środa, 30 grudzień 2015 21:03

Błękitne noce OAS

Błękitne noce OAS

 

W nocy błękitnej, w gwiaździstej nocy

Byłem przed laty młody, kwitnący.

Nieubłaganie, niepowstrzymanie

Wszystko minęło w dali, w tumanie...

Serce ostygło, oczy przekwitły

 


(Sergiusz Jesienin)

 


 29 grudnia 2015 roku minie – albo też minęła, bo tak prawdopodobnie będzie to wyglądać z perspektywy czytelników, którzy natrafią na ten tekst – dziesiąta rocznica śmierci pułkownika Pierre Chateau-Joberta. Postać ta zapewne nie jest w Polsce znana, nawet w kręgach politycznej prawicy czy badaczy najnowszej historii Francji. Cóż, nie jest to aż tak niezwykłe – ostatecznie przecież życie Chateau-Joberta nie zmieniło biegu dziejów, przynajmniej nie samo w sobie, wzięte z osobna.

 

 Pułkownik Chateau-Jobert – alias Conan – był jednak przez całe swe dorosłe życie częścią większych ruchów, wydarzeń i idei, a te jak najbardziej wstrząsnęły historią. Był zresztą osobowością nietuzinkową, także – a może w szczególności – na tle Organizacji Tajnej Armii, do której zgłosił akces, gdy ta rozpoczęła swoją trudną, bolesną i poniekąd też obłędną walkę o ocalenie francuskości Algierii Francuskiej.

 

 Chateau-Jobert przeżył na tym padole 94 lata. Z tego okresu działalność w ramach OAS to mały wycinek, dwa, może trzy lata (trochę więcej, jeśli doliczyć okres pobytu poza granicami ojczyzny, a to z powodu wyroku śmierci, jaki zaocznie nań wydano). A jednak wydaje się, że to właśnie OAS – bardziej może nawet niż walka w gaullistowskich siłach Wolnej Francji i bardziej niż dowodzenie spadochroniarzami w Indochinach czy podczas kryzysu sueskiego – można postrzegać jako najważniejszy, przełomowy czas w życiu tego człowieka.

 

 Twarzy OAS było wiele. Roger Degueldre, szef tyleż legendarnego, co i brutalnego Komando Delta, został przez kogoś opisany (chyba trafnie) jako „człowiek cechujący się pierwotnymi instynktami i lojalnością”. Nie był ideologiem, a raczej zawodowcem trzymającym się złożonej przysięgi – w taki sposób, w jaki uważał za słuszne. Może nawet za wszelką cenę – przy czym mamy tu na myśli zarówno cenę zapłaconą ostatecznie przez niego, jak i tę, która przypadła w udziale licznym ofiarom Delty, niekiedy być może dobieranym pochopnie.

 

 Jean-Marie Bastien-Thiry – słynny „Didier” z zamachu w Petit-Clamart. Oto ideowiec o chłopięcej, sympatycznej twarzy i spojrzeniu, w którym zdaje się przebijać jakaś nieokreślona zaduma. To oblicze zupełnie inne niż u Degueldre'a, który mógłby grać rolę komandosa-twardziela w hollywoodzkim filmie wojennym (ale nie musiał niczego grać – był kimś takim w prawdziwym życiu). Bastien-Thiry prezentuje się też diametralnie inaczej niż George Watin z jego oddziału szturmowego. Watina zwano „Kulawym”, ale równie dobrze mógłby występować jako „Brzydki”, co staje się zrozumiałe, gdy spojrzy się na jego szeroką szczękę, gęste brwi i złowrogie wejrzenie. „Kulawy” jeszcze po wielu latach ochoczo fotografował się w Ameryce Południowej z rozrysowanymi planami zamachu i symbolicznie potarganymi fotografiami de Gaulle'a, deklarując, że żałuje tylko niepowodzenia operacji.

 

 Ale Bastien-Thiry to również fanatyk, choć powodowany raczej głębokim, bardzo elementarnym poczuciem sprawiedliwości niźli personalną złością. Jest „namiętny na zimno” (jak Bolesław Piasecki według Wasiutyńskiego), planując kolejne zamachy po niepowodzeniu pierwszego – nawet w celi śmierci. Jest przy tym żarliwie wierzący i nie waha się w roku 1962, w apogeum XX stulecia, przywoływać tomistycznych argumentów na temat dopuszczalności tyranobójstwa, co do których można by sądzić, że przechowały się jedynie w głębinach myśli hiszpańskich karlistów, a to i tak tylko teoretycznie. Bastien-Thiry jawi się tu jako człowiek z innego czasu, zagubiony błędny rycerz, chłopiec na wyprawie o uratowanie księżniczki.

 

 Albert Spaggiari – to co prawda postać, która w OAS sytuowała się raczej na uboczu, ale zarazem człowiek, który wsławił się w następnej dekadzie napadem (tzw. skokiem stulecia) na bank Societe Generale w Nicei (rzecz była przynajmniej trzy razy przenoszona na kinowy ekran). Ba, Spaggiari wsławił się też brawurową ucieczką z gmachu sądu, eskapadą do Ameryki Południowej, graniem na nosie francuskiej policji przez długie lata, jak też i wzięciem ślubu kościelnego przy asyście nie kogo innego, jak x. Filipa Laguerie SSPX. Był więc Spaggiari (którego słynnej akcji przyświecało motto „Bez nienawiści, bez przemocy, bez broni”) wcieleniem archetypu złodzieja – zawadiaki, włamywacza – dżentelmena, który może drażnić, ale równocześnie staje się obiektem sympatii. Z drugiej strony, są i tacy, którzy doszukują się w skoku na Societe Generale drugiego dna. Jeden z internetowych autorów pozwolił sobie nawet na taki komentarz: „Oto jak francuska opinia publiczna wciąż postrzega Spaggiariego – trochę jako komedianta, trochę jako śmiałego złodzieja. W rzeczywistości był politycznym ekstremistą na wojnie z nowoczesnym społeczeństwem, gotowym do sfinansowania tej wojny poprzez przestępstwo”.

 

 OAS miała także wiele innych twarzy. Generałowie tacy jak Salan czy Jouhaud, to wojskowi, dla których głównym wątkiem była chęć ochrony imperium, zbudowanego mozolnie przez Francję na przestrzeni wieków. W pewnym sensie byli – lub mogli być – prawicowi (choć Salan w swoim czasie był socjalistą, a podobno nawet masonem), ale nie to było tu kluczem. Postrzegali siebie raczej jako strażników pewnego etosu imperialnego – koncepcji Francji wielu ras, kultur i narodów, z dominującą pozycją metropolii, ale bez pogardy dla ludów tubylczych, które miały być traktowane raczej w sposób paternalistyczny, w każdym razie póki pozostawały lojalne.

 

 To trochę paradoksalne, bo przecież właśnie OAS uchodzi powszechnie za organizację nacjonalistyczną, by nie rzec – „skrajnie nacjonalistyczną”. Tymczasem okazuje się, że to właśnie koncepcja narodu forsowana przez generała de Gaulle'a była znacznie bardziej nacjonalistyczna, bo stawiająca na jednolity etnicznie, kulturowo i religijnie naród francuski, skoncentrowany na swojej działce (tj. na Francji kontynentalnej). W tej sytuacji bojowcy OAS jawili się jako postaci anachroniczne, zgoła archaiczne, nie rozpoznające ducha czasów.

 

 Chateau-Jobert należał do tych członków OAS, którzy reprezentowali bardzo konkretną formację ideową – czy wręcz doktrynę. Nie było to wcale takie oczywiste, biorąc pod uwagę, że w OAS skupiały się rozmaite nurty bardzo szeroko pojętej prawicy – od chadeków (jak G. Bidault) po narodowych rewolucjonistów (D. Venner, J. J. Susini). Po drodze byli różnego sortu konserwatyści, faszyści, legitymiści, ale także – jeśli chodzi o samą Algierię – masy pieds-noir, kolonów, czyli francuskich osadników, od roku 1830 mieszkających w Oranie, Algierze czy Konstantynie.

 

 Wracając do Chateau-Joberta, to idea, którą proponował, została później wyłożona przezeń w kilku książkach, m.in. w „Doktrynie akcji kontrrewolucyjnej” czy „Głosie kraju prawdziwego”. Nie twierdzimy przy tym, że koncepcje tego „ostatniego rycerza kontrrewolucji” (określenie prof. Bartyzela) były specjalnie oryginalne. Wydaje się, że opierały się na znanych motywach – takich jak katolicka nauka społeczna papieży, nacjonalizm integralny w typie Maurrasa czy korporacjonizm gospodarczy. Do tego naturalnie dochodziły też specyficzne warunki okresu Zimnej Wojny – czyli widmo komunizmu, nie tyle majaczące, co wręcz straszące dniem i nocą. W tym aspekcie myśl Chateau-Joberta była nie tylko „kontrrewolucyjna” w sensie czystej doktryny, ale również w odniesieniu do praktycznych technik zwalczania lewicowej guerilli, partyzantki i terroryzmu, pod które to określenia swobodnie podpadał choćby algierski Front Wyzwolenia Narodowego.

 

 Prawdą jest jednak też i to, że to samo można powiedzieć o OAS. Ale to akurat żadna tajemnica. Tak jak niemiecki Werwolf próbował (nieudolnie zresztą) wzorować się na strukturze i koncepcji państwa podziemnego, opracowanej przez AK – tak OAS postanowiła kopiować rozwiązania FLN. Oficerowie, którzy zgromadzili się w Organizacji, mieli już zresztą pewne doświadczenie w tego typu działalności. Oto bowiem już w latach 50. teoretycy (i praktycy) francuskiej wojskowości (tacy jak choćby legendarny Roger Trinquier) zmuszeni byli zastanowić się nad tym, jak pokonać wroga, który ani myśli kulturalnie umówić się bitwę „jutro, po szkole, w piaskownicy, bez teczek” – a zamiast tego stosuje ataki terrorystyczne, skrytobójstwa, terror wobec ludności cywilnej, tortury czy groźby.

 

 Z grubsza odpowiedź, jaką dał Trinquier (i nie tylko on), była taka, że trzeba dostosować swe własne działania do tego, co „proponują” terroryści. To właśnie nowoczesna wojna, „modern warfare” (by użyć określenia, które jest anglojęzycznym tłumaczeniem książki Trinquiera). W tej wojnie areną nie są pola bitewne, na których dokonywałoby się stutysięcznych manewrów. Przeciwnie, tu areną mogą być kawiarnie, szkoły, mieszkania prywatne, małe wioski, górskie kryjówki. Protagoniści to zdeterminowane jednostki, niewielkie grupy, będące częścią większych siatek. Zanika rozróżnienie na żołnierzy i cywilów – przeciwnik może rano być ideologiem piszącym artykuły do propagandowych czasopism, w ciągu dnia niepozornym mieszkańcem miasta, zaś wieczorem – terrorystą podkładającym bomby.

 

 OAS skorzystała z tego podejścia i rozwinęła je w sposób tyleż twórczy, co i desperacki. Tym należy tłumaczyć to, że obiektem ataków Organizacji stali się już nie tylko autentyczni, aktywni bojownicy FLN (czy uzbrojeni funkcjonariusze państwa francuskiego), ale też proniepodległościowi czy po prostu lewicowi dziennikarze, myśliciele, propagandyści i nauczyciele (casus sześciu nauczycieli, rozstrzelanych przez OAS 15 marca 1962 roku; wśród nich był m.in. pisarz Mouloud Feraoun).

 

 W ostateczności, jak się wydaje na podstawie dostępnych źródeł, OAS sięgała też po „czysty” terror, tzn. skierowany w stronę osób przypadkowych, niezaangażowanych, w szczególności muzułmanów (ostrzały dzielnic, samochody-pułapki). Tego typu działania, będące działaniami równocześnie rozpaczliwymi i cynicznymi (bo obliczonymi na eskalację napięcia i chaosu), trudno oczywiście usprawiedliwiać na gruncie etyki katolickiej (i nie tylko). Możemy jednak wrócić do kwestii pozostałych ataktów.

 

 Otóż w naszym kraju wszyscy dobrze pamiętamy, że ofiarami wyroków Polskiego Państwa Podziemnego były nie tylko osoby bezpośrednio i zbrojnie zaangażowane w walkę z AK (i Polakami ogólnie), jak np. gestapowcy, SS-mani czy żołnierze Wehrmachtu. W istocie surowe wyroki ferowano także w przypadku wszelkiej maści kolaborantów (szmalcowników, propagandzistów, donosicieli) – i były to zapewne wyroki nieproporcjonalnie ostre w stosunku do tych, jakie mogłyby zostać wydane przed wojną w podobnych sytuacjach. Dlaczego? Dlatego, że sytuacja była ekstremalna, zmuszała do dokonywania prostych rozróżnień, do trzymania dyscypliny wyjątkowo ścisłej. Co więcej, koncepcja wysługiwania się okupacyjnej armii niemieckiej – z jakichkolwiek powodów – nie była czymś, co PPP mogłoby traktować jako „jeden z możliwych poglądów” czy „temat pod dyskusję”. Przeciwnie, wszelkie tego typu działania traktowane były po prostu jako zdrada, z całym – potężnym przecież – bagażem, jaki niesie ze sobą to słowo.

 

 Otóż analogicznie było w przypadku OAS. Z perspektywy ludzi zaangażowanych w tę formację, akceptacja niepodległości Algierii (przynajmniej w wydaniu forsowanym przez komunistyczno-islamistyczny FLN, akceptowanym zarazem przez de Gaulle'a) nie była jakąś opcją mieszczącą się w „dyskursie”, ale po prostu zjawiskiem ekstremalnie niedopuszczalnym, niwelującym integralność państwa francuskiego, a do tego powiązanym ze światowym komunizmem. W tej optyce ktoś, kto dobrowolnie wybierał tę właśnie stronę i służył jej – choćby słowem czy piórem – stawał się wyklęty, obciążony infamią. Nie zawsze z powodu bezpośredniej szkodliwości swoich działań, ale z powodu zasady ogólnej.

 

 Tym można tłumaczyć także zamach na bankiera Lafonda, rozegrany w okolicznościach trochę mglistych. Z jednej strony OAS była zirytowana tym, że Lafond – katolicki, prawicowy biznesmen – nieoczekiwanie ogłosił się zwolennikiem niepodległości Algierii, a do tego (jak twierdzono) opłacał się rozmaitym partiom i organizacjom, w tym lewicowym. Z drugiej strony, było też tak, że Lafond nie zechciał świadczyć na korzyść Jeana-Marii Bastien-Thiry podczas jego procesu. Nie podziałały dwie groźby wysłane przez Organizację, zatem został wykonany wyrok.

 

 Wykonawcą był nie mający nawet 30 lat Jean de Brem – gorliwy prawicowiec, katolik i żołnierz. Takich jak on było więcej, by wspomnieć choćby Chateau-Joberta (u którego de Brem był adiutantem) czy kapitan Filip Le Pivain, który – jak podaje br. Franciszek Maria od Aniołów w swej książce – zginął z różańcem w ręku od kuli wystrzelonej przez policjanta tłumiącego zamieszki.

 

 Nawiasem mówiąc, tenże kapitan Le Pivain wykonał – trochę podobnie jak de Brem – wyroki śmierci na „odstępcach”, tj. na Michelu Leroy i Rene Villardzie (niektóre źródła podają, że udział w tych egzekucjach brał również Degueldre). Leroy był działaczem radykalnego ugrupowania nacjonalistycznego, Jeune Nation (Młody Naród), Villard dowodził natomiast formacją France-Résurrection, jak najbardziej związaną ze sprawą Algierii Francuskiej. A jednak część osób w obrębie OAS – w szczególności żyjący jeszcze Jean Jacques Susini, któremu przypisuje się wydanie ostatecznego rozkazu fizycznej eliminacji obu aktywistów – uznała, że Leroy i Villard prowadzili niedopuszczalne, kompromisowe rozmowy z rządem, mające rzekomo wygenerować jakieś połowiczne rozwiązanie problemu algierskiego (w formie podziału terytorium). Dla niektórych ludzi w OAS wniosek był oczywisty: to zdrada i działanie na szkodę tak OAS, jak i całej (szeroko pojętej) spawy. Dla niektórych, bo godne uwagi jest to, że od zabójstwa Leroya i Villarda odcinał się Salan, który po latach zapewniał np., że Villard lojalnie służył Algierii Francuskiej i nigdy nie był zdrajcą.

 

 Co nam to przypomina ? Cóż, znowu można się odwołać do rodzimego podziemia okresu drugiej wojny światowej, przy czym mamy tu na myśli zarówno AK, jak i NSZ (wraz z formacjami poprzedzającymi, jak ZJ czy NOW) czy inne formacje, z lewicowymi włącznie. Nie jest żadną tajemnicą, że także i w tym środowisku dochodziło do brutalnych porachunków, by wspomnieć tylko egzekucje dokonane na Widerszalu i Makowieckim w obrębie AK (a następnie na ich egzekutorze, Andrzeju Popławskim ps. « Sudeczko ». Inny przykład to śmierć Stanisława Nakoniecznikoff-Klukowskiego, zlikwidowanego w ramach porachunków wewnątrz NSZ. Co więcej, w niektórych przypadkach dochodziło prawdopodobnie do ewidentnych pomyłek, nie mówiąc już o niewspółmierności ferowanych wyroków do prawdziwych czy rzekomych przewin.

 

 Można takie bratobójcze konflikty (czy w AK, czy w OAS) uznać za przejaw megalomanii sprawców, za tragiczny skutek manii na punkcie zdrady, za dowód na bezsens obsesji ideowej nieskazitelności, ale mimo wszystko pozostaje także odmienny punkt widzenia. Znów wracamy do tego, że w skrajnych sytuacjach postawy i decyzje w naturalny sposób się polaryzują. Zdrada – choćby potencjalna, choćby « częściowa » (ale czy można częściowo zdradzić ? częściowo to można być w ciąży, chciałoby się rzec złośliwie) – jest dla organizacji zagrożeniem na tyle poważnym, że musi być eliminowana bezwzględnie. Nie zmienia to zresztą faktu, że chyba nigdzie nie ma tylu rozłamów, tylu samozwańczych wodzów i działań na własną rękę – co w organizacjach partyzanckich, terrorystycznych i ogólnie podziemnych. Nic dziwnego: skoro ponad legalizmem (o ile w ogóle funkcjonuje jakiś organ, który mógłby być depozytariuszem legalności) staje czystość ideowa, zaś nikt nie narzeka na jej brak – u siebie samego, rzecz jasna (podobnie jak nikt nie uważa, by brakowało mu rozumu).

 

 Naturalnie zdajemy sobie sprawę z tego, że formalnie błędny (na gruncie logiki) byłby argument, iż działania OAS były (choćby tylko co do zasady) uprawnione, ponieważ brali w nich udział gorliwi katolicy. Z drugiej strony, prawdziwe życie nigdy nie opiera się jedynie na prostych tautologiach logicznych, ale też i na całej masie argumentów zawodnych, które zresztą logicy też próbują formalizować. A zatem fakt, że porządni, wykształceni, dobrze uformowani ludzie byli gotowi angażować się w OAS – może być pewną przesłanką co do tego, że działania te mogły cieszyć się aprobatą czy choćby akceptacją ich spowiedników czy przewodników duchowych. Trudno sądzić, by ówczesny katolik o konserwatywnych inklinacjach, oficer i człowiek świadomy, pociągał za spust w sposób zupełnie bezrefleksyjny, kierując się jedynie młodzieńczym porywem serca. A przynajmniej – by każdy przypadek był taki.

 

 Byli zresztą księża – jak słynny ojciec Georges de Nantes czy ks. Georges Grasset (tu i ówdzie zwany nawet „kapelanem OAS”), którzy wprost opowiadali się nie tylko po stronie ideału Algierii Francuskiej, ale i po stronie OAS – nawet jeśli de Nantes odżegnywał się od tych aktów przemocy, dla których nie było dostatecznego uzasadnienia.

 

 Ogólnie jednak OAS była dość osamotniona w swojej walce. Cała ta sprawa miała zresztą w sobie jakiś klimat zachodzącego słońca i kończącego się dnia. Oto bowiem niespełna dziesięć lat wcześniej Francuzi zrezygnowali z obecności w Indochinach, porzucając tamtejszych swoich sprzymierzeńców, a w szczególności katolików. Dla ludzi takich jak Salan czy Chateau-Jobert była to hańba, którą jednak wówczas jeszcze znieśli, przełknęli z niekłamaną goryczą. Nie chcieli jednak tej porażki powtarzać w Algierii, na co dodatkowy wpływ miały dwa fakty. Po pierwsze, Algieria traktowana była jako część Francji, nie jako kolonia (ten argument był nader często używany w propagandzie OAS), po drugie – FLN został właściwie rozbity i przynajmniej w teorii było możliwe (przynajmniej przy użyciu dostatecznej siły) utrzymanie francuskiego panowania. Jak długo? Tego nikt nie wie.

 

 Lajos Marton, Węgier biorący udział w zamachu na de Gaulle'a w Petit Clamart, przyznawał, że złość na generała nie byłaby tak duża, gdyby potrafił choćby i zrezygnować z Algierii – ale w sposób płynny, stopniowy, bezbolesny i rozsądny. De Gaulle wybrał jednak cięcie, które okazało się nader bolesne – biorąc pod uwagę masakry, jakich FLN dokonywał na pieds-noirs, a jeszcze bardziej na harkis, czyli członkach oddziałów algierskich, wcześniej walczących po stronie Francji. Co gorsza, stroną do negocjacji był dlań właśnie FLN – czyli lewicowi terroryści, a nie jakakolwiek inna formacja, która być może lepiej reprezentowałaby ludność tubylczą czy też ogół ludności.

 

 Wreszcie, last but not least, de Gaulle był traktowany przez OAS jako zdrajca, bo faktycznie zdradził. Jest znaną rzeczą to, że to właśnie wojskowi tacy jak Salan pomogli mu w przejęciu władzy we Francji, ponieważ liczyli m.in. na to, że upora się z Algierią. Mało tego: pozwalał im tak myśleć i czynił w tym kierunku pewne gesty. To, co stało się później, musiało być szokiem dla kolonów z Oranu, ale i dla oficerów – szczególnie że niektórzy z nich (jak Chateau-Jobert czy Salan) byli z de Gaullem jeszcze od czasów Wolnej Francji i Resistance.

 

 I to właśnie nie kto inny, jak sam de Gaulle nauczył ich, że w sytuacji skrajnej, w sytuacji powszechnej zdrady, w konieczności ratowania kraju – można sprzeciwić się oficjalnym zwierzchnościom cywilnym i wojskowym w imię wyższych, podstawowych wartości. OAS zresztą, poniekąd trochę złośliwie, intensywnie nawiązywała w swojej propagandzie do wzorców zaczerpniętych z Resistance, począwszy od samej nazwy ugrupowania (Tajna Armia to przecież właśnie armia francuskiego podziemia). Podobnie CNR – cywilne, quasi-rządowe ramię OAS – przyjęła czy wręcz przejęła nazwę Narodowej Rady Oporu, ukonstytuowanej w roku 1943.

 

 De Gaulle został zaatakowany własną bronią, ale tym razem nie był skory do przyznania OAS jakiejś racji. Przeciwnie, był raczej wściekły na zbuntowanych oficerów – tyleż dlatego, że poczuł się dotknięty ich brakiem lojalności wobec niego jako osoby, ale też (nie odmawiajmy mu tego) z powodów politycznych, ideologicznych. De Gaulle sądził po prostu, że Francja nie potrzebuje już Algierii, że nie jest w stanie jej utrzymać, że nie jest w stanie funkcjonować dłużej jako imperium z terenami zamorskimi, że musi skupić się na swoich sprawach. O tym już zresztą mówiliśmy. Problem w tym – co też wspomnieliśmy – że z tego klinczu wyszedł w wyjątkowo złym stylu.

 

 Trzeba wreszcie uwzględnić to, że z perspektywy ówczesnej prawicy francuskiej, sprawa Algierii była nie tylko kwestią kolonialną, ale elementem szerszej układanki geopolitycznej i ideologicznej, włącznie z niemal apokaliptyczną konfrontacją na linii Rewolucja (ZSRR, Chiny, komunizm) – Kontrrewolucja (do której niestety, siłą rzeczy, trzeba było włączyć kapitalistyczny Zachód czy USA z rozmaitymi tego brzydkimi konsekwencjami, por. Operacja Gladio). Tak czy inaczej, dziś wiemy, że wojna atomowa nie wybuchła, ZSRR się rozpadł, a komunizm w ścisłym tego słowa znaczeniu generalnie nie zajął państw Zachodniej Europy po roku 1945 (np. nie zajął Francji czy Hiszpanii).

 

 W roku 1962 nie było to takie oczywiste. Nie było to oczywiste w czasie wojny w Korei i wojny (amerykańskiej) w Wietnamie, w czasie walk z lewicową guerillą w Argentynie doby junty Videli, w czasie przewrotu Pinocheta – i w wielu innych momentach. Dla ludzi z OAS była to – tak przynajmniej można wnosić, znając mentalność niektórych z nich – prosta droga: dzisiaj Oran, Algier i Konstantyna w rękach FLN, jutro Francja w rękach komunistów, kołchozy w Prowansji, łagry w Normandii (na przykład). W takim układzie konflikt nabierał dodatkowego znaczenia i wyższej rangi, a odpowiedzialność de Gaulle'a stawała się jeszcze większa.

 

 Inną kwestią jest to, że o ile obrona Algierii Francuskiej, a następnie działania sabotażowe na jej terenie (mające już tylko utrudnić rozwój nowemu państwu, które zresztą wkrótce samo pogrążyło się we własnych konfliktach) – to coś, co można zrozumieć i nawet zaakceptować, o tyle same ataki na de Gaulle'a grzeszyły brakiem roztropności. Dziś trudno uwierzyć, że ktoś – jak Bastien-Thiry i jego ludzie – mógł w roku 1962 naprawdę wierzyć, że eliminacja de Gaulle'a doprowadzi do przejęcia władzy przez imperialnie nastawioną prawicę, w szczególności zaś, że jakiekolwiek znaczenie w ewentualnych przetasowaniach miałaby OAS-owska CNR. Wystarczy wziąć pod uwagę fakt, jak wątłe było poparcie dla OAS i sprawy Algierii we Francji kontynentalnej, tj. w metropolii – i zarazem, jak silne były wpływy lewicy wszelkiego rodzaju, włącznie z komunistami.

 

 To może przykre, ale z perspektywy ówczesnego antykomunisty, nawet zaangażowanego w OAS, z perspektywy jego dobrze pojętego interesu, rządy de Gaulle'a same w sobie były czymś lepszym niż możliwa alternatywa. O ile bowiem sama walka w obronie Algierii miała pewien sens (przynajmniej jako samoobrona wspólnoty kolonów), o tyle pozbawienie gaullizmu jego głowy nie musiało być korzystne. Wbrew pozorom, nie jest to tak niezwykła sytuacja – po raz kolejny można tu przywołać kwestię polską okresu drugiej wojny. Zwalczanie przejawów okupacji niemieckiej było oczywiście słuszne i pożyteczne – ale już przedwczesna śmierć Hitlera w wyniku zamachu (np. tym, którego dokonał Stauffenberg) byłaby z perspektywy polskich interesów zjawiskiem negatywnym (ponieważ umożliwiłaby Niemcom zawarcie separatystycznego pokoju z państwami zachodnimi, podczas gdy dla nas korzystniejsze było wykrwawienie się Rzeszy, do czego nieuchronnie prowadził ją Hitler).

 

 Naturalnie analogia nie jest pełna – nie tylko dlatego, że de Gaulle był oczywiście postacią, którą trudno byłoby porównywać z monstrum takim jak Hitler, ale też dlatego, że we Francji chodziło nie o wykrwawienie się reżimu gaullistowskiego, ale raczej o pełnienie przezeń – siłą rzeczy – roli katechonicznej. De Gaulle był jaki był, mówiąc kolokwialnie, ale stanowił jakąś centroprawicową zaporę przed komunizmem.

 

 Dzisiaj jednak to już wszystko przeszłość. Romantyczny czar „błękitnych nocy” (takim mianem francuska prasa określała serie nocnych zamachów bombowych OAS) przeminął, wybrzmiała „Operacja Rock and Roll” (120 eksplozji w ciągu dwóch godzin w marcu 1962 roku), a Algierię Francuską czy OAS opiewają już tylko podstarzali nostalgicy w rodzaju pieśniarza Jeana-Pax Mefreta. Za generałem Marcelem Bigeardem (który brał udział w wojnie algierskiej lat 50., ale do OAS nie przystąpił) można tylko westchnąć: Adieu, ma France.

Roch Witczak