piątek, 20 styczeń 2017 15:30

Witold Dobrowolski - „Hiszpania w ogniu”

W 1936 roku Polak, prawicowiec i katolik wybrał się do ogarniętej krwawą wojną Hiszpanii. Nazywał się Jerzy Przywieczerski i pozostawił po sobie z tej podróży szczegółowy reportaż, wydany w tym samym roku pod tytułem „Hiszpania w ogniu”. Konflikt ten trwał cztery lata i pochłonął setki tysięcy ludzkich istnień a obecnie uznawany jest za preludium do największej i najbardziej krwawej wojny znanej w historii. Jednocześnie wojna domowa w Hiszpanii była pierwszym tak wyrazistym konfliktem ideologicznym w 20 wieku, pomiędzy ideologiami, które powstały w 19 wieku a ich największy rozwój datuje się od początku 20 wieku. Zależnie od poglądów politycznych, bądź światopoglądu religijnego bardzo łatwo można było, nawet z ówczesnej perspektywy, otwarcie poprzeć jedną z walczących stron. Toteż Autor reportażu opisuje wrażenia, podróżując do Hiszpanii przez Czechy, Austrię, Niemcy i Francję, gdzie niemal każdy rozmówca z góry ma wyrobione zdanie na temat tego konfliktu, przy okazji opisując podejście rządów tych państw do wojny i walczących stron.

 

W końcu docierając po pewnych komplikacjach do Hiszpanii szybko trafia na front, gdzie wojska narodowe Franco toczą zażarty bój z broniącymi się w ostatniej reducie baskijskiej w mieście Eibar wojskami strony rządowej (Front Ludowy). Heroiczna obrona rządowych robi wrażenie nie tylko na nim, ale także na towarzyszącemu mu oficerze falangiście, który stwierdził: „Tak, czerwoni biją się po bohatersku, przecież oni też są Hiszpanami!”. Jeszcze przed wyruszeniem w strefę bezpośredniej walki Przywieczerski bierze udział w mszy polowej dla falangistów z poważnie przetrzebionego już oddziału. Z pułku falangistów walczącego pod Irunem, który liczył pierwotnie 850 ludzi, pozostało zaledwie 150 żywych. Msza jest niesamowitym i podniosłym przeżyciem, a muzykę organów zastępował huk artylerii i strzałów. Następnie Przywieczerski towarzyszy szturmującym miasto Karlistom, wśród których występowała ogromna śmiertelność wynikająca z noszenia widocznych czerwonych beretów, które łatwo pozwalały rządowym wykrywać rządowym cele do ostrzału. W swoim reportażu zwraca uwagę, iż czerwone milicje i baskijscy niepodległościowcy walczą tak zaciekle, bowiem nie czeka ich niewola, a jedynie śmierć. Podczas tej wojny obie strony rzadko kiedy biorą jeńców.

 

Jako wierzący katolik Przywieczerski nie jest obojętny wobec terroru rządowego, który dotyka duchownych, oraz zwykłych, prostych wierzących. W jego zapiskach można znaleźć wiele relacji od uchodźców, którzy doświadczyli prześladowań za wiarę na własnej skórze. Jego opisy zbezczeszczonych kościołów, ołtarzy, stref Sacrum dla wierzących sprawiają, że na myśl od razu przychodzi podobny obraz znany ze zdjęć i nagrań z syryjskiej wojny domowej. Całość przypomina także sowiecką propagandę antyreligijną, którą rząd hiszpański najwidoczniej musiał się inspirować. Wystarczy wymienić słowa Bucharina na drugim kongresie bezbożników: „religię należy zwalczać bagnetami”, oraz numer „Bezbożnika” z 2 listopada 1930 roku: „"podpalimy wszystkie kościoły świata i zrównamy z ziemią". Na swojej drodze Autor spotyka wielu duchownych, którzy popierali trwającą narodową rewolucję, wierząc w triumf Boga nad Szatanem. Jednocześnie jako dziennikarz Przywieczerski pozostaje rzetelny w swoim zawodzie i nie pomija faktu, iż wojna nie jest konfliktem dobra ze złem. Rozmawiając z baskijskimi nacjonalistami walczącymi po stronie rządowej przeciwko Franco zauważa, że pozostają oni katolikami, a i również baskijskie duchowieństwo wspiera po cichu rządową stronę. Wynika to z ich walki o niepodległość i obawę przed niszczeniem ich tożsamości przez zwolenników monarchii i Franco. W rozmowach prowadzonych przez Przywieczerskiego przyznają się do głębokiej niechęci do anarchosyndykalistów, którzy mieli na sumieniu wiele zbrodni popełnianych okrutnie na cywilach i przeciwnikach politycznych. Podobne opinie można w reportażu zauważyć w rozmowach z wieloma przedstawicielami obu stron konfliktu. Dotyczy to Karlistów, falangistów, duchowieństwa katolickiego jawnie wspierającego Franco, a z drugiej strony barykady Basków czy Katalończyków (wśród tych ostatnich anarchosyndykalizm był najpopularniejszy). Można w tym miejscu jednak przypomnieć, że był to rok 1936, zbrodnie stalinowców (komunistów wchodzących w skład Frontu Ludowego i akceptujących moskiewskie zwierzchnictwo) miały w późniejszym okresie konfliktu zakryć zapomnieniem zbrodnie tych pierwszych. Z tego względu we współczesnej propagandzie anarchistów całą odpowiedzialność za zbrodnie stara się przerzucać na republikanów współpracujących z ZSRR, przeciw którym nawet anarchiści w pewnym momencie podnieśli broń. Na polskim dziennikarzu ogromne wrażenie robi niemal średniowieczny fanatyzm krucjaty walczących narodowych rewolucjonistów, aż przywołuje on, opisując panującego wśród karlistów ducha świętej wojny, słowa św. Teresy: „Chciałabym walczyć i polec w obronie wiary”. Zauważa również, że pośród falangistów podejście do katolicyzmu nie jest tak silne, co ma mieć związek z wpływem hitlerowskim na europejskie faszyzmy. Nie jest to jedyna różnica, którą między monarchistami a nacjonalistami dostrzega Autor reportażu. Przypadkowo rozpoczyna on podczas podróży autobusem rozmowę z młodą Hiszpanką, która okazuje się być działaczką Falangi. „My, nowoczesne kobiety hiszpańskie chcemy prawdziwego postępu i racjonalnego równouprawnienia, dlatego więc nie popieramy konserwatywnych kierunków, a idziemy za hasłami społecznego postępu. Walka o równouprawnienie jest, być może, powodem, że wiele z nas zabłąkawszy się, znalazła się po stronie obozu czerwonego. Mam wrażenie, że pan na pewno się z tym zgodzi, że zwycięży ta idea polityczna, którą my kobiety, będące w większości w Hiszpanii poprzemy. Ja sądzę, że przyszłość mojej ojczyzny należy do Falangi” stwierdza młoda kobieta. To otwarcie pokazuje różnicę między postępową ideologią nacjonalistyczną, a żyjącym przeszłością konserwatyzmem karlistów.

 

Przywieczerski w swoim reportażu bardzo starannie opisuje poszczególne formacje walczące po stronie narodowych rewolucjonistów. Wojska regularne, Legia Cudzoziemska (złożona z Niemców, Francuzów, Rosjan a nawet Arabów), Karliści i Falangiści. Opisując je zauważa pewną istotna różnicę między nimi. „Oczy falangistów, requete i publiczności pałają zapałem i miłością idei narodowej. Ręce pozdrawiają rzymskim ukłonem ducha Hiszpanii

zawartego w potężnych tonach pieśni śmierci i bohaterstwa-entuzjazm. Tylko żołnierze regularnej armii zachowywali się prawie obojętnie i podnosili z miejsc niechętnie. A więc coś nie jest w porządku, czegoś brak regularnej armii.". Dalej Polak stwierdza: „Jeśli więc żołnierz nie posiada jak karlista, falagista, Bask, czy nawet komunista wielkiej idei, dla której walczy z całym fanatyzmem stanowi element łatwo poddający się propagandzie rozkładowej".

 

Podróżował od Eibar po Samosierrę, bywał po obu stronach konfliktu, rozmawiał ze świadkami zniszczeń i potworności trapiących wówczas ten kraj, towarzyszył walczącym na linii frontu. W swoim reportażu poświęcił także część na kwestie propagandowe, opisując działalność biura prasowego strony Franco, którą otwarcie skrytykował. Ponadto poświęcił niemałą część tekstu na wyśmianie polskojęzycznej audycji prorządowego Radia Barcelona, którą prowadził Żyd, co Autor rozpoznał na podstawie akcentu, co dziś pewnie dla wielu środowisk byłoby kontrowersyjne. Podobnie kontrowersyjne dziś jawi się wielu osób stwierdzenie, że do Brygad Międzynarodowych zgłosiło się bardzo dużo polskich Żydów, którzy bardzo mocno odseparowywali się od swoich socjalistycznych towarzyszy, „czystych” Polaków. W reportażu odnaleźć można wiele „smaczków” dotyczących ówczesnego okresu. Jak się okazuje nawet wpływowy oficer Falangi nie wierzył w męczeńską śmierć José Antonio Primo de Rivera, a wierzył że ten jest więziony nadal w Madrycie. Pośród ochotników zagranicznych służących w szeregach Falangi Autor spotyka Argentyńczyków opowiadających o faszyzmie i walce z Żydami w Ameryce Południowej. W innym miejsc opisuje mijany obóz pracy po przekroczeniu jazdy koleją granicy czesko-niemieckiej. Przywieczerski prócz opisu własnych przeżyć, oraz relacji spotkanych ludzi, a także szerokiego tła historycznego w kontekście konfliktu, monarchii, czy walk etnicznych opisał konflikt z różnych punktów widzenia (np. walki masonerii z Jezuitami).Ponadto przedstawił on konflikt ten nie tylko jako Narodową Rewolucję, z którą przecież sympatyzuje, ale także jako wielką grę mocarstw: Wielkiej Brytanii, Francji, ZSRR, Włoch i Niemiec aktywnie wspierających strony konfliktu. Zauważa on, że w przyszłości wojna ta może eskalować do wojny światowej.

 

Nieznane są dalsze losy Autora reportażu po wybuchu II wojny światowej. Wiemy iż osoba o takim samym imieniu i nazwisku, również pochodząca z Warszawy, była w trakcie kampanii wrześniowej oficerem 5 Pułku Ułanów Zasławskich, za udział w której została odznaczona. Następnie w prasie konspiracyjnej działała jako dziennikarz. Jeśli człowiek ten to Autor „Hiszpanii w ogniu” to nie dane było mu przeżyć II wojny. Został aresztowany przez Gestapo, następne więziony był na Pawiaku, potem w Auschwitz, a w 1942 zginął śmiercią męczeńską w obozie Neuengamme, gdzie został stracony. „Hiszpania w ogniu” ukazała się tylko w jednym wydaniu w 1936 roku, dziś jest uważana za pracę niezwykle rzadką i trudno dostępną. Przede wszystkim jest to bardzo ważne świadectwo narodowo-katolickiego reportażu okresu międzywojennego. Na pewno książka ta zasłużyła na kolejne wydania i szerokie zaistnienie w świadomości polskiej prawicy, a jako iż praca świetnie wprowadza w hiszpańską wojnę domową jest idealną pozycją także dla laików. „Hiszpania w ogniu” z pewnością powinna się znaleźć w kanonie obowiązkowych lektur historycznych dla każdego nacjonalisty.

 

Witold Jan Dobrowolski

 

Na zdjęciu Przywieczerski (pośrodku) z żołnierzami requeté, Hiszpania 1936