czwartek, 29 październik 2015 13:27

Co się stało z polską lewicą?

 W naszym środowisku nad wyraz często widoczny jest kompleks lewicy. Co bardziej świadomi nacjonaliści przyglądając się hegemonii rozmaitych lewicowych think-tanków, prasy, dominacji w kulturze, z nieukrywanym podziwem patrzą na działania lewackiej drobnicy. Część z nas, w tym autor tego tekstu, chciałoby, żeby polski nacjonalizm objął swoim zasięgiem i oddziaływaniem sfery życia społecznego zajęte od lat i wydawałoby się, że zabetonowane przez „miejskich aktywistów”, Krytykę Polityczną, squotersów i anarchistów. Ze zrozumiałą zazdrością spoglądamy na różnorodność inicjatyw realizowanych przez lewicę w przestrzeni miejskiej największych polskich miast. Naturalnym jest, że za tą refleksją powinny prędzej czy później (lepiej prędzej) pójść konkretne działania i walka o kształtowanie świadomości powinna objąć również lekceważoną przez ostatnich 26 lat sferę kultury, NGO-sów, kooperatyw spożywczych, spółdzielczości, świetlic środowiskowych, inicjatyw miejskich. Zanim to jednak nastąpi polski nacjonalizm musi się „ogarnąć”, i z bujania w obłokach zejść na ziemię. Dla wielu z nas nadal nie jest jasnym co leży, a co nie leży w naszym zasięgu. I tak, potrafimy całymi tygodniami debatować na temat Syrii, Iranu czy Ukrainy; palcem po mapie rysować nowe granice; walić głową w mur wyborczego progu. A zmiany leżą tu, na dole. Bardzo blisko nas. To właśnie tutaj najbardziej brakuje nacjonalistycznego dyskursu. Tutaj brakuje bezpośredniego kontaktu z żywym nacjonalizmem, reprezentowanym przez konkretną organizację czy grupę.  

 

 Lewica rozumie to właściwie od zawsze i widać tego efekty. Co z tego, że być może po najbliższych wyborach z parlamentu wypadnie oficjalna, postkomunistyczna lewica, kiedy postulaty, lewicowy i liberalny sposób myślenia odnosi sukcesy większe niż za komuny? Gdzie nie spojrzeć tam „swoi” – dyrektorzy teatrów, centrów kultury, państwowe instytucje kultury, kadra naukowa na uczelniach, „autorytety” medialne. To oni, swoim oddolnym działaniem wpływają, z niewątpliwymi sukcesami, na mentalność i sposób myślenia naszego społeczeństwa. Od decyzji tej nieformalnej grupy wpływu zależy, czy znajdą się pieniądze na film o Pileckim, czy na „Idę”, albo czy Krytyka Polityczna dostanie milionowe dotacje na rozruch swoich inicjatyw. Społeczeństwo w ogóle nie ma kontroli nad decyzjami tych rzadko znanych z imienia i nazwiska ludzi, którzy podejmują tak istotne dla naszej przyszłości decyzje. My jako nacjonaliści, zawiedliśmy na tym polu całkowicie. Nie mamy na nic wpływu i co gorsza, w ogóle nie interesujemy się, w swojej masie, jak się sprawy mają. Słynne powiedzenie „nasze kamienice, wasze ulice” nabiera współcześnie nowego sensu. Trzeba przyznać, że jako „prawica” w przeciągu kilku lat przejęliśmy ulice miast. Jesteśmy głośni i widoczni. Maszerujemy, protestujemy, pikietujemy. Praktycznie cały rok, pozbawieni większych środków, staramy się wpływać na polityczny dyskurs w naszym kraju. Efekty są oczywiście różne, ale nie da się zaprzeczyć, że poza naszym środowiskiem i związkowcami, nikt nie potrafi wyprowadzić na ulice dziesiątek tysięcy ludzi, których jednoczy sprzeciw wobec funkcjonowania III RP. W tym czasie lewica funkcjonuje w nomen omen – innym świecie. Ten ich świat to kafejki, dysputy i spory z pogranicza filozofii, socjologii i polityki, projekty wydawnicze, budowanie swojej pozycji na uczelniach, w strukturach samorządów. Kiedy my zlewamy się z tymi, których przedwojenni nazwaliby lumenproletariuszami, oni wykuwają nowe elity, których wpływ na społeczeństwo będzie tylko rósł.

 

 Nie wygląda ciekawie, prawda? Na całe szczęście to tylko wrażenie, podparte faktami, ale nadal nie jest tak źle jakby to się mogło wydawać. Paradoksalnie, lewica również cierpi na kompleks prawicy. Wystarczy poczytać jak oceniają rzeczywistość lewicowi publicyści i od razu, przeciętny nacjonalista doznaje dysonansu poznawczego. Według lewicy przestrzeń publicznej debaty jest całkowicie zawłaszczona przez prawicę. Regularnie pojawiają się pełne lamentów teksty, że IPN o wiele skuteczniej niż wszystkie lewicowe inicjatywy razem wzięte wpływa na pamięć historyczną polskiego społeczeństwa, całkowicie wycinając ze zbiorowej pamięci wkład lewicy w odzyskanie niepodległości. Pojawiają się też pełne goryczy teksty, maskowane złośliwością i udawanym lekceważeniem, traktujące o cały czas rozwijającej się modzie na patriotyzm. Poczucie porażki na tym polu jest istotnym elementem refleksji współczesnej lewicy. Oni nie mają złudzeń, sami mówią o swojej porażce i o tym, że nie da się tego trendu ot tak odwrócić. Lewica patrzy z wielką zazdrością, na zdolności mobilizacyjne środowisk prawicy nacjonalistycznej. Praktycznie od momentu ugruntowania się w świadomości społecznej Marszu Niepodległości ich publicyści zastanawiają się jak pod tak archaicznymi hasłami jak naród, Bóg, Honor i Ojczyzna, nacjonalizm udało się regularnie wyprowadzać na ulice dziesiątki tysięcy Polaków. Lewica poszukując odpowiedzi na przyczyny odrodzenia nacjonalizmu w zglobalizowanym świecie próbuje nieudolnie poszukiwać odpowiedzi u swoich zachodnich autorytetów. Co oczywiście skutkuje wyłącznie kolejnym rozczarowaniem, bo nijak nie idzie przełożyć „mądrości” zachodnich, lewicowych intelektualistów na polskie warunki.

 

 Gdzie więc leży ich problem, a jednocześnie przyczyna naszego sukcesu, o którym przed 2010 rokiem nikt nie odważyłby się mówić? Otóż sprawa wydaje się bardzo prosta i wcale nie potrzeba być intelektualistą z dyplomami z kulturoznawstwa, filozofii i socjologii. W Polsce po prostu nie ma już zorganizowanej, zdolnej pobudzić masy lewicy. Owszem, mamy postkomunistyczne i dogorywające SLD, startujące w wyborach w ramach koalicyjnego komitetu z Palikotem i lewackim planktonem. Jednak ZLEW trudno określić lewicową propozycją, bo to właśnie politycy ZLEW-u, ramię w ramię z ludźmi od Balcerowicza, wprowadzali neoliberalne reformy w Polsce i ostatnie czym się martwili to „sprawiedliwością społeczną”. Mamy dopiero rozwijającą się partię Razem, która inspiracji szuka wszędzie, tylko nie tu gdzie trzeba, czyli w Polsce. Kiedy okrzepnie, pewnie będzie propozycją wyborczą w stylu zachodnioeuropejskiej socjaldemokracji, która w Polsce nie ma najmniejszych szans na zakorzenienie. Mamy również partię Zmiana, która kreuje się na lewicową alternatywę, ale wiele wskazuje na to, że jest wyłącznie nędznym neokomunizującym eksperymentem, inspirowanym zza wschodniej granicy. Główną przyczyną porażki lewicy jest wybór, jaki podjęła u zarania III RP. Całkowite odwrócenie się od tradycji polskiej myśli socjalistycznej, a w zamian skupienie się na lewicy zachodnioeuropejskiej i amerykańskiej miało być „ożywczym novum”, a stało się przysłowiowym gwoździem do trumny. Zanim ulice polskich miast zalały patriotyczne koszulki, zjawisko „odzieżowej manifestacji poglądów” pojawiło się po lewej stronie. Tylko że, o ile polski nacjonalizm wypromował bliskie wzorce, niejako wskrzeszając pamięć o postaciach takich jak Dmowski czy Żołnierze Wyklęci, to lewicowa, alternatywna młodzież nie wybrała polskich wzorców socjalistycznych – nikt nie chodził w koszulkach Daszyńskim, Brzozowskim czy Barlickim. Pojawiły się za to koszulki z Ernesto „Che” Guevarą, Leninem, a i nawet z Ho Chi Minhem (sam miałem okazję taką zobaczyć!). W przeciwieństwie do „mody na patriotyzm”, lewicowy dobór „bohaterów” był wyłącznie prowokacją i nie miał szans na obudzenie zainteresowania zagadnieniem dorobku polskiego socjalizmu. Można właściwie stwierdzić, że była to krecia robota, bo jedynie pogłębiła niechęć do lewicy, która i tak kojarzy się przeciętnemu Polakowi z ludobójstwem, komunizmem w wydaniu sowieckim i Gułagiem. Oczywiście to wyłącznie zewnętrzny przykład autodestrukcji polskiej lewicy. Ważniejsze jest jednak to, że dzisiaj lewica sprzeniewierzyła się własnym ideałom.

 

 Historycznie rzecz biorąc lewica nierozerwalnie łączy się z demokratyzmem, egalitaryzmem, antykapitalizmem, sprawiedliwością społeczną, wspólnotowością, samostanowieniem społeczeństw. Tymczasem to co reprezentuje współczesna, oficjalna lewica to właściwie zaprzeczenie tych ideałów. W miejsce demokratyzmu promuje dyktat politycznej poprawności, wspierając interesy globalnych gigantów przeciwko społeczeństwom. Egalitaryzm zamienił się w poczucie pogardy wobec zwykłych ludzi, którzy nie są intelektualistami jedzącymi kawior i popijającymi yerbę. Lewica tak dalece oddzieliła się od swojej bazy, jaką byli biedni i wykluczeni, że nie jest wstanie ich dzisiaj zrozumieć. Odczuwa jedynie złość wobec prostych schematów myślowych i emocji społecznych naszych rodaków. Dzisiaj lewica nie walczy o egalitaryzm ludzi, a jedynie o abstrakcyjną wizję społeczeństwa równych obywateli, wśród których tak naprawdę nie ma miejsca na… „wypaczoną prawicową propagandą” większość społeczeństwa. Antykapitalizm lewicy jest właściwie wyłącznie sloganem, bo poza narzekactwem, nikt na lewicy nie robi nic co mogłoby zagrozić status quo i dominacji kapitalizmu. Co więcej, nawet rzekomo najbardziej ideowe odnogi lewicy, czyli anarchiści, potrafili nie tak dawno sprzedać swoje ideały dogadując się z właścicielem kamienicy, gdzie mieścił się squot „Od:Zysk”, a którą to zajmowali od lat. Lider opinii wśród anarchistów, Xavier Woliński, prowadzący fanpage Lewica Wolnościowa na FB, w ramach walki z kapitalizmem, zdecydował się wykupić sponsorowane posty, żeby promować nową odsłonę swojego blogu. Tak właśnie, w dużym skrócie, wygląda rzekoma walka z kapitalizmem lewej strony. Sprawiedliwość społeczna w wydaniu polskiej lewicy to również frazes, za którą stoją przeżerane dotacje, które nijak nie wpływają na zmniejszanie społecznych nierówności. Co więcej, to ostatni lewicowy rząd wprowadzał neoliberalne reformy gospodarcze, jak chociażby prywatyzacja PKP, likwidacja ulg i zwolnień podatkowych, czy tzw. „restrukturyzacja górnictwa”. Lewica od lat zamiast budować wspólnotową współpracę, różnicuje społeczeństwo ze względu na coraz bardziej wymyślne kategorie i w efekcie podsycając antagonizmy społeczne. Skupienie się na rzekomych wykluczonych, jak roszczeniowe grupy LGBTQWERTY, jest parodią lewicowych ideałów. Kiedy społeczeństwo biednieje, a wykluczonych przez kapitalizm przybywa, to lewica, a już szczególnie środowisko Krytyki Politycznej, zajmuje się kolejną „aferą rozporkową”, zmieniając się w plotkarski magiel. Last but not least – lewica, która przez ostatnie stulecia miała na sztandarach prawo do samostanowienia narodów i wielokrotnie dzięki lewicy narody powstawały jak feniks z popiołów, jest dzisiaj największym piewcą składania hołdów lennych przed biurokratycznym molochem, zupełnie nieszanującym tożsamości narodowej, jakim jest Unia Europejska. Ta proeuropejska, czy raczej prounijna orientacja polskiej lewicy ma dalekosiężne skutki: lewicowe elity odrywają się od narodu i bardziej poczuwają się do reprezentowania swoich nowych, ideologicznych mocodawców z Berlina, Paryża czy Brukseli.

 

 Najgorsze w tym jest wszystkim jest jednak coś, co razi chyba najbardziej. Dzisiejsza lewica patrzy na społeczeństwo nie przez swój tradycyjny pryzmat grup społecznych, tylko przez pryzmat indywidualizmu i jednostki. Jest do tego stopnia zafascynowana jednostką, że przedkłada wnioski wynikające z obserwacji funkcjonowania jednostek na całe społeczeństwa. Paradoksalnie lewica porzuciła nie tylko swój wspólnotowy charakter, ale przede wszystkim zdolność do myślenia w kategorii wspólnoty. A przecież właśnie ta umiejętność spojrzenia przez oczy całych grup społecznych pozwalała lewicy jednoczyć miliony ludzi pod sztandarami socjalizmu i komunizmu. Skupienie się na jednostce doprowadziło do tego, że dzisiaj to prawica (która, będąc uczciwym, przez długi czas bezkrytycznie podchodziła do neoliberalizmu) i przede wszystkim, odradzający się narodowy radykalizm są bardziej wspólnotowe niż lewica. Lewica szukając swojej tożsamości popełniła strategiczny błąd. Całkowicie odrzucając swoje dziedzictwo, ponad dwa wieki myśli politycznej. Bodaj jednym środowiskiem w Polsce, które stara się przywrócić należne miejsce polskiej myśli socjalistycznej jest „Nowy Obywatel”. W lewicowym dyskursie politycznym próżno jest szukać odwołań do tuzów polskiego socjalizmu, za to pełno jest Żiżka, amerykańskich lewicowych liberałów i przeżartej liberalizmem obyczajowym zachodnioeuropejskiej tzw. „kawiorowej lewicy”.

 

 Być może polska lewica już się nie podniesie. Zresztą identyfikacja na osi archaicznego podziału lewica ‒ prawica, również byłaby dreptaniem w miejscu. Dzisiaj podział polityczny jest gdzie indziej. W kontrze do siebie stoi wspólnotowość i indywidualizm. To między tymi dwoma podejściami do życia społecznego rozgrywa się spór, którego wszelkie wahnięcia wpływają na kształt całego świata. Lewica ma ze sobą spory problem, nie mając na siebie pomysłu i jednocześnie skazując na zapomnienie swoje dziedzictwo ideowe, stoi w miejscu jak dziecko we mgle, a jedyne co może zrobić to pomstować, że społeczeństwo jest indoktrynowane przez prawicę, tym samym tłumacząc swoją bezradność. Może jednak w najbliższym czasie pojawi się więcej takich środowisk, jak wspomniany „Nowy Obywatel” i lewica odrodzi się ponownie, dodając swoje istotne spojrzenie na sprawy polskie. Mimo wszystko, byłoby szkoda, gdyby zabrakło głosu polskiej, niekomunistycznej lewicy. To także sytuacja niekorzystna dla nas, jako nacjonalistów. W polityce warto jest mieć ideowego wroga, wobec którego można się definiować, z którym można się spierać i od którego można się uczyć. Jako narodowi radykałowie dobrze wiemy, że naszym wrogiem nie jest dzisiaj lewica, tylko globalny kapitalizm i jego ideologiczna nadbudowa w postaci liberalizmu. Dlatego Polsce potrzebna jest także lewicowa odpowiedź na wyzwania współczesności.

Aleksander Krejckant