poniedziałek, 29 sierpień 2016 23:16

Ukrainiec JEST moim bratem

„Żaden Ukrainiec nie jest moim bratem” – to idiotyczne, kompromitujące wręcz dla posługujących się nim hasło stało się niedawno modne wśród narodowców. Nie jest oczywiście bratem Ukrainiec mordujący Polaków, mający ich krew na rękach. Ale czy tylko do takich wydarzeń można skrócić historię Ukrainy? Niezależnie od tego jak ją ujmiemy – czy będziemy datować jej początki na okres Rusi Kijowskiej, kozaczyzny czy odrodzenia narodowego w XIX wieku, w każdym okresie w dziejach etnosu rusko-ukraińskiego znajdziemy postaci, w których możemy widzieć braci. A jeśli nie braci, to sojuszników, ludzi Polsce przychylnych.

Nikogo znającego dzieje Ukrainy nie może dziwić, że postaci propolskie w jej historiografii nie odgrywają dziś roli kluczowej. Kraj ten od setek lat znajdował się pod przemożnym wpływem cywilizacyjnym Rosji w jej różnych formach państwowych, zaś ostatnich 25 lat niepodległości naznaczonych było być może zbliżeniem z Polską, ale na pewno nie umiejętnym prezentowaniem przez III RP łączących nasze narody wzorców historycznych. A jest takich wiele, o czym właściwie w ogóle się u nas nie mówiło. Z tego też powodu nie dziwi przetaczająca się przez Polskę fala niechęci do Ukraińców, wywołana często dość świeżym zetknięciem się z informacjami o charakterze i skali Rzezi Wołyńskiej. Bulwersuje ona dość powszechnie i trudno tego nie rozumieć.

Jak wspomniano, są jednak w historii Ukrainy momenty spajające ją z dziejami Polski. Punktem wyjścia jest tu oczywiście historia Rusi, która, będąc istotną częścią państwa litewskiego, weszła w unię z Polską. Samo Wielkie Księstwo Litewskie traktowane jest na Ukrainie, co najmniej od czasów Mychajły Hruszewskiego, jako emanacja ruskich dążeń państwowych, twór de facto rodzimy, przez wpływy ruskie zdominowany. Mówi się czasem, że Ruś dostała się pod wpływy cywilizacyjne Polski, w czym oczywiście jest dużo prawdy, ale nie był to stosunek jednostronny. Od końca XIV wieku aż do pierwszych dziesięcioleci XVII wieku książęce elity ruskie nie poczuwają się do bycia częścią narodu polskiego – dążąc do uzyskania przywilejów takich jak polska szlachta, ciążą ku niemu, ale mają silną świadomość odrębności. Ruś jest sojusznikiem Polski, stanowi z nią coraz bardziej nierozerwalną całość. Całość ta budowana jest na zasadach braterstwa: „Nie dostąpi łaski zbawienia, kogo nie wspiera tajemnicza siła miłości – z miłości bowiem łączą się narody”, głosi preambuła do tekstu Unii Horodelskiej z 1413 roku. Nieco ponad 100 lat późniejsza bitwa pod Orszą stanowi we współczesnej ukraińskiej historiografii ważne zwycięstwo – a przecież w skład wojsk Konstantego Ostrogskiego (ród to kluczowy dla dziejów Rusi książęcej) wchodzili przodkowie zarówno Polaków, jak i Ukraińców. Użyty przez Ruch Azowski, choć przewijający się w tym charakterze gdzieniegdzie już wcześniej, jako symbol idei Międzymorza krzyż jagielloński jest świadectwem, że także ukraińscy nacjonaliści spoglądają coraz częściej na to dziedzictwo pozytywnie.

W ramach tej wspólnoty narodów ruskie bojarstwo miesza się z polskim, częściowo polonizuje (z drugiej strony, polskie chłopstwo na ziemiach wschodnich często ulega rutenizacji, o czym pisał m.in. Jan Ludwik Popławski), znaczna część drobniejszej szlachty ruskiej zasila zaś stan kozacki, formujący się na pograniczu, na Dzikich Polach. I to kozactwo też przecież długo definiuje się w kategoriach formacji lojalnej wobec wspólnego króla – Zygmunt August, Stefan Batory, Władysław IV przeszli do historii jako wielcy dobroczyńcy kozaczyzny. Wszelkie bunty, spadające po nich represje, niesnaski i krzywdy wyrządzane sobie wzajemnie mają ograniczony zasięg aż do powstania z połowy XVII wieku. W Polsce jest zresztą świadomość, że to także głupota i krótkowzroczność polityki polskiej szlachty wobec kozactwa doprowadziła do wrzenia w jego łonie. Do czasu powstania Chmielnickiego Ruś i Polska są nierozdzielne – i nie jest przypadkiem, że do tego momentu stanowimy mocarstwo w skali europejskiej, siłę targaną może wieloma konfliktami wewnętrznymi, ale zdolną do mobilizacji wielkiej siły, hegemona w Europie Wschodniej. Przekonali się o tym Moskale w 1618 roku, kiedy Petro Konaszewicz-Sahajdaczny doszedł niemal do Moskwy, łącząc się z wojskami polskimi, jak i Turcy 3 lata później, kiedy ów wielki kozacki hetman umożliwił skuteczną obronę Chocimia. Tak – pierwsza bitwa pod Chocimiem została przez wygrana w dużej mierze dzięki 30-tysięcznym posiłkom kozackim (stanowiącym niemal połowę wojsk Rzeczypospolitej). Łatwo sobie wyobrazić co mogłoby się stać, gdyby ponad 100-tysięczna armia turecka wlała się na ziemie Rzeczpospolitej, a momentami przecież niewiele do tego brakowało. Symbolicznym niech będzie fakt, że Konaszewicz-Sahajdaczny, wierny wspólnemu państwu hetman, zmarł w wyniku odniesionych pod Chocimiem ran – podobnie jak zmożony wcześniej chorobą, zmarły w czasie oblężenia chocimskiego zamku polsko-litewski hetman Jan Karol Chodkiewicz.

Mimo że wojny z połowy XVII wieku dosłownie przeorały Ukrainę, wyludniając niektóre jej połacie niczym 400 lat wcześniejszy najazd mongolski, wśród kozaczyzny wciąż pojawiały się pomysły powrotu do kursu propolskiego – tym razem zresztą, po stronie korony, także było nieco więcej chęci do kompromisu. Unia Hadziacka z 1658 roku, na rzecz której działał następca – a jak chcą niektórzy, także kontynuator zamiarów – Chmielnickiego, hetman Iwan Wyhowski, stworzyła szanse wyjścia z brutalnej wojny na w miarę zdrowych, a przynajmniej odpowiadających potrzebom chwili zasadach. Do życia została powołana Rzeczpospolita Trojga Narodów, z Księstwem Ruskim, na czele którego stać miał kozacki hetman, jako częścią składową. Nie jest zresztą prawdą, że Unię Hadziacką potępia cała ukraińska historiografia. Wielu wybitnych przedstawicieli ukraińskiej kultury, jak Pantełejmon Kulisz czy Wiaczesław Łypyński, wyrażało się o niej pozytywnie. Mimo swojej nietrwałości oraz wad, których nie ma sensu dziś negować, ma ona potencjał by łączyć dziś Polskę i Ukrainę. Wspomnijmy, że 20 maja 2016 roku w Hadziaczu miała miejsce konferencja na rzecz stworzenia Międzynarodowego Stowarzyszenia Konfederacji Bałtycko-Czarnomorskiej, w której wzięli udział przedstawiciele państw Międzymorza, z posłami parlamentów Polski i Ukrainy włącznie. Trudno wyolbrzymiać znaczenie tego faktu, ale może unia z 1658 roku zainspiruje jeszcze kiedyś do realnego zbliżenia?

Pomysły pojednania polsko-kozackiego powracały także później. Wielkim orędownikiem tej współpracy był król Jan III Sobieski. Później, w dobie wojny północnej, pod auspicjami „Aleksandra Północy”, jak zwano walecznego Karola XII zajaśniały perspektywy sojuszu króla Polski Stanisława Leszczyńskiego z hetmanem Iwanem Mazepą, niestety zniweczone pod Połtawą w 1709 r. – bitwa ta pogrzebała szanse tak Ukrainy, jak i Polski na podmiotowe istnienie na arenie międzynarodowej. Z wszystkich tych aktów historycznych przebija nostalgia za dawnym współżyciem w ramach Rzeczypospolitej, zmarnowanym przez stanowy egoizm polskiej szlachty i anarchizm ukraińskich kozaków oraz okrucieństwa wymierzane sobie wzajemnie w trakcie towarzyszących kolejnym odsłonom konfliktu rzezi.

W dobie XIX-wiecznego ukraińskiego odrodzenia narodowego szybko pojawiają się tendencje propolskie, obecne w kijowskim Bractwie św. Cyryla i Metodego, założonym w 1845 roku. Najbardziej znana jego postać, wieszcz narodowy Ukrainy i najwidoczniejsza chyba na ulicach kraju historyczna postać, czyli Taras Szewczenko, była wielkim orędownikiem pojednania z Polakami. „O takto, Lachu, druhu-bracie/Zachłanni księża i magnaci/Rzucili waśń pomiędzy nas/I przeto minął zgody czas/Więc podaj rękę kozakowi/I czyste serce swoje daj!/A wspólnie w imię Chrystusowe/Wskrzesimy znowu cichy raj”, pisał Szewczenko w duchu być może nie do końca nam odpowiadającym, ale przecież zawsze trzeba mieć na uwadze perspektywę drugiej strony. Utrzymywał Szewczenko ożywione kontakty z polskimi narodowymi rewolucjonistami tych czasów, projektującymi przyszłe wspólne państwo, gdzie gospodarować będą Ukraińcy na równi z Polakami. Dziś pomnik Szewczenki stoi w Warszawie, a na jego cokole wyryty jest fragment wspomnianego wiersza „Do Polaków”. Takie samo przesłanie byli skłonni formułować do nas także Iwan Franko i Łesia Ukrainka, stanowiący wraz z Szewczenką, trójcę ukraińskich wieszczów narodowych – dodajmy, że w ukraińskiej popkulturze są oni dziś symbolem obecnym daleko silniej niż Mickiewicz, Słowacki i Krasiński w naszej. Czy to mało znacząca tradycja?

W dobie ukraińskiej wojny o niepodległość, jak wiadomo, doszło do sojuszu pomiędzy Józefem Piłsudskim a Symonem Petlurą, przywódcą Ukraińskiej Republiki Ludowej. Niepowodzenie podjętej w myśl tej umowy wyprawy kijowskiej nie umniejsza poświęcenia ukraińskich żołnierzy w wojnie obronnej przeciw bolszewikom. W słynnej obronie Zamościa, tak kluczowej dla powodzenia kampanii, wsławił się płk Marko Bezruczko, wraz ze swoimi żołnierzami. Po wojnie żołnierze URL zostali internowani, a Piłsudski, wobec niepowodzenia swoich planów budowy bloku Międzymorza, zmuszony był wyrzec niedawnym ukraińskim sojusznikom słynne słowa: „Ja was przepraszam, panowie. Ja was przepraszam”.

Część narodowców w Polsce skłonnych jest zupełnie bezmyślnie deprecjonować wynikły z tego paktu udział ukraińskich żołnierzy w walkach po polskiej stronie – czynią tak w imię dotrzymania wierności programowi endecji, przeciwnemu owemu sojuszowi. Ciężko o większą bezmyślność – stawianie politycznego programu jednego ze stronnictw (nawet gdyby zakładać jego słuszność) ponad faktycznie przelaną krew ukraińską w obronie Polski przed bolszewizmem jest żałosne. Z drugiej strony, także ukraińscy nacjonaliści, mimo formułowanych wobec Petlury różnej natury zastrzeżeń, być może zbyt mało uwagi poświęcali ukraińskim żołnierzom Międzymorza, poległym w 1920 roku w walce z bolszewicką Moskwą.

Okres II wojny światowej to nie tylko Rzeź Wołyńsko-Galicyjska. W 1939 roku ponad 100 tys. Ukraińców karnie wypełniło swoją służbę w obronie II RP – o czym zresztą w tym roku na Ukrainie przypominano w czasie obchodów zakończenia wojny. Wśród wówczas zasłużonych był płk Pawło Szandruk, oficer kontraktowy Wojska Polskiego, bohater armii URL, pod koniec wojny dowódca Ukraińskiej Armii Narodowej. W czasie bitwy pod Tomaszowem Lubelskim uratował przed zniszczeniem polską brygadę, za co już w czasach emigracji gen. Anders nagrodził go krzyżem Virtuti Militari. Dziś Szandruk jest postacią popularną w niektórych kręgach ukraińskich nacjonalistów – czy wyczytamy o tym na ukrainofobicznych stronach? W czasie wojny zabłysnęła także postać atamana Tarasa Bulby-Borowca, formującego na Polesiu petlurowskie oddziały partyzanckie (Sicz Poleska), twórcy tzw. „pierwszej UPA”, energicznie sprzeciwiającego się rzeziom na Polakach, dokonywanym przez banderowców. O postaci tej w ukraińskich środowiskach narodowych się pamięta, choć pewnie niedostatecznie.

Mamy wreszcie przykład najbardziej bolesnego chyba wymiaru braterstwa polsko-ukraińskiego. Mowa o tych Ukraińcach, którzy zdecydowali się ratować Polaków w czasie Rzezi Wołyńskiej, przed śmiercią z rąk swoich rodaków. Zdecydowało się na to tysiące ludzi – wielu z nich samemu przypłaciło to życiem (historycy odnotowali jak dotąd liczbę 896 za to zamordowanych). Odnotowanie i uhonorowanie takich przypadków powinno znaleźć swoje miejsce w polityce historycznej obu państw – niezależnie od formułowanej przez nie narracji wobec swoich formacji zbrojnych. Paradoksalnie, ci prości na ogół ludzie umieli ocalić człowieczeństwo oraz ideał wspólnego życia obu narodów – tak istotny w skali historycznej i geopolitycznej – znacznie lepiej niż zadeklarowani nacjonaliści.

Czy Ukraina poczuwa się do powyższych tradycji? Do niektórych tak, inne sobie dopiero przypomina, o niektórych nie pamięta w ogóle, co nie znaczy że zapomniała na zawsze. Sprawy pamięci historycznej są przecież dość płynne. Jeszcze całkiem niedawno kult UPA nie wykraczał poza zachodnią Ukrainę (czołowi dziś publicyści niechętni Ukrainie zarzekali się na wszystkie sposoby, że nie ma szans by poza nią wykroczył), a dziś zdobywa z powodzeniem resztę kraju. Z drugiej strony – przecież i u nas widać duże zmiany w świadomości historycznej. Jeszcze kilka lat temu mało kto wiedział o Żołnierzach Wyklętych czy Rzezi Wołyńskiej – dziś te tematy są na ustach wszystkich. Być może za kilka lat wszyscy będą mówić o ostatnim chyba przemilczanym ludobójstwie na narodzie polskim, jakim była Operacja Polska NKWD z lat 1937-1938, w toku której sowieci wymordowali 111 tys. naszych rodaków. I pomyśleć, że względnie niedawno XX-wieczna martyrologia narodu polskiego wyrażała się w pamięci o zbrodniach niemieckich, część wiedziała o Katyniu, ale nie mogła o tym głośno mówić. Przywracane są pamięci zbiorowej zapomniane postaci z naszej historii – 10 lat temu hasło „Roman Dmowski, wyzwoliciel Polski” niewiele by mówiło statystycznemu młodemu Polakowi, a o Witoldzie Pileckim wiedzieli głównie historycy i nieliczni pasjonaci. Pamięć historyczna narodów podlega ciągłym ewolucjom. Oczywiście niektóre osoby czy formacje mają większy potencjał mitotwórczy niż inne. Tu zresztą tkwi tajemnica powodzenia kultu UPA, formacji tak krwawo zapisanej w naszych dziejach, ale przecież – miejmy odwagę stanąć tu na gruncie historycznych faktów – prowadzącej równolegle zajadłą walkę przeciw sowietom, nieraz do ostatniej kropli krwi. Heroizm działa najsilniej na umysły młodych ludzi i dlatego zapewne kult UPA silny będzie na Ukrainie jeszcze długo. Nie znaczy to, że nie może być on dzielony z innymi, równie bitnymi formacjami. Tym bardziej, że wsławiły się one na froncie walki z Rosją – Konaszewicz-Sahajdaczny czy Petlura, mimo że nigdy nie odgrywali w ukraińskiej historiografii ról dominujących, a ich działania datują się dawniej niż walka UPA, mają pewien potencjał do bycia popularnymi. Biorąc pod uwagę z jednej strony niewygasającą siłę mitu kozackiego, a z drugiej przywracanie ukraińskiej świadomości epizodów z okresu tzw. rewolucji narodowej lat 1917-1921 (jak np. Republika Chłodnego Jaru), można to sobie wyobrazić, tym bardziej, że Ukraińcy mają się w obu wypadkach czym szczycić. Na tym polu winniśmy im życzliwą cierpliwość, dialog, a być może i formułowanie pewnych sygnałów. Coraz popularniejszy pomysł postawienia w jednym z najbardziej prestiżowych miejsc Warszawy pomnika polsko-ukraińsko-białoruskiego braterstwa broni z 1920 roku mógłby odegrać tu jakąś rolę. Także więc i po naszej stronie może leżeć inicjatywa w zbożnym dziele przypominania Ukraińcom o wspólnych epizodach z historii.

Musimy zresztą przy tym wszystkim zdać sobie sprawę z pewnego, dość oczywistego, wydawałoby się, faktu – żaden naród nie zrezygnuje ze swoich bohaterów pod naciskiem drugiego. Ukraińcy nie będą definiować swojego postrzegania historii narodowej przez pryzmat jedynie tego jaki dana postać miała stosunek do Polski. Podobnie zresztą i my reagowalibyśmy gdyby ktokolwiek wysuwał pretensje pod adresem dowolnej postaci z naszych dziejów – nawet gdyby jego uwagi były uzasadnione. To są rzeczy naturalne, co nie znaczy, że musi nam się obecny stan podobać. Ważne w tym miejscu jest stwierdzenie, że są w historii Ukrainy wydarzenia i postaci, mogące łączyć Ukraińców z Polakami. Kibicujmy Ukraińcom w dziele rekonstruowania swojej pamięci historycznej – w oparciu także o te wzorce.

Jakub Siemiątkowski

PS Kilka dni po napisaniu tego tekstu (przed publikacją), w sieci ukazał się artykuł „Czy możliwa jest wspólna ukraińsko-polska polityka pamięci” (Чи можлива спільна українсько-польська політика пам'яті), autorstwa Ihora Zahrebelnego, jednego z ideologów współczesnego ukraińskiego nacjonalizmu. Zahrebelny pisze w nim o konieczności szukania tych wątków w historii, które nas łączą. Wymienia bitwy pod Grunwaldem i Chocimiem, wojny przeciw Moskwie, rok 1920. Zarysowuje też perspektywę redefinicji stosunku do Rzeczpospolitej, do której odwoływać się mogliby się także Ukraińcy.