piątek, 25 marzec 2016 23:00

Prawicowy antyfaszyzm

Jednym z najbardziej niezrozumiałych, jednym z najgłupszych zjawisk, które zaobserwować możemy wśród szeroko pojętej "prawicy", w kręgach narodowych, a nawet wprost określających się mianem "nacjonalistycznych", jest antyfaszyzm.

Nie jest niczym dziwnym, że mianem "antyfaszystów" (oczywiście biorę to pojęcie w cudzysłów, gdyż za nim idzie sprzeciw nie tylko wobec "faszyzmu" rozumianego jako doktryna państwa włoskiego od momentu marszu na Rzym aż do śmierci Benito Mussoliniego, a także względem ruchów i idei które czerpały z włoskich wzorców i czuły względem czarnych koszul światopoglądową solidarność, za pojęciem "antyfaszyzmu" idzie również niechęć względem nazizmu, nacjonalizmu, homofobii, ksenofobii, rasizmu, a często i względem kapitalizmu, monarchizmu czy konserwatyzmu) określają się radykalni lewicowcy. Faszyzm i ich poglądy stoją na antypodach. Faszyzm to silne, zorganizowane państwo, lewicy marzy się parlamentarna paplanina, a najlepiej anarchia. Faszyzm to duma ze swej tożsamości, dziedzictwa kulturalnego i historycznego, lewacy to ojkofobowie, ludzie wstydzący się samych siebie i wiecznie przepraszający za wszystko, czego dokonał ich naród, szukający wyłącznie w przeszłości swej ojczyzny grzechów za które można się pokajać. Faszyzm to duchowa łączność z przodkami i solidaryzm całego narodu - lewica w łączność z nieżyjącymi wierzyć nie może gdyż zazwyczaj jest bezbożna i materialistyczna, brak w niej jakiegokolwiek irracjonalizmu czy myślenia magicznego, zaś jedność społeczeństwa traktowana jest jako coś całkowicie nienaturalnego, gdyż skazane jest ono na walkę klas i ciągłą rywalizację między bogatymi a biednymi. Antyfaszyzm jest czymś całkowicie dla lewicy naturalnym.

Oczywiście nie wynika z tego od razu, iż faszyzm ze swej natury był (czy też - jest) prawicowy. Niejeden faszysta powiedziałby, że tak, wielu innych zadeklarowałoby swe przekonania jako lewicowe (acz w zupełnie innym znaczeniu tego słowa niż czynią to czerwoni towarzysze czy dzisiejsze hordy spod tęczowego sztandaru), wreszcie - być może faszyzm to po prostu romantyczne szukanie trzeciej drogi pomiędzy nimi.

Nie zamierzam tutaj opisywać co to w ogóle ten faszyzm. W szczególności nie chce mi się za każdym razem podkreślać różnicy między włoskim faszyzmem a niemieckim nazizmem - obstawiam, że przeciętny Czytelnik jest na tyle inteligentną osobą, by znać te elementarne fakty, a dla zachowania jakiejś w miarę czytelnej kompozycji tekstu posłużę się pewnymi skrótami myślowymi. Nie zamierzam też - i w tym miejscu serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników naszego pisma, którzy za jego lekturę dostają wypłatę a na pewno takich fanów również mamy - tutaj propagować faszyzmu czy też w ogóle (jak to idzie w tym nieszczęsnym przepisie) jakiegokolwiek ustroju totalitarnego (skądinąd regulacja ta jest straszną groteską, gdyż większość badaczy faszyzmu uważa, iż nie miał on takiego charakteru jak komunizm czy nazizm). Będzie w tym tekście mowa o faszyzmie, będzie i o narodowym socjalizmie - ale sam tekst dotyczy innego, zupełnie groteskowego moim zdaniem zjawiska. Nacjonalistów wojujących z "faszyzmem".

***

Nacjonaliści walczący z faszyzmem to fakt. Słyszałem już na marszach takie hasła jak chociażby "żadne "swasty", sierpy, młoty nie są znakiem patrioty", w Internecie pełno jest patriotycznych grafik przedstawiających przekreśloną symbolikę tak ZSRR, jak i III Rzeszy. Oczywiście niechęć względem hitlerowców jest czymś całkowicie naturalnym i zrozumiałym - polski patriota wielbiący katów swojego narodu byłby co najmniej schizofrenikiem. Nie dziwota, że niejeden przeciętny mieszkaniec naszego kraju ze zdziwieniem patrzył w latach 90-tych na skinheadów, którzy z jednej strony potrafili śpiewać o "niezwyciężonych, którzy żyją w naszych sercach", niezwyciężonych "spod Grunwaldu i znad Bzury" a o których "nie zapomnimy nigdy", a z drugiej strony deklarujących, że "do zwycięstwa poprowadzi nas znak swastyki na sztandarze".

Cały problem w tym, że - cokolwiek mówić nawet o nazizmie - to dla nacjonalizmu, dla każdego nacjonalizmu z polskim włącznie (wyłączając może jakieś narodowe komunizmy itp.) faszyzm i nazizm nigdy nie były naturalnym wrogiem. Oczywiście, przed wojną polscy ONR-owcy lubili na mocno zniemczonych terenach dać członkom Hitlerjugend w zęby, ale był to wynik nasilającej się w Berlinie antypolskiej retoryki, a nie przeświadczenia, że narodowy radykalizm jest czymś tak bardzo odmiennym od narodowego socjalizmu, że należy prać się z hitlerowcami tak mocno jak z komunistami. Dla polskich narodowców nazizm nie był przed wojną systemem idealnym, widziano w nim wiele wad, szczególnie stosunek do Kościoła był dla Polaków nie do przyjęcia, jednak nie traktowano tej ideologii z góry skazanej na potępienie. O bardzo entuzjastycznym stosunku do włoskiego faszyzmu chyba wszyscy wiemy, cała Europa spoglądała na Italię z ogromnym zaciekawieniem, a najlepiej chyba podsumował to Ernst Junger pisząc, iż marsz na Rzym był tym dla budzących się ze snu narodów, czym zdobycie Bastylii dla mieszczaństwa. Faszyzm był antykomunistyczny - polski nacjonalizm też. Polscy radykałowie byli antyliberalni - czarne koszule także. I w Polsce, i we Włoszech marzono o rewolucji, która zaprowadzi porządek i rządy narodowe - Włochom się udało, a endekom i ONR-owcom marzyła się analogiczna sytuacja nad Wisłą. Nacjonalizm i faszyzm, a nawet nacjonalizm i narodowy socjalizm, są różnymi ideologiami, lecz nie znaczy to, że są one do siebie automatycznie nastawione wrogo. Z komunizmem jest zupełnie inaczej - jest to ideologia z natury rzeczy internacjonalistyczna, tak więc o jakiejkolwiek współpracy mowy być nie może. Stawianie znaku równości pomiędzy nazizmem i komunizmem z perspektywy polskiego nacjonalisty nie jest więc poprawne. Możemy zgodzić się, iż z perspektywy polskiej historii zarówno III Rzesza, jak i ZSRR były agresorami i okupantami, że obydwa te państwa doprowadziły do śmierci kilku milionów naszych rodaków i ogromnych zniszczeń - ale mówienie, że polski nacjonalizm jest "antynazistowski" to jakiś absurd. NSZ walczył przeciw hitlerowcom, bo ci zaatakowali nasz kraj, okupowali go i prowadzili eksterminację narodu polskiego - a nie dlatego, że ideologia zakładająca prymat własnej rasy i antysemityzm aż tak bardzo brzydziła podczas wojny polskich nacjonalistów. Bo choć stawianie znaku równości między NSZ i SS to ahistoryczny bełkot lewicy, to śmiem sądzić, że gdyby historia potoczyła się w latach 30. inaczej, to właśnie polscy nacjonaliści pierwsi rwaliby się do ochotniczych oddziałów walczących przeciw Związkowi Sowieckiemu w kampanii przeciw Moskwie, która była idee fixe dla włodarzy Berlina oraz marzeniem większości europejskich nacjonalistów.

W szczególności ciekawym jest - czy te idee są "antypolskie". Zgodzić się możemy na przykład z tym, że hitleryzm był antykatolicki a lider nazistów w obrzydliwych wręcz słowach szkalował Najświętszą Marię Pannę - stąd praktykujący syn Kościoła o przywódcy III Rzeszy zdanie powinien mieć jak najgorsze. Ale czy były to idee antypolskie? Faszyzm ze swej natury jest uniwersalistyczny, gdyż dąży do powstania jednego imperium - nie jest przypadkiem, że faszystowskie Włochy odpowiadają za zbrodnie wojenne w ramach działań wojennych, ale nie miały one charakteru rasistowskiego, a na zajętym obszarze nie dochodziło do masakr ludności. Włoski faszyzm miał odbudować imperium rzymskie i wszyscy mieszkańcy Morza Śródziemnego byli traktowani na równi. Również inne narody traktowane były w sposób, ujmijmy to, cywilizowany - niechęć do Anglików czy Francuzów wynikała z przeświadczenia, że biedny naród włoski jest wyzyskiwany przez możnych tego świata z Londynu i Paryża, a nie z nienawiści. O propolskim nastawieniu Rzymu w okresie przedwojennym, a nawet w trakcie II wojny światowej pisano również bardzo wiele - przywołać tu warto tylko rozpacz Ciano nad biednym losem Polski będącej celem niemieckiej agresji czy interwencję Mussoliniego w sprawie aresztowanych krakowskich profesorów. Tak samo nie jest przypadkiem, iż to właśnie środowiska faszystowskie tworzyły wizję integracji europejskiej - przywołać tu można czy to przedwojenne ośrodki intelektualne w Rzymie, czy francuski eurofaszyzm, czy wreszcie Jeana Thiriarta. Faszyzm nie jest rasistowski więc siłą rzeczy nie mógł być antypolski - co najwyżej możemy stawiać pytania o to, czy wizja zjednoczonej Europy, całej, czy to przy pozycji wiodącej jednego narodu, jak zakładali to Francuzi, czy Europy całkowicie równej i solidarnej, o czym pisał Thiriart, jest z perspektywy polskiego nacjonalizmu do przyjęcia. Z nazizmem sytuacja wygląda trochę inaczej. Hitlerowskie Niemcy prowadziły eksterminacyjną politykę na terenie Polski, stąd zachwyt nad Hitlerem czy Himmlerem uznać należy - o czym wspomniałem wcześniej - za przejaw schizofrenii. Sama idea narodowo-socjalistyczna zakładała prymat rasy nordyckiej, jednak ciężko byłoby obronić tezę, iż nazizm był z założenia antypolski. Nazizm nie był uniwersalistyczny, wręcz przeciwnie - ale też nie jest prawdą, że jedynym narodem który miał według hitlerowców istnieć, był naród niemiecki. Naziści teoretycznie z pogardą mieli odnosić się do Słowian - w praktyce jednak wiele z narodów słowiańskich stało po stronie Niemiec i nie traktowano ich w sposób pogardliwy. Przed II wojną światową Berlin dążył do zbliżenia z Polską - paradoksalnie hitlerowcy byli bardziej propolscy niż Republika Weimarska, której rządzący stale wysuwali roszczenia terytorialne względem ziem utraconych po I wojnie światowej a o Polakach myśleli jak o zbuntowanych niewolnikach. Zgadzam się z teorią, iż eksterminacja na ziemiach polskich była formą zemsty za odrzucenie wizji przymierza polsko-niemieckiego, że dla Hitlera niezrozumiałe było, dlaczego ojczyzna jego wielkiego autorytetu, marszałka Piłsudskiego, który pokonał bolszewików w 1920 roku, nagle nie chce z nim iść na Moskwę. Zgadzam się też z opinią, że tak radykalne i okrutne środki, jakie stosowali Niemcy względem Polaków, wynikały z istnienia ruchu oporu i ciągłych walk pomiędzy siłami okupacyjnymi a formacjami partyzanckimi. Z czasem zapewne zrodziła się w ramach nazizmu idea, iż Polacy to podludzie zasługujący na zniewolenie i eksterminację - ale nie było to pierwotne założenie hitlerowskiej Rzeszy.

Sęk chyba w tym, że myśląc o jakichkolwiek doktrynach politycznych, wiążemy je często z jakimś państwem. Komunizm? Rosja. Nazizm? Niemcy. Tymczasem idee, wizje ustroju i społeczeństwa, określona hierarchia wartości, i tak dalej, i tak dalej, są od położenia geograficznego oderwane. Czy meksykańskich faszystów Polska cokolwiek obchodzi? Czy dla japońskiego nazisty podanie ręki Polakowi było problematyczne?

Na ocenę wspomnianych idei rzutuje to, iż kojarzymy je głównie z dwoma państwami, tj. Włochami i Niemcami. W praktyce jednak wiemy przecież, że owe idee wyznawane były i są na całym świecie. Również w Polsce. Czy wojujący polscy "narodowi antyfaszyści" wiedzą, że przed wojną istniała cała masa polskich ugrupowań faszystowskich? Słyszał ktoś o Pogotowiu Patriotów Polskich? Związku Faszystów "Czarna Falanga"? Były nawet grupy narodowo-socjalistyczne, choć ich narodowy socjalizm był zupełnie różny od tego niemieckiego, wystarczy przywołać tu tylko wiśniowe koszule. Wreszcie - a co, gdyby w Polsce narodził się nam jakiś "polski nazizm"? Przeświadczenie, że Polacy to rasa panów? Czy wszyscy rzuciliby się z okrzykiem, że "to antypolskie"? Bez żartów. Zresztą, jak czytam i słyszę wypowiedzi różnych "narodowców" chcących przy okazji wysyłać ludzi do Auschwitz i marzących o podbijaniu ziem "podludzi", to mam wrażenie, że z katolickim nacjonalizmem przedwojennego ONR-u to niewiele ma to wspólnego.

***

Śmiać mi się chce gdy widzę raz za razem komentarze skierowane w stronę Pułku "Azow", iż ten posługuje się "nazistowską" symboliką. Ukraiński symbol "idei nacji" miałby być wilczym hakiem - okej, załóżmy nawet, że nim jest. Na upartego można też przyjąć, że dywizja Waffen-SS Nordland używała symbolu krzyża celtyckiego (wariant swastyki używany przez tę jednostkę był łudząco podobny do wspomnianego znaku) - no i co? Nagle połowa z was nagle zacznie biadolić, jaki to ten "celtyk" jest zły? Symbol Czarnego Słońca? Toż to znak, który w hitlerowskiej Rzeszy pojawił się raz jeden - w słynnym zamku Wewelsburg. W gruncie rzeczy symbol ten stał się "kultowy" przez działalność powojennych różnych ezoterycznych, często faktycznie faszystowskich, organizacji, ale chyba największą fascynację nim odnotować należy na evoliańskiej prawicy i w środowisku neofolkowej sceny muzycznej (wystarczy tylko przywołać zespół Von Thronstahl, który chyba nigdy przez nikogo potępiany nie był, a który to Schwarze Sonne umieścił niemal na wszystkich swoich okładkach).

Nie ma jednak nic śmieszniejszego niż osoby, które paradują na co dzień w koszulkach z rasistowskimi hasłami, a z drugiej strony gloryfikują dzielnych obrońców Donbasu. Tego antyfaszystowskiego Donbasu. Nie ma nic śmieszniejszego niż osoba zafascynowana Bolesławem Piaseckim czy Benito Mussolinim jeżdżąca na wschód Ukrainy by wspierać antyfaszystowską par excellence rebelię. Obydwa przykłady są zaczerpnięte z życia. I to jest chyba najbardziej przerażające bo dowodzą, że wśród nacjonalistów cała masa jest hipokrytów, udających, iż ich poglądy wcale nie są radykalne, ewentualnie że szerzy się epidemia idelogicznej schizofrenii. Nie wiem, w jaki sposób ludzie, którzy mniej lub bardziej wyznają nacjonalistyczne idee, którzy domagają się hierarchicznego społeczeństwo, społecznej gospodarki i silnego państwa, którzy - mówiąc brutalnie - sami zasługują na łatkę "faszysty" i często ją uzyskują, nagle stają po jednej stronie barykady razem z ludźmi, którzy stoją ideowo na skrajnie odmiennych pozycjach. Nie jestem w stanie tego pojąć. Mój mózg tego nie przyjmuje do wiadomości.

***

Komuniści na dzień dzisiejszy to pewien plankton w naszym kraju - nawet postkomunistyczne SLD, dziś wyznające idee socjaldemokratyczne, nie dostało się w ostatnich wyborach do parlamentu. Autentycznie komunistyczne partie, pokroju groteskowej Komunistycznej Partii Polski, stanowią jakiś margines marginesu, anarcho-komunistyczne śmiecie to subkultura. W Niemczech Antifa może być traktowana poważnie - u nas jej istnienie (poza może takim Poznaniem) to zupełnie niegroźny margines, zahaczający o środowiska wręcz kryminalne. W Polsce radykalna lewica po prostu nie istnieje. Walka z nią byłaby groteskową. A zatem - jak uzasadnić potrzebę ciągłej walki z "nazistami"?

Z kim ci wszyscy prawicowi "antyfaszyści" chcą walczyć? Czy polski ruch narodowy nie ma bardziej ambitnych celów niż przeciwstawianie się ideologii, która od kilku dekad nie istnieje? A może chce się przeciwstawiać kilku podstarzałym skinheadom?

Walka z "nazistami" jest absurdem bo ich zwyczajnie w Polsce nie ma. Polscy narodowcy chyba powinni zorientować się, że nie żyją już w latach 40-tych. Walka, którą toczą, nie jest walką przeciw Hitlerowi i Stalinowi. Ich trupy od dawien dawna zgniły. Weźcie przejrzyjcie wreszcie na oczy.

***

Na upartego to "faszystowska" w pewnym momencie była cała Europa. Tak się porobiło, że wielu nacjonalistów uznało, że w wielkiej bitwie między Niemcami, Sowietami i światem anglosaskim (która, o czym pisaliśmy chociażby na łamach "Szturmu" kilka miesięcy temu, a co jeszcze piękniej wykazał kilka lat temu w pewnym kultowym wręcz tekście profesor Jacek Bartyzel, nie była żadnym starciem sił Dobra i Zła, gdzie szlachetnymi rycerzami w lśniących zbrojach są american boys w sojuszu z mszczącymi się za swą krzywdę soldatami, zaś piekielnym pomiotem zasługującym na eksterminację są tylko Niemcy i ich sojusznicy, których jedynym zajęciem jest dokonywanie kolejnych zbrodni wojennych, lecz konfliktem wielkich mocarstw w którym każda ze stron miała na sumieniu czyny haniebne i godne potępienia) stanąć należy po stronie "faszystów". Polscy nacjonaliści z racji na sytuację swego narodu z naturalnych przyczyn nie mogli walczyć po stronie Niemiec - nie ulega jednak żadnej wątpliwości, że daleko im było do "antyfaszyzmu" rozumianego jako nienawiść do nacjonalizmu, elitaryzmu, autorytaryzmu i zinstytucjonalizowanej religii. Przed wojną z tymi samymi nacjonalistami, którzy później byli "faszystami", polscy narodowcy spotykali się na terenie całej Europy. Na łamach "Prosto z mostu" fascynowano się Legionem Michała Archanioła, rozmawiano z Kapitanem Codreanu i opłakiwano jego śmierć. Peany wygłaszano na temat Leona Degrelle'a, "wodza młodej Belgii", który później z bronią w ręku walczył po stronie "faszystów". Odnotowywano represje na członkach "Vlajki", działającej w Czechosłowacji organizacji wprost narodowo-socjalistycznej, i która zresztą - paradoksalnie - nie zaakceptowała wchłonięcia swej ojczyzny w orbitę Rzeszy i była jako organizacja niepodległościowa przez niemieckie i lokalne władze tępiona. Polscy nacjonaliści jeździli na międzynarodowe spotkania faszystowskie, a w Hiszpanii brali udział w uroczystościach poświęconych męczeńskiej śmierci Iona Motzy i Vasila Marina. W III Rzeszy powstał paneuropejski projekt Akademia Prawa Narodów, w którym uczestniczył między innymi profesor Zygmunt Cybichowski, prawnik związany z Ruchem Narodowo-Radykalnym. I choć zbrodnie na narodzie polskim obciążały sumienie nazistowskiej III Rzeszy, to poglądów na liberalno-demokratyczne chyba polscy narodowcy nagle nie zmienili, bo szef sztabu Brygady Świętokrzyskiej Władysław Marcinkowski wziął udział w 1944 roku w konferencji w której uczestniczyli żelaznogwardziści i strzałokrzyżowcy. Nie wspomnę już o takiej perełce jak ta, że wywiad Armii Krajowej, już nawet nie agenci NSZ, ale wywiad Armii Krajowej, współpracował ściśle z Kempeitai, japońską formacją wywiadowczą i policją polityczną w jednym, odpowiedzialną za szereg zbrodni na tle narodowościowym.

Oczywiście możemy powtarzać cały czas jak mantrę słowa Mosdorfa, że polski ruch narodowy nie był ruchem faszystowskim - okej, nie był nim. Zgadzam się z podziałem profesora Wielomskiego, że narodowy radykalizm i faszyzm mają w sobie pewne istotne różnice i zazwyczaj w danym kraju istnieje jeden typ doktryny, a drugi ma charakter marginalny. Nie mniej jednak te różnice nie sprawiały, że były to ruchy od siebie skrajnie różne - bo nie były. Więc przestańmy płakać jak małe dziewczynki, że obrażają nas bo mówią o nas "faszyści". Ktoś jest niedouczony - trudno, jego sprawa. Ale nie ma co się mazać i od razu zapewniać, że jesteśmy grzeczni i ułożeni. Bo nie jesteśmy. I tak, marzy nam się by Corneliu Zelea Codreanu był tak popularny na koszulkach jak "Che" - z tą różnicą, że chcemy, by wszyscy wiedzieli kim on był i dlaczego zasługuje na szacunek. To, jaką łatką twórcę Żelaznej Gwardii określicie, to dla nas rzecz drugorzędna. To obrona absolutnych, niepodważalnych wartości ma dla nas znaczenie, a nie to, czy ktoś nagle zacznie wyzywać nas od "faszystów".

***

Ten ciągły lęk przed "faszyzmem" ma jeszcze jedną wadę. Przy wszystkich błędach, które w tej doktrynie się pojawiły, przy wszystkich grzechach, które wyznawcy tego ustroju popełnili, nie można zaprzeczyć, iż wiele ich rozwiązań i postulatów było słusznych, że wiele z ich postulatów może być naszymi postulatami, a ich hasła naszymi hasłami. Jest to nic innego jak kastrowanie nacjonalizmu, konieczność pudrowania go z obawy przed opinią publiczną. Niechęć do demokracji? FASZYZM! Antykomunizm? FASZYZM! Państwo narodowe? TRZECIA RZESZA!!!

Przesadzam? Może odrobinkę. Nie zmienia to jednak faktu, iż wielu narodowców naprawdę niechętnie odniosłoby się do wielu narodowo-rewolucyjnych postulatów które w Europie wydają się być swoistym "standardem", gdyż nam kojarzą się "faszystowsko". My mamy swoją narodową demokrację, budujmy na tym, a nie będziemy się tu radykalizmami zajmować! Bo te prowadzą do faszyzmu.

W praktyce widać to nawet w dzisiejszym wizerunku nacjonalistów. Pomijam unikanie takich słów jak chociażby właśnie "nacjonalizm" z obawy przed ostracyzmem, rozumiem też, że z racji na ciągłe problemy prawne mało kto kwapi się do salutowania, jednak totalna rezygnacja z uniformizacji, brak dyscypliny, nawet chaos na manifestacjach i występujący przez lata pewien lęk do pochodni (bo kojarzą się z SA!) nie są moim zdaniem przypadkowe. Podobnie rzecz miała się chociażby z symbolem miecza i młota - rok temu zrobiła się o niego dość spora afera a jej podłoże moim zdaniem było oczywiste. Krzyż celtycki nie jest pochodzenia obcego, ale nie ma pochodzenia niemieckiego, natomiast miecz i młot? Jeszcze nas oskarżą o nazizm i co to będzie! Fakt, że z hitleryzmem to znak ten miał niewiele wspólnego zarówno na płaszczyźnie organizacyjnej, jak i ideowej, nie miał tu większego znaczenia. Podobne zarzuty słyszałem kiedyś pod kątem zębatki - toż to ona kojarzy się z narodowo-socjalistycznym Niemieckim Frontem Pracy! Fakt, że kontekst tego znaku bardzo często jest zupełnie nie-nazistowski, zdaje się być w tym momencie pozbawiony większego znaczenia.

Przede wszystkim zaś polscy nacjonaliści, i Polacy w ogóle, muszą przestać być ofiarami losu. A niestety, ale myślenie odważne i bezkompromisowe musi wiązać się z odrzuceniem fałszywego przekonania, iż nie wolno nam być silnymi, stanowczymi i zdecydowanymi w działaniach. Prawicowy antyfaszyzm na razie wisi nad nami jak miecz Damoklesa.

***

Polski nacjonalizm musi wreszcie stać się nacjonalizmem XXI wieku. Faszyzm, z wszystkimi jego zaletami i wadami, świętował triumfy kilkadziesiąt lat temu. Jego zwalczanie to walka z duchami przeszłości. Zostawmy ją radykalnej lewicy i politycznie poprawnej centroprawicy - ale sami nie dajmy wciągnąć się w wojowanie z ideą, która od lat jest niemal całkowicie bezbronna. A przy okazji nie zapominajmy, że w słonecznej Italii nie planowano masowej eksterminacji połowy ludzkości lecz odtworzenie Imperium Rzymskiego, jednego z najbardziej fascynujących państw w historii ludzkości. Jeśli czarne koszule w czymś zawiniły to przede wszystkim w tym, że z potencjału wielkiej rewolty przeciw współczesnemu światu na rzecz świata Tradycji i Wielkiej Europy ostał się Stary Kontynent zniszczony przez wojnę, ludobójstwa i megalomańskie ambicje kilku bandytów.

Michał Szymański