niedziela, 31 marzec 2019 21:09

Grzegorz Ćwik - O rewolucję kulturową

Nie jesteśmy obecnie wielkim Narodem. Ostatnie 350 lat naszej historii to pasmo nieustannych porażek i permanentnego braku Niepodległości. Oczywiście było kilka wyjątków w tym paśmie niepowodzeń, głównie zresztą związanych z  okresem międzywojennym, jednak przytłaczająca większość wspomnianego okresu to postępujący upadek Polski i Polaków. Poczynając od kryzysu państwowości w połowie XVII wieku, przez utratę niezależności w wieku XVIII po zabory, po których nastąpił krótki jakże okres niepodległego bytu. Ten jednak szybko skończył się wrześniową katastrofą, 6-letnią okupacją dwóch totalitarnych mocarstw, a następnie okupacją sowiecką, którą następnie zastąpiła okupacja liberalno-kapitalistyczna.  Ta ostatnia zresztą jest jeszcze gorsza niż poprzednia, choćby przez fakt, że większość Polaków nie zdaje sobie z niej sprawy. Popularna i powszechnie powtarzana wersja historii mówi, iż w roku 1989 wreszcie odzyskaliśmy upragnioną wolność, papież Polak przegnał komunizm, doczekaliśmy się wolnych wyborów i od tego momentu notujemy już wyłącznie dziejowy progres. Niestety, nie jest tak. Korozja naszego Narodu postępuje nadal, zmieniła się tylko choroba, która go toczy. W poniższym tekście poruszyć pragnę nie tylko sam proces dziejowy Polski i Polaków, ale przede wszystkim zaproponować chcę środek zaradczy – rewolucję kulturową.

Polak – bierny ale mierny

W roku 1989 wspomnianej wolności bynajmniej nie odzyskaliśmy. Niby to trywialne stwierdzenie, jednak nawet na prawicy funkcjonuje mit „okrągłego stołu” czy reform szarlatana Balcerowicza. Powtórzmy więc – okupacja sowiecka wsparta przed rodzimych komunistów stanowiących nomenklaturę zastąpiona została błyskawiczną liberalizacją, wprowadzeniem wolnego rynku i uzależnieniem Polski od czynników zachodnich – Waszyngtonu, Berlina i Brukseli. Wpisuje się to idealnie w ciąg naszych dziejów, jaki trwa od 1648 roku. Przełom wieków XVII i XVIII zwiastował dla nas oficjalne już przejście z rangi mocarstwa przynajmniej regionalnego do poziomu kraju, którego rządy są nam po prostu narzucane przez czynniki zewnętrzne. Wychodzę z założenia, że każdy czytelnik zna podstawową faktografię związaną z tym okresem jak i dwoma następnymi wiekami, więc nie będę szczegółowo referował tych zagadnień. Starczy wspomnieć, że okres 1918-1939 jawi się przynajmniej pod tym względem jako całkowicie wręcz wyjątkowy. W dwudziestoleciu bowiem nie tylko posiadaliśmy własne państwo, ale przede wszystkim prowadziliśmy politykę niezależną i samowładną. Niestety, wrzesień i jego skutki nie tylko pogrzebały tytaniczną prace kilku pokoleń wykonaną w tym okresie, ale jeszcze wepchnęły nas trwale pod jarzmo kolejnych okupacji i zależności. Sytuacja ta trwa zresztą do dziś, z tą jedną różnicą, że obecnie w przeciwieństwie do czasu choćby 2 wojny światowej, większość Polaków nie zdaje sobie sprawy z faktu, iż Polska nie jest państwem niezawisłym i niepodległym.

Można by uznać wrzesień i jego następstwa za niezawinioną przez nas, jako Naród katastrofę, gdyby nie jeden prosty a straszny w swej istocie fakt. To co wówczas się wydarzyło nie było wyjątkiem, a jak najbardziej potwierdzeniem reguły, która ma już ponad trzy i pół wieku tradycji. Ta tradycja to permanentny regres polityczny i geopolityczny, jak również cywilizacyjny Polski i Polaków. Zapewne wielu czytelników i czytelniczek właśnie uniosło się oburzeniem. „Jak to! Przecież Polska to nie zgniły Zachód!”. No cóż, 45 lat żelaznej kurtyny opóźniło infekcję liberalizmem i kapitalizmem, jednak przyznać trzeba, że szybko odrabiamy zaległości. Sprowadzanie obcych rasowo i kulturowo imigrantów, niszczenie tradycyjnych wartości, kompletne podporządkowanie ekonomiczne obcym czynnikom – to smutna a prawdziwa rzeczywistość i nie ma tu żadnej wyższości nad Zachodem. Właściwie to na tle innych dużych krajów Unii Polska wypada wręcz fatalnie – przede wszystkim pod względem niezależności gospodarczej, innowacyjności technologicznej czy świadomości procesów społecznych lub choćby ekologicznych. Ktoś powie – to spuścizna PRL-u. Następny ktoś – to efekt 2 wojny światowej. Ktoś jeszcze wskaże na straszne dziedzictwo ponad 120 lat zaborów. A potem znowu ktoś inny przypomni szlachecką anarchię, swawolę i całkowite zatracenie myślenia w kategoriach państwowych i narodowych.

Ja zaś powiem krótko – wspakultura. Czym jest wspakultura, który to termin wprowadził do polskiej myśli politycznej i filozoficznej Jan Stachniuk? To zaprzestanie mocy twórczej człowieka, popadnięcie w stan wegetacji i bierności. Stachniuk rozumiał wspakulturę jako najgorszy ideowy i duchowy nowotwór, jaki może zaląc się w duszy człowieka, jak i Narodu. Wspakultura to kosmiczna choroba, która polega na perwersyjnym rozmontowaniu ewolucji stworzycielskiej. O ile w kulturze istotne jest to, co dynamiczne, to co zwiększa tężyznę jednostki, owocność jej czynów, dobrobyt, potęgę, to we wspakulturze najistotniejsza jest wola wegetacji, „nieczynienie”, spokój, czyste trwanie. W myśl wspakultury człowiek skupia się na osobistym szczęściu i zadowoleniu, konsumpcji, zwykłej dekadencji.

Nie chcę tu wnikać w to, czy powody zaistnienia wśród Polaków wspakultury jakie podał Stachniuk są trafne i jedyne. Choć warto zwrócić uwagę, że Mosdorf piszący z zupełnie innej perspektywy zwracał uwagę na te same aspekty, co Stachniuk (m.in. na zgubny summa summarum wpływ kontrreformacji). To co dla nas istotne, to analiza jak wspakultura objawia się w życiu politycznym, intelektualnym i społecznym Polaków na przestrzeni ostatnich kilkuset lat.

Jak sądzę poniższe cechy naszego narodowego charakteru są na tyle dobrze znane osobom czytającym „Szturm”, że pozwolę sobie skrótowo je tylko opisać. Ponad 100 lat przede mną w niedościgniony sposób przeanalizował je Roman Dmowski w „Myślach nowoczesnego Polaka”, do której to pozycji odsyłam w celu zapoznania się z dłuższą i wnikliwszą analizą.

Bierność – to jedna z naszych największych wad. Poza oczywiście krótkimi zrywami w naszej historii, która są li tylko emocjonalną reakcją bez szerszej refleksji i poczucia obowiązku, jako Naród wykazujemy przerażającą wprost bierność wobec antynarodowych sił. Objawia się to zwłaszcza w ekonomii i gospodarce, gdzie bez zająknięcia tak 200 lat temu, 100 jak i obecnie oddajemy nasz majątek w ręce tych, którzy nie maja nic wspólnego z myśleniem narodowym. Okres reform Balcerowicza jest tu szczególnie symptomatyczny.

Samouwielbienie – brak realizmu to pierwszy krok w kierunku katastrofy. A ten objawia się między innymi w samouwielbieniu i kompletnym pomijaniu własnych wad. Uważamy się za autentyczny pępek świata a nasze dziejowe dokonania za decydujące o kształcie Europy. Jakiekolwiek stwierdzenie, że tak nie jest – a nie jest – większość Narodu uważa za herezję i obrazoburczy zamach na polskie świętości.

Mitomania – z powyższym wiąże się nasza straszliwa mitomania. Żyjemy w świecie mitów – zarówno dotyczących naszej historii, jak i przede wszystkim czasów obecnych. Do tego mylimy obie te materie, przez co spora część polskich nacjonalistów nadal chce walczyć z komuną czy nazistami (sic!).

Atomizacja – jak liczni byśmy nie byli to nie tylko mamy tendencje do dzielenia się, ale przede wszystkim do tracenia poczucia wspólnoty. Bodajże Wańkowicz kiedyś ciekawą rzecz zauważył na przykładzie wypadku samochodowego – gdy przygląda mu się np. 200 osób to jest to zupełnie odrębnych i niezależnych 200 światów, a nie jedno społeczeństwo i Naród. Obecne tendencje liberalne i kapitalistyczne tylko potęgują to zjawisko.

Nie umiemy myśleć w realnych kategoriach w polityce, ekonomii czy dyplomacji – to wprost zatrważające, ale Polacy w wymienionych dziedzinach przypominające niezbyt rozgarnięte dziecko, które próbując grac w szachy, ciągle zapomina jakie są reguły. W polityce kierujemy się takimi kwestiami jak honor, duma czy wywarcie dobrego wrażenia. W ekonomii nadrzędnym celem jest wyprzedaż majątku narodowego za wszelką cenę i sprowadzenie do kraju jak największej liczby zagranicznych koncernów. Na złość światu chcemy ciągle pokazywać jacy jesteśmy dobrzy i czyści moralnie. Zasadniczym problemem jest to, że nikogo to nie obchodzi.

Nie posługujemy się kategoriami interesu narodowego i dobra wspólnego – jakkolwiek brzmi to strasznie, to czy faktycznie takimi wartościami posługują się Polacy jako Naród? Jeśli spojrzymy na ogrom kołtunerii, warcholstwa i wewnętrznych sporów na przestrzeni ostatnich wieków, to pokolenie Dmowskiego i Piłsudskiego, a następnie ich wychowanków jawią się jako prawdziwe perły – niestety perły osamotnione. Miał rację Leszek Moczulski nazywając pokolenie tych dwóch wielkich Polaków jednym z najlepszych w naszej historii, jednakże im dalej od tych czasów, tym ich przykład jest słabszy.

Słowa – jak chyba żadna nacja na świecie Polacy uwielbiają słowa i gadanie. Nieważne są czyny, idee, realne działania. Ważne są słowa. Starczy wspomnieć żałosne roztrząsanie tego co powiedział a czego  nie powiedział Trump podczas swej wizyty w Polsce. A jakie to ma znaczenie? Znaczenie mają fakty i twarda polityka. Polaków bardzo łatwo jest kupić gładkimi słówkami.

Całość tych rozważań prowadzi nas do kilku konstatacji: Polacy to Naród odrealniony, łatwowierny, nienawykły do działań warunkowanych interesem narodowym. Co tu dużo mówić – większość Polaków to ludzie kierowani indywidualistycznym egoizmem. Do tego od lat kilkuset trawi Polskę straszliwe wprost zaprzaństwo. Utyskujemy na anarchistów, KOD, Obywateli RP etc. A to nic innego jak kolejne ogniwo w łańcuchu, w skład którego wchodzą targowiczanie, komuniści, konfidenci bezpieki czy gestapo, wszelcy ziemianie i konserwatyści całujący stopy cesarzowi czy carowi. W wydanym niedawno drugim tomie swej pracy o Legionach Polskich Marek Koprowski przywołuje niezwykle dla polskiego społeczeństwa symptomatyczny przykład. Oto w Radomiu w czasie Wielkiej Wojny mimo przepędzenia przez państwa centralne armii carskiej nadal polskie rodziny posyłały swe dzieci na lekcje rosyjskiego, wystrzegając się jak tylko mogły uczestnictwa w polskim szkolnictwie, choć to było już dozwolone i właśnie się tworzyło. A w ramach tych lekcji uczono posłuszeństwa wobec Rosji, cara, armii jego i administracji. Oraz, że Legiony to zdrajcy a walka o Niepodległość to głupota. Czyżby haniebny wyjątek? Bynajmniej, w Priwisleniju wówczas była to postawa powszechna a rozgoryczenie Strzelców prowadziło ich do czarnej rozpaczy.

Niezwykle istotne dla zrozumienia dalszej części tekstu jest zaznaczenie jeszcze dwóch kwestii. Otóż obecnie wspakultura jest warunkowana i potęgowana przede wszystkim przez liberalizm i wszystkie związane z nim choroby. Nieważne jest już tak bardzo stwierdzenie co powodowało ten stan rzeczy 100 czy 200 lat temu, bowiem najważniejszy jest dzień dzisiejszy i jutro. A dla liberałów stan polskiego Narodu na polu emocji i psychiki jaki powyżej opisałem jest wprost wymarzony. Drugą zaś konstatacją jest to, że na dzień dzisiejszy nie tylko Polacy cierpią na taki stan rzeczy. Wspakultura w powyższym rozumieniu, powodowana przez liberalną szkołę ideologiczną, ogarnęła cały nasz kontynent. Wszelkie więc wady jakie wymieniłem stają się także wadami wszystkim Narodów Europy (lub w wielu wypadkach stały się już nimi).

Dlatego też tradycyjna wspakultura ma się u nas doskonale, zadomawiając się na dobre także w innych krajach. Stąd już tylko krok do powszechnego poparcia dla tzw. „praw lgbt”, aborcji, sprowadzania imigrantów do naszego kraju. Sondaże zresztą wykazują powolny, acz stały wzrost poparcia dla tych chorych postulatów. Stwierdźmy jasno: wspakultura stała się orężem liberalizmu w walce z naszą narodową i europejską tożsamością i świadomością.

No dobrze, wszyscy się zgadzamy co do tego, że polski Naród od lat kilkuset rozwija się anormalnie, a nasze wady i dysfunkcje warunkują permanentną właściwie niewolę. Ale co dalej? I jak to wiąże się z tytułowa rewolucją kulturową?

Błędne koło reformizmu

Zanim do tego przejdziemy, warto się zatrzymać chwilę nad jeszcze jedną kwestią. Nie jest bowiem niczym odkrywczym ani to co powyżej pisałem, ani fakt, że na przestrzeni lat i wieków Polska miała ludzi, którzy dostrzegali cywilizacyjne problemy naszego Narodu i chcieli im zaradzić. Każde z zagadnień, gdzie objawiały się nasze zapóźnienia i ułomności doczekało się wszelkiej maści i rodzaju reform. Warto się przy tym zatrzymać. Reforma to, za Słownikiem Języka Polskiego „zmiana lub szereg zmian w jakiejś dziedzinie życia, w strukturze organizacji lub sposobie funkcjonowania jakiegoś systemu, mające na celu ulepszenie istniejącego stanu rzeczy; też: wprowadzanie takiej zmiany lub zmian”. Kluczowym dla nas fragmentem jest tutaj „w jakiejś dziedzinie życia”. Otóż prawie wszystkie wspaniałe projekty tych czy innych reform na przestrzeni wieków dotyczyły tylko jednego zagadnienia. A to zapóźnienia przemysłowego czy urbanizacyjnego, a to szkolnictwa, handlu morskiego, dyplomacji w naszym regionie, edukacji, wojskowości. Można tak wyliczać naprawdę długo. Zasadniczy problem jest taki, że żaden projekt reform nie bierze pod uwagę autentycznych i najbardziej podstawowych przyczyn stanu rzeczy. Dlatego też już przed wojną kierunek taki – „reformizm” żywiołowo krytykował Stachniuk, a z nim cała „Zadruga”. Identyczny stan widzimy dzisiaj. Słyszymy o genialnych pomysłach uleczenia ekonomii poprzez zwiększenie czy obniżenie podatków albo uratowania edukacji poprzez likwidację czy przywrócenie gimnazjów. Tymczasem problem nie leży obecnie w konkretnych zagadnieniach, płaszczyznach naszego życia, ona bowiem warunkowane są czynnikami i dużo obszerniejszymi i totalnymi. Pisałem już kiedyś, że żyjemy obecnie w czasach ideologicznych – znaczy to tyle, że to ideologia i wynikający z nich światopogląd są najważniejszymi determinantami sytuacji w naszym kraju, na naszym kontynencie i świecie. Ekonomia, nauka, gospodarka, edukacja, wojskowość – absolutnie każda dziedzina jest zależna od panującej ideologii.

Obecnie panującą, póki co niepodzielnie, ideologią jest w Polsce i całym zachodnim świecie liberalizm. Skrajny indywidualizm, kapitalizm, laicyzacja, nihilizm, relatywizacja i niszczenie wszelkich tradycyjnych kolektywów z rodziną i Narodem na czele – oczywiście wszyscy znamy doskonale te cechy liberalizmu. „Płynna nowoczesność” to negacja wszystkiego co trwałe, cywilizacyjne i ponadpokoleniowe. Skupienie się na swoich hedonistycznych zachciankach i potrzebach, brak jakiekolwiek perspektywy dziejowej, a do tego postępująca alienacja każdego z nas: wszystko to ideologom liberalizmu służy do stworzenia światowego społeczeństwa konsumentów, którzy nie różnią się niczym od siebie. A skoro tak, to nie posiadając jakiejkolwiek tożsamości i płaszczyzny, do której mogą się odwołać, stają się niesamowicie podatni na wszelki przekaz marketingowy dotyczący konsumpcji kolejnych wyrobów, produktów i gadżetów. Ucieczka w konsumpcjonizm to nic innego jak pogoń za białym króliczkiem. Na końcu drogi nie czeka jednak przebudzenie, niczym w filmowym „Matrixie”, a tylko obumieranie duszy i zatracenie człowieczeństwa.

Brzmi strasznie? Co to ma do reformy szkolnictwa, zmian podatkowych, polityki socjalnej? Absolutnie wszystko. Liberalizm to idea totalna, wręcz totalitarna, czego sami doświadczamy każdego dnia. Systemu tego nie strzeże już jednak UB, SB czy NKWD. Strzegą go polit-poprawne media, ideolodzy i dziennikarze wraz z politykami. A nade wszystko strzegą go zwykli ludzie, którzy zostali zniewoleni tak skutecznie, że w przeważającej większości nadal tego nie dostrzegają.

Podstawowym i najważniejszym naszym zadaniem jest zmiana panującej ideomatrycy. Termin ten także wprowadził nieoceniony Stachniuk. W „Drogach rewolucji kulturowej w Polsce” wyróżnił on kilka rodzajów ideo matrycy, ja posłużę się tylko jednym, uproszczonym i ogólnym. A więc za ideomatrycę uznać trzeba „obiektywne urządzenia formujące psychikę każdego dojrzewającego pokolenia. Te urządzenia są to z grubsza cztery aparaty. Są nimi:

a) aparat norm światopoglądowo-etycznych,
b) aparat wychowania,
c) aparat świadomości grupowo-historycznej,
d) aparat języka i symboli artystycznych.”

Ideomatryca jest to określony system ideologiczny, który zdobywając absolutną dominację, wpływa na każdy element życia ludzi, społeczeństw, Narodów i całych cywilizacji. Teraz sądzę, że każdy już rozumie, że kolejne programy reform, zmian i przemian są ślepą uliczką. Naszym celem musi być rewolucja kulturowa.

Rewolucja kulturowa albo śmierć

Celem takiej rewolucji byłoby całkowite wywrócenie obecnej sytuacji pod względem ideologicznym i światopoglądowym. Liberalizm podszyty ideologicznie koncepcjami szkoły frankfurckiej należy jak najszybciej zamienić na myślenie archeofuturystyczne wedle koncepcji nieodżałowanego Guillaume Faye. A więc zamiast złudnej egalitarności, walki z etnicznością i tradycją – archaiczne wartości obleczone w środki odpowiednie do naszych czasów. Mówiąc „archaiczne” nawiązujemy oczywiście do greckiego źródła tego słowa, czyli greckiego arche, które oznacza „fundament”, „początek” lub też „twórczy impet”. Koncepcja ta nawiązywałaby więc do najwspanialszych i najdoskonalszych fundamentów Europy – greckiej filozofii, estetyki i sztuki, rzymskiej nauki o prawie i polityce, do tradycyjnych korzeni religijnych Europy (tej chrześcijańskiej jak i przedchrześcijańskiej), do filozofii i teologii Tomasza z Akwinu i wielkich osiągnięć naszej architektury czy nauki. Te podstawy miałyby zaś wyraz w elemencie futurystycznym – a więc wyrażałyby się w działaniach i środkach opartych na najnowszych technologiach i odkryciach. W ten właśnie sposób myśl Evoli oraz idea Marinettiego dałyby nowe tchnienie naszej krwi i ziemi. Całość oczywiście w kontekście ideologicznym realizować należy jako nacjonalizm – i nie mówię o skonfederowanym nacjonalizmie obywatelskim, paleoendeckim. Naszym paliwem do wyścigu o przyszłość jest Nacjonalizm Szturmowy. Faye jakże trafnie rozumiał, że musimy doprowadzić do „rozróżnienia ról płciowych, przekazywania etnicznych i ludowych tradycji; duchowości struktur sakralnych; pilnowania ładu i widocznej hierarchii; kultu przodków; rytuałów przejścia i prób; rekonstrukcji organicznej wspólnoty, która sięga od pojedynczej rodziny do wielkiej, ludowej wspólnoty narodowej;  de-indywidualizacji  małżeństwa  i  widzenia  go  jako  instytucji społecznej; nie mylenia małżeństwa z erotyką; do prestiżu kasty wojowniczej; […] równowagi praw i obowiązków; rygorystycznej sprawiedliwości, której dyktaty bezwzględnie wymierzone są w czyny, a nie w ludzi, co wyrobiłoby w ludziach poczucie odpowiedzialności zdefiniowania ludu i jakiegokolwiek ukonstytuowanego ciała społecznego jako diachronicznej wspólnoty ze wspólnym przeznaczeniem, a nie jako synchronicznej masy pojedynczych atomów” [cytat za P. Bielawskim].


Brzmi prawdziwie rewolucyjnie, prawda? Takie są właśnie aksjologiczne i niezbywalne podstawy rewolucji kulturowej. Wymienione cechy w sposób elementarny wykluczają się z dzisiejszą rzeczywistością. Jednocześnie to dzięki nim zbudowano nasza cywilizację, która stała się najwspanialszą na świecie. Liberałowie zaś mogą realizować swoje obłudne i katastroficzne cele właśnie dzięki zdobyczom tejże cywilizacji – wypracowaną przez wieki potęgę marnują oni rok po roku, powoli przepalając i niwecząc to co osiągnęli nasi przodkowie. Aby zatrzymać ten samobójczy taniec pełen szaleństwa musimy właśnie dokonać rewolucji kulturowej – podważyć absolutnie każdy paradygmat liberalizmu. Musimy stwierdzić wprost, że istnieją różnice płciowe, etniczne i rasowe. Musimy przywrócić religijność i duchowość, przypomnieć znaczenie rodziny i wspólnoty lokalnej. Musimy zetrzeć w pył materializm, nihilizm i degenerację. Zło musimy nazwać złem, słabość słabością a zdradę zdradą. Musimy wyplenić z dusz naszych braci i sióstr uwielbienie dla słabości i upadku, a w miejsce tego przywrócić umiłowanie piękna, dobra i tego co czyste i jasne. Musimy wreszcie stwierdzić, że jako Naród mamy święte i niezbywalne prawo rządzić we własnym państwie tak jak tego chcemy i jak wymaga od nas sytuacja. Musimy przypomnieć wszystkim oszustom i hochsztaplerom, że każdy lud i rasa na świecie mają swe miejsce na ziemi – i tylko na nim powinny żyć. Do tego przypomnieć musimy, że tylko tam żyć mogą wedle swoich praw, które dla innych ziem i Narodów nie mają żadnego znaczenia. Musimy wreszcie stwierdzić jasno rzecz, która została zapomniana i brzmi dla uszu dzisiejszych pretorian upadku i rozkładu niczym herezja – ludzie nie są równi! Etnopluralizm przyznaje takie samo prawo do życia i rozwoju dla każdej grupy narodowej czy etnicznej, ale w żadnym wypadku nie stawia znaku równości między nimi. Każde kłamstwo relatywizmu jakie wlano w nasze serca i dusze o rzekomej równości, wysączyć musimy niczym truciznę – bo w istocie jest to trucizna. Musimy wypalić wszelkie poczucie niższości i rzekomej winy wobec innych ras i ziem. Nie, jako Europejczycy nie przepraszamy, bo nie mamy za co – jest to prawdziwie tytaniczne wyznanie, ale celem rewolucji kulturowej jest doprowadzenie do sytuacji, w której każdy Europejczyk powie takie zdanie, a przede wszystkim będzie wiedział, że to prawda. Musimy jasno to stwierdzić – nasze osiągnięcia cywilizacyjne nie są równe temu co narodziło się w Afryce czy obu Amerykach przed pojawieniem się tam białego człowieka. Są dużo lepsze i wspanialsze, a kolonizacja (jakby jej nie oceniać) jest tego jednoznacznym dowodem. Jesteśmy Europejczykami oraz członkami polskiego Narodu – i wobec tych wspólnot mamy swoje obowiązki i prawa. I tylko wobec nich! Nie mamy żadnych powinności wobec wszelkich innych etniczności, ras czy ziem. Tą prawdę, która dziś jest klasyfikowana jako tzw. „mowa nienawiści” także trzeba włączyć w rewolucję kulturową. Podobnie jak myślenie polityczne w rozumieniu Carla Schmitta – tak, na świecie są zarówno „swoi” jak i „obcy”, a obok „przyjaciół” (sojuszników) mamy także wrogów.

Myślę, że już drogi Czytelniku rozumiesz czemu nas, Szturmowych Nacjonalistów nie zadowalają kolejne projekty reform. Niczego one nie rozwiązują, stanowią zaledwie słaby paliatyw dla śmiertelnej choroby, która wypala Europę i cały nasz świat. Nacjonalizm Szturmowy w takim archeofuturystycznym ujęciu to idea na wskroś totalna. Przeniknąć musi ona każdy kamień i piędź ziemi Polski i Europy, i objąć musi każda dziedzinę życia. Jeśli nie będzie to naszym postulatem, jeśli zadowolimy się marnymi półśrodkami i wymienianiem spróchniałych desek w płonącym domu, wówczas przestaniemy się czymkolwiek różnić od naszych wrogów – politykierów i karierowiczów. My nie chcemy zmieniać systemu bankowego, prawa pracy, energetyki. Nie chcemy reformy podatkowej, reformy edukacji czy wprowadzenia zasadniczej służby wojskowej. My chcemy wszystkiego! Bez najmniejszego wyjątku! Dawno już odrzuciliśmy półśrodki, bowiem rozumiemy doskonale nasze położenie. To właśnie dlatego nasze serca i dusze płoną ogniem, który podsycany jest nie słupkami w sondażach, ale wizją Rekonkwisty Europy. Celem naszym jest stworzenie nowego człowieka, a nie pudrowanie jego słabości i niedomagań. W tyle pragniemy zostawić cały stary świat, to straszliwe dziedzictwo ostatnich kilkudziesięciu lat, tak by nasze dzieci i wnuki nie chciały wierzyć, że aberracja zwana dziś „nowoczesnością” czy „nowoczesnym światem” mogły w ogóle istnieć.

Jasnym jest teraz co stanowi dla nas główną oś buntu i działania. Nie ma sensu i nic nie da próba wprowadzenia jakichkolwiek zmian, jeśli nie zmienimy ideomatrycy i nie dokonamy rewolucji kulturowej. Narodowy syndykalizm, walka o międzymorze, uspołecznienie szeregu dziedzin, walka z korupcją – aby nasz Naród był do tego gotowy koniecznym jest wpierw całościowa zmiana naszych dusz i charakterów. Polak bierny, mierny i zarażony liberalizmem nie będzie w stanie ani tych zmian wdrożyć, ani tym bardziej w nich żyć. Odpowiedni poziom świadomości, znajomość swych niezbywalnych praw i obowiązków są absolutnie niezbędne do zmiany sytuacji. Wspakultura, która tak mocno uwarunkowała nasze dziejowe porażki i klęski obecnie przerodziła się w swoistą liberalno-materialistyczną atomizację i egoizację społeczeństwa. Jeśli nie wstąpimy na drogę wiodącą ku rewolucji kulturowej aby zastąpić ten dramat powrotem do archaicznych wartości i postaw, wówczas nie ma właściwie sensu nawet próbować wdrażać szeregu idei, jakie rozwijamy na łamach „Szturmu”.

Wymieniłem w pierwszej części główne wady narodowe Polaków. Obecnie są paliwem dla liberalnych zmian, i tego jak dzień po dniu przetwarzają one naszą rzeczywistość na swoją wypaczoną modłę. Polak bierny, egoistyczny, nie czujący związku ze swym Narodem to idealny konsument i wyborca. Właśnie tak – „konsument”, bowiem wypaczenie naszych dusz pozwala na sprowadzenie  nas jako Narodu do grupy konsumującej określoną ilość towarów i usług. Te z kolei produkowane są przez liberalny system często tylko po ty konsumować – i dalej napędzać to dziejowe samobójstwo.

Rewolucja kulturowa ma więc dwa wymiary – wymiar ideologiczny (ideomatryca) i stworzenie nowego człowieka. Ten nowy człowiek, prawdziwy „Robotnik” w myśl koncepcji Ernsta Jüngera stanowić będzie zarówno budowniczego nowego, archeofuturystycznego świata, jak i jego główny gwarant. Burżuazyjne, drobnomieszczańskie społeczeństwo ulec musi i ulegnie przed ludźmi, którzy górując nad konsumentami wydźwigną swoje Narody i Europę z powrotem do należnej im pozycji.

Rewolucja zaczyna się w Tobie

Strach przed totalnością, przed zimną i żelazną logiką i konsekwencją określonych idei ma w sobie coś strasznie polskiego. Uwielbiamy jako Naród półśrodki, kochamy zatrzymywać się w pół drogi, ubóstwiamy wszelkie kompromisy. Jednocześnie nie dostrzegamy, że i tak żyjemy w świecie totalnym jak i totalitarnym – świecie liberalizmu i wolnego rynku. Różnica jest jednak tutaj fundamentalna – nasza idea opiera się na Prawdzie i na tym co naturalne i normalne, gdy tymczasem wirtualne uniwersum płynnej nowoczesności opiera się na kłamstwie, wypaczeniu, na wszystkim tym, co chore, złe i nieprawdziwe.

Może to wyświechtane hasło, ale rewolucja kulturowa zaczyna się w Tobie. To Ty i tylko Ty podążysz drogą konsumenta, klienta i odbiorcy, lub też mężnie wejdziesz na ścieżkę, którą maszerują wojownicy, lub jak napisał Jünger – „robotnicy”. Nie ma trzeciej opcji, nie można być „trochę” lub „czasem”. Być musimy do końca, zawsze i w każdym calu naszego życia. Wówczas rewolucja kulturowa będzie już prostym następstwem i wręcz nieuniknionym dziejowym wydarzeniem w toku historii. A w tą zrywamy się przecież jak w Szturm.


Grzegorz Ćwik

Tekst niniejszy poświęcam pamięci Guillaume’a Faye’a, który odszedł od nas 7 marca. Cześć Jego pamięci.

Więcej w tej kategorii: Grzegorz Ćwik - Polityka? »