poniedziałek, 29 sierpień 2016 23:27

Żadnej asymilacji!

Wśród przeciwników przyjmowania przez Polskę i inne państwa europejskie imigrantów z muzułmańskiego kręgu kulturowego bardzo często można spotkać się z wyrażanym explicite lub domyślnym argumentem, jakoby nie umieli oni bądź nie chcieli asymilować się z europejskimi społeczeństwami i przyjmować tak zwanych europejskich wartości (mniejsza o to, jak rozumianych) i wzorców zachowań. Taką argumentację przedstawiają poważni i oczytani publicyści poczciwej prawicy systemowej i konserwatywni liberałowie, tak też brzmi głos rozemocjonowanych kolejnym zamachem i nagraniem dokumentującym wybryki imigrantów "zwykłych ludzi". Cały problem miałby właściwie zaczynać się i kończyć na fakcie, objawiającej się często w agresywny sposób, nieprzystawalności sposobu życia przybyszów do norm panujących w społeczeństwach, które ich przyjmują. Gdyby nie to – zdają się myśleć przedstawiciele wspomnianych wyżej grup – wszystko byłoby w porządku. W zasadzie nie mieliby oni nic przeciwko imigrantom... gdyby tylko nie skupiali się w pełnych przestępczości gettach, nie żenili się z czternastoletnimi kuzynkami, nie mordowali przechodniów i nie zaczepiali młodych dziewczyn na basenach; gdyby garnęli się do uczciwej pracy, dbali o edukację swoich dzieci i gdyby zachowywali się w przewidywalny dla nas sposób. Gdyby czegoś nie robili i gdyby coś zaczęli robić. Gdyby przynajmniej starali się stawać takimi jak my. A jeśli nie, to niech chociaż uznają prymat naszych praw i przyzwyczajeń nad własnymi i nie podważają ich. Z tego zresztą powodu – oprócz, rzecz jasna, faktycznej i medialnej aktualności i nośności zjawiska – ich sprzeciw skupia się na zasiedlaniu Europy właśnie przez ludność muzułmańską.

W środowisku osób odwołujących się w mniejszym czy większym stopniu do postaw i wartości nacjonalistycznych takie podejście do problemu również nie jest rzadkością. W polskim internecie z żenującymi już na poziomie ortografii i gramatyki, o treści nie wspominając, wyrazami bezrozumnej i ślepej frustracji przeplatają się raz po raz przywoływane przykłady "swoich" obcych, grup i postaci "skutecznie zintegrowanych z narodem polskim". Mam wrażenie, że to trend obecny szczególnie w łonie nacjonalizmu sprowadzonego do memów i demotywatorów. Co rusz można natrafić na stwierdzenia utrzymane w tonie: "jeśli ktoś chce tu uczciwie pracować i poczuwa się do wspólnoty, to...", okraszone garścią informacji o Auguście Ogboli O'Brownie, generale Jabłonowskim czy zdjęciem polskich Tatarów. Kto w końcu nie lubi egzotycznych i sympatycznych "Polaków lepszych niż niejeden rodowity"? Takie uproszczone zapewnienia o inkluzywnym charakterze własnego patriotyzmu biorą się być może częściowo z chęci uniknięcia oskarżeń o rasizm i szowinizm, mogą też być całkowicie spontaniczne i szczere, w każdym razie mają się nieźle. Niejako na zasadzie lustrzanego odbicia, wypowiadający się na temat imigracji sympatycy i zwolennicy idei narodowych lubią powoływać się na fakt, że w przypadku szturmujących dziś Stary Kontynent imigrantów muzułmańskich asymilacja i integracja z narodami europejskimi jest niezbyt prawdopodobna lub niemożliwa. To jeden ze sztandarowych elementów antyimigranckiej, a ściślej antyislamskiej retoryki i osoby politycznie zorientowane bardziej radykalnie niż większość przeciwników przyjmowania imigrantów nie są tu wyjątkiem.

Argument ten ma zatem swoje ważne miejsce w społecznym sprzeciwie wobec wpuszczania przez europejskie rządy imigrantów z Afryki Północnej, Magrebu czy Bliskiego Wschodu. Stanowi dla wielu osób motywację do czynnego zaangażowania w ów sprzeciw, ponadto jest zwyczajnie prawdziwy. Sęk w tym, że właśnie w swojej prawdziwości nie jest słuszny. A przynajmniej nie jest słuszny z narodowo-radykalnego punktu widzenia.


Problem imigracji – i wcale nie chodzi tu tylko o obecny "kryzys" – jest najistotniejszym, największym wyzwaniem i zagrożeniem, przed jakim stoi teraz Europa, i to na wielu płaszczyznach. W sposób najbardziej jaskrawy zagrożenie to uwidacznia się oczywiście gdy zagrożone jest fizyczne bezpieczeństwo i "święty spokój" rdzennych Europejczyków. Agresja jest jednak zagrożeniem w swoich przejawach i skutkach dość prostym, i choć oczywiście brak imigrantów zmniejszyłby jej skalę i odciążył odpowiednie organy, to doraźne i analogicznie nieskomplikowane środki są na ogół wystarczającym remedium. Brak zdecydowania, nieudolność i paraliżujący wpływ poprawności politycznej na ich stosowanie to zupełnie inna kwestia. Pozytywnym skutkiem ubocznym imigranckich napaści może być zresztą, i jest, ozdrowieńczy trend odradzania się ducha bojowego wśród młodych przedstawicieli narodów europejskich.

 

Również przypadki bezczelnego, otwartego forsowania (przy współudziale lub bierności władz) własnych przyzwyczajeń stojących w sprzeczności z europejskim sposobem życia nie są jeszcze najgorszym, co przynosi ze sobą imigracja. I tu bowiem wyrazistość zjawiska i jego łatwo odczuwalna dokuczliwość mogą być czynnikami wzmagającymi reakcje obronne. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że w wielu wypadkach natarczywe domaganie się przez przybywających spoza Europy muzułmanów respektowania przez nieislamską większość zasad ich religii i lokalnych tradycji prowadzi do konfliktów na poziomie korzystania z drogich europejskim sercom konkretnych uroków życia, jak alkohol czy imprezy muzyczne lub poczucia estetyki, jak w przypadku strojów kobiet na plaży, nie zaś na poziomie wyższych, bardziej abstrakcyjnych wartości.


Najbardziej doniosłe i sięgające najgłębiej szkody wynikające z napływu imigrantów Stary Kontynent poniesie najprawdopodobniej poprzez niezbyt spektakularne, subtelne wręcz, zachodzące powoli procesy. Procesy być może niezauważalne nawet dla samych imigrantów, a tym bardziej dla rodowitych Europejczyków, a co za tym idzie znacznie trudniejsze do przezwyciężenia.


Asymilacja czy choćby integracja jakiejkolwiek grupy odmiennej etnicznie i kulturowo bodaj nigdy nie zachodzi wyłącznie w jednym kierunku. Owszem, końcowy rozkład akcentów daje zazwyczaj przewagę wchłaniającej większości, jednak wraz z wtapianiem się w ogół społeczeństwa asymilowani zawsze wnoszą własny wkład i odciskają na nowej całości własne, mniej lub bardziej widoczne, piętno. To normalne, właściwe procesom asymilacyjnym zjawisko, nie zaś świadectwo ich niepowodzenia. Nie da się przecież zanegować udanej polonizacji mas ludności pochodzenia niemieckiego napływającej przez wieki na nasze ziemie, tak samo jednak nie można zaprzeczyć niemieckiej etymologii wielu polskich słów, dziś już dla nas nawet niewyczuwalnej. Podobnie niezaprzeczalny jest choćby wpływ, jaki czarnoskóra ludność pochodząca z terenów byłego imperium kolonialnego Wielkiej Brytanii wywarła swego czasu na brytyjską kulturę młodzieżową, choć nie sposób podważać przecież fakt, że gros potomków zasiedziałych od pokoleń na Wyspach murzyńskich rodzin było i jest całkowicie zintegrowanych z tamtejszym społeczeństwem, poczuwając się wręcz wyłącznie do brytyjskiej tożsamości. W toku asymilacji taka absorpcja obcych, nowych zjawisk przez kulturę przyjmującą wydaje się dodatkowo ułatwiona, ponieważ kontakty z nowymi współplemieńcami stają się częstsze i głębsze, stopniowo zanika też wzajemna nieufność.

Ktoś mógłby całkiem zasadnie zastanawiać się, co złego może być w tym, że wielką tkaninę poszczególnych narodowych kultur czy nawet całej cywilizacji europejskiej miałyby wzbogacić nowe, nieznane dotąd wątki, jak miało to wielokrotnie miejsce w przeszłości.


Pominąwszy prosty fakt, że wiele z owych udanych i korzystnych przykładów asymilacji i kulturowej wymiany zachodziło między pokrewnymi sobie nacjami europejskimi, przede wszystkim należy zwrócić uwagę na dość oczywiste różnice skali. Dawne osadnictwo obcych grup przybierało zazwyczaj rozmiary na tyle niewielkie, by ich wkład w przekształcenia kulturowe istotnie pozostawał raczej ciekawym dodatkiem. Od kilkudziesięciu lat jednak mamy do czynienia z imigracją tak zmasowaną, że, nawet bez żadnych specjalnych zamiarów i intencjonalnych działań w tym kierunku z ich strony, obecność nowych przybyszów może przeobrazić zastany kulturowy krajobraz w stopniu podważającym dotychczasową ciągłość i zmienić Europę w sposób fundamentalny, a nie drugorzędny. Siła przebicia kulturowych nowości, które ze sobą przynoszą jest proporcjonalnie większa z tego prostego względu, że ich samych jest nieporównywalnie więcej. Jest to paradoksalnie, jak zostało już powiedziane, prawdopodobne tym bardziej, im bardziej ludzie ci będą wtapiać się w cywilizację europejską, im bardziej będą stawali się "nasi". A nie należy zapominać też, że świat wartości i wzorców kulturowych, tak jak przyroda, nie znosi próżni. Gdy imigranci z często buńczucznie nastawionych obcych staną się ułagodzoną, przyswojoną i spowszedniałą częścią codzienności, rdzenni Europejczycy, na własne życzenie wyzuci w dużej mierze z własnych, starych tradycji i wartości, będą jeszcze bardziej chłonni na obce wzorce.


Odrębną kwestię stanowi, kolokwialnie rzecz ujmując, "zapotrzebowanie" cywilizacji europejskiej i narodowych kultur europejskich na nowe, obce wpływy w dzisiejszej dobie. Wobec postępującej na całym świecie erozji tego, co rodzime, tradycyjne i lokalne, "otwartość na inne" czy "odwaga przyjmowania nieznanego" są chyba ostatnim, o co powinny się troszczyć narody świata, nie tylko te ze Starego Kontynentu. Europa nie potrzebuje dziś ubogaceń (i mam tu na myśli, rzecz jasna, te prawdziwe, nie zaś to, co "ubogaceniem" nazywa się z gorzką ironią); Europa potrzebuje, jak nigdy wcześniej, ponownego odkrycia i twórczego rozwinięcia swojego własnego dziedzictwa, przy czym nie musi, i być może nie powinien, być to proces strywializowany przez zawężenie go do "powrotu do chrześcijańskich fundamentów". Tu zresztą docieramy do osobnego zagadnienia: Europa dorobiła się przez stulecia – owszem, również dzięki ożywczemu w swoim czasie czerpaniu z obych wpływów - tak wielkiej mnogości w zakresie zwyczajów oraz, co ważniejsze, wartości i tradycji duchowo-intelektualnych (czasami wręcz sprzecznych między sobą), że w którymkolwiek kierunku miałaby pójść dokonywana przez nią redefinicja samej siebie, może w sposób wystarczający i owocny czerpać z własnych, zakorzenionych dobrze w jej historii i kulturze, doświadczeń. Nie musi to być wcale stan permanenty, jednak nie wydaje się, żeby dzisiaj zaszczepienie przez zasymilowanych imigrantów jakiegokolwiek obcego nam zjawiska kulturowego, choćby nawet samego w sobie godnego szacunku, mogło wnieść jakąś istotnie przydatną i prawdziwie wzbogacającą jakość. Potrzebą chwili jest dzisiaj zdecydowanie bardziej kulturowy ruch "wgłąb" niż na zewnątrz, tym bardziej, że zwykła wymiana informacji czy praktycznej wiedzy naukowej i technologicznej nie musi się już wiązać z migracjami.


Ci, którzy, chcąc bronić Europy i tego, co jest im w niej drogie, za jedną z możliwych strategii uważają "wchłonięcie" egzotycznych przybyszów i sprawienie by, ku rzekomej obopólnej korzyści, dopasowali się do naszych oczekiwań i upodobnili do nas, popełniają jeszcze jeden błąd. Otóż zdają się nie dostrzegać, że właśnie przy pełnym powodzeniu takiego projektu w Europie siłą rzeczy będą musiały zajść ewidentne zmiany nie tylko kulturowe, ale i etniczne. Przy wszelkim możliwym zaklinaniu rzeczywistości i dbałości o to, by nie urazić co bardziej wyczulonych na tym punkcie wrażliwych dusz, nie da się obejść faktu, że w skali całych ludów i narodów czynnik genetyczny, czy też prościej "krew", nie jest i nigdy nie będzie pozbawiony znaczenia, przynajmniej nie w odniesieniu do narodów, które formalnie odwołują się do sięgającej daleko wstecz wspólnoty losów i pochodzenia. Tak, całkowita czystość etniczna czy rasowa to mit i rozpaczanie z tego powodu nie ma większego sensu. Z drugiej strony jednak nie, nie jesteśmy, my, Polacy, Szwedzi, Irlandczycy, Rumuni czy jakakolwiek inna europejska nacja li tylko "związkami kulturowymi", luźnymi stowarzyszeniami osób o podobnych przyzwyczajeniach i zachowaniach bez oparcia w żadnym namacalnym, biologicznym trzonie. Nie trzeba chyba śnić o urzędowych akcjach pomiarów czaszek lokalnych populacji żeby skonstatować, na przykład, że zawartość japońskości w narodzie japońskim uległaby bądź co bądź zachwianiu, gdyby w owej szlachetnej nacji na skutek "udanej integracji obcych z większością" spora liczba dzieci zaczęła coraz mniej przypominać samurajów, a coraz bardziej... wikingów. Nie ma zatem potrzeby udawać, że Europa mogłaby pozostać zasadniczo taką, jaką ją znamy i cenimy, gdyby jej narody w wymiarze etnicznym i genetycznym uległy zmianom daleko większym niż kosmetyczne, a takie właśnie musiałyby one być, jeśli wziąć pod uwagę, powtórzmy, skalę dzisiejszej imigracji. Nie mogłaby, ponieważ jej nieodłączną, niezbywalną częścią jesteśmy właśnie my i to właśnie tacy, jacy zgrubsza jesteśmy od stuleci, nie tylko duchowo i kulturowo, ale i genetycznie. By odwołać się do języka literatury, u Szekspira róża pod inną nazwą pachnie wprawdzie tak samo, ale inny kwiat noszący jej nazwę – nie.


Udana asymilacja imigrantów, przede wszystkim muzułmańskich ale i innych, mogłaby, owszem, oszczędzić Europie wiele bólu i codziennych kłopotów. Jestem jednak zdania, że w dłuższej perspektywie ceną okazałoby się tak znaczne, tak daleko idące przekształcenie naszej cywilizacji, że doprawdy trudno byłoby twierdzić, nie urągając przy tym rzeczywistości, że udało się ją obronić. Jakkolwiek paradoksalnie może to zabrzmieć, niechęć imigrantów do asymilowania się z europejskimi społeczeństwami z dużym prawdopodobieństwem może wyjść Europie na dobre, przynajmniej jeśli za wartość uznajemy Europę, która tworzy się na nowo wyłącznie w oparciu o swoje własne, zapomniane dzisiaj tradycje i zachowuje jako realny punkt historycznego odniesienia swoją ustaloną przed wiekami strukturę etniczną i genetyczną. Zadowolenie i satysfakcja w dniu, w którym Molenbeek stanie się miejscem, gdzie zapanuje, islamska co prawda, ale szczera, gościnność i otwartość, a w Birmingham obchodzącym ramadan przestanie przeszkadzać sączone przez przechodnia piwo byłyby w wykonaniu europejskiego nacjonalisty świadectwem pewnego rodzaju kapitulacji.

 

Igor Pokora