środa, 26 kwiecień 2017 19:29

Michał Szymański - Nie płakałem po Marynie

W czasie gdy ja późną nocą piszę niniejszy tekst Francja nadal żyje kampanią wyborczą która rozstrzygnąć ma o tym kto przez najbliższe kilka lat sprawować będzie urząd prezydenta Republiki. Na chwilę obecną wszystko wskazuje na to (a co, zapewne, się potwierdzi), że słodka Francja kierowana będzie przez swoistego odpowiednika naszego nadwiślańskiego Ryśka Petru, oczywiście, z racji na prestiż państwa, o wiele bardziej glamour od naszego słowiańskiego liberała. Oznacza to tym samym, że aktualna lider Frontu Narodowego, Marine Le Pen, nie stanie się europejskim odpowiednikiem Donalda Trumpa i - na złość liberalnemu establishmentowi - nie sięgnie po władzę.

Zapewne młodsi czytelnicy naszego pisma nie zdają sobie sprawy z faktu, że - wbrew pozorom - nie jest to pierwszy przypadek kiedy to przedstawiciel Frontu znajduje się w drugiej turze wyborów prezydenckich. Kilkanaście lat temu ojciec Marine, Jean-Marie Le Pen, wbrew wszelkim przewidywaniom, również walczył w dogrywce o stanowisko prezydenta, przy czym w tamtych czasach, gdy nacjonalizm był totalnie na cenzurowanym, a w Polsce manifestacja o profilu narodowym zgromadziłaby w dużym mieście pokroju Warszawy, Krakowa czy Poznania maksymalnie kilkunastu skinheadów a i to uznane zostałoby za wielki sukces polskiego ruchu narodowego, taki stan rzeczy był dla całej Europy czymś wyjątkowo wręcz szokującym. Fakt, że Marine znajduje się wciąż w grze jest zaś faktem który nikogo nie szokuje.

W przeciwieństwie do starego Le Pena, o którym powiedzieć można było wiele dobrego, gdyż w tych ponurych czasach był istnym diamentem (w czasach gdy Unia Europejska traktowana była jako największa świętość on bezlitośnie ją krytykował, gdy tolerancję odmieniano przez wszystkie możliwe przypadki stary nacjonalista tłumaczył dziennikarzom, że deportując imigrantów z Francji nie będzie pozbawiony serca i nie będzie rozdzielać algierskich rodzin, po prostu wraz z rodzicami odsyłać będzie również dzieci, o jego wypowiedziach dotyczących narodu którego krytykować nie wolno nawet nie będę wspominał, zapewne nawet dzisiaj niejeden nacjonalista zawahałby się czy tak jadowicie go zaatakować) sukcesy wyborcze aktualnej liderki partii to w zasadzie jedyny pozytyw jaki można w niej odnaleźć. Słowa, że jest to francuski odpowiednik Donalda Trumpa, nie użyłem bowiem przypadkowo.

Szeroko pojęta "radykalna prawica" czy też, jak to mówią salonowi dziennikarze, "prawicowi populiści" (niespecjalnie przepadam za tym pojęciem, z drugiej strony owego "radykalizmu" jest tu tak niewiele, że faktycznie trzeba znaleźć jakieś określenie na to zjawisko, nie wiem tylko czy ów "populizm", będący formą stygmatyzacji, jest odpowiedni, zostawmy to jednak na boku) tacy jak Trump, Le Pen, a także chociażby Nigel Farage nie jest, z naszego punktu widzenia niczym ciekawym. Zapewne część czytelników, ja sam się w ten schemat wpisuję, w pewnym momencie zechciałem uwierzyć, że Donald Trump akurat być może faktycznie postanowi zrealizować swoje postulaty a przynajmniej niektóre z nich były ciekawe więc nawet zacząłem trzymać za niego kciuki. Zresztą, amerykańscy nacjonaliści spod znaku tzw. alt-right również uwierzyli, że być może jednak ów Trump coś dobrego do polityki wniesie, czego wyrazem był słynny już okrzyk radości "chwała Trumpowi, chwała naszemu narodowi, chwała zwycięstwu!". Dzisiaj chyba nikt nie łudzi się co do tego, że poza chwilowym wywołaniem, pardon my French, gigantycznego bólu dupy u liberalnego establishmentu niczego dobrego z jego prezydentury raczej nie będzie.

Marine Le Pen jest względem nas o wiele uczciwsza. Tak się szczęśliwie składa, że właśnie dzisiaj obejrzałem sobie wywiad sprzed roku jaki przeprowadził z nią słynny w konserwatywnym środowisku Adam Wielomski który to na sam koniec wywiadu, skupionego głównie na (czemu nas to nie dziwi?) kwestii rosyjskiej postanowił podpytać liderkę Frontu czy prawdą jest, że nie chciała być w jednej frakcji z Januszem Korwinem-Mikke. Z rozbrajającym uśmiechem Marine wyjaśniła, że owszem gdyż jego wypowiedzi są skandaliczne i robi on wiele złego. Jakkolwiek nie podchodziłbym krytycznie do postaci JKM-a to nie ukrywam, że wypowiedź ta wyjątkowo mnie zażenowała gdyż doskonale pokazuje jak bardzo Le Pen pragnie być politycznie poprawna i unikać wszelkiej "kontrowersji" (z wyjątkiem, naturalnie, kwestii islamskiej). Nie planuję w najbliższym czasie oddawać głosu na pana Janusza nie mniej jednak przy tej ugrzecznionej, wyłagodzonej, centrystycznej do bólu Marine lider polskich kolibrów wydał mi się nagle postacią sympatyczną. Wniosek z tego prosty - tym bardziej nie ma co podniecać się Le Penową.

Ktoś może powiedzieć - no dobrze, ale jednak alternatywą jest to, że władzę we Francji sprawować będzie jakiś liberał. Hm, doprawdy? Lider Frontu Narodowego sprzeciwia się islamizacji Francji tylko dlatego, że domaga się utrzymania świeckości państwa (nie trzeba być zwolennikiem katolickiego totalizmu czy ultramontańskiego konserwatyzmu by stwierdzić, że ta narracja niczym się nie różni od narracji demoliberalnej) które ma być "neutralne światopoglądowo", sprzeciwia się ograniczeniu prawa do aborcji (tutaj ponownie - nie trzeba być zwolennikiem całkowitego zakazu aborcji aby stwierdzić, że trochę to się kłóci z naszymi przekonaniami, zresztą, ta narracja to po prostu wynik strachu przed utratą poparcia elektoratu innego niż najbardziej konserwatywny obyczajowo - a zatem jest to przyjęcie poglądów wroga), publicznie rugała swojego ojca za obronę marszałka Petaina (przypomnijmy, że socjalistyczny prezydent Mitterand, za młodu konserwatywny katolik i członek narodowo-radykalnej organizacji Croix-de-Feu a podczas II wojny światowej urzędnik w administracji Francji Vichy, miał odwagę sprawując najwyższy urząd w państwie składać kwiaty na grobie dyktatora oddając mu honory za bohaterstwo jakim wykazał się podczas I wojny - niewykluczone, że Marine prędzej złożyłaby kwiaty antyfaszystom schwytanym przez Milicję niż ostatniemu autentycznie prawicowemu przywódcy słodkiej Francji), jest bardzo dumna z faktu, że udało się jej wyciąć wszelkie radykalizmy z łona partii (włącznie z wyrzuceniem z niej własnego ojca) a ocieplanie wizerunku prowadzi do tak groteskowych sytuacji jak wystawianie na listy wyborcze osób o, delikatnie to ujmując, ciemniejszej karnacji niż skóra Ludwika IX - i to nawet w czasie jego krucjat.

Oczywiście, daleko mi do sprowadzania polityki tylko i wyłącznie, dajmy na to, do skrobanek nie mniej jednak mając w pamięci jak wyglądał Front Narodowy kilka lat temu nie mogę nie czuć niesmaku wobec Maryny. Pójdźmy jeszcze dalej - paradoksalnie w wielu kwestiach konserwatywny Fillon (reprezentant centroprawicowej, stricte systemowej UMP) wygłaszał poglądy o wiele bardziej "na prawo" czy bardziej zgodne ze światopoglądem jaki ja oraz zapewne większość czytelników wyznaje od kandydatki "skrajnej prawicy" z "faszyzującego" Frontu Narodowego. Marine Le Pen doprowadziła do tak groteskowej sytuacji, że Front chyba tylko z racji na swoją wieloletnią historię bycia czarną (w wielu znaczeniach tego słowa) owcą francuskiej polityki traktowany jest jako największe zło, ekstremizm i faszyzm podczas gdy jego program w znacznej mierze bywa o wiele mniej radykalny niż program centroprawicy.

Marine Le Pen najprawdopodobniej wybory przegra. Oczywiście, radość naszych wrogów zawsze jest frustrująca, nie mniej jednak uważam, że powinniśmy wyrosnąć z myślenia tylko i wyłącznie o tym by politykę traktować jedynie w kategoriach bólu tylnej części ciała. W gruncie rzeczy nie jest to nasza kandydatka a jej ewentualne porażki polityczne byłyby wyłącznie kompromitacją idei nacjonalistycznej z którą jest ona (niesłusznie) utożsamiana. Wobec wszelakiej maści prawicowych populistów zachowajmy należyty dystans - jeśli, tak jak kilka miesięcy temu Trump, przejmować będą władzę a potem jeszcze zaczęliby zmieniać świat na lepsze to wówczas można zerkać na nich z odpowiednią życzliwością. Jeśli jednak będziemy z nimi utożsamiani, a oni nie tylko nie będą realizować naszych postulatów, ale przy okazji jeszcze się skompromitują (a politycy bardzo lubią to robić, mają to we krwi) to przy okazji będziemy musieli świecić oczami za rzeczy z którymi nie mieliśmy nic wspólnego. No, a wtedy domyślcie się jaka świetlana przyszłość czeka nacjonalizm na rynku idei.

Michał Szymański