czwartek, 29 styczeń 2015 21:15

Widmo półksiężyca krąży nad Europą czyli o islamofobii słów kilka

"Nasza cywilizacja jest barokowym pałacem do którego wtargnęła kudłata zgraja" - Nicolas Gomez Davila

 

Na początku niniejszego tekstu muszę podzielić się pewną osobistą uwagą - gdy w ubiegłym miesiącu w mojej głowie rodził się pomysł na poprzedni artykuł, poświęcony "grzechom polskich narodowców", wiedziałem, iż z pewnością jeden punkt może Czytelnika wyjątkowo zaciekawić - i o nim właśnie w trakcie przelewania myśli na papier (albo raczej, by być ścisłym - na puste pole edytora tekstu) zapomniałem. Gdy zreflektowałem się, było już za późno, uznałem jednak, że warto ów temat poruszyć w oddzielnym tekście. Kilka dni później doszło do głośnych wydarzeń które sprawiły, że poruszana poniżej tematyka stała się znów nadzwyczaj aktualna.

O czym mowa? O niechęci części polskich nacjonalistów do mięsa zmieszanego z surówką i sosem, a całością wsadzoną w bułkę lub ciasto - o kebabach. W końcu, jak głosi pewna mądrość, wydając dychę na to niezgorsze pożywienie umożliwia się przyjazd do Europy Arabowi. Co prawda wspomniana potrawa pochodzi z Turcji i też znaczna część zatrudnionych w lokalach sprzedawców to Turcy, a oni z Arabami to mają niewiele wspólnego, ale to jest zaiste dla głosiciela takowych mądrości nieistotne. Kupując kebaba - osiedlasz Araba. Koniec tematu.

Och, oczywiście, nie zamierzam recenzować tutaj walorów smakowych specjałów budek serwujących posiłek wygłodniałemu człowiekowi, pochylmy się jednak nad tą jakże palącą (niczym wyjątkowo ostry sos) problematyką - nad islamizacją Europy i islamem w ogóle. Zdaje mi się bowiem, że wielu z krzykaczy w gruncie rzeczy niespecjalnie wie - mówiąc językiem potocznym i pozostając jeszcze w klimatach gastronomicznych - z czym to się wszystko je. Czy więc żyjemy w oblężeniu, niczym mieszkańcy Minas Tirith atakowani przez nienawidzące wszystkiego, co dobre i piękne hordy Mordoru lub jak ostatni ludzie z Syjonu w trylogii "Matrix"?

Kilka miesięcy temu kilku osobników, których nie podejrzewam o reprezentowanie Himalajów intelektu, pozwoliło sobie zdewastować tatarski meczet. Ten akt nie tylko wandalizmu, ale też skrajnej głupoty jest wielce wymowny. Tatarzy przez setki lat wiernie służyli Rzeczpospolitej, przelewali za nią swoją krew i dali Polsce wielu wybitnych synów. Wyznawali i wyznają nadal islam, jednak nie wysadzają katolickich świątyń i nie planują zaprowadzić nad Wisłą szariatu. Ogromne zagrożenie z ich strony zostało jednak przez kilku dzielnych chuliganów (być może poczuwających się do "nacjonalizmu") udaremnione. Akt głupoty równie wielki, co przywoływane hasło o "arabskości" kebabów.

Nie jestem wybitnym znawcą islamu jednak wystarczy elementarna wiedza o świecie, wystarczy uważać na lekcjach w szkole oraz oglądać dziennik w telewizji by zorientować się, że w gruncie rzeczy czegoś takiego jak "islam" w ogóle nie ma, a jeśli nawet jest, to jest to równie płytkie i ogólne pojęcie jak "prawica" czy "chrześcijaństwo".
W końcu samych odłamów konserwatyzmu są dziesiątki, a na przestrzeni dziejów od Kościoła katolickiego odeszło tyle wspólnot, które nie jeden raz porozpadały się na tyle drobnych i często dziwnych grup (patrz: amerykańscy protestanci), że często dwóch wyznawców Chrystusa w gruncie rzeczy nie ma ze sobą zbyt wiele wspólnego. Za kadencji George'a Busha nakręcono pocieszną komedię z Hugh Grantem w roli głównej pod tytułem "American Dreamz" (w Polsce przetłumaczone jak zwykle oryginalnie - "Jak zostać gwiazdą"), w której podupadający talent show ma zostać uratowany dzięki udziałowi prezydenta USA. Sęk w tym, że głowa supermocarstwa przeżywa kryzys, siedzi zamknięta w Białym Domu i całymi dniami nie robi nic konstruktywnego - na przykład studiuje gazety. Gdy podczas lektury polityk zostaje odwiedzony przez (zdaje się - oglądałem to naprawdę dawno temu) sekretarza stanu ten dzieli się swoim najnowszym odkryciem - "czy wiedziałeś, że muzułmanie dzielą się na szyitów i sunnitów?". Taki jest niestety poziom wiedzy niejednego zaciętego wroga przysłowiowego kebaba. Tak, muzułmanie dzielą się na szyitów i sunnitów, a te na kolejne grupy, w tym rzecz jasna na tak ekstremistyczne jak wahabici. Nie sądzę jednak by przeciętny nacjonalista wiedział coś o tym, czym są hadisy, kijas, czym się różni szkoła hanbalicka (konserwatywna, występująca np. w Arabii Saudyjskiej) od hanafickiej (stosunkowo otwartej na świat) i tak dalej, i tak dalej. Grunt, że islam jest zły, bo terroryści i tak powiedział Max Kolonko, a on mówi, jak jest.

Po ataku w Paryżu doszło do wylania całego jadu na islam. Oczywiście o ile Al-Kaida i Państwo Islamskie z dumą przyjęły mord na dziennikarzach, o tyle wśród wielu muzułmanów po raz kolejny wywołał on sprzeciw. Między innymi wśród dość szanowanego przez wiele środowisk narodowo-radykalnych libańskiego Hezbollahu. Organizacja ta znana jest z tolerancji religijnej, wystarczy przywołać serdeczne przyjęcie Benedykta XVI podczas pielgrzymki. Na jednym z portali przeczytałem jednak komentarz, że lider partii z pewnością po prostu boi się kary na muzułmanach za akt terroru, nie można mu wierzyć, bo na pewno kłamie, gdyż wszyscy muzułmanie to kłamcy. Myślę, że wielu "narodowców" myśli podobnie. Tak, do jednego wora należy wrzucić szyitów i sunnitów, terrorystyczne organizacje islamistyczne jak Al-Kaida i Państwo Islamskie (które skądinąd nie pałają do siebie miłością), Arabów, Turków (szczególnie biorąc pod uwagę laicki charakter ich państwa), toczących walkę narodowo-wyzwoleńczą Palestyńczyków, Czeczenów, tolerancyjną religijnie Syrię Assada, wspierający tamtejszy rząd Hezbollah i Iran, Albańczyków, ciemnoskórych muzułmanów w sercu Afryki... wystarczy tej wyliczanki. Naprawdę? Wszystko razem do kupy? Wszyscy oni to terroryści? Litości.

Zostawmy jednak już na boku to, jaki jest charakter islamu oraz to, jaki jest przeciętny poziom wiedzy na ten temat. Popularna narracja głosi, że islam jest naszym (sic! - proszę zwrócić uwagę na to konkretne słowo) wrogiem, gdyż chce zniszczyć naszą cywilizację. Teorie takowe często głoszone są przez dwie grupy ludzi. Pierwsza z nich to nacjonaliści, którym brak jakiejkolwiek głębszej refleksji nad światem - nie widzę specjalnie sensu by rozpisywać się na ten temat, jest to po prostu aksjologiczna pustka a ich niechęć wynika wyłącznie z faktu: "bo są inni i podkładają bomby". Co prawda o wiele więcej zamachów terrorystycznych w Europie dokonują co roku, z tego co mi przynajmniej wiadomo, separatyści, ale widać oni wszyscy też po cichu wyznają islam.
Wygonienie zaś wszystkich muzułmanów... cóż, pomijając fakt, że w Polsce na przykład specjalnie nie ma kogo wypędzać, chyba, że kilku studentów będących nad Wisłą na Erasmusie oraz wspominanych już Tatarów, to zastanawia mnie czy zrealizowanie tego wspaniałego postulatu coś by zmieniło? Czy żyłoby się naprawdę o wiele lepiej? Byłby większy wzrost PKB? Poprawiłyby sie warunki socjalne osób ubogich? Ludzie zaczęliby częściej chodzić do kościoła? Może rozwodów byłoby mniej, a młodzież rzadziej interesowała się narkotykami? Cóż, obawiam się, że chyba jednak nie. Sprowadzenie całego programu politycznego do walki z islamem jest równie płytkie co, powiedzmy, fetysz rozbitego samolotu, który to wrak powinien wyznaczać całą politykę naszego państwa.

O wiele ciekawszym zjawiskiem jest jednak inna grupa ludzi. Są to wszelacy obrońcy Europy, Zachodu i tak dalej którzy robią to nie kierując się jakimś tępym rasizmem względem Arabów, ale - podobno - prawicowymi ideałami. Są to zarówno narodowcy, ale też wielu ko-liberałów. Często zresztą poglądy takowe określane są mianem narodowo-liberalnych. Nacjonalizm polegający na niechęci do imigrantów plus konserwatywne wartości z jednej strony (pomińmy fakt, że nacjonalizm niekoniecznie musi mieć charakter konserwatywny, to jeszcze jeden z wielu skrótów myślowych dzisiejszego świata), a z drugiej wolnorynkowa gospodarka. Tak to z pozoru wygląda.

Z pozoru. W rzeczywistości ten liberalizm jest o wiele bardziej szerszy. Zauważmy, dlaczego wiele gwiazd tej antyislamskiej prawicy, tych, których partie na Zachodzie zdobywają te kilkanaście procent głosów, dlaczego one chcą bronić Europy. Bo Europa ma być chrześcijańska, oparta na tradycyjnych wartościach? Nie, bo muzułmanie "każą naszym kobietom nosić burki", bo "wprowadzą szariat" (zagrażają demokracji liberalnej), bo "będzie państwo wyznaniowe jak w Iranie". Oni nie bronią Tradycji, oni bronią tego, co jest obecnie. Kwintesencją takowego "nacjonalizmu" jest oczywiście postawa Oriany Fallaci która na starość z socjalistycznej dziennikarki została wojującą ksenofobką i która zadeklarowała, że należy zwalczać islam wszelkimi możliwymi sposobami gdyż ona nie chce by ktoś się interesował z kim ona sypia. Trzeba powiedzieć jasno - takowe ruchy polityczne z tradycjonalizmem, narodowym radykalizmem czy konsekwentnym katolicyzmem nie mają absolutnie nic wspólnego. W imię tych "państw narodowych" oni wybrali, kogo bronią - bronią dzisiejszego nowoczesnego świata. Islamski terroryzm pochłania co roku w Europie tyle ofiar, co legalne aborcje i eutanazje jednego dnia (a jeśli mam wybierać czy wolę za oknem meczet czy klinikę aborcyjną to nie mam żadnego problemu z udzieleniem odpowiedzi), że o humanitarnych bombach zrzucanych w imię praw człowieka i demokracji przez francuskie czy brytyjskie bombowce na kraj, który miał to nieszczęście, że stał się akurat obiektem zainteresowania jednego czy drugiego mocarstwa nie wspomnę. Nie jest to oczywiście żadne usprawiedliwienie, ale nie można zapomnieć o tym, że dzisiejsza cywilizacja zachodnia nie ma absolutnie nic wspólnego z autentyczną kulturą europejską czy cywilizacją łacińską, jest jej zaprzeczeniem. Również i islamizm nie stawia sobie za wroga numer jeden chrześcijaństwa - uosobieniem Szatana miałyby być Stany Zjednoczone, Izrael, świat zachodni z racji liberalizmu, rozpusty i próby zaszczepienia tego na arabski grunt.



Kilkadziesiąt lat temu Julius Evola pisał w "Orientacjach", iż bardziej obawia się amerykańskiego liberalizmu niż sowieckiego totalitaryzmu gdyż Europejczyk zareaguje gdy zobaczy sowieckie czołgi jadące zniszczyć jego rodzinny dom - tymczasem nie zareaguje gdy modernizm zniszczy kulturę zachodnią i zatruje jego duszę. To co napisałem powyżej nie oznacza bynajmniej, że widzę w islamie sojusznika (który być może zaprowadziłby mniejszy lub większy "konserwatyzm"), oczywiście nie. Osłabia mnie jednak polski nacjonalista, który wykrzykując antykomunistyczne hasła jednocześnie poczuwa się do wspólnoty z redakcją pisma, której wulgarne antykościelne rysunki były na poziomie, do którego nie zniżyły się nawet najbardziej skrajnie lewicowe nadwiślańskie gazety, jej członkowie brali udział być może w najbardziej doniosłej i skutecznej lewackiej rewolcie w historii, a już o organizowanej przez nią nagonce na francuski Front Narodowy nie wspomnę. Jeśli jest wierzący to niech się pomodli za zbawienie duszy tych nieszczęśników by zaznali Miłosierdzia Bożego (w które sami nie wierzyli) - i tyle.

Polska, w przeciwieństwie do Europy zachodniej, jest generalnie ujmując jednolita etnicznie. Zmiany, które zachodzą we Francji, w Niemczech czy w Holandii muszą budzić zaniepokojenie. Nie chcę wyrokować, w jaki sposób tamtejsze społeczeństwa czeka los oraz w jaki sposób na chwilę obecną powinny postępować. Nie dajmy jednak wmówić sobie, że w starciu islamu z europejskim liberalizmem ten drugi jest naszym przyjacielem. Wręcz przeciwnie. Jeśli chcemy odrodzenia Europy, jeśli kiedykolwiek stała się krainą Wiary i Tradycji, musimy sobie uświadomić, że to ci, którzy zniszczyli Stary Kontynent są naszymi przeciwnikami, "narodowi liberałowie" zaś są pożytecznymi idiotami. Nawet jeśli obronią Europę przed islamem, to tak jak każdą upadającą cywilizację zniszczy ją co innego. Możliwe, że zabije sama siebie - wystarczy niski przyrost naturalny.

Walka o wartości, w które wierzyli nasi przodkowie albo obrona dzisiejszego nihilizmu. Kudłata zgraja, o której pisał Gomez Davila to nie sprzedawca kebaba, to legalna eutanazja dla dzieci która powoli wprowadzana jest w krajach Beneluksu, niegdyś jednego z najbardziej katolickich regionów na świecie.

Michał Szymański