sobota, 28 luty 2015 11:02

Polska Bangladeszem Europy

Piękna nasza Polska cała…, śpiewa zespół „Mazowsze”. Rzeczywiście, jeśli wziąć pod uwagę jej naturalne piękno, jest się czym zachwycić. Znacznie gorzej, by nie rzez fatalnie, wygląda Polska w ujęciu przestrzennym. Pod tym względem nasz kraj bywa uważany za jeden z najbrzydszych w Europie, ustępując w tym niechlubnym rankingu może tylko byłym postsowieckim republikom, jak Mołdawia, Białoruś czy Ukraina, gdzie architektoniczna szpetota, cechująca socjalistyczne „osiągnięcia”, jest jeszcze bardziej widoczna. Peerelowska szarzyzna, obecna w krajobrazie polskich miast i wsi, została zastąpiona nie mniej brzydką, „nowoczesną” mieszaniną dowolności, bezguścia i zwykłego kiczu, która aż bije po oczach. Przestrzenny chaos, który jest naszą „specjalnością” od kilku dziesięcioleci, poza tym, że godzi w poczucie estetyki, niesie ze sobą także inne, dużo bardziej wymierne konsekwencje.

Nie zwalajmy wszystkiego na „komunę”

Jest oczywiste, że miniony ustrój można śmiało ganić także i za bylejakość w budownictwie oraz planowaniu przestrzennym. Szybkie i tanie odbudowywanie kraju ze zgliszcz pozostałych po II Wojnie Światowej, doprowadziło do bardzo dużych zmian w wyglądzie polskich miast. Do dziś w krajobrazie urbanistycznym straszą przygnębiające blokowiska z wielkiej płyty – betonowe dżungle, poprzetykane tylko gdzieniegdzie kilkoma rachitycznymi drzewkami. Także i budynki użyteczności publicznej, jak dworce, szkoły czy ośrodki zdrowia wybudowane w tamtym okresie, są doskonałym przykładem na to, jak architektoniczne potworki mogą trwale zeszpecić miejski pejzaż. „Komuna” się jednak skończyła, lecz razem z nią nie poszła w diabły także nieudolność w sztuce architektonicznej i urbanistycznej. Przeciwnie, w wielu przypadkach jest jeszcze gorzej. By zachować obiektywizm, należy zaznaczyć, że niektóre budynki powstałe w PRL wybijały się ponad przeciętność, dzięki śmiałym koncepcjom zyskiwały nawet uznanie wśród specjalistów za granicą. Dzisiaj jednak ustępują miejsca kompletnie nieprzemyślanym projektom zagospodarowania przestrzennego, kończąc swój żywot definitywnie, lub tracąc swą pierwotną formę, zamieniane w ohydne, „funkcjonalne” kloce. Obecnie, na co zwracają uwagę przedstawiciele branżowych zawodów, w Polsce panuje pełna samowolka, a inwestorzy, podejmujący decyzję o budowie obiektów, nie liczą się z nikim i niczym. Masz pieniądze, możesz śmiało budować co chcesz i jak chcesz. Bez konsekwencji, bez większego ryzyka, że projekt zostanie zakwestionowany przez urzędników od planowania i zagospodarowania przestrzeni. Nic to, że powstają w ten sposób budynki odpychające swą formą, śmieszące groteskową imitacją, nie stanowiące spójnej całości z resztą. Byle szybciej, byle więcej. Obecny dysonans w układzie urbanistycznym pobił na głowę wszelką nieudolność socrealizmu i następujących po nim form. W wielu miejscach słusznie wykpiwane, nie poczyniły jednak takiego spustoszenia w przestrzeni miejskiej, co dyktowana neoliberalną chęcią zysku działalność rynku budowlanego w ostatnim ćwierćwieczu, z naciskiem na ostatnią dekadę. Większość obecnych inwestycji wiąże się z bowiem z wykorzystaniem każdego, najmniejszego nawet skrawka ziemi. Pociąga to za sobą degradację zabudowy śródmieść, ale też barbarzyńskie niszczenie zieleni miejskiej, w tym również wiekowych drzew, które ustępują miejsca królestwu betonu i asfaltu. Ulica Marszałkowska w Warszawie na fotografii sprzed 40 lat tonie w zieleni. Obecnie ciężko tam nawet o mizerny krzaczek – beton, stal i szkło wygrały. Niedawna dewastacja Ogrodu Krasińskich, gdzie z „błogosławieństwem” stołecznych urzędników wycięto 1/3 drzewostanu, czy wykarczowanie prawego brzegu Wisły, będącego unikalnym ekosystemem w centrum dwumilionowej aglomeracji, to tylko parę przykładów na bezwzględną działalność liberalnej, urzędniczo-biznesowej mafii. „Europejscy” troglodyci XXI w. nie ustępują w niczym swoim poprzednikom, wyhodowanym w obrębie wpływów wschodniej, sowieckiej barbarii.

Co by tu jeszcze spieprzyć?

Próby zwrócenia uwagi na opisane wyżej patologie w planowaniu przestrzennym miast (choć problem w równym stopniu dotyka także i wsi), od lat są głosem wołającego na puszczy. Jest on zwyczajnie zbyt słaby, by w dyskusji nad wyglądem polskich miast stał się słyszalny. Słuszne inicjatywy, jak ta sprzed kilku lat, kiedy na posiedzeniu sejmowych komisji Infrastruktury oraz Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej zaprezentowano projekt dokumentu Polska Polityka Architektoniczna - polityka jakości krajobrazu, przestrzeni publicznej, architektury, nie doczekały się większego odzewu. Autorzy projektu, czyli Stowarzyszenie Architektów Polskich, Towarzystwo Urbanistów Polskich oraz Izba Architektów RP, zwrócili uwagę na krytyczny stan polskiej przestrzeni, wskazując na nasilające się zjawisko chaosu funkcjonalnego i wizualnego, które jednoznacznie źle wpływa na jakość warunki życia obywateli. W dokumencie wymieniono główne czynniki, które niekorzystnie wpływają na ład przestrzenny, wygląd miast oraz ogólną kondycję mieszkańców, czyli: realizację zespołów mieszkaniowych bez dostępu do komunikacji publicznej, szkół, przedszkoli, zieleni i sportu, bezładną ekspansję stref podmiejskich, chaotyczną zabudowę komercyjną pasów przydrożnych oraz degradację przestrzeni publicznych, zaśmiecanych agresywną reklamą. Autorzy projektu żądali rozpoczęcia prac nad rządową wersją projektu Polskiej Polityki Architektonicznej, co wymagałoby uznania ładu przestrzennego za dobro publiczne oraz doskonalenia narzędzi legislacyjnych. Jaki skutek odniósł ów projekt? Zerowy, podobnie jak podpisanie przez Polskę (co należy traktować raczej w kategorii żartu) tzw. Karty Lipskiej, czyli dokumentu na rzecz zrównoważonego rozwoju miast europejskich Politycy, zarówno na szczeblu centralnym, jak i samorządowym, nie kwapią się, by na poważnie zająć się problemem, który dotyczy nas wszystkich.

Zdaniem znanego socjologa miasta, prof. Bohdana Jałowieckiego, chaos przestrzenny w Polsce (pojęcie kompletnie nieznane u naszych zachodnich sąsiadów), upodabnia nasz kraj do tego, co można zaobserwować w tzw. krajach Trzeciego Świata, gdzie przestrzenny nieład połączony jest z zaniedbaniem i niszczeniem zasobów, do czego dochodzą także zła sytuacja gospodarcza, kontrasty społeczno-ekonomiczne, a także słabe prawo oraz korupcja. Brak edukacji społeczeństwa pod kątem dbania o dobro wspólne, doprowadził do zobojętnienia Polaków na to, w jakim środowisku przyszło im żyć. Zwraca się uwagę na fakt, że Polacy do funkcjonowania w takich warunkach po prostu przywykli, nie ma więc dla nich większego znaczenia czy są to zaniedbania poprzedniego ustroju czy też chaos wprowadzony przez nadwiślański neoliberalizm. „Zafundowane” nam przez polityków udogodnienia dla bylejakości i braku harmonii, są jedną z przyczyn, dla których Polska jest traktowana jako miejsce do tymczasowych, szybkich i tanich inwestycji, przy wykorzystaniu niskiej ceny pracy. Nie ma więc mowy, by w tych warunkach mówić o stabilnej gospodarce oraz rozwoju ekonomicznym państwa i obywateli.

Z chaosem przestrzennym wiąże się też dość ściśle zjawisko gentryfikacji, które starałem się przedstawić w pierwszym numerze „Szturmu”. Nieudolna rewitalizacja, która często stanowi wstęp do gentryfikacji, z jednej strony oznacza szkody wyrządzone w wyglądzie budynków, z drugiej – zagładę dla starego układu przestrzennego. Tu również nie ma regulacji, a w stolicy i na prowincji dość często słyszy się o zakusach kapitału na atrakcyjnie położone, stare budynki, które mogą ot, tak sobie zniknąć z powierzchni ziemi, bo przez lata kolejni urzędnicy „zapominali” o wpisaniu obiektu do rejestru zabytków. Zresztą, samo wpisanie też nie gwarantuje nietykalności przed zakusami pazernych przedsiębiorców. Jednym z najbardziej znanych i drastycznych przykładów tego typu działalności jest zburzenie zabytkowej fabryki Kamlera na warszawskim Muranowie, gdzie w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego stacjonowała Komenda Główna AK. Przez luki w prawie, opieszałość urzędników, właściciel działki, na której stał zabytek, mógł bez przeszkód postawić nowe domy mieszkalne. A że dołożył tym samym kolejną cegiełkę do i tak rozerwanej przez działania firm deweloperskich Warszawy? A kogo to obchodzi? Przecież kasa się zgadza. Podobny los spotkał zabytkowy Port Praski, który spłonął w „niewyjaśnionych okolicznościach”. Firmy budowlane zacierają ręce, bo oto zamiast remontu starego dworca wodnego i otworzenia planowanego tam Muzeum Wisły, można myśleć o budowie luksusowego centrum mieszkaniowo-usługowego.

Sami sobie zaciskamy pętlę na szyi

Przedstawione wyżej w ogromnym skrócie przykłady oraz przyczyny jaskrawej dysharmonii w polskim układzie przestrzennym, nie są jedynymi w szerokiej palecie patologii. Całej winy nie da się też zrzucić na złe prawo, lokalne układy, korupcję, urzędniczą niemoc. Duża część problemu leży w nas. Widać to najdokładniej na obrzeżach miast z dominującą zabudową jednorodzinną, a także na wsiach, gdzie w dalszym ciągu króluje z jednej strony ohydna „polska kostka” (to wersja ekonomiczna), z drugiej – nie mniej obrzydliwe pseudoszlacheckie dworki (wersja lux). Kompletny brak dobrego smaku, bezguście idące w parze z egoizmem, oraz lekceważeniem pozostałych, rozwijają się w dużo poważniejsze problemy natury społecznej. Chaos i dowolność w stawianiu domów mieszkalnych, przeznaczanie przez gminy ogromnych połaci ziemi pod zabudowę czy kierowana wyłącznie chęcią szybkiego zysku sprzedaż gruntów, prowadzą do powstawania sporych komplikacji w życiu mieszkańców. Osiedla bez placów zabaw czy ośrodków zdrowia, spowodowane źle rozplanowaną zabudową utrudnienia w korzystaniu z dróg publicznych, to wszystko ma niebagatelny wpływ na funkcjonowanie lokalnych społeczności. Bez konkretnych kierunków polityki zagospodarowania przestrzennego na poziomie państwowym i lokalnym, bez rozsądnego wydatkowania publicznych pieniędzy, ale też i bez radykalnej zmiany w postrzeganiu przez społeczeństwo idei dobra wspólnego, nasz kraj coraz bardziej będzie przypominał piękny niegdyś tolkienowski Shire, zamieniony w dymiący i brudny moloch. Ewentualnie któryś z pozaeuropejskich krajów Trzeciego Świata.

Zbigniew Lignarski

Wybrana literatura:

Billert A., Likwidacja podmiotowości miast i ich degradacja jako wynik błędnej polityki rozwoju państwa, [w:] Zielone Wiadomości, http://zielonewiadomosci.pl/wp-content/uploads/2012/01/Billert_Likwidacja_podmiotowosci_miast.pdf

Billert A., Polskie miasta poza Europą, [w:] Zielone Wiadomości, nr 3, listopad 2010.

Jędraszko A., Billert A., Polska przestrzeń – polskie miasta. Sodoma i Gomora w sercu Europy, artykuł dostępny w wersji elektronicznej na: www.poznan.pl

Raport: Planowaniem przestrzennym w Polsce rządzi chaos, Rynek Infrastruktury, 3.07.2014, http://www.rynekinfrastruktury.pl/wiadomosci/raport-planowaniem-przestrzennym-w-polsce-rzadzi-chaos-7849.html

Urbanistyczny chaos i agresywne reklamy gnębią polskie miasta. Potrzebne są zmiany w prawie!, Bryla.pl, 31.07.2012,

http://www.bryla.pl/bryla/1,85300,12225193,Urbanistyczny_chaos_i_agresywne_reklamy_gnebia_polskie.html?bo=1