niedziela, 30 czerwiec 2019 16:33

Marcin Bebko – Na marginesie wyborów do Parlamentu Europejskiego

Na marginesie wyborów do PE

 

Minęło już kilka tygodni od zakończenia wyborów do Parlamentu Europejskiego (to takie fasadowe ciało, które powstało żeby dać namiastkę „tożsamości europejskiej” mieszkańcom państw narodowych w Unii Europejskiej oraz promować homogeniczność w jej ramach) i opadł już pierwszy kurz po stoczonej bitwie. Oczywiście, jak po każdych wyborach przez prasę, telewizję i Internet przetoczyły się dyskusje i analizy dotyczące samych wyborów oraz ich wyników (dla przypomnienia: wygrał duopol POPiS skutecznie wycinając jakichkolwiek oponentów, a podobno w demokracji każdy ma prawo głosu, ale nie do bycia słyszanym).

Powszechnie zwrócono uwagę, że PiS podczas swoich rządów kupił sobie poparcie (lub też w oczach zwolenników tej odmiany POPiS-u przywrócił godność) sporej części mieszkańców Polski. Pisano i mówiono, że polityka  transferów socjalnych czy też redystrybucji dochodów to jedno z kluczowych, o ile nie najważniejsze źródło sukcesów zwycięskiej partii. Jednocześnie rozlegały się powszechnie głosy, że rozdawnictwo takie może się skończyć tylko katastrofą. Że Polski nie stać na dawanie pieniędzy na lewo i prawo, że powoduje to powstanie długu, który będą spłacać nasze dzieci, że to nie będzie trwało wiecznie bo skończą się za chwilę pieniądze. Takie głosy pojawiały się nie tylko wśród neoliberałów z PO (które wystąpiło pod szyldem Koalicji Europejskiej wspólnie z Nowoczesną, Lewicą Razem i PSL) ale również ze strony Konfederacji – koalicji Ruchu Narodowego, sympatyków Grzegorza Brauna i Piotra Marca (Liroya) i korwinistów. O ile to, że PO jest w stanie powtarzać niczym automat slogany wygłaszane przez takich „guru” myśli ekonomicznej w Polsce jak Leszek Balcerowicz czy Aleksander Smolar nie jest niczym nowym, o tyle krytyka ze strony części Konfederatów jest niezrozumiała. Jak polski patriota i nacjonalista może uważać że błędem jest polityka mająca na celu poprawę życia obywateli własnego państwa? Niech każdy odpowie sobie na to pytanie sam.

Tymczasem wróćmy do głównego argumentu krytyków, zarówno tych z lewa jak i z prawa,  którym to argumentem jest fakt że Polski nie stać na taką pomoc i że taka pomoc prowadzi do katastrofy. Na poparcie swoich twierdzeń oczywiście mają sztandarowe porównanie budżetu państwa do budżetu domowego. Analogia dobrze przemawia do ogółu, zwłaszcza że liczne jest grono osób, które wie jak ciężko jest związać koniec z końcem. Zwolennicy takiego podejścia mówią wprost: państwo funkcjonuje jak gospodarstwo domowe (rodzina). Czyli żeby móc wydawać musi najpierw zarobić. Jak rząd zarabia? W sytuacji w której brak jest państwowych firm oczywiście musi zebrać pieniądze od podatników, czyli jak powtarza Janusz Korwin-Mikke (jedna z twarzy Konfederacji) musi nam je ukraść. Cała ta konstrukcja teoretyczna oparta jest o przeświadczeniu, że faktycznie rząd jak przeciętny Kowalski aby wydać musi zarobić. Jeśli chce wydać więcej musi zarobić więcej – czyli musi więcej zabrać obywatelom. Innym rozwiązaniem jest niewydawanie więcej, czyli podejście na zasadzie niech każdy sobie radzi jak może, bogaci się wyżywią a biednymi nikt się nie przejmuje. Może być również sytuacja taka, że jeśli rząd chce wydać więcej to robi to do czego zmuszonych jest wielu Polaków, to jest może się zadłużyć. Ale to niesie ze sobą ryzyko, że taki dług trzeba będzie spłacić. Żeby go spłacić trzeba będzie znowu zebrać pieniądze (czyli złupić obywateli) albo zadłużyć się u kogoś innego. Wiadomo że im więcej się pożycza tym więcej trzeba oddać i dlatego dług rządu tak jak dług Kowalskiego jest zły ponieważ prowadzić może do spirali zadłużenia (bieżące zobowiązania spłacamy kolejnymi pożyczkami a pętla na szyi się zaciska), a to jest wprost droga do katastrofy budżetowej i gospodarczego Armagedonu. Niby wszystko jest jasne i klarowne, wielu to kupuje ale czy taki sposób rozumowania w odniesieniu do wydatków rządowych faktycznie jest prawdziwy? Jeśli ograniczymy się do teorii ekonomicznej forsowanej i implementowanej od lat nie tylko w Polsce to oczywiście, że powiemy że jest to prawda. Państwo nie może, nie ma prawa wydawać publicznych pieniędzy bo to są pieniądze zabrane (ukradzione) obywatelom (przede wszystkim bogatym, bo biedni jak wiadomo nie pracują i nie płacą podatków). A skoro są to pieniądze zabrane obywatelom (tym których stać na podatki) to tym bardziej rząd nie ma prawa wydawać ich na pomaganie i inwestowanie w celu pomocy pozostałym obywatelom. Tak w skrócie wygląda podejście neoliberalne.

Mamy na szczęście podejście inne które może stać się narzędziem prowadzenia polityki narodowej uwzględniającej interesy całego narodu a nie wąskiej jego grupy. Narzędziem tym może okazać się Nowoczesna Teoria Monetarna (z angielskiego MMT od Modern Money Theory). Zanim postawimy na niej krzyżyk związany z tym, że w Polsce głównie kojarzona one jest z postacią Popka lub z tym że jest ona lewacka i komunistyczna spróbujmy spojrzeć na nią jako na możliwą do wprowadzenia alternatywę dla neoliberalnego porządku kapitalistycznego, który zdominował świat w ostatnich dekadach pozwalając na utrzymanie quasi kolonialnych stosunków pomiędzy bogatszymi i biedniejszymi państwami.

MMT jest teorią, która opisuje i tłumaczy funkcjonowanie współczesnej gospodarki oraz proponuje alternatywę dla istniejących w jej ramach wolnościowych rozwiązań. Patrzy ona na ekonomię taką, jaka ona jest współcześnie a nie taką jaka ona była 100 czy 200 lat temu lub też taką jaką chcą ją widzieć fanatycy liberalizmu i wolnego rynku, wyznawcy „niewidzialnej ręki rynku”. Za punkt wyjścia przyjmuje konieczność zdefiniowania pojęcia i roli pieniądza. To ważne z uwagi na to, że nie jest to definicja oczywista. Można powiedzieć przecież, że pieniądz to środek płatniczy. Ale co to tak naprawdę oznacza? Że możemy nim płacić. Zgoda, ale dlaczego możemy nim płacić? Ponieważ jest on akceptowany w sklepach itd. No tak, ale dlaczego jest akceptowany? Przecież współczesny pieniądz to najczęściej kawałek papieru lub zapis elektroniczny na koncie. Jaką to może mieć wartość dla kogokolwiek? Weźmy na przykład naszą walutę pod lupę, nie ma ona przecież pokrycia w złocie czy innym kruszcu. Nie jest walutą wymienialną o sztywnym kursie np. 1:1 w stosunku do dolara czy euro. A jednak jest powszechnie używana. Można by odpowiedzieć, że jest w powszechnym użyciu ponieważ wszyscy jej używają. Ale dlaczego? MMT tłumaczy, że siłą napędową współczesnej waluty, w tym również polskiego złotego są podatki i inne opłaty wymagane na rzecz państwa. Ponieważ państwo przyjmuje podatki i opłaty wyłącznie w emitowanej przez siebie walucie to ludzie chcą, czy też muszą się nią posługiwać. Nawet jeśli w gronie znajomych ustalimy, że od dzisiaj będziemy się posługiwać wyłącznie żetonami w kolorze czarnym to w stosunku do państwa to nie zadziała. Musimy mieć jego walutę czyli np. złotówki żeby płacić podatki lub grzywny. W tej sytuacji zawsze znajdą się chętni na walutę emitowaną przez państwo. Im więcej tych chętnych tym waluta ta staje się bardziej pożądana. Prowadzi to również do konkluzji, że popyt na walutę emitowaną przez państwo wzmacniany jest przez silne instytucje państwowe, które są w stanie ściągać podatki i inne należności. MMT zakłada więc istnienie pieniądza fiducjarnego, czyli pieniądza o którego wartości decyduje to czy jest on akceptowany jako jednostka rozliczeniowa z państwem, które jest jego emitentem.

Wróćmy teraz do fragmentu w którym napisałem, że w grupie znajomych postanawiamy że środkiem płatniczym będą czarne żetony. Ustalone, koniec i kropka. To będzie nasza waluta na użytek wewnętrzny. Od dzisiaj tylko z niej korzystamy, a osoba którą wybierzemy na przywódcę naszej grupy będzie przyjmowała w żetonach comiesięczną składkę. Pojawia się pytanie skąd wziąć te żetony w naszej grupie? Nikt w grupie nie ma żetonów tylko złotówki. W tej sytuacji trzeba te żetony skądś wziąć. W naszym przykładzie żetony można by kupić, zrobić samemu itd. Państwo według założeń MMT w takiej sytuacji działa inaczej. Otóż aby ci którzy muszą mogli uregulować swoje zobowiązanie w walucie emitenta ten musi im ją najpierw dostarczyć. A w jaki sposób państwo dostarcza swoją walutę? Emitując ją, czy też kreując odpowiednią jej ilość. Czy oznacza to, że państwo wprowadza do obiegu tylko tyle waluty, ile później ściąga w podatkach? Oczywiście, że nie ponieważ jeśli tak by postępowało to popyt na ten pieniądz byłby mocno ograniczony. Taka waluta byłaby wykorzystywana wyłącznie do pokrywania zobowiązań wobec państwa a w pozostałych rozliczeniach wykorzystywane byłyby inne formy płatności. Takie postępowanie więc byłoby z punktu widzenia emitenta szkodliwe ponieważ prowadziłoby do osłabienia jego waluty. Musi on więc działać w taki sposób aby upowszechniać własną walutę, czyniąc z niej obowiązujący środek płatniczy a tym samym dostarczać jej więcej niż wymagają tego wyłącznie zobowiązania podatkowe obywateli. O ile więcej? Odpowiedź na to pytanie zależy od tego jakie cele państwo chce realizować. Ważniejsze jednak na tym etapie od tego ile waluty może czy też powinno dostarczać państwo jest odpowiedź na pytanie co to oznacza, że państwo „stwarza” pieniądz, który jest powszechnie wykorzystywanym środkiem płatniczym? Oznacza to po prostu, że państwo które jest suwerennym a więc niezależnym emitentem waluty używanej na swoim terytorium może dokonywać zakupów dowolnych towarów czy też usług, których cena wyrażona jest w jego walucie. Mówiąc krótko, państwo aby zapłacić za towary czy usługi, które kupuje nie musi zabierać pieniędzy obywatelom, musi je najpierw im dostarczyć jako środka płatniczego którym potem samo się będzie posługiwało. Tworzy ono więc popyt na swoją walutę i jednocześnie odpowiada za jej podaż. Współczesne państwo nie ma więc wiele wspólnego z rodziną (patrząc na współczesną rodzinę promowaną przez środowiska LGBT+ to może i lepiej).

Jeśli państwo kontroluje ilość danej waluty oznacza to, że w przypadku konieczności sfinansowania wydatków w tejże walucie nie ma przesłanek ku temu aby państwo nie mogło dokonać takiej transakcji, zwiększając ilość waluty którą dysponuje. Dla neoliberałów i gospodarczych wolnościowców zabrzmi oczywiście to jak herezja. Zaraz rozlegną się okrzyki: „A co z inflacją?!”. Otóż zjawisko inflacji nie jest do końca wyjaśnione i nie można stwierdzić, że zwiększenie ilości pieniądza poprzez jego „dodruk” (w dzisiejszych czasach raczej odbywa się to przez naciśnięcie kilku klawiszy na klawiaturze celem zwiększenie wysokości sald na rachunkach rządowych utrzymywanych w banku centralnym) jest wyłącznie jedynym powodem powstania tego zjawiska. Jeśli inflacja się pojawi to rząd kontrolujący swoją walutę ma możliwość zastosowania odpowiednich narzędzi w postaci odpowiedniej polityki podatkowej oraz ma możliwość ściągnięcia pieniędzy dostępnych w obiegu emitując obligacje denominowane w walucie krajowej. Tak więc ewentualne pojawienie się zjawiska inflacji może zostać powstrzymane na poziomie działań rządowych. Co w takim razie rząd zyskuje? Zyskuje możliwość prowadzenia polityki takiej w, której finansowanie polityki zmierzającej do poprawy warunków życia obywateli danego państwa staje się realne. Dodatkowo uniezależnia się od zagranicznych pożyczkodawców i “światowych rynków finansowych”. oraz ratingów. A skoro taka polityka jest możliwa, to rząd nie ma moralnego prawa do odmawiania działań, które zapewniać będą godziwe warunki życia dla całego narodu. Finansowanie z budżetu państwa zakrojonych na szeroką skalę programów budowy mieszkań, infrastruktury transportowej, opieki medycznej w świetle Nowoczesnej Teorii Pieniądza jest możliwe bez konieczności zabierania pieniędzy komukolwiek. Ponieważ w przypadku państwa, które dysponuje suwerenną walutą może ono pozwolić sobie na zakup wszystkich usług i towarów, za które może zapłacić swoją walutą priorytetem powinny być następujące kwestie. Po pierwsze to utrzymanie kontroli nad walutą, po drugie zapewnienie dostępności towarów i usług, których cena wyrażona jest w walucie krajowej i po trzecie emitowanie długu, który denominowany jest w walucie krajowej. Odnośnie punktu pierwszego pamiętając o tym, że o tym czy dana waluta w obrębie państwa posiada określoną siłę nabywczą tzn. czy istnieje na nią popyt decyduje zdolność państwa do egzekwowania należności podatkowych oraz do karania przypadków, w których dochodzi do unikania ich płacenia. Silne instytucje są podstawą funkcjonowania w gospodarce pieniądza emitowanego przez państwo. Podatki stanowią siłę napędową pieniądza dzięki czemu staje się on powszechnie akceptowany oraz gromadzony w celu uregulowania zobowiązań wobec państwa. Dlatego należy zadbać o sprawne instytucje, które będą dbały o przestrzeganie stanowionego prawa. Odnośnie punktu drugiego i trzeciego to sprawa jest jasna. Rząd powinien prowadzić politykę, która gwarantować będzie dostępność jak największej ilości towarów i usług które nabywać można za złotówki, co oznacza odtworzenie przemysłu i jednocześnie minimalizowanie długu denominowanego w walucie obcej (powinien dążyć do utrzymywania nadwyżki na rachunku obrotów kapitałowych). Aby zwiększyć dostępność towarów, które można kupić za złotówki należy przekształcić model gospodarczy funkcjonujący obecnie w Polsce, który sprowadza się do rozwoju opartego nie na produkcji ale na montażu i imporcie. Taka polityka, która de facto jest kolonializmem ze strony państw bogatszych ogranicza ilość dóbr produkowanych w Polsce i które można by kupować za złotówki. Wynagradzana w złotówkach jest natomiast praca i tutaj rząd ma narzędzie do walki z bezrobociem w postaci możliwości finansowania zakrojonych na ogromną skalę prac w obszarze infrastruktury itd. Czy polityka, która daje pracę i stosownie ją wynagradza nie powinna mieć pierwszeństwa przed polityką, która wypłaca głodowe zasiłki dla osób bez pracy? Czy nie korzystniejsze byłoby w celu uniknięcia rozwoju patologii i zachowań aspołecznych wśród osób, które pozostają bez pracy aby ludzie ci dostali pracę i odpowiednie wynagrodzenie finansowane przez rząd? Czy lepiej pozostawić ich na pastwę życia bezrobotnych - pozbawionych nadziei i popadających w apatię i marazm? Na to pytanie myślę, że jest jedna odpowiedź. Wprowadzenie powszechnego zatrudnienia w celu unikania patologii i osłabiania tym samym żywotności substancji biologicznej narodu i dodatkowo nastawienie na zwiększenie produkcji krajowej to elementy które staną się podstawą dla polepszenia dobrobytu całego narodu.

O negatywnych stronach zadłużenia w walucie obcej i dlaczego powinno się tego unikać nie ma sensu pisać. Wystarczy spojrzeć na państw,a które nie przestrzegały tej zasady i stały się zakładnikami międzynarodowej finansjery skupionej wokół takich instytucji jak WTO (Światowa Organizacja Handlu) czy Bank Światowy. Do grona wyzyskiwaczy dołączają również Chiny, które za pomocą kredytów powoli uzależniają kraje słabsze ekonomicznie. Dlatego podstawową zasadą rządu powinno być wystrzeganie się zadłużenie w walucie zagranicznej.

Ktoś powie w tym momencie: „OK, to wszystko ciekawe ale w takim razie po co są podatki, skoro rząd może w każdej chwili wytworzyć dowolną ilość pieniądza?”. Otóż podatki tak jak napisano wcześniej odpowiadają za napędzanie popytu na walutę. Bez podatków ciężko wyobrazić sobie na jakiej podstawie ludzie mieliby dążyć do tego, aby posiadać walutę emitowaną przez państwo. Podatki dodatkowo mają jednak jeszcze jedno zastosowanie. Pozwalają na prowadzenie polityki, która nagradzać będzie zachowania prospołeczne a karać będzie zachowania aspołeczne. W jaki sposób? Wystarczy opodatkować produkty lub usługi, które niszczą tkankę narodową. Wszelkie używki, gry hazardowe, działania wymierzone w środowisko podlegać będą opodatkowaniu aby w ten sposób skutecznie zniechęcać do korzystania z nich potencjalnych zainteresowanych.

Podsumowując więc: nie mają racji ci, którzy krzyczą że państwo nie może finansować dobrobytu narodu ponieważ nie ma z czego. Jak najbardziej państwo ma środki (w zasadzie nieskończone) na to aby zadbać o swoich obywateli. Nie mają racji ci którzy głoszą, że finansowanie przez państwo miejsc pracy, rozwoju produkcji, budowy mieszkań, ochrony zdrowia to działania złe ponieważ doprowadzają do zadłużenia. Podstawą jest brak zadłużenia zagranicznego. Wreszcie nie mają racji wszyscy, którzy mówią że za wydatkami rządowymi idą wysokie podatki. Rząd nie potrzebuje pieniędzy podatników aby realizować swe zamierzenia w obszarze budowy infrastruktury, ochrony zdrowia czy polityki społecznej. Potrzebuje woli działania w kierunku odpowiednich zmian. Zmian, które przyniosą korzyści wszystkim nam, zwykłym obywatelom a nie międzynarodowym korporacjom i neoliberalnej, kosmopolitycznej mniejszości. Wymaga to jednak wysiłku i zdecydowanego odrzucenia pomysłów na przyjęcie euro, nad którym Polska nie będzie miała kontroli. Czym to się kończy wystarczy spojrzeć na Grecję. Należy jednak mieć świadomość, że to że rząd dysponuje nieograniczonymi możliwościami to nie oznacza, że może pozwolić sobie na wszystko. W wydatkowaniu pieniędzy powinien on kierować się interesem i dobrem narodu. W momencie w którym jasno sobie powiemy, że to nie korporacje i najbogatsi finansują wydatki państwa, zyskamy swobodę w decydowaniu na co te pieniądze przeznaczyć. Wracając do punktu wyjścia należy stwierdzić, że krytyce poddawać można to na co pieniądze są wydawane, ale nie to że takie wydatki powstają. Odejście od neoliberalnego paradygmatu w polityce gospodarczej powinno przynieść refleksję nad tym, co powinno być finansowane przez państwo a co pozostawić jego obywatelom. Dosyć z polityką zaciskania pasa jako jedyną drogą do dobrobytu. Pamiętać należy o jednym: państwo stać na wszystko za co może zapłacić swoją walutą, ale wydając je na pierwszym miejscu stawiać należy dobro Narodu. Brak pieniędzy nie będzie mógł stanowić już wymówki dla tych, którzy nie chcą realizować polityki zgodnej z żywotnymi potrzebami Polek i Polaków.

 

Marcin Bebko