poniedziałek, 29 grudzień 2014 00:00

O reinterpretację nacjonalistycznego dyskursu (Karolowi Kaźmierczakowi)

Podstawą polityki narodowej zawsze winna być trafna konstatacja, realna ocena rzeczywistości, rzetelne rozpoznanie prawdy, zrozumienie własnego usytuowania w czasie oraz przestrzeni – to banalne, ale zdarza się, że banały mają to do siebie, iż na ich dźwięk wymachujemy głowami na znak oczywistej zgody i zrozumienia… i nic więcej z tego nie wynika.

Właściwie chwilę temu, miałem okazję natknąć się na krótką, cytowaną przez „facebookowy fanpage” pisma „Nowy Obywatel”, wypowiedź p. Marceliny Zawiszy (ponoć Partia Zielonych), w której ujęto treść następującą:

"W raporcie Tholons Top 100 Outsourcing Destinations 2014 Kraków sklasyfikowany został na 9. miejscu na mapie światowego outsourcingu. Wyżej na liście uplasowało się tylko sześć miast w Indiach, które są globalnym liderem w branży i dwie lokalizacje na Filipinach. Polska plasuje się w czołówkach światowych rankingów. W wyścigu o palmę pierwszeństwa pokonała drugą światową potęgę – Chiny, z topowym w tym kraju Szanghajem".

I choć przykład to bardzo wyrazisty, jest to przecież zaledwie tylko jeden z symptomów naszego peryferyjnego usytuowania w ramach światowego systemu imperialnego. Usytuowania, które jest w zasadzie najważniejszym, najbardziej wszechogarniającym problemem, przed jakim stoimy – beznadziejnie nadzy, słabi, ale co najgorsze… bezmyślni.

Nowe realia…

Sam fakt funkcjonowania naszej peryferyjności (czy też półperyferyjności) nie jest bynajmniej dla Polski jakimś dziejowym novum, lecz właściwie kilkuwiekową zasadą. Różniły się oczywiście konteksty cywilizacyjnego usytuowania. Także ostatnie dekady, czasy najnowsze, przyniosły nam w tym sytuacyjną odmianę losu – rozpad Związku Sowieckiego zakończył epokę bipolarnego układu sił na świecie, jednocześnie uwalniając nasz kraj spod kolonialnej zależności wobec wschodniego imperium, ale także – jak to z „przedmiotami dziejów” bywa – wplatając natychmiast w siatkę kolonialnych zależności wobec imperium zachodniego, a także narodowego państwa niemieckiego (i jego politycznego narzędzia, jakim jest Unia Europejska), co swoje przejawy znajduje na wszelkich płaszczyznach – politycznej, gospodarczo-ekonomicznej czy kulturowej.

Polska jest krajem świata „dwa i pół”, co ma swoje wymierne i druzgocące konsekwencje. Ta „połowiczność” determinuje nam sytuację społeczną, w której nie dotyczą nas zarówno plusy bytowania w statusie metropolitalnym, jak i niestety także szanse wyjścia z usytuowania podrzędnego, które w sposób naturalny stwarzają się w obszarach „trzecioświatowych”, kiedy narastają tam ekonomiczne sprzeczności, dające nadzieje na „wybuch”, „wielką zmianę” etc. Dotyka nas więc sytuacja upośledzenia dwojakiego rodzaju - nie dość, że nasze elity reprodukowane są z klucza kolonialnego, to jeszcze nie widać najmniejszych objawów narastania społecznego buntu. Przyczyny są tu różnorakie. Z jednej strony, z kraju wyjechały już ponad dwa miliony naszych rodaków, przede wszystkim młodych, w trudnej sytuacji materialnej, czyli naturalny, „zapalny” rezerwuar dla ewentualnej rewolucji (jakiegokolwiek rodzaju). Z drugiej – jakkolwiek śmiesznie to nie zabrzmi – w Polsce od wielu pokoleń żyje się „coraz lepiej”. Jesteśmy (en masse) bardziej majętni, niż pokolenie naszych rodziców, ci zaś, niż pokolenie naszych dziadków – a ten schemat, mimo wszystko, można by rozciągać daleko wstecz. Inaczej więc, niż na dzisiejszym zachodzie, gdzie nasi rówieśnicy żyją w warunkach gorszych, jeśli porównywać do statusu materialnego generacji poprzedniej – nad Wisłą warunki dla rewolucji społecznej nie są najkorzystniejsze. Przykład rozruchów na brukselskich ulicach po podwyższeniu wieku emerytalnego oraz analogiczny "porządek, który panuje w Warszawie". Dodajmy do tego fakt gwałtownego starzenia się naszego społeczeństwa - i depresyjny krajobraz jawi się nam już w pełnej krasie. To nie jest kraj dla „różnokolorowych” spiskowców (pomimo naszych wielkich w tym względzie tradycji)!

To wszystko, co oczywiste, bardzo mocno rzutuje na obiektywną sytuację polskiej wspólnoty narodowej. Polscy nacjonaliści, jeżeli mają jakiekolwiek ambicje, by do tejże sytuacji realnie się odnosić (nie mówiąc już o jej zmianie), muszą zdać sobie sprawę z fundamentalności kwestii naszego usytuowania w ramach międzynarodowego systemu imperialno-kolonialnego.

O co walczymy?

W jakimś sensie więc, głównym postulatem szeroko pojmowanego ruchu musi być dziś Rewolucja Antykolonialna – bunt, przeciwko naszemu usytuowaniu. Nawet, jeżeli teraz nie mamy – a nie mamy – realnej siły, by kreować Polską politykę w jakimkolwiek właściwie aspekcie, musimy być awangardą przemiany mentalności wśród polskiej „młodzieży patriotycznej”. Czyli mówiąc wprost - do tego akurat rezerwuaru społecznej siły, do którego mamy aktualnie dostęp. Cel jest więc jasny – wyklarowanie się wśród tego segmentu społecznego, na który jako nacjonaliści mamy jakikolwiek wpływ, postawy naturalnego sprzeciwu i niechęci wobec najbardziej wyrazistych, najoczywistszych i najważniejszych symboli obecnej konstelacji imperialno-kolonialnej, w którą uwikłana jest Polska. Otóż – szanowni Państwo – jest "Wielki Szatan", który niewoli narody swoją antykulturą i zdominował politycznie prawie cały świat, wysyłając kolonie karne wszędzie tam, gdzie akurat nie może postawić tej fabryki, której postawienie uznał za celowe - następnie zaś zatruł umysły i dusze swoją agresywną, neoliberalną religią. Jest także i stary wróg, tuż za Odrą, którego potężny system bankowy i przemysł coraz mocniej stawiać go będą w randze – przynajmniej lokalnego – mocarstwa. To tam współczesny polski nacjonalista słusznie widzi nasze dziejowe wyzwanie.

...i stare zaklęcia

Problemem polskiego nacjonalizmu jest fakt nie wytworzenia się dyskursu adekwatnego do zakreślonej - w sposób ogólny - powyższej sytuacji. Niestety stwierdzić trzeba, że zarówno przekaz zewnętrzny, jaki formułują polscy narodowcy, nacjonaliści (szeroko pojmowany "ruch"), ale co gorsza wewnętrzna agenda, jaka sklecana bywa dla "nieco twardszego" zbioru kadrowego tychże środowisk, zupełnie nie odzwierciedla arcydotkliwego problemu naszego kolonialnego podporządkowania zachodnim podmiotom.

Przyczyn może być kilka - nie przesądzam jednak, które z nich w sposób silniejszy wpływają na pogłębienie tragizmu sytuacji. Mamy implementowany nam z zewnątrz "neokoński" typ prawicy, który każe "konserwatywne wartości" łączyć z pochwałą wolnego rynku - i patrzeć na Biały Dom, jako na nadzieję dla utrzymania tego rodzaju ideologicznego mariażu. Mamy tradycyjne, wynikające z przyczyn historycznych, negatywne nastawienie Polaków do Rosji, które jest zrozumiałe, ale które niestety w sposób toporny bywa - tak po prostu - przekształcane w afirmację zachodu (z USA na czele), widząc w nim jedyną szansę na obronę przeciw moskiewskiemu imperializmowi. Jest także słabość intelektualna ruchu, który nie potrafi wybijać się na koncepcyjną samodzielność. Jest on trochę "więźniem elektoratu" - tzn. mówi to, co chcą usłyszeć jego ewentualni, potencjalni zwolennicy, nie zaś to, co mówić powinien, w konsekwencji adekwatnego rozpoznania rzeczywistości. Ruch zamiast tworzyć - jest stwarzany. To niestety wynik braku konsekwencji i politycznego tchórzostwa - niegodnego autentycznego Stronnictwa Wielkiego Celu.

Jednym z najbardziej widocznych symptomów pewnego wykoślawienia jest dyskurs "antykomunistyczny", który podniesiony został przez środowiska narodowe. Symboliczne "raz sierpem" unosi się nad ruchem - i choć jest w naszym kraju bardzo nęcącym narzędziem, ponieważ nadal ma siłę mobilizowania ludzi o zdrowych, "patriotycznych" intuicjach, to posiada także bardzo istotny aspekt negatywny. Otóż słusznym i niewątpliwie szczytnym jest przypominanie o zbrodniach komunistów, jakie dokonane zostały na narodzie polskim w ostatnich dekadach - szczególnie zaś przypominanie o bohaterach naszej wspólnoty, którzy nie wahali się oddać ofiary życia w sytuacjach najzupełniej beznadziejnych. Otóż warto mówić o uwłaszczeniu się nomenklatury na majątku partyjnym, jako fundamencie polskiego kapitalizmu kompradorskiego. Trzeba jednak pamiętać o jednym - polityka mobilizacji pod historycznym hasłem "precz z komuną" doprowadzać może do zaistnienia ostrego dysonansu pomiędzy głoszonymi hasłami, a współczesną rzeczywistością. Nawet, jeżeli dziś, na manifestacji antykomunistycznej, zbierze się zdecydowanie więcej ludzi, niż na pikiecie antywojennej pod amerykańską ambasadą, to czegokolwiek by nie mówić - ta druga właśnie porusza tematykę mocno związaną ze światem realiów. Starając się nie razić niczyjej wrażliwości, należy kwestię postawić wprost - czy "jadąc" na antykomunistycznym flow, które było co prawda arcyadekwatnym dyskursem polskich środowisk patriotycznych w latach 80 (a nawet 90 i początku XXI wieku - w latach rządów postkomuny, dwóch kadencji Kwaśniewskiego, potężnego wyniku SLD Leszka Millera), nie przynosimy krzywdy, nie działamy na rzecz umocnienia "niedowidzących" tendencji środowisk tożsamościowych? Odnosząc się ze zrozumieniem do pokolenia 45+, które kształtowało swoje postawy w kontekście zupełnie odmiennych, zimnowojennych realiów, a które z tego względu zawsze już będzie zaangażowane w "antykomunistyczny" dyskurs, zauważyć trzeba, że reprodukowanie ich na pokolenie kolejne - choć jest to zdecydowanie łatwiejsze, niż antyzachodnie "pójście pod prąd" - deformuje nową generację aktywistów patriotycznych; z niewątpliwie fantastycznymi intuicjami wspólnotowymi, mocnym przywiązaniem do ojczystej historii i jej wielkich momentów, silną potrzebą narodowej autoidentyfikacji - wprowadzając je w ślepą uliczkę nieaktualnych problemów, podając nieistniejącą już fikcję, jako rzeczywistość.

Komu może być bowiem w najogólniejszym, geopolitycznym sensie na rękę stosowanie dziś przez środowiska narodowe, nacjonalistyczne, dyskursu "antykomunistycznego"? Otóż na pewno nie szkodzi ono beneficjentom naszego usytuowania w ramach zachodnich struktur imperialno-kolonialnych. Nie szkodzi światu "banksterów", "pokojowych interwencji". Światu anihilacji lokalnych gospodarek i lokalnych kultur - wprzęgającego nas w swoje makrostruktury mechanizmami twardymi i miękkimi. Światu, gdzie dewiacja jest wartością, a wartościom szykuje się katakumby.

Choć imperializm moskiewski jest ciągle potencjalnym zagrożeniem, którego nie tracimy z oczu, gdyż azjatyckie imperium dla nas, jako ludzi europejskiej tożsamości, jest zawsze ogromnie groźne, to jednak musimy pozbyć się wygodnego tkwienia w matni starych recept i spojrzeć w oczy światu twardych realiów.

Hasła dla polskiego nacjonalizmu na początek wieku XXI? "USA - imperium zła!", "Wczoraj Moskwa - dziś Bruksela" i "Żadnych wojen za Izrael!".

Mikołaj Kamiński