czwartek, 30 kwiecień 2015 09:39

Wspomnienie tytana klęski

W kwietniu miałeś znów urodziny. Do dziś jesteś najbardziej intrygującą postacią nowożytnej historii. Wciąż trudna jest do pojęcia tragiczna ewolucja, którą przeszedłeś w trakcie 12 lat rządzenia największym narodem Europy. Była to ewolucja od rewolucjonisty i człowieka dającego nadzieję milionom, do zbrodniarza i tytana zagłady. „Demon pokonał geniusza” – tak podsumował ową transformację jeden z twoich najwierniejszych generałów. Decyzje, które podjąłeś w trakcie całego swojego życia, a zwłaszcza w jego ostatnich latach, wpłynęły na losy świata w sposób fundamentalny. Już nigdy na niego nie zmienisz tego, co uczyniłeś, ale to, co teraz napiszę zwracając się teraz do ciebie może pozwolić innym zrozumieć, dlaczego żyją w takiej, a nie innej rzeczywistości.

W 1933 roku, po latach niebywałego wysiłku politycznego, okraszonego krwawymi zmaganiami na ulicach, doszedłeś do władzy w kraju poszarganym powojennym dyktatem zwycięzców, cierpiącym nędzę i poniżenie. Odebrałeś komunistom hasła socjalne, a prawicy – odwołujące się do patriotyzmu i tożsamości. Na cuda ekonomiczne, które czyniłeś objąwszy władzę, wszyscy patrzyli z podziwem. Oplatanie ojczyzny siecią autostrad, wprowadzenie solidaryzmu narodowego do spraw gospodarczych, pomoc zimowa dla ubogich, kredyty i mieszkania socjalne, wakacyjne rejsy dla każdego robotnika z rodziną – można wymieniać bez końca. Nawet najzagorzalsi spośród twoich wrogów zwracali się wówczas do ciebie nie inaczej jak per „Ekscelencjo”, a „Time” ogłosił cię człowiekiem roku w 1938 r. Z początku kredytu zaufania udzielili ci niemal wszyscy – pierwszy wycofał się Kościół Katolicki, bezbłędny w swych diagnozach. Chodziło oczywiście o eugenikę i wdrażane możliwie jak najciszej programy sterylizacyjne. Ale poza nielicznymi, szczególnie czujnymi katolikami, nikt specjalnie nie zaprzątał sobie tym głowy. Tak już jest, że ludzie nie chcą być ortodoksyjni w swoich poglądach na świat.

Nie inaczej było w Polsce, która celebrowała fakt, iż przepędziłeś ze swojego kraju poczwarne widmo o nazwie „Rapallo” i przestawiłeś jego politykę zagraniczną na tor antybolszewicki. W 1934 roku podpisany został wymarzony przez ciebie pakt o nieagresji z Rzeczpospolitą. Nastały więc na krótko złote czasy dla naszych wzajemnych stosunków. W broszurach drukowanych dla polskich żołnierzy przedstawiany byłeś – obok m.in. Horthy’ego i Antonescu – jako „głowa zaprzyjaźnionego państwa”. Nasze gazety pisały o tobie w niemal samych superlatywach.

Rok później, na jeden z Parteitagów w Norymberdze twój zausznik zaprosił trzech wybitnych Polaków. W tej delegacji znalazł się m.in. Władysław Studnicki. Podczas rozmowy z tobą, ów wielki człowiek wręczył ci w podarunku swój geopolityczny majstersztyk: „System polityczny Europy”, książkę, której publikacja w wielu językach wzbudziła przerażenie samego Wiaczesława Mołotowa. Na jej pierwszej stronie widniała dedykacja: „Wodzowi Narodu Niemieckiego i przyszłemu Wodzowi Europy”. Gdybyś tylko przeczytał ze zrozumieniem owe dzieło i zastosował się do wskazówek Studnickiego, świat mógłby dziś wyglądać zupełnie inaczej.

Sojusz de facto kwitł i wydawał owoce, aż do tragicznej wiosny 1939 roku. Były liczne konsultacje międzyrządowe, ożywienie relacji gospodarczych, korzystna dla Polski mediacja twego kraju w sprawie litewskiej. Polska poparła nawet aneksję Austrii, której przeciwne były choćby Włochy Mussoliniego. Wkrótce potem czechosłowacki pistolet Stalina przystawiony do pleców Polski, przestał istnieć. Haniebny czas wersalskiego dyktatu dobiegł końca, sudeccy Niemcy byli wolni, a wraz z nimi Polacy na Zaolziu. W Europie nastał Nowy Ład. Kłamałeś jednak w Monachium stwierdzając, że Sudety są twoim ostatnim roszczeniem terytorialnym. Szykowałeś się bowiem na wojnę o przyszłą hegemonię w Europie. Wojnę, która mogła być sprawiedliwa, gdyby nie jej mastermind. Ale o tym świat miał się dopiero przekonać.

Najpierw było utworzenie w Czechach protektoratu z pogwałceniem prawa narodu do samostanowienia. Był to pierwszy groźny pomruk zwiastujący burzę. Wykreował negatywną atmosferę – nawet w dotychczas zaprzyjaźnionej Polsce wzbudziłeś niepokój. I właśnie wtedy twój „genialny” minister wystąpił do polskiej dyplomacji z kwestią gdańską. Miał to być, jak pisał słusznie Władysław Studnicki, „fajerwerk”. Ostatni krok przed wielką inwazją na sowiecką Rosję, z Polską u swego boku. Jakże niefortunnie postawiony.

Ty i twoi dygnitarze nie rozumieliście bowiem psychiki moich rodaków. Okultystyczne brednie zastąpiły na waszych półkach poważne książki historyczne. Z mównicy i w notach dyplomatycznych przemawiałeś do nas tak, jak się przemawia do Czechów. Tymczasem proporcje dwóch cnót – waleczności i rozsądku - są u tych nacji dokładnie odwrotne. Twoja niebywała ignorancja kosztowała cię utratę najcenniejszego sojusznika. W tym momencie pewien intrygant postanowił przejść do działania. I skutecznie wplątał nas w swoją sieć. Nie jestem jednak pewien, czy zdradzieccy lordowie zdawali sobie sprawę z tego, jak potworną hekatombę ściągali wówczas na nasze głowy.

Rzeczą powszechnie znaną jest, że dwóch miałeś największych idoli wśród polityków – Bismarcka i Piłsudskiego. Kompletną zagadką pozostaje, dlaczego fascynacja nie szła u ciebie w parze z naśladownictwem. Bismarck podał rękę pokonanej Austrii, pozyskując sobie w ten sposób cennego sojusznika. Ty za błąd polskich przywódców postanowiłeś ukarać cały naród, grzebiąc na dziesięciolecia perspektywę autentycznego pojednania polsko-niemieckiego. Piłsudski rozumiał doskonale, że od pokonania Sowietów wspólnymi siłami zależy przyszłość całej Europy. Ty swoim morderczym obłędem doprowadziłeś do tego, że Polacy – jedyni, którzy kiedykolwiek zdobyli Moskwę – nie towarzyszyli ci u jej bram w 1941 roku. I to właśnie ten element układanki zaważył o twojej późniejszej klęsce wojennej oraz bankructwie politycznym.

Niestety, to nie nadeszło od razu. Po spektakularnych zwycięstwach na wschodzie i zachodzie miałeś na tacy Europę. W większości krajów okupowanych patrioci i idealiści zgłosili się na ochotnika pod twój sztandar. Ci młodzi ludzie byli solą europejskiej ziemi, elitą elit kontynentu. Znana niemiecka dywizja o nazwie „buta”, która podczas swego wojennego spaceru łamała kości konwencjom oraz zrywała orzełki depcząc po granicznych słupach, nie przesłoniła im jednego, istotnego faktu: że Europie zagraża jeszcze gorszy dyktator i jeszcze gorszy reżim. Mimo powszechnego upokorzenia i rozczarowania, stawili się masowo jako ochotnicy do nowej wojny – o być albo nie być Europy. Niejeden taki zgłosił się nawet w Polsce, gdzie twoi siepacze mieli rozpętać istne piekło, odzierając naród okupowany i upodlony z resztek złudzeń.

Stanęli więc wszyscy w gotowości i ruszyli w głąb Rosji. Najpierw nimi pogardzano i robiono z nich pozafrontowych świniopasów lub magazynierów. Potem, zorientowawszy się o ich wartości, kierowano na najgorsze odcinki piekła rosyjskiego. Kiedy generał wielonarodowej dywizji „Wiking” Feliks Steiner usiłował zwrócić twoją uwagę na ich męczeństwo, ty skwitowałeś tylko lakonicznie, iż młodzież jest właśnie po to, aby poświęcać się i umierać. Kompletnie nie rozumiałeś ich szlachetnych motywacji, widać były nie do pojęcia dla twej pokalanej moralności. Okazałeś się być małym dowódcą wielkich żołnierzy. Taka armia nie mogła zwyciężyć. Skutek dla żołnierzy i przyszłych pokoleń był opłakany.  

Marginesy i przypisy historii pełne są większych i mniejszych przywódców, którzy skazywali siebie i swoje cele na sromotne klęski, gdyż otaczali się gromadą nędznych klakierów, zaś skutecznie eliminowali ze swego otoczenia inteligentniejszych indywidualistów, ośmielających się głosić na temat ich „rządzenia” cokolwiek krytycznego. Ty jednak nie byłeś z marginesu, lecz z pierwszych stron i okładek. Zaprzepaściłeś to przez pychę. Wyrzucałeś za drzwi swoich mądrych generałów, gdy błagali cię o opamiętanie się, chciałeś rozerwać pewnego gubernatora na strzępy gdy ten zorientował się, iż represje przyniosą skutek odwrotny do zamierzonego. Za to chętnie słuchałeś jadowitych podszeptów prymitywów i sadystów. Jakże wielką katastrofą był fakt, że nie zdołano cię zastrzelić jeszcze przed końcem wojny.

Lata 30. ubiegłego wieku przyniosły Europie sztorm narodowej rewolucji, bunt przeciw bolszewizmowi i liberalizmowi, ideom, które stanowią personifikację śmierci per se. Zamiast wystąpić przeciw ww. siłom w wymiarze najważniejszym - duchowym, postanowiłeś wziąć z nich przykład. Podległe tobie zbiry traktowały Polaków tak, jak Brytyjczycy traktowali Burów w Południowej Afryce. Mając na sztandarach socjalizm, uczyniliście z Europy Wschodniej klasyczny bantustan siły roboczej i surowców. Zamiast rozwiązać kwestię żydowską w sposób chrześcijański i humanitarny, czyli przez emigrację, ty wolałeś spuścić ze smyczy psychopatów w czarnych mundurach. Nasłaliście więc na Żydów komanda śmierci. Mordowaliście i szykanowaliście żydowską biedotę, bogatym spekulantom z zachodu, którzy odwrócili się od cierpienia swych krewniaków zapewniając na długie dekady wygodny status „ofiar prześladowań”. Dziś dzieci owych spekulantów - syjoniści trzymają palestyński naród w zamknięciu za murem największego w historii obozu koncentracyjnego – Gazy. Nikt jednak nie śmie nazywać tego tym słowem na „H”, które zarezerwowane jest wyłącznie dla „wybranych” ofiar. Dzisiejszym zbrodniarzom, wzorującym się na tobie, przywołanie twojego upiora do tej pory wystarczało, aby szantażować moralnie całą ludzkość. Jak długo będzie jeszcze trwać ta obłuda, na którą nas skazałeś?

Spośród wszystkich przegranych, ty byłeś i jesteś największy, a wraz z tobą – twoja wina.

Czasem unosząc się w oparach otaczającego mnie absurdu i własnej wściekłości rzucam nienawistnie twoje imię na lewo i prawo, używając ciebie i „złamanego krzyża” jako totemów, mających odstraszać obecnych wrogów normalności. Nie ma w tym jednak uwielbienia dla ciebie i twojej ideologii. To raczej życzenie, czy też pokusa, aby „Belzebuba diabłem wypędzić”. Wypowiadana w poczuciu kompletnej bezsilności.

Ty już nie możesz się bronić. Sprawiedliwość nakazuje mi zamienić się na chwilę w adwokata diabła i orzec: tak, to nieprawda, że pragnąłeś „globalnego nazizmu”; że chciałeś eksterminować Słowian; że Polacy mieli trafić „za Ural” (co najpierw głosiły szuje, a teraz gdaczą po nich poprawni „narodowcy-antyfaszyści”). To bzdura, że we wszystkim się myliłeś. To kłamstwo, że nie rzucałeś żadnych ofert porozumienia, choć były liche i przesiąknięte butą. Bardziej niż ciebie i twoich bandytów nienawidzę tych, którzy po wojnie skutecznie rozpowszechnili te wszystkie bujdy. Jednak moje oskarżenia przeciw tobie są ostrzejsze i bardziej bolesne, bo mają źródło w prawdzie, nie w propagandzie takich samych, o ile nie gorszych, zbrodniarzy. Setka zamordowanych rodaków w Wawrze to wystarczający powód, byś zawisnął. Niepotrzebne mi, ani żadnemu innemu Polakowi, bajeczki o kozach za Uralem, którymi sowieckie bestie próbowały pudrować własne umazane od krwi ryje.

Tak, po tych wszystkich zbrodniach i krzywdach nadal uważam, że byłeś mniejszym złem od bolszewików, choć nadal złem. I podpisuję się obiema rękami pod słowami Józefa Mackiewicza, który oznajmił w liście do Jerzego Giedroycia już po wojnie: „teraz, już z perspektywy historii żałuję, że w swoim czasie Wehrmacht nie rozgromił Armii Czerwonej w drobny mak”. Co więcej, uważam, że każdy Polak po zapoznaniu się z odkłamaną i odbarwioną historią, a potem z treścią „Wiadomości o 19.30”, względnie jakiegoś programu rozrywkowego/serialu/etc., niechybnie dojdzie do tej samej konkluzji, co nasz wielki prozaik i moja skromna osoba.

Jednak ten sam wielki Mackiewicz pisał o szczególnej asymetrii zbrodniczości. Zbrodnie twoich przeciwników były interesowne: przybliżały ich do zwycięstwa. Zbrodnie twoich żołdaków były jednym z głównych powodów twojej przegranej. Dzisiaj moi rodacy celebrują ten fakt. Nie rozumieją, że pociągnąłeś nas ze sobą. Że – diabelskim zrządzeniem losu – nasza klęska powiązana była nierozerwalnie z klęską twoją i twego reżimu. Twój los to dla nas ważka lekcja – oto bowiem, co spotyka ideę nacjonalistyczną, gdy oderwie się ją od Boga i Kościoła. I w zasadzie to jedyna rzecz, którą ci zawdzięczamy.

Z pewnością nie zawdzięcza ci wiele twój kraj, który jest dziś osmozą starczego skansenu z „wiosną imigrancką”, owładniętą chorobą kapitalizmu, hedonizmu i kultu pieniądza. To pewnie realizacja twych najgorszych koszmarów. Ale w moim kraju jest niewiele lepiej i to również twoja zasługa. Kiedy idę po ulicy, w moich myślach rodzi się mord. Patrzę na hordy bezmyślnych proletów pozbawionych własnej tożsamości, a nawet poczucia własnej płci, niezwiązanych ze sobą niczym, z których każdy myśli tylko o własnej, mizernej egzystencji. W programach telewizyjnych natężenie trucizny zmienia się tylko w jednym kierunku. Wszędzie coraz więcej homoseksualnych „małżeństw”, coraz więcej mieszanych rasowo związków, coraz mniej wiary. „Międzynarodowy” wróg uderza i jednocześnie idzie za własnym ciosem, nie daje czasu na wytchnienie, przemyślenie strategii obrony, a co dopiero jakiegoś kontrataku. Europa zachodnia to rasowe, moralne i religijne zgliszcze poatomowe. Europa postsowiecka, biedna i skretyniała od czerwonej eugeniki potyka się o własne nogi, biegnąc za przykładem. Nie ma innych elit poza kolaborantami rozmaitych lóż i światową synagogą systemu bankowego. Tak jest wszędzie, gdzie kiedykolwiek postawił swoją stopę biały Europejczyk. Kona cały aryjski świat, któremu przepisano historię, zaś „prawnym antyfaszyzmem” powybijano zęby i połamano nogi.

Ale przed tym wszystkim ktoś był największym propagatorem bolszewizmu w Europie. Ktoś własnymi zbrodniami dyskredytował słuszność haseł o zbrodniach sowieckich i amerykańskich. Komuś małostkowość wraz z obsesją nie pozwoliły stać się Karolem Wielkim XX wieku. Ktoś zdewastował Europę, obezwładnił ją pancernymi korpusami głupoty, a na koniec wystawił wykrwawioną i bezbronną na obcy żer. Tym kimś byłeś ty.

Kiedy Polska runęła w 1939 roku, twoi propagandyści rozklejali na murach Warszawy i innych miast plakaty z wymownym sloganem: „Anglio – twoje dzieło!” Czyim zatem dziełem jest wszechobecny bezmiar tragedii, z którą mierzymy się po dziś dzień?

Chciałbym głęboko wierzyć, że kiedyś podniesiemy się po tej ogromnej tragedii, którą nam wszystkim zgotowałeś. Może to jednak potrwać całe stulecia albo nie wydarzyć się wcale. Widmo zagłady, o której pisał Oswald Spengler, kłębi się coraz czarniejszymi chmurami nad naszą prastarą cywilizacją. Gdzieś my – obrońcy dawnych wartości i rewolucjoniści XXI wieku - zdobywamy przyczółki i kopniakami wyważamy drzwi od parlamentów, gdzie indziej rozpadamy się, mnożąc przez podział partie i partyjki. Wszędzie jesteśmy siłą oddolną, uliczną. Bez armii, bez wsparcia zewnętrznego. I niemożliwym jest wręcz pogodzić się z natrętną, a jakże bolesną myślą, że mogło być zupełnie inaczej i że tak wiele złego spowodowało szaleństwo jednego człowieka.

W ostatniej godzinie mojego życia będziesz ostatnią osobą, której wybaczę.

A teraz nas, młodych patriotów Europy, czeka posprzątanie całego tego burdelu, który niemal ekskluzywnie tobie zawdzięczamy.

Autor Bezimienny