Jarosław Ostrogniew - Memy, metapolityka i wojna tajemna

Aktywizm internetowy nie ma zbyt dobrej prasy. Powodem tego jest prawdopodobnie fakt, że zbyt dużo ludzi poświęca się tylko niemu, zaniedbując inne pola działalności. Dlatego zapominamy o dobrych stronach aktywizmu internetowego i o tym, że przynosi on także wymierne efekty.

W anglojęzycznym światku nacjonalistycznym, czy tożsamościowym, dużo o aktywizmie internetowym myślą, mówią i piszą, ponieważ to właśnie dzięki obecności internetowej, szeroko rozumianej „alternatywnej prawicy”, udało się zaistnieć. Środowisko to najpierw działało jedynie w przestrzeni wirtualnej, a gdy zaczęło to przynosić efekty na płaszczyźnie materialnej, przenieśli swój aktywizm także poza rzeczywistość wirtualną. Dlatego pozwalam sobie czerpać tutaj pełnymi garściami z tego, co przedstawiciele tego środowiska piszą w esejach, mówią w podcastach, czy dyskutują w grupach i na forach.

Internet – nowy front walki

Rozpowszechnienie nowych technologii – zaawansowany i tani sprzęt dostępny dla większości społeczeństwa – sprawiło, że internet zawędrował pod strzechy. Architekci systemu myśleli, że umożliwi to pełną kontrolę i doskonałą propagandę, docierającą dosłownie do wszystkich. Rzeczywiście – inwigilacja nigdy nie była większa, nigdy też propaganda nie miała takiego pola rażenia. Ale łatwość w obsłudze i powszechność technologii doprowadziły do czegoś jeszcze – opór na poziomie propagandowym jeszcze nigdy nie był tak prosty.

W epoce druku, a potem telewizji, radia i prasy, asymetria między systemem a jego przeciwnikami na poziomie propagandowym była gigantyczna. W poprzedniej epoce naprzeciwko gazet, programów radiowych i telewizyjnych trafiających do prawie całego społeczeństwa, książek trafiających do całej koncesjonowanej elity, stały ulotki i samizdaty krążące w drugim obiegu, trafiające z rąk do rąk wśród nielicznej i zamkniętej kontrkultury buntowników. Obecnie memy czy filmiki trafiają nawet do całkiem przypadkowych osób i zasiewają w ich umysłach ziarno zwątpienia w oficjalną narrację propagowaną przez system.

Internet nie jest już jednak tymi dzikimi polami czy nowym pograniczem, na którym poruszają się tylko wytrawni znawcy ezoterycznych arkan tajemnej wiedzy obsługi komputera. Internet trafił pod strzechy – jest terenem, po którym (najczęściej w telefonie) gromadnie wędrują profańskie masy niewtajemniczonych, czyli po prostu normiki. To oswojenie Internetu wiąże się z kolejnym zjawiskiem – tak jak na Dziki Zachód po pierwszych osadnikach, szukających szczęścia poza prawem i poza powszechnie przyjętymi normami, przybywają przedstawiciele państwa, którzy chcą zaprowadzać swoje prawo i wszystko kontrolować. Z tą różnicą, że na wirtualnym pograniczu to nie państwo stanowi forpocztę starej cywilizacji, tylko międzynarodowe korporacje, które zmieniły internet w kolejny towar i kolejną przestrzeń wymiany handlowej. To one dążą do monopolizacji kontroli nad treściami pojawiającymi się w internecie. To dla nich największym zagrożeniem są wszelkie różnice między ludźmi – zwłaszcza te wrodzone – i wszelki ideologie na tych różnicach bazujące, a zatem także nacjonalizm. Idealnym społeczeństwem dla międzynarodowych korporacji jest wielorasowy bazar, na którym onieśmielona wyborem i przepychem towarów wymieszana etnicznie gawiedź pokornie przechadza się między straganami liberalnego oligopolu.

Problemy cenzury internetu, ograniczania dostępu, pośredników między twórcami a odbiorcami – nie powinny nas zniechęcać, bo to znaczy, że nasze działania przynoszą efekty! Inaczej nie wywołałyby tak ostrej reakcji systemu. I tak jak wraz z postępem w budowie socjalizmu walka klas zaostrza się, tak wraz z cywilizowaniem internetu wzrasta kontrola i cenzura. Powinniśmy korzystać z tego, że sytuacja jest wstępnie rozpoznana i pewne strategie wypróbowane. Może być tak, że internet rozpadnie się na dwa internety – dla normików i dla kumatych, ale wtedy będziemy się zastanawiać nad nową strategią. Nie powinniśmy jednak liczyć na to, że obudzimy memami szerokie masy internetowego ludu. Powinniśmy kierować nasz przekaz do najlepszych 10% społeczeństwa, zwłaszcza do młodych, starać się przekonać znaczącą część z nich. Normalni ludzie zostaną przekonani niejako przy okazji.

Internet nie jest wirtualnym sznurem, na którym nacjonaliści powieszą liberałów. Nie jest nawet bronią, którą odetniemy jedną z głów hydry. Ale jest nowym polem walki, na którym nowi, młodzi i myślący, nacjonaliści odnoszą i będą odnosić liczne zwycięstwa. Dlaczego? Dlatego że w internecie toczy się walka metapolityczna – walka idei, a nasze idee są po prostu lepsze. To nie my musimy ukrywać dane na temat przestępczości i imigracji, ukrywać niewygodne fakty historyczne. Po naszej stronie stoi prawda i musimy umieć to wykorzystywać.

I tutaj dochodzimy do najciekawszej części rozważań nad walką w internecie – do jej związków z wojną psychologiczną, wojną tajemną oraz metapolityką, a więc do ezoterycznego wymiaru walki ideowej toczonej w wirtualnej rzeczywistości.

Wojna psychologiczna, metapolityka, wojna tajemna

Zjawisko, nazywane kiedyś wojną psychologiczną, to po prostu znana wszystkim propaganda. Chodzi w niej o to, żeby poza standardowymi działaniami wojennymi osiągnąć cele prowadzące do zwycięstwa nad wrogiem. Z jednej strony dąży się do demoralizacji wroga, zastraszenia go, czy skłonienia do dezercji czy złożenia broni. Z drugiej – do podniesienia ducha bojowego we własnych szeregach. Wojna psychologiczna – podobnie jak zwyczajna wojna – toczy się zawsze najbardziej skutecznymi dostępnymi metodami. I tak jak w XXI wieku nie warto rzucać się z dzidą na myśliwce wielozadaniowe, nie warto rzucać się z drukowaną ulotką na nowoczesne media cyfrowe. Obecnymi środkami wojny psychologicznej dostępnymi dysydentom są przede wszystkim kanały wirtualne – profile na portalach społecznościowych, rozpowszechnianie memów, czy zorganizowane trollowanie.

Wojna psychologiczna jest blisko związana z metapolityką. Czym jest metapolityka? Najprościej rzecz ujmując – są to idee i wartości, które porządkują polityką. A więc są to pewne aksjomaty, z którymi w ramach określonego systemu muszą się zgadzać wszyscy gracze polityczni – inaczej zostają usunięci poza nawias tego, co dopuszczalne. Należy podkreślić, że wojna psychologiczna prowadzona przeciw systemowi na froncie wirtualnym wprost odwołuje się właśnie do metapolityki – poważni przeciwnicy systemu, a więc nacjonaliści, identaryści, tradycjonaliści, żądają rewolucji metapolitycznej: całkowitej zmiany idei porządkujących dyskurs polityczny. I to właśnie na poziomie wojny psychologicznej najłatwiej można do tychże idei bezpośrednio się odwoływać.

I tutaj właśnie wkracza poważnie rozumiana ezoteryka. Jeden z najważniejszych przedstawicieli radykalnego oporu przeciw współczesnemu światu – Julius Evola – opisywał zjawisko wojny tajemnej. Była to wojna, którą agenci globalnego przewrotu (czyli siły Anty-tradycji), prowadzą przeciwko przedstawicielom Tradycji. Nie rozważajmy tutaj wszelkich różnic ideowych między nami a Evolą, czy wszystkich konkretnych metod prowadzenia wojny tajemnej, które ten nasz Marcuse (tylko lepszy!) opisuje.

(Warto od razu nadmienić, że Evola przejął ten termin od Leona de Poncins, który uważał, że wojna tajemna to walka, którą wolnomularze prowadzą przeciw kościołowi katolickiemu. I należy od razu zaznaczyć, że całkowicie błędnym tłumaczeniem jest „wojna okultystyczna” - okultyzm to określony nurt filozoficzny i religijny, którego Evola nie był przedstawicielem.)

Do idei wojny tajemnej powrócił niedawno jeden z najciekawszych eseistów z kręgu amerykańskiej alternatywnej prawicy - Lawrence Murray. Zauważył, że wojna tajemna jest zewnętrznym przejawem wojny duchowej. Zatem wojna materialna to przedłużenie polityki, a wojna tajemna to przedłużenie metapolityki. Według Murray'a wojna tajemna jest blisko związana z wojną psychologiczną – ma ona wywołać określone reakcje u wroga, wzmocnić własne siły, a także przekonać niezdecydowanych do naszych idei. Ucieleśnieniem tej wojny jest obecnie właśnie internet. Nacjonaliści i tożsamościowcy byli w stanie odnosić w niej zwycięstwa właśnie dzięki redukcji asymetryczności między systemem, a jego przeciwnikami w rzeczywistości wirtualnej, a także dzięki sprawności młodego pokolenia w działaniu w internecie.

Memy i magia

Ezoterycznych aspektów wirtualnej walki idei pojawia się jeszcze więcej. Miguel Serrano – u którego geniusz zawsze niebezpiecznie miesza się z obłędem – powiedział, że Internet jest obsesją określonej mniejszości, ponieważ jest on ucieleśnieniem ich dążenia do zakrycia rzeczywistości. Rzeczywistość wirtualna to ucieleśnienie Maji – zmiennej i wielokolorowej iluzji, znanej z filozofii Wedanty.

Paradoksalnie, jest to zbieżne z tym, co pisali analitycy z całkiem innej strony politycznej barykady. Francuski socjolog, jeden z głównych przedstawicieli postmodernizmu, Jean Baudrillard opisywał świat mediów (a więc także świat wirtualny) jako symulację. Jednak symulacja to nie jest po prostu odbicie rzeczywistości – to alternatywna rzeczywistość. Symulacja jest bardziej atrakcyjna od rzeczywistości i zaczyna ją wypierać, czego dowodem może być chociażby to, jak wielu ludzi wybiera gry komputerowe zamiast aktywności fizycznej czy pornografię zamiast seksu.

Internet rzeczywiście jest dziwnym poziomem rzeczywistości, który każdego myślącego człowieka musi skłonić do zadumy, a każdemu, kto jest obeznany z literaturą ezoteryczną, przyniesie na myśl wiele nieoczekiwanych skojarzeń. To właśnie w internecie niematerialne idee (tworzone w umyśle) mają najbardziej bezpośrednie przełożenie na rzeczywistość – tylko że na rzeczywistość wirtualną. Jednak co ciekawe – rzeczywistość wirtualna ma swoje implikacje w świecie materialnym.

Przywodzi to na myśl klasyczne działanie magiczne – wywoływanie efektu w bardzo subtelny sposób poprzez podejmowanie na pozór oderwanych od rzeczywistości czynności. Nie jest to nic nowego. Wystarczy przywołać pieśń, która zagrzewa do boju, slogan, który podchwytują większe grupy społeczne, książkę, która inspiruje do działania, film, który budzi lęk przed określonym zjawiskiem, a także sączenie idei do umysłów przez dzieła kultury. To jest właśnie wojna psychologiczna – i do pewnego stopnia to też jest wojna tajemna. Tylko że tym razem my też mamy możliwość podjęcia w miarę równej walki. Zgodnie z zachodnią myślą ezoteryczną, magia to poddawanie rzeczywistości zmianom poprzez wolę i wpływanie na świat materialny poprzez niematerialny. W internecie – podobnie jak w sztuce - rzeczy niematerialne są najbliższe naszych myśli i wyobrażeń.

Po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych, Richard Spencer powiedział: „We memed Trump into existence” - „wymemowaliśmy Trumpa na prezydenta”. Jest to trochę prężenie muskułów na potrzeby uzyskania odpowiedniego efektu medialnego, ale jest w tym sporo prawdy. Środowiska szeroko rozumianej alternatywnej prawicy rzeczywiście wykonały ogromną pracę, prowadząc rzeczywistą wojnę propagandową przeciwko demokratom i konserwatystom w Internecie. Młode pokolenie białych wyborców najwyraźniej było języczkiem u wagi, który zadecydował o wyniku wyborów.

Dostrzegają to również nasi przeciwnicy ideowi i całkiem na serio obawiają się i próbują zwalczać naszą obecność w świecie wirtualnym. Dlaczego? Otóż tzw. „nowa lewica” uważa, że rzeczywistość nie istnieje - są tylko opinie, nie ma faktów, są tylko dyskursy, nie ma wydarzeń, jest tylko terytorium, nie ma mapy. A zatem, kto kontroluje dyskurs, kontroluje „rzeczywistość” - tworzenie mapy to tworzenie terytorium. Dlatego środowiska lewicowe z taką obsesją traktują symboliczny empowerement (wzmocnienie), przemoc symboliczną, medialną reprezentacją. Oni naprawdę wierzą, że jeśli zrobią odpowiednio dużo seriali, w których imigranci z Afryki Subsaharyjskiej będą przedstawiani jako bardziej inteligentni od Europejczyków, to w końcu rzeczywiście tak się stanie. Myślenie lewicowe pierwotnie wywodzi się z racjonalizmu, ale obecnie w gruncie rzeczy ma więcej wspólnego z tym, jak rzeczywistość postrzegał Aleister Crowley niż Karol Marks.

I właśnie dlatego lewicowcy tak poważnie traktują usuwanie z przestrzeni medialnej czy wirtualnej określonych symboli, znaków, myśli, idei, czy postaci. Wielokrotnie śmialiśmy się z tego, że są jak buszmeni, którzy wierzą, że jeśli ktoś zamieści w przestrzeni publicznej określony symbol, to sprowadzi na ziemię zło – jeśli ktoś narysuje swastykę, to nadejdzie armia nazistowskich zombie i zje mniejszości etniczne. I okazuje się, że do pewnego stopnia mieli rację.

Tak właśnie było z tą całą amerykańską alternatywna prawica. Większość postaci tego ruchu to dawni libertarianie, którzy całkiem na serio przełamali liberalną narrację, ale libertarianizm nie dał im właściwych odpowiedzi na najważniejsze pytania. Przypadkiem odkryli, że pewne zapomniane, ośmieszone i zakazane idee nacjonalistyczne dobrze opisują naszą rzeczywistość. Najpierw podeszli do tego ironicznie, potem bardziej poważnie. Podobnie było z ich memami – najpierw to były żarty, ale przyniosły realną zmianę i zaowocowały powstaniem realnego środowiska offline. W prowadzonej przez siebie wojnie psychologicznej zaczęli używać żaby Pepe, nadawali nowe znaczenia istniejącym memom i tworzyli nowe. W dość typowo subkulturowo-internetowym stylu zaczęli tworzyć własny hermetyczny język, aż w końcu dla żartu wymyślili religię ezoterycznego kekizmu (bazującą na fakcie, że egipski bóg chaosu Kek miał postać żaby i na jednym z jego wizerunków widać postać, która wygląda, jakby siedziała przy komputerze). Zaczęli bawić się w szukanie skojarzeń, dostrzeganie w zbiegach okoliczności czegoś więcej niż tylko przypadek, zaczęli czytać i cytować Evolę, Guenona czy Serrano. Dość dziwną drogą doszli (czy raczej - wrócili) do tego, co można nazwać myśleniem tradycyjnym – rzeczywistość wykracza poza to, co możemy zmierzyć i zważyć.

Kolejne przykłady udowadniają, że „meme magic is real” („magia memów działa”). Rzeczywistość istnieje niezależnie od tego, co o niej myślimy – świat materialny nie zniknie, gdy człowiek zamknie oczy, a świat wirtualny nie przestanie istnieć, gdy człowiek się z niego wyloguje. I jeżeli wojna tajemna jest prawdziwa, a bronią w niej jest internetowa propaganda, nie ma różnicy, czy będzie ona dokonywana ironicznie – powinna przynieść określone realne efekty. Tak samo jak nie ma różnicy czy strzelając z pistoletu mamy do tego ironiczny stosunek – pocisk i tak dosięgnie celu i zada określone straty.

Zakończenie

Na koniec zastanówmy się, jaka może być nacjonalistyczna perspektywa internetu i internetowego aktywizmu.

Przede wszystkim, nie podzielamy przekonania o tym, że świat nie istnieje poza naszymi przekonaniami. Rzeczywistość materialna istnieje, a mapa to nie terytorium. Ale rzeczywistość wirtualna także została przywołana do istnienia, a mapowanie terytorium wpływa na jego postrzeganie. Rzeczywistość wirtualna jest po prostu kolejnym elementem współczesnego świata, który w najbliższym czasie nie zniknie.

Nie uważamy również, że rzeczywistość wirtualna zastąpiła materialna. Rzeczywiście – symulacja dąży do wyparcia życia offline. To, że zgadzamy się z diagnozą pewnych autorów, nie znaczy, że zgadzamy się z prognozą. Jak zauważył Guillaume Faye – nie jesteśmy deterministami technologicznymi. Nie wierzymy w liberalne kłamstwo końca historii, czy globalistyczne opowieści o nieuchronności nowego porządku światowego. Zaistnienie nowych technologii nie sprawiło, że możliwym jest tylko jeden sposób myślenia i jeden sposób życia wyznaczony przez architektów globalnego systemu. Archeofuturyzm to wykorzystanie nowych środków do starych celów. Ponadczasowe idee mogą być propagowane za pomocą zarówno druku jak i internetu.

Jak twierdził Martin Heidegger, zagrożenie technologii to nie same nowe technologie, tylko myślenie technologiczne – postrzeganie świata jako zasobu, który można dowolnie wykorzystać dla osiągnięcia zysku. Tak właśnie myślą architekci globalnego systemu. Myślenie technologiczne było obecne dużo wcześniej, niż pojawiły się pierwsze komputery. Naszym celem nie jest przekształcenie całego świata w globalny hipermarket. Jesteśmy strażnikami świata i obrońcami bytu, a więc wrogami myślenia technologicznego.

I to jest niezwykle ważny aspekt wewnętrznej walki duchowej – przekroczenie myślenia technologicznego. Świat jako wartość autoteliczna, którą należy bronić.  Wartości duchowe zamiast materialnych, twarde idee przynoszące niepokój i ciężar odpowiedzialności zamiast miękkich mrzonek przynoszących radość z upadku, przyjaźń i braterstwo zamiast lajków i followersów, miłość i seks zamiast pornografii. Z takich pozycji można prowadzić wojnę tajemną, której jednym z przejawów jest wojna psychologiczna prowadzona w internecie.

Nie chodzi o to, żeby zastąpić aktywizm materialny aktywizmem wirtualnym – chodzi o to, że otwarty jest nowy front walki. I jest to szansa, którą można wykorzystać. Kiedyś środowiska alternatywne wobec systemu miały praktycznie zerową kontrolę nad tym, jak przedstawiano je w mediach. Można było zrobić najlepszą nawet demonstrację – ale co z tego, jeśli w gazetach wydrukują, w radiu powiedzą, a w telewizji pokażą przebitki z podstawionym gościem z flagą ze swastyką, lub co gorsze, w ogóle wszystko przemilczą. Teraz nawet jeśli media głównego nurtu pokażą coś w określony sposób, można poprzez media internetowe i portale społecznościowe stworzyć swoją alternatywną narrację i trafić z nią do tych mniej zorientowanych. Tak było w przypadku Marszów Niepodległości, gdy udało się przebić przez narrację tworzoną przez tzw. „profesjonalnych dziennikarzy”.

Świetnym przykładem dobrej kontroli płaszczyzny zarówno materialnej jak i wirtualnej są działania identarystów na zachodzie. Krótkie, niezapowiedzianie akcje, na których nie mogą pojawić się kontr-demonstranci, żeby jęczeć i rzucać w uczestników gównem, a mainstreamowi dziennikarze nie mogą narobić niekorzystnych zdjęć. Identaryści sami tworzą treści, które wrzucają potem do mediów społecznościowych – jeśli ktoś chce o tym pisać, musi korzystać z ich materiałów. Oczywiście nie są oni w stanie całkowicie kontrolować przekazu medialnego (obecnie nie mogą tego zrobić nawet media głównego nurtu, państwo, czy korporacje). Ale w ten sposób identaryści ustawiają narrację – cały dyskurs musi jakoś odnosić się do ich pierwotnej wypowiedzi.

Jeden z moich ulubionych obłąkanych geniuszy - Miguel Serrano - pisał, że współczesna walka o przetrwanie Europy toczy się na płaszczyźnie niematerialnej i od jej wyniku zależy to, czy przetrwamy i kto będzie rządził światem. Nieważne czy i w jakim stopniu zjawiska symboliczne mają charakter jedynie psychologiczny, wewnętrzny wobec umysłu, czy raczej obiektywny i duchowy, zewnętrzny wobec umysłu. Ważne że nasza walka toczy się faktycznie przede wszystkim o świadomość i ducha naszych otumanionych czy uśpionych pobratymców – i toczy się na płaszczyźnie symbolicznej, której istotnym przejawem jest rzeczywistość wirtualna. Kto chce walczyć i zwyciężać w tej symbolicznej i niematerialnej wojnie o ducha Europejczyków, tej kolejnej odsłonie wojny tajemnej, musi rozumieć, jak ta rzeczywistość funkcjonuje. System już traktuje tę nową odsłonę wojny tajemnej śmiertelnie poważnie – brytyjscy nacjonaliści już mają procesy karne za memowanie, a ich aktywność wirtualna może zostać zakwalifikowana jako działania zbrojne.

Carl von Clausewitz napisał: „Wojna jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami”. Jednak w XXI wieku: „Wojna tajemna jest jedynie kontynuacją metapolityki innymi memami”.

Jarosław Ostrogniew