poniedziałek, 31 sierpień 2020 00:05

Michał Ostrzycki - Nowa a stara twarz polskiego nacjonalizmu

W swoim artykule pod nazwą: „Reforma głoszenia przekazu a zdrada w środowiskach nacjonalistycznych XXI wieku”, który napisałem do poprzedniego wydania „Szturmu”, przedstawiłem pobieżnie podziały szeroko pojętego ruchu nacjonalistycznego w Polsce pod względem obranych taktyk w głoszeniu przekazu narodowego, a także ich przyczyny oraz skutki. Ten artykuł będzie swego rodzaju kontynuacją poprzedniego, zatem aby nie musieć cały czas cytować siebie samego, czy też na nowo tłumaczyć pewnych ciągów myślowych, pozwolę sobie po prostu poprosić czytelnika o wcześniejsze zapoznanie się z nim, przed sięgnięciem po lekturę tego. Zachęcam także do takiego rozwiązania, gdyż w innym przypadku, możliwym będzie napotkać problem ze zrozumieniem moich spostrzeżeń.

 

 W tym artykule pragnę nieco przybliżyć moją wizję na to, jak w praktyce powinna wyglądać działalność nacjonalistyczna, tak aby nie popełniała ona błędów w formie głoszenia przekazu, występujących w postępowaniu obozów istniejących w naszym środowisku. Zdaje się to być o tyle ważne, że osoby zarówno mi bliskie jak i te, których nie było mi nawet dane poznać ale sięgnęły po mój poprzedni artykuł, dziwiły się poglądom, które w nim zaprezentowałem. Nie mogły one zrozumieć tego jak słowa, które tam padły, mogły pochodzić od osoby takiej jak ja. Wszystko przez to, że mój wizerunek jest już praktycznie nieodłącznie kojarzony z krzyżem celtyckim czy falangą.

 

Winę za te niezrozumienie ponoszę jednakże w całości ja, gdyż wynika ono z faktu, iż nie wyjaśniłem wtedy bardzo dla mnie ważnego podziału w działalności narodowej. Myślę też, że ten podział jest kluczem do skutecznej działalności. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że jako narodowcy, mamy obowiązek zarówno trafiać do ludzi z zewnątrz i przekonywać ich do swoich racji, jak i budować silne poczucie tożsamości z osobami, które już udało nam się przekonać. Faktem jest to, że zdecydowana większość ludzi odczuwa potrzebę przynależności, utożsamiania się z daną grupą, a nawet manifestowania tego przed ogółem. Na tę potrzebę powinniśmy potrafić  odpowiedzieć, gdyż jest to dla nas idealne narzędzie do tego, by zatrzymać tych ludzi na dłużej w środowisku do czasu, kiedy uda nam się ich uformować w myśl naszej idei, bo przecież nie da się ukryć, iż zdecydowana większość działaczy nie od razu rozumie i kieruje się ideą. Kiedy uda się to zrobić i  sympatycy staną się świadomymi nacjonalistami, będą dbać wspólnie z nami o to, aby przekonywać, zatrzymywać wśród nas i ostatecznie formować nowe osoby.

 

Widocznym już chyba jest o jaki podział mi chodzi. Potrzebujemy potrafić się niejako rozdwoić. Być przekonywującymi dla ludzi z zewnątrz i odpowiednio atrakcyjnymi dla tych, którzy już się do nas przekonali, ale potrzebują chwili by zrozumieć nasze wartości i zacząć altruistyczne dla nich działać. Przez tę chwilę nie możemy ich stracić. A prawda jest niestety taka, że dopóki naszej idei nie zrozumieją, będą bardziej skłonni patrzeć na to, co nasze środowisko może im dać, niż na to co oni mogą dać jemu. Kiedy już ktoś z zewnątrz zacznie się do nas przekonywać nie będą go odstraszać nasze symbole czy hasła. Wręcz przeciwnie, zaczną być one dla takiej osoby atrakcyjne, gdyż odkryje ona, że oznaczają one cenne dla nas wszystkich wartości. Pomogą one takim ludziom, łatwiej utożsamiać się nie tylko z nami, ale też z naszymi przodkami w przypadku np. falangi, czy nacjonalistami z całej Europy w przypadku krzyża celtyckiego. Jednakże w dzisiejszych czasach, praktycznie niemożliwym będzie skuteczne trafianie tym do ogółu społeczeństwa, który nie rozumie idei nacjonalizmu. Dla tego właśnie ogółu powinniśmy potrafić się rozdwoić i na odpowiednie okazje schować pewne emblematy, ugryźć się w język oraz dostosować formę głoszenia przekazu tak, aby możliwie jak najlepiej do niego trafiła. Jeśli będziemy wyglądać i mówić w sposób przystępny dla ludzi, a także wartości przez nas propagowane będą w swej formie powszechnie możliwe do zaakceptowania, osiągniemy połowę sukcesu. Łatwiej jest wtedy pozyskać czyjąś sympatię chociażby w stosunku do samej naszej osoby. A to właśnie nasze osobiste wizerunki dają największe szanse na propagowanie naszej idei, tak aby została ona w ogóle wysłuchana i wzięta pod uwagę, jako życiowa alternatywa dla kogoś spoza środowiska. Wzbudzając wtedy u osoby z zewnątrz pozytywny odbiór nas samych oraz naszych poglądów, czy chociażby zaciekawienie nimi sprawimy, że automatycznie zacznie ona kojarzyć używaną przez nas symbolikę z naszym wizerunkiem, czyli będzie ona ją postrzegać w stopniu podobnie pozytywnym jak nas. A jeśli my, jako ludzie ideowi oraz sumienni damy się pozytywnie poznać i zapamiętać poprzez swe poglądy bądź formę ich wygłaszania, to właśnie one będą się takiej osobie kojarzyć z tym, co z dumą nosimy na flagach czy też swej odzieży. Jednakże ten mechanizm działać będzie, właściwie tylko i wyłącznie wtedy, gdy rozpoznawalni jako aktywiści będziemy przez swe czyny i postulaty a nie loga, które nosimy na ubraniach.

 

Mówiąc prościej, malując na murach setnego już celta, nosząc go na czapce, czy też trzymając flagę z nim na marszu, prawie na pewno nie przekonamy do nacjonalizmu nikogo spoza środowiska. W oddziaływaniu bezpośrednim będzie to miało pozytywny wpływ jedynie na morale osób, które są już z nami. Natomiast jeśli na co dzień będziemy potrafić się schludnie ubrać, kwiecistym językiem i charyzmatycznym tonem głosu wytłumaczyć od samych podstaw nasz pogląd na świat osobom, które go nie rozumieją, to widząc one nas potem z tym krzyżem celtyckim na marszach zaczną pojmować, że jest to tylko symbol wartości, do których zaczęły się przekonywać w trakcie rozmowy z nami.

 

Nie zmienimy też faktu, iż symbolika jest bardzo ważna. Przez to właśnie, dla dużej części osób, różnego rodzaju przypinki, opaski, medale, koszule i wszelkie inne charakterystyczne elementy ubioru czy też dodatki do niego, stanowią coś atrakcyjnego. Oczywiście, potrzebujemy nowych symboli, niekojarzących się ludziom źle i nieposiadających bagażu przeszłości. Ale właśnie po to, aby móc w nich chodzić na co dzień, robić coś nowego, działać pod nimi w tworzonych przez siebie lokalnych stowarzyszeniach, fundacjach, firmach i podobnych tworach. Natomiast nie ma powodu by zastępować nimi na flagach czy marszach te znaki, które już są z nami i naszymi wartościami kojarzone od dawna.

 

Już nawet nie chodzi tylko i wyłącznie o sam podział na osoby nieprzekonane, sympatyzujące i uformowane. Ale też chociażby o to, że nawet w tej grupie osób nieprzekonanej, część ludzi będzie szukać mniej, czy bardziej mocnego przekazu. Do niektórych lepiej trafiać będą proste hasła, do innych te bardziej wyrafinowane. I taką możliwość wyboru, też trzeba tym ludziom zagwarantować. Nie zmusimy ich od razu do zmiany z przeciętnego Polaka do radykała-nacjonalisty w jeden dzień. Przekonujmy ich stopniowo, łagodnie. Dla większości z nich musimy zbudować swego rodzaju schody do tego radykalizmu, bo mało kto z tej masy będzie w stanie przeskoczyć pewne stopnie.

 

Nie tylko nie trzeba, ale nawet nie powinno się rezygnować z naszej symboliki czy haseł, przy okazji pewnych wydarzeń. Jednak pamiętać należy, iż nachalne wciskanie ich ludziom, którym źle się one kojarzą, jest działaniem pozbawionym głębszego sensu. Możliwym jest zachowanie cennych dla nas symboli, a jednocześnie tworzenie i działanie pod szyldem nowych. Dokładnie to samo tyczy się całej naszej działalności. Pozwolę sobie i w tym artykule nawiązać do szeroko rozumianej lewicy. Czy nagle, wśród całego tego środowiska, zniknęły czerwone flagi, sierpy i młoty, wizerunki Marksa czy Lenina? Nie, zniknęły one tylko z jego części. Dzięki temu udaje mu się trafić nową, atrakcyjną i delikatną formą do ludzi z zewnątrz, a także starym, bezpośrednim przekazem do ideologicznych radykałów. Tak zwana „nowa” lewica pozyskuje spory elektorat wykorzystując do tego nośne tematy, chociażby na organizacji zgromadzeń, na których wprost żąda się coraz to większych praw dla degeneratów i zboczeńców. Natomiast nie trzeba się specjalnie przyglądać, by zauważyć, że na tych marszach, protestach i obwoźnych cyrkach dewiantów, które przyciągają masę osób, wśród mórz tęczowych szmat, powiewają także te komunistyczne, anarchistyczne, czy anarchosyndykalistyczne. Każdy, kto interesuje się choć trochę sytuacją, widzi także, iż radykalne odłamy lewicy rosną wprost proporcjonalnie do swoich towarzyszy, którzy przybrali nowe płaszczyki miłości i tolerancji. Nie muszę już chyba wspominać o tym, że ostatnimi czasy, Polskę obiegły informacje o tym, iż szkolenia anarchokomunistycznych bandytów są finansowane właśnie dzięki tym nowym, starym towarzyszom, którzy wpływy i władzę zdobyli poprzez przyodzianie nowej maski.

 

Nie możemy stać w miejscu i czcić jedynie to co jest stare i nam już znane. Musimy cały czas rozwijać siebie, jak i nasze środowisko. Nie możemy także całkowicie odciąć się od swej przeszłości. Musimy ewoluować, znaleźć złoty środek, potrafić ze zdrowym rozsądkiem odrzucić to co było tylko skorupą czy narzędziem dla naszych poprzedników i jest już niepotrzebnym balastem, a sentymentem i czcią cały czas otaczać to co było i jest nam bliskie, bo stało się nieodłączną spuścizną, niejako zakotwiczoną już w naszych wartościach i nas samych.

 

Tak właśnie w chwili obecnej postrzegam kwestię działalności narodowej. Stąd mój niecodzienny wizerunek, który często zwraca uwagę nie tylko po przeciwnej, ale także i po naszej stronie barykady. Z czystym sumieniem mogę mówić, iż działam absolutnie szczerze według swoich poglądów i tego też życzę wszystkim czytelnikom Szturmu.

 

 

Michał Ostrzycki