wtorek, 25 listopad 2014 00:00

Parę słów na obronę Marszałka

Wiele pomyj wylano na postać Józefa Piłsudskiego. Czynili to zarówno komuniści, jak i niektórzy narodowcy, choć obie grupy różnicowały się dość istotnie w swoich argumentach. Z jednej strony pobrzmiewają zarzuty „faszyzmu”, „dyktatury”, „hitlerofilstwa”, z drugiej zaś oskarżenia o jego działalność „antypolską”. W tym gąszczu prokuratorów, pozwolę sobie zabawić się na chwilę w adwokata. Nie to, żeby śp. Naczelny Wódz go teraz potrzebował. Chodzi bardziej o pewne uzdrowienie (czy też złośliwiej: sanację) umysłów w naszym nacjonalistycznym mikro-środowisku. Nie przedłużając – życzę miłej lektury.

Piłsudski - „ przebrzydły socjalista

Jednym z najdawniejszych współpracowników politycznych Józefa Piłsudskiego był Władysław Studnicki. Urodzony w 1867 roku w polskim Dyneburgu (obecnie Łotwa), ten niegdyś jeden z najwybitniejszych polskich socjalistów, mentor Piłsudskiego na emigracji i współpracownik Róży Luksemburg w rozbitym przez carską policję warszawskim „Proletariacie” w latach 1897-1905 przeszedł gwałtowną transformację „od socjalizmu do nacjonalizmu”, taki też tytuł nadając jednej ze swych wielkich prac politycznych. Piłsudski w swoich pierwszych latach działalności socjalistycznej widział w Studnickim, zesłańcu i wybitnym pisarzu politycznym oraz ekonomicznym, największy wzór do naśladowania.

Studnicki jako jeden z pierwszych najwybitniejszych polskich socjalistów podążył szlakiem wiodącym ku myśli niepodległościowej. Odwiedzając kraje europejskie napotkał m.in. niemieckich robotników, którzy protestowali przeciw polskiej imigracji, albo czeskich i żydowskich proletariuszy zapytujących go, kiedy wreszcie Rosja zniszczy „reakcyjną agitację o jakiejś Wielkiej Polsce”. Doszedł wtenczas do wniosku, iż, cyt. „solidarność międzynarodowa proletariatu jest blagą”, a refleksją tą podzielił się ze swymi towarzyszami na łamach… socjalistycznego i marksistowskiego „Przedświtu” (w którym – warto dodać – zajadle zwalczał antypolonizm i moskalofilstwo Róży Luksemburg, zwłaszcza w artykule: „Ugodowy socjalizm” z 1897 roku). Studnicki po latach, na łamach „Buntu Młodych” wspominał, że Piłsudski rzekł mu wówczas: „towarzyszu, jeśli takie rzeczy będziecie drukować, ja Przedświtu do kraju nie dopuszczę. Od a do z macie rację, ale teraz mówić tego nie można, bo powstaje ferment w partii i może dojść do secesji.” Pokazuje to, iż z późniejszego Marszałka Polski taki sam był socjalista, jak i ze Studnickiego – dla tych dżentelmenów socjalizm był po prostu w pewnym momencie dziejowym najlepszym batem na Rosję i jej łapczywy imperializm. Wkrótce obaj mieli się rozczarować co do socjalizmu w wydaniu PPS. Ale pierwszy był Studnicki.

Działacze socjalistyczni po pewnym czasie mieli dość heretyckich tekstów Studnickiego. Atakował go szczególnie Ignacy Daszyński, a także Leon Wasilewski, który zarzucił mu „zdradę interesów proletariatu”. Studnicki odpowiadał na łamach „Przedświtu”, iż interes robotnika definiowany jest poprzez szerokość geograficzną i granice, ponieważ w rozwoju przemysłu konkretnego kraju „zainteresowani są nie kapitaliści, lecz i proletariat”. Była to już całkowita sprzeczność z destrukcyjnymi, antynarodowymi założeniami marksizmu. Wychodząc z szeregów PPS, Studnicki groził jeszcze w progu, iż doprowadzi do rozłamu partyjnego, prowadząc jego bardziej patriotyczną i narodową część w kierunku rozwijającej się właśnie Narodowej Demokracji. Przeszedł on następnie (na krótko) do ludowców, a następnie został narodowcem i to jednym z najwybitniejszych – mało kto pamięta, że zakładał m.in. galicyjską Szkołę Nauk Politycznych, w której wykładał później sam Roman Dmowski.

Jednocześnie jednak bacznie obserwował postępy frakcji Piłsudskiego w ramach PPS. Ostatecznie, w 1906 roku doszło do powołania Frakcji Rewolucyjnej. Wówczas to Studnicki pisał triumfalnie, iż secesja piłsudczyków oznacza „uratowanie niepodległościowego sztandaru w socjalizmie polskim”. Ta sama herezja, za którą na niego samego padały gromy ze strony socjalistów – uznanie prymatu niepodległości nad teorią ekonomiczną – 10 lat później rozprzestrzeniała się, za sprawą Piłsudskiego, w tym samym środowisku już całkiem swobodnie, powoli wykaszając i marginalizując „opcję Luksemburg”. Był to okres, kiedy Studnicki pragnął „unarodowić lewicę, a uspołecznić nacjonalizm” i doprowadzić do zjednoczenia najbardziej narodowego pierwiastka PPS z najbardziej antyrosyjskim nurtem w endecji, skupionym wokół kongresowych struktur tego stronnictwa. Z jednej strony miał przez pewien czas za najlepszego sojusznika właśnie Piłsudskiego, a z drugiej Tadeusza Grużewskiego oraz Zygmunta Makowieckiego i aktywistów Narodowego Związku Robotniczego. Ostatecznie jednak zadanie to było ponad jego siły.

Jak słusznie zauważał Stanisław Cat-Mackiewicz, Studnicki we wszystkim myślą wyprzedzał czyn Piłsudskiego, tworzył koncepcje, które następnie zręczniejszy Piłsudski wcielał w życie. Fakt, że o Piłsudskim słyszał każdy, a o Studnickim prawie nikt należy przypisać wielu czynnikom – w tym i samemu Studnickiemu, który miał talent do zamiany przyjaciół we wrogów poprzez bardzo gwałtowne wolty polityczne. W każdym bądź razie już to powinno nam coś mówić – Studnicki, jako „samotny narodowiec” (pokłócony z endecją w zasadzie tylko o stosunek do Rosji i Niemiec, zgadzający się w zupełności co do Żydów, ustroju państwa, etc.) wyznaczał szlak polityczny, po którym stąpał Piłsudski, wychodzący właśnie z „czerwonego tramwaju”. Czy tak przystało na „socjalistę”, wroga narodu?

Piłsudski – „nienawidzący Polaków

Często w nacjonalistycznym dyskursie przytacza się przedwojenne – nie bójmy się powiedzieć tego wprost - brednie endeckie o „nienawiści Piłsudskiego wobec Polaków”. Ich dowodem miały być liczne niewybredne uwagi ze strony Marszałka pod adresem rodaków, często okraszone wulgaryzmami. Tworzenie tego typu teorii wynikało z niezrozumienia psychiki samego Piłsudskiego. Wśród endeków brakowało wyróżniających się działaczy z wybitnie „wschodnią”, kresową perspektywą. Wszystkie niepochlebne uwagi Naczelnego Wodza o Polakach, „naród wspaniały, tylko ludzie kurwy” i tym podobne, były nie jakimś manifestem nienawiści, lecz głosem rozgoryczenia człowieka, który spodziewał się po własnym narodzie czegoś więcej. Jak słusznie zauważał m.in. Cat-Mackiewicz kresowiacy, jako autentyczny „naród panów”, stawiali zawsze poprzeczkę wysoko. I byli dogłębnie znienawidzeni przez ludzi zakompleksionych – nie tylko Rusinów czy Litwinów, którzy z początku swój nacjonalizm budowali ekskluzywnie na podkreślaniu antagonizmu wobec Polaków mając jednocześnie (niesłuszne, dodajmy, żeby nie urazić kolegów ze wschodu) silne poczucie niższości względem nich – lecz również przez część własnych rodaków. Prawdę powiedziawszy w takiej Wielkopolsce i na Śląsku do dziś można napotkać kompletnie nieuzasadnione, sporadyczne głosy pogardy wobec „zabużańskich” przesiedleńców. Cofając się o jedno, dwa pokolenia wstecz, były one czymś nader często spotykanym. Polacy kresowi mieli nieco inną mentalność od swoich krewnych zamieszkujących centralne i zachodnie regiony Polski. Jedną z przyczyn pewnej wyrwy intelektualnej między narodowcami a Piłsudskim była szerokość geograficzna. I choć Wilno oraz Lwów miały w drugiej połowie lat 30. prężne załogi narodowo-radykalne (zwłaszcza na uniwersytetach), to i tak polski nacjonalizm przed wojną pozostawał ideą „zachodnią” i pro-piastowską (ostatecznie nawet NSZ nie zdołało powołać swojego inspektoratu ziem wschodnich w latach wojny). Jedyny tylko Studnicki, kresowiak z krwi i kości, a jednocześnie egoista narodowy i umysłowy endek do bólu, z wąską garstką zwolenników wyłamywał się z tego schematu. Ludzie ci, mimo swojego nacjonalizmu, widzieli w Piłsudskim wielkiego człowieka, w pewnym sensie wybijającego się ponad własnych popleczników z sanacji.

Jak słusznie zauważa J. Siemiątkowski w swoim artykule „Narodowcy a Piłsudski – spór nie do przezwyciężenia”, były po stronie narodowo-radykalnej głosy usiłujące znaleźć jakiś punkt trwałego porozumienia z Piłsudskim. Byli to przede wszystkim aktywiści Związku Młodych Narodowców, ONR-owcy obu nurtów (ABC oraz bepiści), a także inne, pojedyncze osoby. Także sam Dmowski potrafił pochwalić swojego największego wroga, co nie powinno zresztą dziwić, biorąc pod uwagę, jak wielkiego formatu był człowiekiem. Zatem już w Międzywojniu upadł wśród narodowców dogmatyczny charakter mitu o Piłsudskim jako osobie zainstalowanej przez obce siły tylko po to, by „trzymać Polaków za twarz” i nie zezwolić na jakikolwiek rozwój państwa polskiego. Dzisiejsi apologeci takich dyrdymałów mogą dwoić się i troić w swoich paszkwilach, a i tak nigdy nie uda im się zredukować Marszałka Piłsudskiego do jakiegoś prototypu Wojciecha Jaruzelskiego. Jeżeli już, to zredukują samych siebie, o ile w ogóle jest to możliwe.

Piłsudski - stronnik demokracji i Żydów

Kolejnym z korconych zarzutów wytaczanych wobec Piłsudskiego (wczoraj i dziś) przez narodowców była jego aprobata dla systemu generującego rozkład, w którym rozprzestrzeniają się wpływy Żydów i pozostałych mniejszości. Szczególnie mocno kwestię tę akcentował Eligiusz Niewiadomski, którego czytelnikowi nie trzeba chyba przedstawiać. Czy jednak autor chwalebnego zamachu na prezydenta wybranego przez wrogie Polsce siły, który nie zastrzelił Piłsudskiego tylko dlatego, że ten nie zdecydował się objąć urzędu prezydenta, odczuwał względem Marszałka jakąś szczególną nienawiść lub pogardę? Czy umniejszał jego patriotyzm i zasługi? Bynajmniej. Poniżej kilka cytatów, jakie można znaleźć w napisanych przezeń „Kartkach z Więzienia”, wydanych później drukiem. Oto m.in., jak Niewiadomski pisał o szczerych zwolennikach Piłsudskiego:

„Strzelcy! Piłsudczycy! Dla iluż wyrazy te brzmią jak potępienie. Ile gromów padło na nich z prawicy! Czy tak bezwzględnie słusznych? … Jeżeli chodzi nie o chwalców i szczekaczy za miskę soczewicy, ale o szczerych, z głębi uczucia czcicieli – to kult Piłsudskiego jest w wielu przypadkach nie najgorszą, a najpiękniejszą stroną ducha.

Kiedy natomiast nasz narodowy asasyn zeznawał w sądzie, jak odebrał wieść, iż Piłsudski nie obejmie fotela prezydenckiego, mówił tak: „Doznałem dwóch uczuć jednoczesnych, dziwnych. Jedno – to było uczucie ulgi, że los uwalnia mnie od konieczności pozbawienia życia człowieka osobiście dobrego, szlachetnego i niepozbawionego rysów bohaterskich.” Następnie Niewiadomski stwierdzał to, co powtarzała endecja i do dziś powtarza neo-endecja: iż Piłsudski był twórcą polskich klęsk, przygotowującym grunt pod „Judeopolonię”, etc. Oczywiście nie należy bagatelizować zarzutów Niewiadomskiego – wiele z nich niestety nie znajduje w myślach autora żadnej skutecznej obrony – ale poprzedzone uwagą o osobistych cnotach Marszałka, jakże inaczej brzmią od wypluwanego dziś przez część narodowców bełkotu w stylu „agent tysiąca wywiadów, mason, morderca z Berezy Kartuskiej, żydowski pachołek”, etc. Świadczy to niestety, że na przestrzeni dekad polska myśl nacjonalistyczna zdegenerowała się w dużej mierze do tego, co dzisiejsza młodzież zwie niskich lotów „hatingiem”. A to jak spadek z bardzo wysokiej skały na samą twarz.

Weźmy jeszcze na ząb tę nieszczęsną „Judeopolonię”. Otóż jeśli mamy na myśli realny projekt, który zalęgł się w myślach niektórych żydowskich działaczy – powołania do życia państwa żydowskiego w 1918 roku na terytorium odebranym Polsce – to nie jest prawdą, że Marszałek mu hołdował. Przeciwnie, jemu, jak i jego propagatorom zdecydowanie pokazał pięść. Dochodziło wówczas do niesamowitych ekscesów, m.in. żydowscy parlamentarzyści w Lublinie krzyczeli, że Polskę czeka koniec, itd. Żydzi najwyraźniej przeliczyli się co do swoich wpływów w Polsce, nieopatrznie biorąc przyjazną wobec nich politykę piłsudczyków za oznakę „słabości” i dobrowolnego cedowania władzy na ich rzecz Tymczasem wiele wskazuje na to, iż była to po prostu dobroduszna, nasycona naiwnością polityka „Polski jagiellońskiej”, tolerancyjnej i przyjaznej dla mniejszości.

Ten sam, wspominany już dwukrotnie Niewiadomski krytykował uległość względem degenerującej demokracji w wydaniu Marszałka w ten oto sposób: „O Piłsudski! Gdyby słowa Twoje miały moc czynu, byłyby one wyrokiem na demokrację. Ty sam, gdybyś w nie wierzył, a kochał naród, powinienbyś tej demokracji wydać walkę na śmierć i życie”. Patrząc z historycznej perspektywy należy więc stwierdzić, że ostatecznie Marszałek spełnił życzenie swego zaciętego wroga, przeprowadzając w 1926 roku zamach stanu. Być może więc niektóre diagnozy Niewiadomskiego nt. Piłsudskiego były przedwczesne.

Dla Niewiadomskiego Piłsudski był wrogiem nie dlatego, że nienawidził Polski, bo ją kochał; nie dlatego, że był zdrajcą i zaprzańcem, bo sam zainteresowany rozpoznawał w nim patriotę i człowieka szlachetnego. Niewiadomski nie mógł wybaczyć Piłsudskiemu, że ów pewnych kwestii nie rozumie, że błądzi, ze szkodą dla Polski i Polaków. I rzeczywiście trudno mu w tym względzie odmówić racji. Jednocześnie trudne – a w zasadzie niemożliwe – jest przyznanie jej ponurym opluwaczom, szargającym pamięć po Piłsudskim. Niech zatem huk wystrzału z pistoletu idealisty, który celował w szanowanego przez siebie wroga, ostatecznie zagłuszy i te brednie.

W tym momencie można jeszcze poczynić uwagę – czy pobłażanie Żydom bądź niedostateczne zrozumienie tzw. kwestii żydowskiej rzeczywiście skreśla wszystkie pozostałe zasługi Piłsudskiego? Wiemy, jaką estymą w polskim i europejskim środowisku radykalnych nacjonalistów cieszy się po dziś dzień wódz faszystowskich Włoch, Benito Mussolini. Nie wchodząc w dywagacje, dlaczego tak jest (to zasługuje na odrębny artykuł), pozwolę sobie napomknąć, że ten sam Mussolini był również autentycznym filosemitą. W jego partii nie brakowało fanatycznych działaczy żydowskiego pochodzenia. Nad ogłoszonym w 1938 roku pod silnym naciskiem Niemiec „Manifestem Rasy” Duce zdecydowanie ubolewał. Dopiero gdy w 1943 roku ustanowiono Włoską Republikę Społeczną pod egidą niemiecką, sytuacja Żydów w tym kraju uległa pogorszeniu. Wśród rządzących faszystów do głosu doszło nieliczne i dotychczas mało znaczące stronnictwo antysemickie, któremu przewodzili dwaj dżentelmeni: Giovanni Preziosi i Roberto Farinacci. Znany i dobrze udokumentowany jest zażarty konflikt Farinacciego z Mussolinim, który uważał tego pierwszego za płaszczącą się przed Niemcami kanalię. Duce do samego końca walczył z antysemityzmem w łonie faszyzmu. Ostatecznie włoski odpowiednik „ustaw norymberskich” uchwalony został w momencie, gdy RSI dogorywała. Jeżeli więc samo sprzyjanie żydowskiej sprawie ma wykluczać kogoś z grona zasłużonych patriotów Europy, to na tej samej zasadzie musimy wyrzucić poza nawias Mussoliniego. Oczywiście, taki pogląd, przynajmniej dla autora tej skromnej rozprawy, jest nie do przyjęcia.

Na sam koniec tej części rozprawy można jeszcze postawić złośliwe pytanie: czy endecy, o których prześmiewczo pisał w wileńskim „Słowie” Cat-Mackiewicz, że na fali kompletnej dezorientacji politycznej chcieli „bić Żyda i hitlerowca” jednocześnie, na pewno w zupełności rozumieli „kwestię żydowską”? Wyłączam tu dwa nazwiska – wspominanego już nieraz (czytelnik wybaczy, to nieuchronne) Studnickiego, a także ks. prof. Trzeciaka, którzy dostrzegali, że na pierwszego wroga tego, co już wtedy popularnie określano „Międzynarodowym Żydostwem”, wychodzą – co by o nich nie sądzić – hitlerowskie Niemcy. Oraz, że to wokół Niemiec tworzyła się koalicja państw wrogich bolszewizmowi, kapitalizmowi oraz światowym lożom masońskim. Jakże w kontraście stoi to wobec bajdurzeń endeków o rzekomych „żydo-niemieckich intrygach”, a także ich współczesnych patologicznych odprysków w postaci internetowych wariatów doszukujących się żydowskich korzeni u Hitlera i całej świty narodowego socjalizmu, etc. Nie jest żadnym przypadkiem, że ci sami ludzie lubują się w najbardziej zwariowanych opowieściach na temat Piłsudskiego, któremu przypisują wszystko, co najgorsze. Właściwie to każdemu, kogo nie lubią, chętnie wyszukają „pochodzenie od Chazarów/UFO” i tym podobne.

Piłsudski – ten, który „pogrzebał polską armię”

Dla „samotnego narodowca” Studnickiego największą wadą endecji w okresie przed pierwszą wojną światową było to, iż „zamieniła się w towarzystwo kulturalne, w nieskończoność odkładające kwestię państwowości polskiej.” Tymczasem jego zdaniem, należało na chwilę odłożyć wszystko inne na bok, a skupić się na armii, armii i jeszcze raz armii. „Kujcie broń! Kujcie broń, twórzcie ducha militarnego, zdolnego podnieść nas z upadku!”, krzyczał we wstępie wydanej w 1910 roku „Sprawy Polskiej”, która była odpowiedzią na książkę Dmowskiego „Niemcy, Rosja a kwestia polska”. Narodowcy nie do końca rozumieli potrzebę chwili. Bardziej rozumiał ją Piłsudski. Mało kto wie, że do tworzenia galicyjskich związków strzeleckich późniejszego Wodza Naczelnego popchnął właśnie Studnicki, tworząc pierwsze tego typu zrzeszenie w Galicji: „Nieprzejednani”. Studnickiemu jednak brakowało talentu do prowadzenia stowarzyszenia o charakterze wojskowym, stąd też bojownicy zasilający jego grupę wkrótce przeszli do piłsudczykowskich brygad, za jego pełnym przyzwoleniem i zachętą. I nieważne, jak zaklinać rzeczywistość będą dzisiaj osoby mu nieprzychylne – to Piłsudski wskrzesił polską armię z popiołów, choć i tu nie ustrzegł się niekiedy rażących błędów (bagatelizując przykładowo kwestię sił powietrznych). I to on poprowadził Polaków do zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej 1920 roku.

O tragicznym rozdźwięku między myślą narodową a armią pisał dwie dekady później od Studnickiego Jan Mosdorf w swej fundamentalnej pracy „Wczoraj i Jutro”. Dopiero ONR, którego deklaracji był Mosdorf współautorem, zażądał wyraźnie, by „duch żołnierski przenikał naród, a duch narodowy armię”. Później falangiści, jedna z frakcji narodowo-radykalnych przedwojennej Polscy, otwarci szukali porozumienia z wojskową juntą uosobioną w postaci sanacji.

Opisując wydarzenia poprzedzające kontruderzenie znad Wieprza, które dało Polakom zwycięstwo w wojnie polsko-bolszewickiej, tak Mosdorf, założyciel ONR, sytuował w nich rolę Marszałka:

„W owych dniach przełomowych ukazała się wielkość Naczelnego Wodza. Prawda, poczynił on w początkach lipca błędy, których sam nie neguje, później uległ nawet chwilowemu załamaniu, ale szybko otrząsnął się z niego, umiejąc wykrzesać z siebie to, czego brak zgubił już tylu wodzów naczelnych: decyzję. Zdobył tytuł do stania się bohaterem narodowym. Odmówiono mu tego: zapamiętano omyłki, zasługę zaś zwycięstwa próbowano przerzucić na podwładnych oraz na oficerów obcych, którzy nawet w swym własnym mniemaniu (świadectwo Weyganda) roli decydującej nie odegrali. W ten sposób obaj ludzie wyrastający wysoko ponad miarę swych współczesnych: Piłsudski i Dmowski, doznali od nich niewdzięczności. Małość zwyciężyła wszędzie, zwyciężyła nawet w ocenie stosunku tych dwóch wielkich postaci.”

W tym momencie można już z czystym sumieniem wyrzucić do śmieci dobrze nam znane, lansowane do dziś przez neoendeków i paraendeków głupoty, iż Piłsudskiemu w kontekście Bitwy Warszawskiej niczego nie zawdzięczamy, że mityczna masoneria kazała mu się załamać i uciec, a swoich żołnierzy zostawić na pastwę losu, itp. Nie wylewajmy przy tym dziecka z kąpielą – gdyby przy Wodzu Naczelnym nie stał wówczas generał Tadeusz Rozwadowski trudno powiedzieć, czy w ten chwalebny dzień polska armia zwyciężyłaby nad bolszewicką barbarią. Wrócę jednak do Piłsudskiego: nie wchodząc w jakieś jałowe dywagacje, ani nie grzebiąc bez sensu w dokumentach, rozkazach, relacjach, etc., ustalić należy, co następuje się co następuje: tak wielki myśliciel narodowego radykalizmu jak Jan Mosdorf nie słodziłby w ten sposób Marszałkowi, gdyby nie miał ku temu żadnych podstaw. Zawierzmy mu, bo to nie dyletant, ani jakiś hochsztapler, tylko jeden z najwybitniejszych ideologów NR.

Mosdorf zwraca naszą uwagę na jeszcze coś: otóż on sam ubolewał nad mitologią uprawianą przez niektórych wrogów Piłsudskiego. Także dzisiaj o wiele łatwiej jest szerzyć w ruchu nacjonalistycznym szkodliwe idee i oceny, jeśli zaczepi się je o jakieś przedwojenne nazwisko. Oczywiście, takie twierdzenie to miecz obosieczny i w ten sam sposób zapewne ktoś zarzuci autorowi niniejszego tekstu, że „wybiela” wroga nacjonalistów, upiora Piłsudskiego. Tyle tylko, że cytowanych w tym artykule wybitnych ludzi nie można zaliczyć do apologetów Marszałka - przeciwnie, dostrzegali oni również masę wad i błędów prowadzonej przezeń polityki. Wspominany wcześniej niejednokrotnie Studnicki posuwał się twierdzeń, że podpisanym w 1921 roku z Sowietami traktatem ryskim, owym oparciem wschodnich granic Rzeczypospolitej na „strumykach”, a nie głównych rzekach (Dźwina, Berezyna) Piłsudski pogrzebał swoje wielkie zwycięstwo pod Warszawą i tak naprawdę przygotował grunt pod kolejny rozbiór Polski. Czy jednak tylko on nie chciał iść dalej „na wschód”? Czy tylko on miał obawy i nie stanął na wysokości zadania? Oczywiście nie. Narodowcy, których duszami zawładnęła geopolityka „marszu na Zachód” autorstwa Jana Popławskiego, nie chcieli tego nawet bardziej. Właściwie wcale. Więc i tutaj nie mogą czynić polityce Piłsudskiego większych zarzutów.

Last, but not least: Piłsudski - „agent niemiecki”

O samym Studnickim polska lewica już w 1908 roku pisała, że jest „narodowcem kroczącym samotnie”. Niegdyś zesłaniec, o bardzo silnie antyrosyjskim nastawieniu, nie był w stanie zdzierżyć jakichkolwiek rozejmów w walce polsko-rosyjskiej, nawet czysto taktycznych. Poglądy silnie antyrosyjskie ostatecznie powiodły go ku orientacji proniemieckiej. I tu z Piłsudskim się zdecydowanie rozmijał, na przekór temu, co głoszą dzisiaj m.in. neo-endecy. Obaj politycy należeli do powołanej z polecenia władz Austro-Węgier i Niemiec Tymczasowej Rady Stanu, będącej prowizorycznym organem politycznym reprezentującym Polaków na terenach okupowanych przez państwa centralne. Studnickiemu jednak odmawiano przez dłuższy czas akcesu ze względu na jego konflikt z wieloma członkami. Ostatecznie zasilił szeregi rady pod silną presją Niemców, którzy widzieli w nim sojusznika. Inaczej było z Piłsudskim – ten pozostawał członkiem Rady ze względu na swoje ważkie znaczenie polityczne.

Po zajęciu Warszawy przez Niemców w 1915 roku, chwilowa euforia prędko zamieniła się w atmosferę niepokoju. Powodem był brak jednoznacznych sygnałów ze strony władz okupacyjnych, które świadczyłyby o ich chęci odbudowania państwa polskiego. Przez ponad rok władze niemieckie trzymały Polaków w niepewności, budząc obawy, iż jeden zabór mógłby zostać zamieniony na drugi. Wywołało to liczne tarcia w obozie niepodległościowym. Konflikt ze Studnickim pogłębił się, gdy Piłsudski zaczął lansować hasła antywerbunkowe. W podaniu o zwolnienie z pełnionej funkcji naczelnego wodza polskiej armii, napisał: „Ciągle prawo decydowania o losach polskich żołnierzy spoczywa w obcych rękach. Polska otrzymała fikcyjną armię, która miała stać się wczoraj austriacką, a dzisiaj ma być niemiecką.” Nie brzmi to jak ekspiacja agenta, który z powodzeniem realizuje diabelską misję wplątania Polaków w germańską machinę wojenną.

 

Zupełnie inne zdanie na temat poboru miał Studnicki, który próbował tłumaczyć Piłsudskiemu i pozostałym członkom Rady, że nikt inny nie wyszkoli i nie uzbroi tak dobrze polskiego żołnierza, jak instruktor Wehrmachtu, co w przyszłości da solidny rdzeń polskim siłom zbrojnym w odrodzonym państwie. Piłsudski wówczas zarzucił m, iż ”armię chce oprzeć na okupantach”. Znany ze swej niesłychanej porywczości Studnicki, kiedy dowiedział się o tym, iż Piłsudski również storpedował kwestię powszechnego poboru, krzyczał na jednym z zebrań politycznych w Warszawie: „Jak ja tego Piłsudskiego teraz nienawidzę, łeb mu rozbiję!” Później za Studnickim Polska Organizacja Wojskowa wysłała list gończy. Ostatecznie Studnickiego wykluczono z TRS na krótko przed jej rozwiązaniem, a Piłsudski, ten rzekomy „agent niemiecki”, zarzucił mu „odpychające germanofilstwo”.

„Proniemiecka” polityka Piłsudskiego, jeśliby na chwilkę zerknąć przez pryzmat autentycznego germanofila (Studnicki sam z dumą się tak określał) w ogóle proniemiecką nie była. Wraz z Sikorskim (mimo innych różnic ich dzielących w kontekście POW) sprzeciwiał się jakimkolwiek realnym ustępstwom na rzecz Niemiec, a powszechny pobór uznawał za atak na polską zdolność bojową. Idea POW, którą Studnicki z kolei ostro potępiał jako szkodliwy półśrodek ograniczający polski potencjał militarny, miała na celu właśnie uniknięcie wspomnianego scenariusza. Z punktu widzenia autora, to Studnicki miał więcej racji. Jednak z perspektywy współczesnych polskich narodowców, którzy – jak niektórzy ich poprzednicy - lubią wszystko zrzucać na poczet (żydo-)niemieckiego spisku – na Piłsudskim nie ma jak wieszać psów. W końcu POW ostatecznie zwróciła się przeciw Niemcom. Gdzie więc ta rzekoma „służalczość”, gdzie jakaś domniemana działalność agenturalna? To tylko stek maniackich bredni. Chyba, że za kolaborację z Niemcami (w rozumieniu negatywnym) uznawać wszystko, co w jakikolwiek sposób szkodzi świętej matce Rosji, ale zostawmy w spokoju panslawistycznych rusofilów z ich paranojami. Nie o tym jest ten tekst.

Per analogiam, można tu równie dobrze wspomnieć o wystąpieniach Romana Dmowskiego na posiedzeniach rosyjskiej Dumy, zanim zaczęto wyrzucać z niej Polaków. A także o spotkaniach niektórych jego i innych czołowych endeków z międzynarodówką panslawistyczną w Moskwie i Sankt Petersburgu. Wywoływały one niemałe wstrząsy w polskim środowisku narodowym. „Jakże nieszczęśliwa czy spodlona jest Warszawa, kiedy reprezentuje ją taki Dmowski!” – krzyczał związany jeszcze wtedy z endecją Studnicki na łamach wydawanego przez siebie „Votum Separatum”. Wtórował mu inny wybitny publicysta wczesnoendecki Tadeusz Grużewski ,a także czołowy przedstawiciel tego nurtu na Mazowszu, redaktor „Gońca”, Zygmunt Makowiecki. W kongresówce Narodowa Demokracja przeżyła wówczas kilka poważnych frond i rozłamów, m.in. powstał NZR, którego działacze sprzeciwiali się jakimkolwiek kompromisom z rosyjskim zaborcą. Ostatecznie jednak czarne wizje dotyczące Dmowskiego, snute przez zdecydowanych antagonistów Rosji, były głęboką przesadą. Nie działał on jako „agent rosyjskich interesów”, choć z autorskiej perspektywy rzeczywiście jego taktyka w owym czasie była bardzo kontrowersyjna. Podobnie jak zorganizowany w 1916 roku „protest lozański”, który można z perspektywy czasu odbierać jako próbę przypodobania się francuskim elitom politycznym w zamian za torpedowanie korzystnej dla Polaków zmiany koniunktury w postaci Aktu V Listopada – a więc uznania przez Niemców polskich aspiracji niepodległościowych.

Najlepiej ujął to całościowo Stanisław Cat-Mackiewicz, który starał się szukać złotego środka między dwoma zwaśnionymi obozami Polski przedwojennej: "Mieliśmy tylko dwóch nieromantyków w polityce, którzy przerwali przeszło stuletni romantyzm orientacji naszego kraju, tj. Dmowskiego i Piłsudskiego. Jeden, gdy wybuchła wojna 1914 roku, powiedział: „Trudno, trzeba iść z Rosją”, drugi: „Trudno, trzeba iść z Niemcami”." Na tym wypada zakończyć historie o „agentach”, wkładając je tam, gdzie ich miejsce – między bajki, abstrahując kompletnie od Catowskiej krytyki romantyzmu jako takiego.

A co mówi Europa?

Nacjonaliści w Polsce byli i są krytycznie nastawieni wobec postaci Józefa Piłsudskiego. Zagranica nie miała takich dylematów. Leon Degrelle, waloński krzyżowiec i wódz przedwojennego „Rex”-u w swym fundamentalnym dziele „Wiek Hitlera” pisał: „Marszałek Piłsudski w swej wielkiej mądrości zaproponował internacjonalizację arterii dostępu do Morza [Bałtyckiego] w sposób korzystny dla Polski i Niemiec. Gdyby zaadoptowano formułę Piłsudskiego, być może świat uniknąłby wojny.” Podobnie, wielkim „nacjonalistycznym przywódcą” nazywał go Hitler, który w ogóle uważał Piłsudskiego za bohatera całej Europy, pogromcę bolszewików, który jeszcze w 1943 roku utyskiwał w rozmowie z premierem Bułgarii: „Gdyby żył stary Piłsudski, wszystko by się inaczej potoczyło”, itd. Nie inaczej pisał dowódca pierwszej wielonarodowej dywizji Waffen SS – „Wiking”, generał Feliks Steiner: „Przez całe życie Piłsudski walczył o wolność swojego narodu. Wniósł rozstrzygający udział w utworzenie Rzeczypospolitej Polskiej i został jej pierwszym marszałkiem (…). Jeszcze na łożu śmierci dostrzegał wielkie zagrożenie ze strony światowego bolszewizmu, z którym zmagał się zwycięsko pod murami Warszawy.” Możliwe więc, że obcokrajowcy dostrzegali to wszystko, czego nie chciało dostrzec wielu Polaków. Podobnie jest z generałem Francisco Franco – dla europejskich, w tym i polskich nacjonalistów stanowi on przede wszystkim symbol rozbicia głowy bolszewickiej hydrze w Hiszpanii oraz krucjaty przeciw Sowietom w postaci „Błękitnej Dywizji”. Nie ma dla nich takiego znaczenia to, o czym (słusznie) przypominają hiszpańscy narodowi radykałowie – że Franco do kwestii nacjonalizmu podchodził instrumentalnie, że próbował ją mieszać na siłę z reakcyjnym monarchizmem, niepokornym idealistom groził śmiercią lub zamykał ich do więzień, a sam otaczał się gromadą klakierów, którzy ostatecznie lekką ręką wyprzedali wszystkie ideały frankistowskie. Tak, to rzeczywiście prawda – ale miał też nieśmiertelne zasługi. Nie dla nacjonalizmu, czy falangizmu, którego wizerunek mocno nadszarpnął – ale dla Hiszpanów i Hiszpanii jako takiej. Europejskim nacjonalistom łatwiej zatem podziwiać Piłsudskiego, pogromcę bolszewików z 1920 roku (to jest dla nich ważne, nie jakaś tam Bereza Kartuska i pałowanie idealistów z ONR przez policję) – ale czy to oznacza, że my mamy być w tej kwestii bezrefleksyjni?

Wystarczy zresztą spojrzeć na pozytywny przykład płynący zza granicy – we Francji Front Narodowy, przez wiele lat mocno trzymający się Petaina i antyrepublikańskiej tradycji Francji Vichy, obecnie docenia niektóre aspekty Republiki, potrafi także znajdować źródła inspiracji we francuskiej Rewolucji. Niemieccy nacjonaliści, którzy jeszcze kilka lat temu kurczowo trzymali się manifestowania starej flagi Cesarstwa („Schwarz-Weiss-Rot”), dzisiaj posługują się również barwami „Schwarz-Rot-Gold”, też przecież silnie zakorzenionymi w niemieckiej historii, czego nie zmienił fakt, że po 1945 roku stały się one symbolem RFN i NRD, czyli dwóch satelitów na żołdzie obcych molochów. Złotemu Świtowi zdecydowanie najbliżej do historycznych „Batalionów Bezpieczeństwa”, czyli greckiej wersji narodowego socjalizmu. Jedna z pieśni bojowych organizacji śpiewana jest do melodii Horsta Wessela, a jeszcze w 2007 roku na okładce oficjalnego magazynu ruchu widniało popiersie Rudolfa Hessa (będącego od strony matki Grekiem, co z lubością podkreślają tamtejsi narodowi socjaliści). Dziś partia ta oczyściła się z elementów sekciarskiego pogaństwa, a w sferze historycznej składa hołd zasługom chrześcijańskiego nacjonalisty, greckiego dyktatora Joannisa Metaksasa, który walczył z faszyzmem i hitleryzmem. Potężny narodowo-radykalny Jobbik otacza czcią Miklosa Horty’ego, wybitnego przywódcę narodu węgierskiego, któremu można zarzucić wiele – zwłaszcza w kontekście prześladowań strzałokrzyżowców i innych narodowych rewolucjonistów.

Postawa naszych kolegów z Europy nie jest podyktowana jakimś płytkim oportunizmem, lecz dogłębnym zrozumieniem faktu, że nacjonalista, oprócz symboli i znamienitych nazwisk ze zbiorowej pamięci wykasowanych, musi wziąć na swój sztandar symbole, nazwiska i cytaty, z którymi utożsamia się większa część narodu (odrzucając oczywiście rozmaite demokratyczne kanalie i tym podobnych). Dlatego w naszym przypadku, kiedy przykładowo bł. Jan Paweł II porównywał komunizm z dzikim kapitalizmem albo potępiał w najostrzejszych słowach amerykańską „interwencję” w Iraku, powinniśmy się w tych tematach na jego słowo powoływać jak najczęściej, nie patrząc przez moment, że w innych kwestiach być może byłoby mu z nami nie po drodze. Tak samo zasadne jest, byśmy cytowali Józefa Piłsudskiego, kiedy nazywał demokratycznych politruków „publicznymi szmatami”, bo tylko w naszych ustach – ideowych spadkobierców wrogich sanacji narodowców - słowa te nie stracą na wiarygodności. Cóż za ironia losu.

Podsumowanie

Tragedią Polski przedwojennej był głęboki rozdźwięk pomiędzy zręcznym przywódcą w osobie Józefa Piłsudskiego a narodowcami - najwybitniejszymi konceptualistami i ideologami politycznymi w polskiej historii. Narodowi radykałowie XXI wieku muszą, oprócz stawiania na piedestale swych wielkich poprzedników z ONR/NSZ, ogarniać całościowo historię swego narodu i jej tradycji politycznej. Pusta nienawiść i bezpodstawne oskarżenia są domeną ludzi małych. Postać śp. Marszałka Józefa Piłsudskiego powinniśmy zawsze i w każdym przypadku oceniać kompleksowo. Nader wszystko obca powinna być nam postawa sekciarzy i doktrynerów, spoglądających na wszystko z perspektywy programów i abstrakcyjnych założeń, bez uwzględniania szerszego kontekstu historycznego. Trawestując Mosdorfa, musimy być świadomi, że przed nami stoi heroiczne zadanie stania się większymi od tych, z których czerpiemy swe inspiracje. Nigdy tego nie osiągniemy, jeżeli w odruchu leczenia własnych kompleksów - bo ruch nacjonalistyczny mimo „wielkich marszy” jest nadal słaby, bo mamy zerowy lub prawie zerowy wpływ na sytuację polityczną w kraju – będziemy opluwać pamięć ludzi, którzy wskrzesili polską państwowość. Potrzeba nam więcej pokory, wytrwałości i ciężkiej intelektualnej orki, a nie będziemy dłużej musieli tego robić.

Jak napisał kiedyś mądrze amerykański myśliciel i abolicjonista Henry David Thoreau, „na tysiąc szarpiących za gałęzie przypadnie jeden, który sięgnie korzeni”. Twierdzenie to, jest szczególnie prawdziwe, jeśli przyjrzymy się omawianym w tekście sylwetkom takim, jak Niewiadomski, Studnicki, Mosdorf, czy Cat-Mackiewicz. Wszyscy ci ludzie, każdy na swój sposób, szukali jakiegoś złotego środka łączącego piłsudczykowski „patriotyczny socjalizm” z myślą narodową i narodowo-radykalną. Zdawali się rozumieć, że w konflikcie endeków z sanatorami pod grubą warstwą pomówień i wzajemnego niezrozumienia, wcale nie kryła się jakaś fundamentalna wojna o wartości, a jedynie konflikt przeciwstawnych sobie koncepcji, z których intencją każdej było dobro kraju i narodu. Jednak, czyż sam Mosdorf nie pisał: „Rozum dzieli ludzi”? My ze swojej strony zachowamy się prawdziwie rycersko, kiedy oddamy należną cześć Marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu, pomimo wszelkich błędów, jakie popełnił lub mógł popełnić w całym swoim życiu, oddanym jednej tylko sprawie – Polsce.

 Daniel Kitaszewski

Wybrana bibliografia

W. Studnicki, Wskazania polityczne irredentysty polskiego, Lwów 1913.

Idem, Od socjalizmu do nacjonalizmu, Lwów 1904.

F. Steiner, Ochotnicy Waffen SS. Idea i poświęcenie, Lublin 2010.

E. Niewiadomski, Kartki z więzienia, Poznań 1923.

J. Mosdorf, Wczoraj i Jutro, Warszawa 1938.

J. Siemiątkowski, Narodowcy a Piłsudski. Spór nie do przezwyciężenia?, „Polska Niepodległa”, 2014.