poniedziałek, 28 wrzesień 2015 18:12

Czego uczy nas Wojciech Wasiutyński?

Panteon uznawanych przez nas za najwybitniejsze postaci obozu narodowego liczy sobie kilkunastu ideologów, działaczy, publicystów o bardzo różnych poglądach. Większość z nich życie zakończyła dawno – na ogół przed wojną, a w wypadku założycieli endecji nawet ponad wiek temu. Nie niweluje to znaczenia ich spuścizny intelektualnej, niemniej jednak czyni to ją nam odleglejszą – siłą rzeczy musieli się oni zajmować sprawami, które dla nas niekoniecznie już muszą być aktualne. Bardzo niewielu czołowym przedstawicielom polskiego nacjonalizmu dane było żyć i tworzyć w czasach nam zupełnie bliskich.

Jedną z takich postaci był z całą pewnością zmarły w 1994 roku Wojciech Wasiutyński. Tekst niniejszy w żadnym wypadku nie będzie próbą obrony całości jego poglądów. Wiele z nich spotkać się musi z naszym sprzeciwem. Przypomnijmy, że pod koniec życia był on zwolennikiem m.in. wejścia Polski do NATO i UE. Krytykował jednocześnie, jako oszołomskie i niepoważne, wszelkie, pojawiające się także w łonie ZChN (któremu patronował) wyrazy łączności ideowej z nacjonalistami z innych krajów. Zbyt radykalnymi, nie mającymi nic do zaproponowania polskim narodowcom były dla niego np. Front Narodowy Le Pena i włoskie MSI, odrzucał inspiracje frankizmem na rzecz gaullizmu etc. My na te sprawy możemy patrzeć dziś inaczej, „późny” Wasiutyński może nam się z tej perspektywy jawić wręcz jako narodowy liberał – nie ma to jednak wielkiego znaczenia jeśli oceniamy całokształt wysiłku intelektualnego, jaki włożył on w rozwój i próbę unowocześnienia myśli narodowej. Skoncentrujmy się na ocenie metody bardziej niż samych wniosków.

W przeciwieństwie do swojego wieloletniego oponenta, jakim był Jędrzej Giertych, Wasiutyński bardzo uważnie obserwował otaczającą go rzeczywistość. Swoich analiz starał się dokonywać bez uprzedzeń, nie bał się zmieniać głoszonych przez długi czas poglądów, jeśli tylko uznał, że wcześniej popełniał gdzieś błąd bądź zmieniły się uwarunkowania. Potrafił wreszcie iść pod prąd – głosić poglądy odmienne niż całe spektrum polskiej emigracji, odmienne niż reszta narodowych publicystów, opierających nieraz swoje wywody o utarte, anachroniczne schematy. Był w tym sensie odważnym człowiekiem i wzorem postawy nacjonalistycznej, wyrażającej się w przekonaniu, że postulaty naprawdę służące narodowi to postulaty oparte o głęboką analizę faktów, odwołujące się do rzeczywistych potrzeb narodu, a nie tylko łechtające jego najniższe instynkty.

Przyjrzyjmy się kilku przykładom. Wasiutyński, wywodzący się przecież z RNR, nie bał się po latach spojrzeć krytycznie na głoszony wcześniej totalizm. Doświadczenia wojny uświadomiły mu, że programy przedwojenne szły w stłumieniu jednostki zbyt daleko. W 1947 roku przewidywał, że „nadchodząca epoka przyniesie nową formę humanizmu, będzie bardzo zajęta człowiekiem, ale ujmie go pełniej, niż dawny humanizm, potraktuje go jako członka narodowej społeczności, jako istotę obdarzoną i rozumem i podświadomością i właściwościami metapsychicznymi”. Oczekiwania te były zbyt optymistyczne – nowa epoka nie przyniosła triumfu temu nowemu humanizmowi, który, mając korzenie chrześcijańskie, w pełni doceniłby czynnik narodowy. Jest to jednak dla nas pewna wskazówka – być może bardziej na tym polu pożytecznym niż kontemplowanie doktryny ruchów faszyzujących z lat 30., (których znaczenia bynajmniej nie mamy zamiaru deprecjonować), będzie zgłębienie „Ruin i fundamentów” Wasiutyńskiego? Dzisiejsza cywilizacja, przynajmniej werbalnie, oparta jest przecież na wolności jednostki. Nowoczesny nacjonalizm musi dać współczesnemu człowiekowi swoją interpretację tego pojęcia, a nie oszukujmy się – przez ostatni wiek idea narodowa miała niemały z nim problem. Nie wystarczy dziecinada polegająca na wykrzykiwaniu postulatów wprowadzenia najbardziej zamordystycznych rozwiązań. Doświadczenia całego XX stulecia pokazały nam dobitnie, że nawet dyktatury, które uznajemy za „dobre” upadają gdy społeczeństwo czuje, że jest niewolone i nadmiernie skrępowane. Mówimy oczywiście o krajach naszego kręgu kulturowego, gdzie ideały aktywności obywatelskiej (czy tego chcemy czy nie!) bardzo rozwinęły się w poprzednich wiekach i nic, poza może właśnie najbardziej brutalną przemocą, nie jest w stanie ich stłumić. Opieranie się na terrorze zawsze jest ostatecznością i, w rzeczy samej, klęską. Rozumieli to także inteligentniejsi dyktatorzy. Odrzucając antynarodowy i antychrześcijański liberalizm musimy poszukiwać swojej odpowiedzi na pytanie o wolność i rozważania Wasiutyńskiego mogą być do nich punktem wyjścia. Oczywiście nie jedynym, bo polska i katolicka tradycja mają tu duży dorobek.

Tematem, który żywo interesował Wasiutyńskiego przez cały kilkudziesięcioletni okres aktywności publicystycznej była również polityka międzynarodowa. We wczesnych latach 30. jego poglądy nie odbiegały od panujących wśród „młodych”. Jeszcze przed wojną nabiera on jednak krytycyzmu wobec najmniej realistycznych postulatów, głoszonych przez narodowców. Stara się patrzeć na stosunki między narodami przez pryzmat realizmu i interesu narodowego, a nie zakorzenionych w obozie narodowym mitów. W czasach emigracji Wasiutyński głosi rezygnację z przyznawania prymatu resentymentom historycznym przed aktualnymi realiami. W 1986 roku pisał: „Polacy mają prawo do uzasadnionych pretensji w stosunku do niektórych innych narodów. Jakże zapomnieć, co nam robili Niemcy od czasów Fryderyka Wielkiego, a szczególnie co nam zrobili za Hitlera? Jak zapomnieć Rosjanom krzywdy ciągnące się od czasów Katarzyny, a szczególnie krzywdy z ręki Stalina? Jak zapomnieć, że najgorliwsi w ujarzmianiu Polski dla komunizmu byli Żydzi? Jak zapomnieć rzeź ludności polskiej na Kresach Ukraińcom? Istotnie nie można zapomnieć na rozkaz. Co więcej, nie trzeba zapominać żadnych doświadczeń narodu. Natomiast trzeba opanować nienawiść. Nienawiść po pierwsze rozkłada społeczeństwo nienawidzące, po drugie budzi poczucie nienawiści lub wzmacnia je u drugiej strony, po trzecie uniemożliwia racjonalną i celową politykę zewnętrzną”. Według Wasiutyńskiego nienawiść zaciemnia ogląd rzeczywistości, utrudniając ocenę faktów, co w konsekwencji prowadzi do wyciągania błędnych wniosków, a więc realizacji błędnej polityki. Można prowadzić politykę antyniemiecką, antyrosyjską, antyżydowską, antyukraińską i każdą inną bez zbędnego zaślepienia, bez snucia bzdurnych teorii, wykrzywiających realia, wreszcie bez ogłupiania własnego narodu i własnych kadr.

Wasiutyński był jednym z tych narodowców, którzy najmocniej opowiadali się za uznaniem zaistniałych w sferze geopolitycznej Europy Środkowo-Wschodniej faktów. Jako jeden z tych narodowców, którzy uznawali na przełomie lat 30. i 40. ukraińskie aspiracje niepodległościowe za uprawnione, poszukiwał drogi rozwiązania konfliktu polsko-ukraińskiego. Rozważania na ten temat doprowadziły go do konstatacji, że niezbędnym jest rozdzielenie obu etnosów, co może się wiązać ze stratami terytorialnymi na rzecz Ukraińców na Kresach Południowo-Wschodnich. Było to myślenie w obozie narodowym wówczas rewolucyjne – nawet dziś można je oceniać jako kontrowersyjne, ale przecież, jak się okazało, zupełnie słuszne. W latach powojennych Wasiutyński odchodzi od kursu proukraińskiego, zdanie na temat tego narodu uzależniając od rozwoju sytuacji politycznej. Wiele lat zajmują mu polemiki z nostalgikami uznającymi odzyskanie ziem kresowych za priorytet polskiej polityki wschodniej.

Można polemizować z tą linią, ale wrażenie robi metoda analizy Wasiutyńskiego – całe życie starał się widzieć realia takimi, jakie one są, a nie takimi, jakich sobie życzył on bądź jego partia. To możliwie najbardziej rzeczowa analiza była u niego punktem wyjścia do formułowania postulatów.

Nawiasem mówiąc, przypominało to tok myślenia pierwszych endeków, którzy uznając etniczną definicję narodu zmuszeni byli dojść do wniosku, że stanowiące program polskich patriotów w XIX wieku dążenie do restytucji Polski w granicach z 1772 roku jest niemożliwym do zrealizowania anachronizmem w dobie budzenia się narodów. Przedrozbiorowe granice były świętością dla kolejnych pokoleń Polaków, ale w obliczu niemożliwości ich uzyskania Popławski i Dmowski głoszą, że należy zrezygnować z tego mitu – być może konsolidującego wspólnotę wokół wspomnień o dawnej wielkości, ale przecież stawiającego głoszących go polityków na pozycjach zupełnie odrealnionych, a więc szkodliwych.

Sam temat mitu narodowego żywo interesował Wasiutyńskiego, doceniającego ich znaczenie, choć starającego się nie podchodzić do nich bezkrytycznie. W broszurze „Źródła niepodległości” pisał: „Nie chcę tu występować przeciw symbolom jako takim. Grają one bardzo ważną rolę w życiu ludzkości i w życiu poszczególnych narodów. Jedną ze słabości współczesnych społeczeństw uprzemysłowionych jest zatrata odczucia i zrozumienia symboli. Symbol staje się jednak szkodliwy, gdy przesłania rzeczywistość lub gdy staje się pancerzem lenistwa umysłowego i tarczą immoblizmu. Tak łatwo jest wypełnić sobie życie publiczne jałowym rytuałem dokoła symboli, a każdego, kto wysuwa jakąś nową myśl, odsądzić od czci i wiary”. Czytając te słowa, osobie zaangażowanej w spór dotyczący kolejnych odsłon sprawy ukraińskiej muszą stawać przed oczami groteskowe postulaty odbijania Kresów Wschodnich. I zauważmy, że Wasiutyński pisał to wszystko właśnie w kontekście toczonych na emigracji dyskusji nad stosunkiem do zabranych Polsce ziem kresowych. Czynił te spostrzeżenia w roku 1977, kiedy wspomnienie o nich było znacznie żywsze niż dziś. Oczywiście unikać należy szantażu polegającego na szermowaniu cytatami uznanych autorytetów na podparcie jakiejś opinii (co modne wśród dzisiejszych narodowców, a przecież i opinie Wasiutyńskiego można kwestionować), ale czy naprawdę te słowa nie dają nam do myślenia?

Wasiutyński potrafił zrewidować także główny endecki mit geopolityczny jakim było uznanie Niemców za największe geopolityczne zagrożenie. Nie deprecjonował go, ale uznawał, że w sytuacji, w której całość terytorium Polski znajduje się pod panowaniem Moskwy, będącej w stanie narzucać Polakom system polityczny, gospodarczy, a nawet kulturalny, absurdem byłoby ujadanie przeciw RFN. Autor „Źródeł niepodległości” był przy tym w stanie realistycznie ocenić perspektywy niemieckiego ruchu rewizjonistycznego, o którym już w latach 70. było wiadomo, że musi z biegiem lat słabnąć i ograniczyć się do środowisk starych wysiedleńców.

Dziś czasy znów się zmieniły, a Berlin, choć już w zupełnie innej formie niż wiek temu, ponownie nam zagraża – jako czynnik ekonomiczny, polityczny, choć już nie narodowy. Godzi się tu zauważyć, że Wasiutyński pod koniec życia nie doceniał niektórych związanych z tym zagrożeń, takich jak przejęcie kontroli nad polskim przemysłem. Nie wiemy jak na tę sprawę patrzyłby dziś, być może zaostrzyłby swoje oceny.

Studiując pisma Wasiutyńskiego ciężko nie być pod wrażeniem jego przemyśleń. W wielu sprawach z pewnością błądził, wydaje się zresztą, że sam w którymś momencie wpadł w pułapkę doktrynalnej niechęci do jakiegokolwiek radykalizmu, jednak tylko w niewielkim stopniu obniża to wartość jego dorobku. Czas wreszcie zacząć nawiązywać do tradycji śmiałego, nieszablonowego, a przy tym wychodzącego naprzeciw także endeckim mitom myślenia, które charakteryzowało autora „Ruin i fundamentów”, a wcześniej i samego Dmowskiego. Brzmi to może pretensjonalnie, ale czytając publicystykę obu ideologów obozu narodowego ciężko nie odnieść wrażenia, że z obrzydzeniem musiałyby się u nich spotkać widoczne obecnie w wielu kręgach zjawiska, takie jak próby oparcia nacjonalistycznego programu o resentymenty historyczne, spłycanie dyskusji na tematy etyki i funkcjonowania społeczeństw do prostackich haseł czy rezygnacja z kształtowania wśród kadr podstaw krytycznego myślenia na rzecz hołdowania płytkim i stereotypowym ocenom. Nacjonalizm oparty o takie podstawy prędzej czy później musi być stać się swoją karykaturą.

Jakub Siemiątkowski