czwartek, 29 styczeń 2015 21:20

Krótki szkic o wierze, posłuszeństwie, pokorze oraz walce

Każdy, kto wszedł na ścieżkę bojownika Narodowej rewolucji, jest skazany na całe mnóstwo przeciwności, które spotka na swojej drodze. Mistrzowsko i niezwykle plastycznie ukazane przez Corneliu Codreanu czy Léona Degrelle, czekają na tych, którzy owej ścieżki będą się trzymać, chcąc choć trochę przybliżyć się do upragnionego zwycięstwa. Niewielu wytrwa, jeszcze mniejszej liczbie dane będzie uczestniczyć w chwilach triumfu. Przy całej mnogości przeszkód – zewnętrznych oraz tych wewnętrznych, przy całej pracy, która nie raz i nie dwa okazała się być syzyfową, przy niewielu jasnych chwilach, które są tylko przebłyskami w ciemnościach, widać, jak jedni po drugich, zniechęceni odchodzą w niebyt lub popadają w marazm. Wiele napisano mniej lub bardziej tekstów, które miały na celu podsycić narodowo – rewolucyjny zapał. Warto jednak pamiętać o trzech krótkich słowach, które po nawet pobieżnym przeanalizowaniu, okazują się nieść w sobie więcej treści niż niejedna gruba książka.

Credere!

Wiara bez uczynków, staje się martwa. Bez niezachwianej wiary, niknie z oczu każdy cel, niezależnie od tego, czy chodzi tu o zbawienie własnej duszy, czy o zwycięstwo narodowo – rewolucyjnej Idei. Niezwykle prosta prawda, o której wielu zdaje się zapominać, stąd zamiast oddanych aktywistów, Żołnierzy Rewolucji, mamy szeregi działaczy „na pół gwizdka”, którzy jednak byliby święcie oburzeni, gdyby zarzucić im brak wiary. Czasem jednak trzeba zrobić pospieszny rachunek sumienia, by uzmysłowić sobie, jak wiele rzeczy zostało zaniedbanych właśnie przez słabą wiarę. Wspomniany na początku tekstu autor „Płonących dusz”, pisząc o świętych, którzy jako zwykli śmiertelnicy, obarczeni ludzkimi namiętnościami, czy nawet skłonnościami do grzechu, nie dawali za wygraną. Co, jeśli nie wiara – silna i konsekwentna, sprawiało, że zamiast pozostać unurzanymi w błocie upadku, byli w stanie powstać i iść dalej? Wiara w Boga, wiara w Jego wszechmoc, połączona z wiarą w słuszność Idei narodowo – radykalnej, to nasze Credo. Bez tej wiary, podpartej bezkompromisowym działaniem, każde, najbardziej nawet szlachetne zamiary będą jedynie karykaturą, a w najlepszym razie tylko pięknym obrazkiem, ilustracją do bajki o prawych i odważnych, lecz naprawdę fikcyjnych bojownikach Narodowej Rewolucji.

 

Obbedire!

Posłuszeństwo, które pięknie łączy się z cnotą chrześcijańskiej pokory, jest dzisiaj zapomniane, spychane na margines, czy wręcz poddawane w wątpliwość. Źle rozumiany indywidualizm, oraz jego nieodłączni towarzysze: egoizm i pycha, przeciwstawiają posłuszeństwu oraz pokorze głośno wykrzykiwane słowa: „ja”, „moje”, „mnie”. To JA mam zawsze rację! MOJE przemyślenia i MOJE koncepcje są najwłaściwsze! MNIE należy słuchać, bo to do MNIE należy racja! Działalność narodowo – rewolucyjna, to „gra” zespołowa, o czym wielu samozwańczych „reformatorów” zdaje się zapominać. Każdy, kto ma za sobą przynajmniej kilka lat aktywnego działania, na pewno zetknął się na drodze swojego aktywizmu z (byłymi już) towarzyszami walki, którzy w pewnej chwili dali się złapać na lep egoizmu i przekonania o własnej nieomylności. W większości przypadków, po pewnym czasie słuch po nich ginął, okazywało się bowiem że wcale nie są tak mocni, że ich „działalność reformatorska” była jedynie szczeniackim wyskokiem, dyktowanym osobistymi ambicjami, czy wręcz ambicyjkami. Posłuszeństwo jednak nie powinno być ślepe, w przeciwnym razie będziemy mieli do czynienia z praktykami totalitarnymi wewnątrz każdej, także nieformalnej organizacji. Powinno być jednak nieodłączną częścią tożsamości każdego ruchu, a także każdego pojedynczego aktywisty, cementuje bowiem wspólne działanie, pokazuje, że to właśnie hierarchia może wykorzenić wewnętrzne przeszkody, wreszcie uczy tak pożądanego samokrytycyzmu, szacunku do współtowarzyszy, unaoczniając fakt, że nikt nie jest samotna wyspą, a każdy, nawet najmniejszy sukces, musi być okupiony współdziałaniem.

Combattere!

Życie jest walką. Nieustanną, bezlitosną batalią na śmierć i życie. Mimo bardzo prostego przesłania, nie jest to wcale kolejny żałosny truizm, komunał żywcem wyjęty z twórczości jakiegoś „Paulo Coelho” w wersji NR. Głębię tego przesłania są w stanie dostrzec jedynie ci, którzy walkę tę podjęli w którymś momencie swojego życia i prowadzą ją do teraz. Przez pojęcie walki trzeba tu rozumieć nie tylko bezpośrednie akcje oraz konfrontacje, ale przede wszystkim codzienne zmagania, głównie z samym sobą, ze swoimi słabościami, z wszystkim tym, co może osłabić w nas ducha walki o naszą Sprawę. Walka, przypominająca powolne, acz uporczywe karczowanie gęstego lasu, jest bezpardonowa i permanentna - mimo, że samo jej rozpoczęcie mogłoby wydawać się szaleństwem, zwłaszcza jeśli zważymy na dysproporcje sił, większym szaleństwem byłoby jej zaniechanie, zwłaszcza wtedy, kiedy poznało się już Prawdę. Mimo, że jej prowadzeniu może towarzyszyć uczucie osamotnienia czy nawet zniechęcenia, mimo faktu, że armia nasz jest w zasadzie jedynie zbieraniną „straceńców”, którzy w opinii „rozsądnej” reszty, porywają się z motyką na słońce. Niech trwa!

Jan Poniedzielski