wtorek, 26 maj 2015 10:00

Ludzie wśród ruin

Słynny słoweński zespół Laibach, jedna z nielicznych kapel grających industrial, której udało się przebić do mainstreamu i symboliczno-politycznymi prowokacjami trwale zapisać w historii muzyki, czas jakiś temu wydał nową płytę o nazwie Spectre, na której to w utworze zatytułowanym Eurovision opisuje kondycję duchową Zachodu i podsumowuje ją smutnymi słowy Europe is falling apart ("Europa rozpada się"). Nie sposób nie zgodzić się z tą refleksją. Nie sposób nie postawić sobie pytania - jak to się stało? Dlaczego, nawiązując do słynnej pracy Juliusa Evoli, żyjemy wśród ruin?

Matka Europa doświadczyła na przestrzeni dziejów wielu tragedii. Narodziny protestantyzmu rozdarły Christianitas na część wierną Rzymowi oraz papieżom wrogą. Rewolucja francuska oraz następne zrywy, głównie zrewoltowanego, zaczadzonego liberalizmem mieszczaństwa, wywróciły do góry nogami ład polityczno-społeczny i podniosły rękę na wszelkie dotychczasowe autorytety. Wreszcie, narody Europy oddały się czemuś tak makabrycznemu i wstrząsającemu, że aż na swój chory sposób pięknemu w swej dekadencji, czyli dokonały hekatomby i samozagłady na bitewnych polach pierwszej wojny światowej. Po niej rzesze robotników zaślepione ideą komunizmu postanowiły przynajmniej spróbować wprowadzić internacjonalistyczny socjalizm na Starym Kontynencie, co szczęśliwie w większości przypadków skończyło się jakże "okropnym" i "złym" "białym terrorem". Tak, na przestrzeni ostatnich wieków Europa wycierpiała się niemiłosiernie.

A jednak zdawać się mogło, że nagle pojawił się płomień nadziei. Wszędzie zaczęli pojawiać się ludzie będący "wysłannikami Michała Archanioła" (Corneliu Codreanu), mówiącymi o potrzebie "odmłodzenia katolicyzmu" (Leon Degrelle) i to bynajmniej nie w modernistyczno-śmieszkowym tych słów znaczeniu, chcącymi "strzec ognia Tradycji" (Julius Evola). W Hiszpanii anarchistyczne bandy i komunistyczne hordy rodem z tolkienowskiego Mordoru starły się z siłami katolicko-narodowymi w krwawym starciu, co zakończyło się wielkim zwycięstwem antybolszewickiej krucjaty. Młodzież wszystkich narodów myślała nie tylko o imprezach i miłości (choć wszyscy bohaterowie powinni być również niepoprawnymi romantykami, pomnijmy chociażby na smutny los Jose Antonio, który był nie tylko wzorem nacjonalistycznego idealisty, ale również ideałem tragicznie zakochanego marzyciela), ale również o ojczyźnie, nowej, młodej, zwycięskiej Europie, obaleniu międzynarodowej lichwy i gotowości chwycenia za broń przeciwko wielomilionowemu, czerwonemu pochodowi śmierci ze wschodu, jeśli tylko takowy z woli Stalina nastąpi... Oczywiście, nie wszystko było idealne, ale być może pierwszy raz nastąpiła szansa, ażeby Stary Kontynent znów odżył.

I wówczas wydarzyła się tragedia. Tragedia poprzedzająca tragedię następną. 8 (czy tam według stalinowskiej modły 9) maja 1945 roku to klęska. Wschodnia część Europy dostała się we władze sowieckich bestii, "wyzwolicieli" gwałcących wszystko dookoła, rozkradających wszelką własność, zaczynając od pałaców wielowiekowych arystokratycznych rodów, a kończąc na butach i zegarkach (przecież nawet słynne zdjęcie z wywieszenia czerwonej flagi nad Berlinem musiało zostać wyretuszowane tak, by nie było widać "czasów" na ręce sołdata), w łapska aparatczyków, sowieckich agentów, wreszcie w niewolę NKWD i ich lokalnych odpowiedników w rodzaju Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego czy terroryzującego Węgrów AVH. Nie można jednak zapomnieć również o zgliszczach na Zachodzie, o tych wszystkich francuskich kościółkach obróconych w pył przez amerykańskie i brytyjskie bombowce, o płonących miastach, represjach, jakie francuska i włoska prawica doznała nie tylko z rąk komunistycznych partyzantów, lecz także nowych władz (wspomnijmy tylko zupełnie bezsensowny, z punktu widzenia racjonalności prawa karnego, mord na Brasillachu, za którym przed egzekucją wstawiali się nawet intelektualiści o skrajnie innych poglądach i orientacjach politycznych czy uwięzienie Charlesa Maurrasa oraz Juliusa Evoli), a przede wszystkim o powolnym, lecz nieprzerwanym sączeniu w duszę Europejczyków jadu, jakim jest liberalizm. W gruncie rzeczy to nie katownie ubeków, doły śmierci w Bleiburgu i obrócony w pył klasztor na Monte Cassino sprawiły o tym, że żyjemy wśród ruin - to totalne zniszczenie mentalności Europejczyków jest największym nieszczęściem maja '45, którego zwieńczeniem był maj '68, najbardziej obrzydliwa lewacka ruchawka w dziejach (skądinąd owo określenie na protesty studenciaków doskonale pasuje w kontekście tego, o co im głównie chodziło).

Tragedia jednakże poprzedzona była, o czym już pisałem, inną tragedią. Tą tragedią był 1 września 1939 roku.

Znam się trochę na historii, ale po pierwsze, nie jest celem tego tekstu analiza uzbrojenia, zdolności bojowych i tak dalej poszczególnych armii, po drugie moja wiedza ma charakter wyłącznie hobbystyczny, a nie naukowy, wreszcie nie chciałbym (cóż za łaskawość z mojej strony, czyż nie?) pozbawić kilku pisarzy chleba, więc nie będę tutaj analizował dokładnie, czy polska armia ramię w ramię z Wehrmachtem była w stanie Moskwę zająć czy też nie. Chodzi mi o to, że zamierzam zwrócić uwagę na kilka innych, a też wielce istotnych, kwestii.

To, że atak Niemiec na Polskę był dla nas tragiczny, jest rzeczą oczywistą. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na dwa inne fakty, które były jego rezultatem, a zapewne umykają one uwadze. Pierwszym z nich było oczywiście rozbicie jedności Europy. Był to skutek wielu przyczyn, między innymi (nie wahajmy użyć się tych słów) kretyńskiej polityki zagranicznej rządu sanacyjnego. To, co uczynił Beck i jego koledzy, było aktem niedojrzałości politycznej i braku świadomości, o jak wielką grę idzie stawka. Ale czemuż się dziwić? Przecież Polską nie rządzili ani narodowi radykałowie, ani konserwatywno-autorytarny dyktator pokroju Franco, lecz kilku cwaniaków, którzy kombatancką przeszłością (trochę jak dzisiaj, czyż nie?) legitymizowali swe dorwanie się do koryta w 1926 roku. Zaiste, gdyby doszło do rewolucji i do władzy doszły autentyczne siły narodowe, wówczas zupełnie inny byłby bieg historii. Powiedzmy więcej - nawet gdyby ta rewolucja była wspierana i to mocno przez zagranicę, tak jak to miało miejsce chociażby podczas Narodowej Rewolucji Legionowej w Rumunii, to byłoby to zgodne z polską racją stanu (uratowałoby to nas przed wojną z Niemcami i wielomilionową rzezią rodaków) i było zbawienne dla Europy. Sanacyjny układ rządzący był rakiem, który należało wyciąć dla dobra Polski i całego Starego Kontynentu. Stało się inaczej i tak oto Polacy, naród który powstrzymał bolszewików w 1920 roku, zamiast dołączyć do antykomunistycznej krucjaty z kilkunastoma innymi nacjami w 1941 roku, zmuszony był ratować swoją biologiczną egzystencję, zajmując się walką przeciw Niemcom, a wreszcie, nie mam pojęcia na ile w formie rozpaczy i nacisków anglosaskich, a na ile przez wpływy sowieckiej agentury, próbujący szukać pomocy u dyktatora, który wcześniejszych kilka lat życia spędził na eksterminacji Polaków na wschodzie, wysiedlaniu setek tysięcy Kresowiaków do Kazachstanu, Donbasu i innych równie koszmarnych miejsc, wreszcie dokonujący zbrodni katyńskiej. Polscy nacjonaliści, o czym słusznie wspomniał niegdyś lider ruchu legionowego Horia Sima, którzy przez całe dwudziestolecie międzywojenne mówili o wrogości wobec masonerii i zagrożeniu liberalizmem, nagle znaleźli się w obozie tych, którzy do owych organizacji należeli i o takowy ustrój walczyli. W wyniku takowego biegu wydarzeń neutralność postanowiła więc zachować Hiszpania - ortodoksyjnie katoliccy mieszkańcy tego państwa nie mogli stanąć do walki w jednym szeregu z pogańskimi barbarzyńcami gnębiącymi katolicką Polskę. Oczywisty sprzeciw wobec niemieckiej polityki względem naszego kraju rodził się również na Węgrzech. Jedność została rozbita.

Oczywiście, walka ochotników przeciw Armii Czerwonej była przede wszystkim walką nie entuzjastów rządu berlińskiego i jego ideologii, ale europejskich patriotów ratujących swe ojczyzny i całą cywilizację europejską przed bolszewizmem. To wszystko jednak działo się nie z racji na politykę Niemiec, ale czasem wręcz pomimo takowej polityki. Julius Evola idealnie opisał to w Orientacjach, gdzie uznał, że "nie twierdzimy, że w nurtach tych [faszyzmie i narodowym socjalizmie] było dokładnie rozdzielone to, co istotne od tego, co przypadkowe, że ideom towarzyszyły odpowiednie głębokie przekonania i kwalifikacje osób, że przezwyciężone zostały w nich wpływy i oddziaływania tych sił, które powinny być zwalczane. Proces ideologicznego oczyszczenia mógłby nastąpić dopiero później, po rozwiązaniu bezpośrednich i naglących problemów politycznych". Konserwatywni politycy tacy jak marszałek Petain czy Antonescu, wychowani w mistycznej atmosferze narodowi rewolucjoniści z rumuńskiego ruchu legionowego, monarchiści z Akcji Francuskiej czy walońskiego ruchu Christus Rex, narodowo-katolickie rządy Chorwacji i Słowacji - wszyscy oni mogli mieć w pewnych miejscach poglądy zbieżne z nazistami, nie zmienia to jednak faktu, że nazistami nie tylko, że nie byli, ale wielu z nich nimi mogło się po prostu brzydzić. Najlepszym przykładem jest tutaj naturalnie Francisco Franco, który raz jeden spotkał się z Hitlerem (w wyniku czego kilka tysięcy ochotników hiszpańskich mogło wyruszyć w ramach Błękitnej Dywizji na front wschodni), niemniej jednak formalnie Hiszpania pozostała neutralna, a przywódca III Rzeszy wspominał to spotkanie jako wyjątkowo frustrujące. W zasadzie jedynymi miejscami, gdzie panował nazizm jako taki, były Niemcy oraz tereny przez nie kontrolowane w wyniku militarnej (bądź agenturalnej - patrz: Węgry w latach 1944-45) ekspansji. Pomimo ideologicznych różnic niemal wszystkie państwa Europy mniej lub bardziej nastawione były proniemiecko - a raczej proeuropejsko, pomimo tego, że to Niemcy zyskały dominującą pozycję. Dobro Europy, szansa na jej ocalenie przed wpływami z zewnątrz oraz uratowaniem przed rakiem trawiącym ją od wewnątrz wymagała zachowania jedności - nawet jeśli było to bardzo trudne. Słusznie zauważył Ronald Lasecki w swym niedawnym tekście, że nacjonaliści w poszczególnych państwach dostrzegli w Berlinie lidera Starego Kontynentu, mimo, że ten sam nie kreował paneuropejskiej polityki. Był to z jego strony ogromny błąd.

To, co wydarzyło się w '39 roku i co rzutowało na całą II wojnę światową, to błędy ideologiczne, jakimi są szowinizm, rasizm, skrajny narodowy egoizm. Wojna we wrześniu była nieszczęściem, ale nawet wówczas jeszcze istniała szansa na uratowanie sytuacji, chociażby częściowe - wystarczy przypomnieć sobie Francję, której Niemcy nie cierpieli jak zarazy, lecz wojna zakończyła się częściową okupacją kraju, a częściowym uratowaniem państwowości. W przypadku Polski naziści nie zdobyli się nawet na to - obrzydliwy szowinizm panujący wśród części przywódców hitlerowskich sprawił, że nasz podbity kraj postanowiono zamienić w kolonię, a naród polski poddać eksterminacji. To rozpoczęło najbardziej ponury element II wojny światowej i to, z czym się ona głównie kojarzy - makabrycznymi rzeziami w Europie. Polskie wsie zapłonęły z rąk ukraińskich szowinistów na Wołyniu, bośniackie - z rąk serbskich. Litewscy nacjonaliści mordowali tysiącami polską młodzież w Ponarach. Wreszcie, wynikająca z rasizmu nazistowska polityka antyżydowska, która doprowadziła do powstania przemysłu śmierci, pomysłu nie tylko zasługującego na jednoznaczną ocenę z punktu widzenia etyki, ale także godnego uznania za jakiś totalny nonsens z punktu widzenia realiów politycznych, społecznych, ekonomicznych i militarnych w trakcie prowadzenia wojny na dwa fronty, tak jakby dokonanie zagłady innej nacji zostało uznane za ważniejsze zadanie niż zwycięstwo lub porażka podczas konfliktu zbrojnego. Dodatkowo poszczególne narody europejskie również postanowiły wzmocnić się kosztem swoich sąsiadów czy wyrównać stare rachunki z nielubianymi pobratymcami zza miedzy - dość wspomnieć tutaj inwazję faszystowskich Włoch na Królestwo Grecji (w którym władzę sprawował nacjonalistyczny rząd Metaksasa) czy arbitraż wiedeński, gdyż nie było bardziej palących problemów niż ustalenie, czyj w końcu powinien być Siedmiogród - rumuński czy węgierski.

Często gdy nacjonalistę spyta się jaki, jest jego ulubiony ruch polityczny z okresu międzywojennego, to pada odpowiedź, że był to Legion Michała Archanioła. Nie ma w tym nic dziwnego. Nie sposób nie czuć fascynacji mistykami podążającymi od wioski do wioski z przesłaniem o wielkości narodu i miłości do Boga i drugiego człowieka, fanatykami poszczącymi dla dobra zwycięstwa ruchu i ostatecznego zbudowania nowej, lepszej ojczyzny, nawet w więzieniach organizujących czuwania modlitewne i wreszcie mającymi za swój symbol krzyż będący zarówno kratą - znakiem represji, jakie spadły na Legion ze strony władz, jak i symbolem religijnym - znakiem Księcia Zastępów Niebieskich. Kiedy spyta się o najbardziej fascynujące wydarzenie z tego okresu, to zapewne padnie odpowiedź, że hiszpańska wojna domowa, gdyż wówczas hiszpańscy narodowi radykałowie z Falangi wespół z tradycjonalistycznymi karlistami i przy wsparciu ochotników z całej Europy, broniąc Krzyża i niepodległości, zbrojnie przeciwstawili się komunistom. Gdzie te wszystkie wartości, gdzie idealizm, gdzie chęć zbudowania lepszego świata w masakrowaniu wiosek i sporach terytorialnych?

Europa przegrała. Przegrała cała przede wszystkim przez głupotę zaczadzonych chorą ideologią przywódców III Rzeszy, a za ich błędami poszły kolejne europejskie nacje. Do nas należy wskrzeszenie wielosetletniego dziedzictwa, którego jesteśmy spadkobiercami - ale musimy to robić mądrze. Profesor Jacek Bartyzel w słynnym tekście z okazji 65. rocznicy zakończenia wojny napisał, że wzniesie cichy toast za francuskich ochotników z Charlemagne, gdyż bronili nie zbrodniarza stojącego na czele Rzeszy, lecz Sacra Europa. Pamiętajmy, co jest prawdziwym celem nacjonalizmu. Polskę można kochać mądrze albo głupio. Można pokrzykiwać o wypowiedzeniu wojny wszystkim sąsiadom dookoła i urządzeniu naszym sąsiadom co najmniej nowego Kircholmu i Orszy (że już nie wspomnę o rewizji granic z narodem, który obecnie tak bardzo jest pogardzany i sprowadzany wyłącznie do "narodu sprawców" straszliwej czystki etnicznej), można też dążyć do współpracy i wspólnego odbudowania cywilizacji europejskiej i myśleć nie o zwycięstwach militarnych, lecz przede wszystkim zwycięstwach duchowych, bo to właśnie na tej płaszczyźnie przede wszystkim żyjemy wśród ruin. Miasta odbudowano, dusze pozostają w niewoli liberalizmu i grzechu. A jeśli ktoś wam powie, że nie macie racji, że takie myślenie jest defetyzmem, brakiem wiary we własne siły i zdradzaniem ziemi ojczystej, to przypomnijcie takiej osobie, że był już naród, który ponad wszystko pragnął podbijać inne narody - 2 maja 1945 roku jego stolica została zdobyta przez Armię Czerwoną.



Michał Szymański