nienawidzi. Są tacy różni antykomuniści, co uważają Rosję i ZSRR za jedno i to samo, jakakolwiek rozmowa z Rosjaninem to synonim kolaboracji i zdrady. Najprostszy przykład - naczelny kowboj III RP (rzeknę językiem Internetu - gimby nie znajo, ale to się mogą czegoś nauczyć) i jego chorobliwa wręcz nienawiść do Moskali. Są tacy, co widzą w niej katechona i ostatni bastion normalności - tu oczywiście kłania nam się hodowca najróżniejszych katechonów. Są jeszcze specyficzne grupki takie jak zwariowani obrońcy jedności Słowiańszczyzny którzy Rosję wręcz kochają (ciekawe, że kochają Rosję i całą Słowiańszczyznę, a jednocześnie nienawidzą a to Ukrainy, a to Chorwacji... generalnie tych państw, które z Rosją mają nie po drodze) i to bardziej niż Polskę, bo o marginesie pokroju eurazjatyzmu w Polsce nie ma co mówić. Jedno jest pewne - racjonalnie się chyba rozmawiać nie da.

A ja spróbuję, a czemu by nie. Nawiasem mówiąc, wszystkim, którzy zechcą wygłosić tyradę, że to tekst na pewno stronniczy, „Szturm” ma jedną, „antyrosyjską” linię, jesteśmy rusofobami - moi drodzy, tak się szczęśliwie składa, że piszę ten tekst po deadline i już widziałem jak wygląda najnowszy spis treści i wiem, że jeden z autorów to człowiek, którego poglądy są bardzo prorosyjskie. Potrafi jednak przy tym sensownie rozmawiać na ten temat, a nie po prostu się pluć i obrażać - więc proszę wybaczyć, ale w tanią propagandę bawić się nie będę.

---

Rosja, zdaniem wielu, jest ostatnim bastionem moralności i normalności, istnym Festung Breslau które broni się przed naporem sodomii, dewiacji, liberalizmu, degeneracji i całego tego zachodniego zła. Europa i USA to liberalna demokracja i upadek wartości, Rosja zaś dzielnie broni sztandaru Tradycji. A tak w ogóle, to jest to państwo niemalże nacjonalistyczne. Hm, czy aby na pewno?

Zacznijmy może od rzeczy najprostszej - polityki historycznej. Rosja, mam tu na myśli oczywiście państwo i rządzących, buduje tożsamość narodową na rosyjskim imperializmie, co jest czymś całkowicie naturalnym i zrozumiałym. Jest to dla nas co prawda trochę groźne, ale tak samo groźne byłoby gdyby Niemcy wzięli sobie znów do serca pierwszą zwrotkę swego hymnu oraz przywrócili flagę „schwarz-weiss-rot”, a jednocześnie równie naturalne - jeśli naród w swej historii miał etap wielkomocarstwowy, to odwoływanie się do niego jest pewną oczywistością. Sęk w tym, że na Kremlu używa się najróżniejszej symboliki, a ta związana z caratem wcale nie jest najpopularniejsza. Rosja, naturalnie, to nie jest aktualnie żadne komunistyczne państwo, ale lubi sobie do tego okresu wzdychać. Przykłady? Oczywiście świętowanie 9 maja, wspaniałego „dnia zwycięstwa”, funkcjonowanie po dziś dzień mauzoleum Lenina czy huczne obchodzenie w 2013 roku 70. rocznicy powstania „Smierszu” (a to trochę tak, jakby w Niemczech nagle oddawano cześć SD czy Gestapo). Ja rozumiem szacunek dla żołnierzy którzy zginęli na froncie wschodnim, ale czczenie wodza rewolucji październikowej i kata kilku milionów ludzi oraz wychwalanie pod niebiosa stalinowskiego reżimu oraz odsłanianie pomników takim osobom, jak na przykład generał Czerniachowski (który w ramach walki z faszyzmem i hitleryzmem wysłał tysiące żołnierzy wileńskiej AK do łagrów) jest takie dość mało „narodowe” czy „tradycyjne”.

W Rosji jest, niestety, cała masa patologii, z którą władza nie walczy. Narkomania i patologiczny alkoholizm (daleko mi do bycia straight edge ale to, co się tam dzieje po prostu przeraża), korupcja na każdym kroku, prostytucja, miliony dzieci mordowanych przez aborterów, ciągłe rozwody, strasznie niski poziom praktyk religijnych, miliony Azjatów wręcz kolonizujących Rosję przy jednoczesnym wymieraniu rdzennej ludności... ale grunt, że „Pussy Riot” siedzą w łagrze i nie ma parad pedałów. Rzeczywiście, super. Skoro Putin jest taki męski i potrafi rządzić twardą ręką to dlaczego nic z tym nie robi?

Najzabawniejsze jest jednak udowadnianie, że Putin to „nacjonalista”, wszak Moskwa wspiera niektóre prawicowe ruchy w Europie. Ten nacjonalista ostatnimi czasy nawoływał do zwalczania nacjonalizmu, ksenofobii i rasizmu. W czym to się różni od deklaracji wszystkich zachodnich polityków, że należy bronić liberalnej demokracji przed prawicowym ekstremizmem? Czas jakiś temu pewien, co by nie mówić, ekstremistyczny zespół metalowy wrzucił zdjęcia z imprezy na którą wpadli antyterroryści i skuli jej uczestników. Chyba nawet najbardziej „rasistowski”, „nazistowski” czy „faszystowski” event w Europie nie kończy się wizytą jednostek AT.

To wszystko jednak nic. Jest coś, co ostatnimi czasy mnie autentycznie zbulwersowało. Otóż kremlowska telewizja RussiaToday wypuściła film pod tytułem „Renaissance: Revival of far-right nationalism in Europe”. Oczywiście literki „SS” zostały napisane w sposób taki, by widz nie miał wątpliwości, z kim sympatyzują europejscy nacjonaliści, zaś na dobry początek dostajemy nagrania z wydarzenia angielskich neonazistów wrzeszczących „Hitler was right”. Po tej uroczej scence czeka nas pół godziny propagandy na temat ukraińskiego nacjonalizmu oraz sytuacji na Łotwie - czyli w państwach, które Rosja zawsze lubiła mieć w swojej sferze wpływów. Co ciekawe, to nie wątek Ukrainy i azowców zaciekawił reżysera najbardziej ale Łotwa - i tak oto obserwujemy z jednej strony nagrania z marszu Legionu Łotewskiego oraz pogawędki z jednym z żołnierzy tej formacji, a z drugiej katowani jesteśmy typowymi historiami na temat Holokaustu. Groteskowość tego filmu polega naturalnie na fakcie, że przejawem „odrodzenia nacjonalizmu w Europie” ma być pochód łotewskich SS-mannów i narodowej młodzieży w rocznicę powstania Legionu podczas gdy jest to w tym kraju normalne święto, podobne do naszego dnia żołnierzy wyklętych. Tak się bowiem złożyło, że po zajęciu Łotwy przez ZSRR czerwoni mordercy od razu zaczęli masowo rozstrzeliwać inteligencję, działaczy niepodległościowych, każdego, kto mógł im zagrozić, więc wejście Niemców uznano za autentyczne wyzwolenie a do samych jednostek Waffen-SS zgłosiło się 70 tysięcy osób tylko po to by bronić ojczyzny, zupełnie ignorując przy tym ideologię nazistowską i traktując ją z politowaniem (żaden inny kraj nie wystawił chyba tylu ochotników na front wschodni, co malutka Łotwa), chodziło wyłącznie o przegnanie czerwonych precz stąd szacunek dla tej formacji jest czymś całkowicie naturalnym i nie ma żadnego związku z propagowaniem hitleryzmu, gloryfikacją Holokaustu itp. itd. Tymczasem w filmie poznajemy historię obozu koncentracyjnego Salaspile, gdzie hitlerowcy mordowali Żydów i przy okazji mamy okazję wysłuchać bardzo ciekawych przemyśleń pewnego rosyjskiego historyka, które aż pozwolę sobie przetłumaczyć i zacytować. Otóż dowiadujemy się, że „istnienie w przeszłości obozu koncentracyjnego w Salaspilach nie pasuje do oficjalnej łotewskiej wersji historii. Wynika z niej, że niepodległa, demokratyczna Łotwa żyła sobie szczęśliwie i wolnie do 1940 roku. Wtedy w 1940 roku „orkowie”, tak jest, przyszli źli Rosjanie ze wschodu, przyszli i przynieśli sowiecki reżim. W 1940 przybyli roku niemieccy wyzwoliciele. Naziści też nie byli bardzo dobrzy, ale byli postrzegani jako cywilizowani Europejczycy. I jak pasowało cywilizowanej Europie, przynieśli światło i kulturę, acz z pewnymi zaniedbaniami ale w 1944 roku źli Rosjanie wrócili. Rozpoczęła się przerażająca sowiecka okupacja która zakończyła się dopiero w 1991 roku”.

Moi drodzy, można zrozumieć świętowanie 9 maja, można zrozumieć potępianie „faszyzmu”, jednak ironizowanie sobie z oczywistego bestialstwa Sowietów w państwach bałtyckich, z ewidentnej agresji na Łotwę w 1940 roku oraz tego, że w 1944 roku ponownie znalazła się ona na kilkadziesiąt lat w niewoli, sugerowanie, że Łotwa w okresie międzywojennym to była chyba jakąś wschodnią wersją III Rzeszy - jest czymś po prostu obrzydliwym. Mam odruch wymiotny gdy tego słucham, jest to ta sama narracja co „zaplute karły reakcji” i „tęp bandytów z NSZ”.

Czy to oznacza, że jestem „rusofobem”? A skądże. Nie mam nic do Rosjan jako do ludzi, lubię rosyjską muzykę, zarówno klasyczną, jak i tę współczesną, nie można odmówić im wybitnych pisarzy. Jako psycho-fan Heroes of Might and Magic III wiem, że to właśnie w Rosji funkcjonuje ogromna społeczność miłośników tej gry i to tam powstają najróżniejsze mody. Nie mam nic do Rosjan tak jak nie mam do Ukraińców, Białorusinów, Słowaków czy Portugalczyków, a nawet więcej - wiem, że wielu Rosjan bardzo nas, Polaków lubi (choć też z drugiej strony rozczula mnie mówienie o „polsko-rosyjskiej przyjaźni”, która to rzekomo ma być tak silna i budowana na szybko jako kontra dla kursu proukraińskiego - tak jakby wielu z Rosjan nie uważało Polaków za „zdrajców Słowiańszczyzny” co zdradzili Wschód na rzecz katolicyzmu, cywilizacji łacińskiej i demokracji, bo przecież najfajniejszym ustrojem był ten przyniesiony przez Sowietów) i tak samo ja lubię Rosjan. Wiem, że durnie są w każdym narodzie, nie ma co się nimi przejmować. Natomiast moja sympatia do tego narodu nie ma żadnego związku z tym, co sądzę o ich rządzących i ich polityce. To mniej więcej tak, jak będąc polskim nacjonalistą niespecjalnie czułem jedność duchową i ideową z rządem Donalda Tuska. I będę bardzo szczęśliwy, jeśli Rosja zajmie się swoimi sprawami, a nie rozszerzaniem swych granic.

Jest cała masa rosyjskich nacjonalistów, z którymi moglibyśmy sobie przybić piątki. Oczywiście nie mówię tu o koncesjonowanej opozycji, bo jest ona równie żałosna co wiele innych pseudonarodowych partyjek, a na pewno nie o czubku Żyrinowskim. Oni doskonale wiedzą, że Putin to żaden nacjonalista czy obrońca Tradycji - i my nie dajmy sobie takiego kitu wcisnąć. Rosja powinna być dla Rosjan, i powinna być rosyjska - również pod kątem geograficznym. Rosjanie mogą być naszymi partnerami, a nawet przyjaciółmi, jednak - mimo wszystko - trudno jednoznacznie uznać ich za część cywilizacji europejskiej. Nasza walka idzie o Wielką Polskę i Wielką Europę i mogą one być w przyjaźni z nacjonalistyczną (i każdą inną) Rosją - ale nie możemy godzić się na to, byśmy zostali sprowadzeni do roli wasala. Europa nie może mieć panów - ani zza Wielkiej Wody, ani zza Donu.

Michał Szymański

wtorek, 31 maj 2016 08:32

Głupota historycznej nienawiści

Po ostatniej informacji o wizycie nacjonalistów w Kijowie doszło do wielkiej wrzawy na naszym profilu – pojawiły się standardowo obelgi, wyzwiska. Dzieje się tak zawsze kiedy dochodzi do rozmów czy to z Niemcami czy Ukraińcami. Nie jest to niestety nic chwalebnego po raz kolejny ujawnia się wtedy wada gorących głów i chęci wojowania z naszymi sąsiadami czy to ze Wschodu czy z Zachodu. Nic na to nie poradzimy, że zamiast siedzieć we własnych okopach i fobiach wychodzimy im naprzeciw. Bardzo często nasze nastawienie do Ukrainy jest odbierane jako niechęć do Rosji; często ktoś do nas pisze, że jesteśmy rusofobami. Co niestety udowadnia, że większość krzykaczy po prostu prowokuje, a nie czyta naszych tekstów. Nie, nie jesteśmy rusofobami – pisaliśmy o tym już nieraz, ale chyba to ten czas kiedy trzeba coś znów powtórzyć.

Rozmawiamy z Ukraińcami czy Niemcami nie dlatego „żeby być fajnym” czy też żeby na siłę szokować. Kontakty między nami a naszymi sąsiadami trwają dłużej niż istnieje „Szturm”. Rozmawiamy ze sobą dlatego żeby wyjść naprzeciw stereotypom, żeby nie budować relacji nowych pokoleń Ukraińców, Polaków, Niemców, Rosjan i innych nacji na zasadzie nienawiści. Nie chcemy tak jak i nasi rozmówcy, żeby historia rzezi, odwetów, przelanej krwi się powtórzyła. Wielu krzyczy, żeby nie rozmawiać z Ukraincami „bo Wołyń”. Ale my chcemy właśnie o tym z nimi rozmawiać! Nic tak nie pomoże naszym stosunkom jak właśnie rozmowa o Wołyniu i o tym jak ważne jest to dla naszego kraju. Rozmawiając o historii przełamujemy lody i dzięki temu możemy skupić się na teraźniejszości.

Od początku powstania pisma mówiliśmy, że chcemy poruszać tematy tabu w naszym środowisku. Jeżeli ktoś się zawiódł, że nie jesteśmy kolejnymi którzy rzucają pustymi ale popularnymi sloganami, aby na tym się wybić - trudno, nigdy tacy nie będziemy. Chcemy i będziemy rozmawiać z naszymi rówieśnikami z innych państw o naszej historii, teraźniejszości i o tym co razem możemy zrobić dla przyszłości. Nie chcemy żeby przyszłe pokolenia dorastały w jadzie topiąc i marnując swoje siły w pustych wojenkach.

Zawsze przy tego typu „aferach” jesteśmy otwarci na merytoryczną dyskusję - od dwóch lat nie doczekaliśmy się ani jednej. Kiedy w naszych komentarzach padają zarzuty - zawsze prosimy o źródło - zamiast tego otrzymujemy porcję „popisu inteligencji” w postaci kolejnych insynuacji i obelg. Cóż, przynajmniej wiemy, że mamy rację, a przy okazji jest także zabawnie.
Wiemy także, że wiele kłamstw to specjalna robota aby nas zdyskredytować, że „zapomnieliśmy o Wołyniu, Katyniu, działaniu Niemców na naszych terenach podczas wojny”, itp. Nie, nie zapomnieliśmy. Co zresztą potwierdziły wywiady jakie przeprowadziliśmy z przedstawicielami wyżej wymienionych nacji. Czytajcie nas naprawdę, wszystko znajdziecie w naszych tekstach zamiast powielać komentarze prowokatorów, bądź ludzi niechcących wiedzieć więcej.

Nie cierpimy szowinizmu, który jest dla nacjonalizmu gwoździem do trumny. Szowinizm ma za zadanie narody skłócać, uważać jedne za lepsze od drugich. My wybieramy inną drogę – drogę traktowania się na równi, współpracy i wszelkich „ale” wyjaśniania z miejsca, od razu – aby nie dać kolejnym ludziom możliwości skłócania i szerzenia fałszywej propagandy.

Będziemy dalej szukać i kontynuować kontakty jakie posiadamy, będziemy się odwiedzać, dyskutować, wymieniać doświadczeniami i starać się na bólu przeszłości budować dobre stosunki między naszymi nacjami na dziś i na przyszłość. Jeżeli ktoś sądzi, że nacjonalizm to wieczna chęć zemsty to „Szturm” na pewno nie jest pismem dla niego. Nasi nacjonalistyczni rówieśnicy i działacze z Zachodu i Wschodu borykają się z tymi samymi przeciwnościami losu i wrogimi ideami. Szowinizm już raz prawie zmiótł nacjonalizm z „mapy świata” - drugiego razu nie będzie.


Krzysztof Kubacki

wtorek, 26 kwiecień 2016 13:45

Antysystem

„Antysystem”

Bruk, kamienie i płomienie przeciwko systemowi

Przeciw kłamstwom, defraudacjom , tej skurwysyńskiej zmowie

 

Oni okłamują nas, odbierają godność życia

Przeliczają na monety, okradają z naszych marzeń

W swoich pięknych garniturach, lśniących limuzynach

Nie chcą widzieć naszych twarzy, nie chcą się zatrzymać

 

Co wybory wciąż to samo – piękne obietnice,

Jak wygrają to pokażą nam pleców okolice,

Śmieją nam się prosto w twarze , mówiąc że tak nie było,

Bardzo chcieli, próbowali, ale się zmieniło

 

Mamy pięknie zapierdalać i nie protestować,

Być szczęśliwym, że żyjemy , wszystko tolerować,

Młodzi ludzie są bez szans, w starych gaśnie już nadzieja

Lata upływają wciąż i nic się nie zmienia !

 

Ile jeszcze możesz znieść? Jak długo będziesz chylił głowę?

Polski Naród ma już dość obłudy szytej pięknym słowem

Niespełnione obietnice, wyzysk, nędza, beznadzieja,

System niszczy nasze życie, bez żalu , bez sumienia

 

 

Polski Naród jest wkurwiony widząc co się tutaj święci,

Od „pierwszego” do „pierwszego – i tak aż do śmierci !

Przecież tak się nie da żyć, to zwykła wegetacja,

To wszystko hojnie dała nam czerwona demokracja !

 

Bruk, kamienie i płomienie przeciwko systemowi

Przeciw kłamstwom, defraudacjom , tej skurwysyńskiej zmowie

 

 

 

 

 

Zbigniew Zduński, 16.03.2016

 

 

 

Słowo wstępne


Krótka biografia Jamesa Connolly’ego - irlandzkiego nacjonalisty, socjalisty i republikanina - była zapowiedziana w artykule „Dzieje Irlandzkiego nacjonalizmu cz. 2”. Tekst ten powstał na podstawie mojej pracy licencjackiej pt: „Ruch narodowy i dążenia niepodległościowe Irlandczyków w latach 1900-1923”. Warto przedstawić tę personę szerzej, z racji tego, iż postać ta z przełomu XIX i XX w. w swoich działaniach łączyła nacjonalizm z socjalizmem.


Życie James’a Connolly’ego


James Connolly urodził się najprawdopodobniej w 1868 r. w Belfaście. Inne źródła wskazują, że był to rok 1870 r. Miał on wyemigrować w wieku 10 lat do Edynburga, gdzie już w latach młodości spotkał się z problemem nędzy i ubóstwa, pracując jako dziecko w celu utrzymania rodziny. Żyjąc w Edynburgu zyskał posłuch pośród szkockich robotników. Przejawiał w swoim programie politycznym łączenie idei nacjonalizmu i socjalizmu. Potępiony został za to przez II Międzynarodówkę. Ze względów osobistych emigruje do USA i współorganizuje radykalną, internacjonalistyczną organizacje robotniczą o nazwie „International Workers of the Word” („Międzynarodowi Pracownicy Świata”). Wspomniana organizacja powstała w 1903 r., a James działał w niej przez okres siedmiu lat. Nie mógł pogodzić się z tym, że Irlandia nie uzyskała swojej suwerenności. Porzuca idee internacjonalistyczne na rzecz swojej ojczyzny, cytując:

„Moje serce należało do Irlandii. Czułem, że nikt inny nie może tego zrobić. To, co miało być zrobione mogłem zrobić lepiej niż ktokolwiek inny. Zawsze śniłem o Irlandii, śniłem o powrocie do domu. Teraz jest czas, w którym próbuję realizować moje sny. Uważam, że spróbuję zrealizować ten.”

Z racji tego wrócił do Irlandii w 1910 r. i stał się liderem „Irish Transport and General Workers Union” (w skrócie ITGWU, na polski „Generalny Irlandzki Związek Pracowników Transportu” - powstały w 1908 r. przez innego irlandzkiego działacza robotniczego - James’a Larkin’a).

J. Connolly stworzył Irlandzką Armię Obywatelską do ochrony lokautów i strajków, później bojówkę tą przekształcił w armię. Zawiązał sojusz z Irlandzkimi Ochotnikami i przystąpił do działań w Powstaniu Wielkanocnym w 1916 r. stając się jednym z głównych liderów wspomnianej rebelii. Po upadku powstania trafił do niewoli. Za zdradę Wielkiej Brytanii został rozstrzelany na krześle, ze względu na to, że podczas walk został ranny w nogę, gdzie wdarła się gangrena - nie mógł stać przed plutonem egzekucyjnym.


Poglądy


Propozycje swoich zmian społecznych J. Connolly m.in. przedstawiał w gazecie „Workers’ Republic”. (Gazeta ta jest dostępna w domenie publicznej, po angielsku, w oryginale, w irlandzkich internetowych bibliotekach za darmo.) Poglądy te były syntezą łączenia idei niepodległości z wolnością narodu, socjalizmu, praw robotników, wizją państwa oraz roli kościoła oraz religii. Jego poglądy często są chaotyczne i nie zrozumiałe, a tłumaczenie z angielskiego czasami nie daje pełnej istoty zamysłów ideowej. Z racji tego postaram się przedstawić najważniejsze kwestie ideowe wysnuwane przez bohatera tego artykułu na podstawie głównego źródła, czyli gazety „Workers’ Republic”.


Suwerenność, naród i klasa robotnicza


Po pierwsze J. Connolly uważał, iż grupowanie związkowców, którego był reprezentantem, to nie tylko socjaliści, ale także republikanie, albowiem odrzucali oni monarchię, jako jeden z czynników zniewolenia mas ludu irlandzkiego. Po drugie stwierdzał, że dopóki klasa robotnicza będzie obojętna na samostanowienie państwa, dopóty nie otworzy się na nurty inne niż socjalizm. Po trzecie w jego ocenie dominującą siłą polityczną była irlandzka klasa robotnicza, która będzie skazana na zatracanie i wykorzystana jako tania siłą robocza, jeśli nie zaakceptuje idei niepodległości.


Religia


Inną kwestią pozostaje religia. Ogólnie Connolly’ego postrzegano jako człowieka antyreligijnego, ale w rzeczywistości był antyklerykalny wobec tej części kleru, który swoją polityką zniewalał irlandzkie masy pracujące. Podkreślić należy, że nie miał on zastrzeżeń do wyznań religijnych, a jedynie „sekciarskich zatargów”. Chodzi tutaj dokładnie o konflikt protestancko-katolicki. Tłumaczył, iż socjalizm to tylko i wyłącznie znajomość faktów ekonomicznych, co interpretować trzeba jako, że religia nie była według niego sprawą najistotniejszą. Pozostawił religię jako coś odrębnego dla jednostki, która musi sama stwierdzić, czy jest jej potrzebna do szczęścia czy też nie. Nie akceptował tej części kleru katolickiego, który współdziałał z kapitalistami i gnębił robotników.


Connolly’ska wizja socjalizmu, państwa i krytyka kapitalizmu


James Connolly oprócz Marksa doceniał innych pisarzy, którzy chcieli świat usprawnić. Stworzył on swoją własną wizję socjalizmu otwartą na inne myśli polityczne niż tylko socjalizm, w tym przypadku np. nacjonalizm.

Według Connolly’ego powinno się odrzucić m.in. kapitalizm państwowy, ponieważ zakłada „(…) wspólną kontrolę robotników nad środkami produkcji (…) bez tej kooperacyjnej kontroli publiczna własność państwowa nie jest socjalizmem, tylko kapitalizmem państwowym.” Ponadto „Państwo powinno być społecznym narzędziem w ręku swoich mężczyzn i kobiet, a jego władze używane przez robotników jako środki, nie zaś używane jako siła represyjna przeciwko robotnikom”.

Popierał demokratyzację i decentralizację państwa, strajki generalne, konfiskaty dóbr (forma nacjonalizacji), syndykalizm przemysłowy oraz samostanowienie się związków zawodowych.

J. Connolly, tak jak większość robotników w Irlandii, był katolikiem. Nazywał się nacjonalistą, a w drugiej kolejności socjalistą. Podkreślał, że aby Irlandia zyskała niepodległość to musiałyby zajść oprócz zmiany ustroju również i zmiany społeczne, bez których nie mogłaby zaistnieć Wolna Republika Irlandzka. Pisał: „Podbój Irlandii oznaczał dla irlandzkich mas społeczną i polityczną niewolę, a zatem odzyskanie Irlandii musi przynieść społeczną i polityczną niezawisłość każdego mężczyzny, kobiety i dziecka.”

Republika Irlandzka według wizji Connolly’ego, miała być państwem suwerennym, zdecentralizowanym, republikańskim o ustroju socjalistycznym i niekapitalistycznym, nieposiadającym kapitału państwowego, który wtórnie zniewalałby naród irlandzki. Ponadto system społeczny Republiki Irlandzkiej powinien opierać się na syndykalizmie i wolnych związkach zawodowych by nie dochodziło do konfliktu między „wyzyskiwaczami” a „wyzyskiwanymi”. Ponadto odrzucał on biurokratyzm jako coś złego w funkcjonowaniu państwa.


Patryk Płokita

wtorek, 26 kwiecień 2016 13:42

Spuścizna Wincentego Lutosławskiego

Zapewne spora część współczesnych, polskich nacjonalistów nie słyszała o postaci Wincentego Lutosławskiego, a jego przynależność do środowiska narodowego może być powodem do dumy, o czym postara się zaświadczyć ten tekst. Dorobek intelektualny oraz dzieło życia tej postaci jest naprawdę imponująca.

Wincenty urodził się w 1863 roku w Warszawie, a zmarł 1954 w Krakowie. Jego ojcem był Franciszek Dionizy Lutosławski, który był odpowiedzialny za zbudowanie fortuny rodu Lutosławskich. Sam Wincenty studiował chemię i filozofię, jednak to z tą drugą dziedziną związał swoje życie. W trakcie studiów należał do korporacji akademickiej Konwent Polonia. Przez wiele lat wykładał na różnych uniwersytetach – m. in. na Uniwersytecie Jagiellońskim, Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, czy zagranicznych w Lozanie i Genewie. Do jego największych zasług na rzecz nauki należy chronologiczne uporządkowanie „Dialogów” Platona, lecz nie poprzestawał on na zajmowaniu się historią filozofii, ponieważ sam próbował wypracować polski system filozofii narodowej, w której chciał połączyć idealizm platoński z romantycznym mesjanizmem polskim. Jego próba konsolidacji tych dwóch systemów nie kończyła się – co ważne – na intelektualnych dywagacjach. Starał się bowiem, żeby za ideą szedł czyn. Z czym to się wiązało? Zależało mu na tym, żeby Polacy byli narodem możliwie najbardziej czystym duchowo. Jego pierwszą inicjatywą społeczną było założenie w 1902 r. Eleuterii – towarzystwo do walki z alkoholizmem. Kilka miesięcy po jej powstaniu narodziła się organizacja Eleusis. Było to religijno-filozoficzne stowarzyszenie, które miało wytworzyć Polsce elitę prowadzącą do duchowego odrodzenia Polaków. Warto zaznaczyć, że w swym kształcie Eleusis nawiązywało do romantycznego Koła Sprawy Bożej – mesjanistycznej sekty założonej przez Towiańskiego, do której należeli m. in. Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki.

Czym zajmowało się Eleusis? Przede wszystkim członkowie tego stowarzyszenia musieli zachowywać poczwórną abstynencję – od alkoholu, tytoniu, rozpusty i hazardu. Ponadto studiowali filozofię indyjską oraz platońską. Dokonywali ezoterycznych interpretacji dzieł Adama Mickiewicza. Praktykowali jogę. Kultywowali katolicką pobożność. Ćwiczyli krótkotrwałe i długotrwałe posty. Zachowywali dietę wegetariańską. Zajmowali się także propagowaniem ideałów swojej organizacji takich jak karność, czy dyscyplina. Ważną informacją jest fakt, iż Wincenty Lutosławski, jako filozof o międzynarodowej sławie, pełnił w tym stowarzyszeniu rolę guru. Należy dodać, że Eleusis mocno wpłynęło na kształt powstałego później harcerstwa.

Poza pionierską działalnością realizującą ideały mesjanistyczne, Lutosławski należał także do Ligi Narodowej. Należy uznać jednak, że chęć wytworzenia Nowego Polaka, którą niewątpliwie da się w tej postaci dostrzec, łączy Wincentego jeszcze dobitniej z naczelnymi myślicielami endecji, czy późniejszych narodowych radykałów. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że dokonywał ekspertyz dla polskiej delegacji podczas konferencji wersalskiej.

Godnym zastanowienia jest to, czy współcześnie możemy się czegoś od tego człowieka nauczyć. Nie ulega wątpliwości, że Polacy nadal mają problem z używkami – w szczególności z alkoholem. Istnieje wiele organizacji starających się wpływać na ten stan rzeczy, ale niewiele z nich ma wymiar nie tylko fizyczny. Bez podłoża duchowego nie można mówić o dążeniu do moralnego uzdrowienia. Niewielu z nas – polskich nacjonalistów – podejmuje dobrowolne wyrzeczenia w imię uszlachetnienia całego narodu. Znakomitym dziełem Ruchu Oazowego i samego księdza Franciszka Blachnickiego jest Krucjata Wyzwolenia Człowieka, której członkowie właśnie w imię uzdrowienia innych sami podejmują się abstynencji. Może warto byłoby wziąć z nich przykład i przestać śmiać się z ludzi, którzy nie chcą ulegać nałogom. Popularna idea Straight Edge powinna – w uduchowionym wymiarze – wybrzmiewać wraz z hasłami Sportowego Trybu Życia. Może nawet warto byłoby pomyśleć o ponownym założeniu lub włączeniu się w jakieś istniejące organizacje mające na celu duchową odnowę Polaków, bo bez konfrontowania się ze słabościami narodu marne są szanse na rewolucję dusz. Wincenty Lutosławski z pewnością poparłby taką inicjatywę.


Michał Walkowski