poniedziałek, 29 grudzień 2014 00:00

O demokracji

Demokracja! Słowo tak modne w naszych czasach. Znajduje się na ustach niemal każdego z polityków, każda partia opala się w majestacie tego wyrazu, a każda dyskusja o niej zamykana jest zaledwie jednym cytatem Churchilla. Piewcy poprawności politycznej natrętnie przedstawiają pogląd, że mamy tylko dwa wyjścia: albo demokrację, albo totalitaryzm z obozami lub łagrami (wedle gustu i wyboru). Wszelkie inne doktryny są z góry odrzucane przez opinię publiczną jako nierealne, przestarzałe (cokolwiek miałoby to znaczyć), czy nieskuteczne, a sami zwolennicy tych sposobów rządzenia uznawani są za oszołomów i wariatów. Stoimy zatem przed bardzo ciekawym wyborem: albo zostajemy wesołymi i beztroskimi demokratami, albo krwiożerczymi nazistami, faszystami, czy nieszkodliwymi oszołomami lubiącymi fantazjować. Czy jednak jedynie akceptowalny system ma jakikolwiek sens? Czy jego założenia są słuszne i dobre?

               
Ciekawym faktem jest, że do pracy w większości zawodów potrzebne jest specjalne przeszkolenie, czy pozwolenie. Aby zostać przyjętym do pracy w firmie na kierowniczym stanowisku, poza odpowiednim wykształceniem, zestawem specjalnych umiejętności potrzebne jest długie doświadczenie w zawodzie. Niezależnie od systemu rządzenia, gospodarki, modelu społeczeństwa etc., etc. Takie podejście ma sens, gdyż nikt nie powierzy jakiejś funkcji komuś, kto jest niekompetentny i może wiele popsuć. Oczywistym jest, że piekarz nie pozwoli korzystać ze swojego pieca nowemu pracownikowi, bez uprzedniego przeszkolenia go w tej kwestii, tak samo żaden właściciel banku nie zatrudni księgowego, który nie przedstawi odpowiedniego dokumentu o wykształceniu. Jeśli nie ma żadnych wątpliwości w tej kwestii, nasuwa się ważne pytanie: dlaczego do zostania osobą decyzyjną o najwyższej odpowiedzialności w państwie potrzeba tylko ileś głosów poparcia ludzi, którzy w większości nie znają się nawet na podstawach zarządzania?

               
Następnie zastanówmy się o czym mówi wola większości. Po wielu godzinach przemyśleń można dojść do wniosku, że wola większości, nie mówi o niczym innym, niż o tym, że jest wolą większości. Zastanówmy się dogłębniej nad tym z pozoru bezsensownym zdaniem. Jeżeli w pierwszych klasach podstawówki nauczyciel zapyta dzieci, czy św. Mikołaj rozdaje co roku prezenty pod choinką z pewnością większość uczniów uzna, że tak właśnie jest. Czy ta opinia większości zmienia w jakikolwiek sposób rzeczywistość? Oczywiście, że nie. Widzimy więc, że wola, czy opinia większości nie jest żadnym miernikiem prawdy. Co ciekawe, patrząc na wyniki ostatnich kilku wyborów, czy to do sejmu, czy tych prezydenckich, większość wyborców wierzy w prezenty od rządu. Wydaje mi się, że nastał doskonały czas, by dorosnąć.

               
W XVI wiecznym Krakowie, błazen Stańczyk założył się z królem, że wie, na czym najlepiej znają się jego poddani. Król bardzo się uśmiał, gdy usłyszał, że jest to medycyna. Na dowód swojej teorii Stańczyk obwiązał sobie głowę w taki sposób, że wyglądał, jakby cierpiał na ból zębów, po czym udał się na przechadzkę po mieście Kraka. Wszyscy mijający, w trosce o dobro nadwornego błazna, zaraz po przywitaniu się podawali sposoby na uśmierzenie bólu zęba. Stańczyk wygrał zakład. Zastanówmy się, ile warte były te wszystkie, domowe rady w porównaniu z ekspertyzą zawodowego medyka? Najprawdopodobniej niewiele, ale nie do podważenia jest fakt, że były w większości. Czyżby z tej historyjki wynikało, że wola większości nie jest nawet miernikiem dobra, czy skuteczności?

               
Wyżej opisane przeze mnie przykłady pokazują, że wola ludu nie jest miernikiem, ani dobra, ani prawdy, ani skuteczności. Dlaczego zatem jest wiążąca w sprawie decyzji na szczeblu państwowym? Pojawia się tutaj jeszcze jedna niepokojąca kwestia. O ile powyższe sytuacje zawierają szczerość intencji „głosujących”, to co się stanie, gdy tej szczerości zabraknie? Nie jest żadną nowością stwierdzenie, że demokracja jest korupcjogenna. Skorumpowany polityk wygrywający wybory, myśli, aby za cztery lata zasiąść w tym samym, czy nawet lepszym fotelu, dlatego obiecuje coraz to nowe gruszki na wierzbie. Jak z takim ma wygrać szczery patriota, który nie obiecuje prawie nic, bo wie, że tylko tyle będzie potrafił spełnić za swojej jakże krótkiej kadencji? Kolejnym problemem jest krótkowzroczne patrzenie na przyszłość kraju. Zamiast dalekosiężnie spojrzeć do przodu, planując rozwój naszej Ojczyzny, co cztery lata zaczynamy projekty, które wraz z nadejściem nowej władzy są ciągle zmieniane. Jak w takich warunkach pracować?

               
Dla nas, narodowców, dochodzi jeszcze jeden potężny argument przeciwko demokracji. Wola większości nie jest w żadnym stopniu wolą Narodu. Według Dmowskiego, Naród jest nieskończonym łańcuchem pokoleń, które były, które są i które będą. Jest bardzo trudno wydobyć zdanie aktualnych żyjących pokoleń, nie mówiąc już o pokoleniach już nieżyjących! A przecież to one swoimi testamentami mają najwięcej do powiedzenia o przyszłości Polski. Czemu ich zdanie o Wielkiej Polsce Katolickiej nie jest w żaden sposób wiążące? Odrzućmy fałszywe idee stworzone przez naszych wrogów. Nie szukajmy rozwiązań u obcych, ale wróćmy do korzeni. Do czasów, kiedy Polska znaczyła najwięcej.

Za Jagiełły było lepiej!

 

Ave Christus Rex!



Krzysztof Zaborek