Artykuły filtrowane wg daty: sierpień 2016
Słowo o najwyższej prawdzie
Wszelka zbieżność przypadkowa. Utwór jest wyrazem literackiej ekspresji. Nie ma na celu nawoływania do łamania prawa.
Kochana siostrzyczko!
Co u Ciebie? Bo u mnie, jak pisałem, sprawa ma się ku końcowi. Dziś badał mnie lekarz sądowy. Musiałem kawał czasu odstać, nim mnie przywołali. Pytano mnie, oczywiście, o moją zbrodnię. Czy pamiętam? Jak to zrobiłem? Czy byłem pod wpływem narkotyków? Czy żałuję? Czy zrobię coś podobnego w przyszłości? Na pierwsze pytanie odpowiedziałem (zgodnie z prawdą), że pamiętam. Pod wpływem środków odurzających mogłem być, ale najbardziej odurzyło mnie złamane serce. Czy żałuję? Ciężko być dumnym lub żałować czegoś, co prędzej czy później musiało nastąpić. „Ale żałuję teraz, że naraziłem niewinne istoty ludzkie na niebezpieczeństwo. Łamanie prawa jest złe i niedobre”. Co jeszcze chciały wiedzieć doktorki? „Czy ma pan dalej radykalne poglądy i niebezpieczne zainteresowania?” Niech spier***ą. Nawet własna matka szuka u mnie myślozbrodni.
Wiem, że Ty także nie podzielasz moich poglądów. Chyba. Bo dawno nie jestem typowym kato-nacjo-prawiczkiem. Pamiętasz, co mi pisałaś o anarchii? Doskonale to rozumiem. Żadne współczesne państwo nie podoła problemom, z jakimi się mierzą zbiorowości i jednostki. Trzeba zniszczyć wszystko, co nazywają „porządkiem”. Bowiem pradawny, kosmiczny Porządek został dawno obalony. Panuje jedynie mieszczański ordnung, konserwujący najgorsze. Potrzeba anarchii, a nawet więcej - KOŃCA ŚWIATA. Dopiero potem można budować cokolwiek.
Pojęli to Japończycy z Najwyższej Prawdy. Ich mistrz wytrwale zgłębiał nauki chrześcijańskie, hinduistyczne, buddyjskie. Przyciągał do siebie młodych, wykształconych obywateli: studentów, prawników, chemików, lekarzy, biologów, fizyków, informatyków. Na spotkaniach grupy, gdzie wszyscy odziani byli w jednakowe, białe kimono, guru tłumaczył:
- Społeczeństwo, w którym żyjecie nie przywiązuje żadnej wagi do duchowości. Liczy się praca, liczy się konsumpcja, dla samej wyłącznie konsumpcji. Szkoły produkują tępych niewolników, o kupieckiej mentalności. Aby "osiągnąć sukces", trzeba włożyć wiele wysiłku: skończyć szkołę, iść na studia, sprzedać się pracodawcy, wygryźc konkurencję. A co dostaje się w zamian? Mieszkanie w zatłoczonym mieście. Nowy sprzęt wideo. Czy te rzeczy sprawią, że będziesz szczęśliwy?
Innym razem padały słowa:
- Mędrcy ze Wschodu i Zachodu od wieków zapowiadali Koniec Świata. Przyjdzie on, gdy zgaśnie wszelkie światło, a ludzie pogrążą się w beznadziejnej rozpuście. Wówczas nastanie kataklizm, który zniszczy wszelką cywilizację. Ten czas nadchodzi...
Któregoś razu mistrz przywołał do siebie młodego naukowca, jednego ze swoich uczniów. Zapytał o jego wiedzę i rozwój duchowy. Doczekawszy się odpowiedzi, rzekł:
- Chcemy powierzyć Ci ważne zadanie. Wyjedziesz za granicę, gdzie będziesz wytwarzał substancję, na których się znasz. Dostaniesz wszystko, co będzie potrzebne.
Zgodzić się? Co za pytanie! Kilka dni później, nad ranem, znajdował się na lotnisku w Tokio. Miał ze sobą tylko jedną, lekką walizkę. Samolot w parę godzin przetransportował uczonego do Władywostoku. Tam czekali nań inni wyznawcy - zarówno z Rosji, jak i z Japonii. Zapewnili go o braku zastrzeżeń ze strony władz. Zjadłszy obiad, pojechali do laboratorium pod miastem.
Była to filia miejscowej uczelni. Pośród tajgi wznosiły się niskie bloki. Mieściły się tam pracownie. Wyposażono je w sprzęt laboratoryjny wszelkich rozmiarów. Szafy zamykane na kod kryły odczynniki oraz stroje ochronne. Baraki z drewna służyły za sypialnie, zaś ceglasty budynek w środku krył bibliotekę, stołówkę oraz gabinet administracji (chwilowo nieczynny). Na tyłach kompleksu jezioro zapewniało kąpiel.
Naukowiec kilka miesięcy pracował dla sekty. Parę razy w tygodniu odbywały się wykłady. "Musimy przyłożyć rękę do zniszczenia świata, w którym rządzi Szatan z Ameryki." Na co dzień godziny upływały w laboratorium. Zaczęto od produkcji w małych probówkach, aby po tygodniu przejść na dziesięciolitrowe kolby. Metanol, fosfor i fluor reagowały, tworząc difluorek metylofosforowy. Po dodaniu alkoholu izopropylowego powstawała bezbarwna ciecz. Parę litrów wystarczyło do unicestwienia całej ludzkości. Ekstrakt śmierci, łatwo uchodzący w powietrze, czyniący je sobie podobnym. Pięć liter: S A R I N. Do tej pory żadna "grupa terrorystyczna" nie mogła liczyć na broń chemiczną. Teraz miało się to zmienić.
Kolby z sarinem załadowano na kuter rybacki. Pod stertą ryb przepłynęły od rosyjskiego wybrzeża do wysp Japonii. Ciężarówka zawiozła je do ośrodka Najwyższej Prawdy. Po paru miesiącach ludzie w strojach ochronnych napełnili cieczą ampułki, które włożyli do... śniadaniówek. Śniadaniówki trafiły do Tokio. Tam wyznawcy, młodzi mężczyźni, wyposażeni w strzykawki z antidotum, wzięli towar w swoje ręce. Jak gdyby nigdy nic, wsiedli rano do metra. W wagonach zostawili pudełka, uprzednio przebiwszy je parasolkami.
- Co to za zapach?
- Jakby spalone opony...
- Ojej!
Ludzie padali na ziemię, taplając się we własnych wymiotach. Modnie ubrane kobiety, mężczyzn pracujących w korpo powaliła niewidzialna siła. Płyny ustrojowe wypływały na zewnątrz, jak gdyby wszystkie brudy społeczeństwa wypełzały. Nikt nie wiedział, co się dzieje.
W ataku na tokijskie metro zginęło dwanaście osób, a ponad trzy tysiące zostało rannych. Po raz pierwszy w historii "terroryści" użyli broni chemicznej. Po raz drugi w dziejach wykorzystano sarin w celach bojowych. Choć sprawcy zostali ujęci i skazani, widmo zagłady ciąży nad konsumpcyjnym, kapitalistycznym światem.
Taki będzie początek światowej anarchii. Broń masowej zagłady zniszczy zepsutą cywilizację. Dla lubiących ciepłą wodę w kranie oraz ciepłe kapcie na nogach, nastanie Armagedon. Co będzie potem? Oddajmy głos uczonym w sprawach religii i polityki. Obecnie muszą zadziałać kapłani zniszczenia. Z pewnością porozmawiamy jeszcze o tym i o innych sprawach. Na żywo.
Pozdrawiam
Thor, bóg piorunów
autor: Leon Drzewczyk
Wywiad z rosyjskim nacjonalistą, tradycjonalistą Alexeyem Levkinem – rozmawiał Witold Dobrowolski
Wywiad z rosyjskim nacjonalistą, tradycjonalistą Alexeyem Levkinem, założycielem słynnego Wotan Jugend, jednym z liderów Rosyjskiego Centrum skupiającego rosyjskich nacjonalistów na uchodźstwie, oraz wokalistą zespołu M8L8TH. Ze względu na represje ze strony rosyjskiego aparatu bezpieczeństwa Alexey przebywa aktualnie na Ukrainie.
Czy mógłbyś opowiedzieć co sprawiło, że zostałeś nacjonalistą?
Pytanie oczywiście skomplikowane. Chociaż raczej nie tak skomplikowane, jak długa będzie moja odpowiedź. Rosyjskim nacjonalistą stałem się około 15 lat temu. Można byłoby zrobić osobny wywiad o moim życiu. Stosowne jest, aby powiedzieć o tym, jak przyjechałem na Ukrainę. Byłem jednym z założycieli dużego projektu propagandowego (Wotan Jugend), który specjalizował się w obalaniu mitów współczesnej pseudo-Rosji. Pracowałem z młodzieżą. Kiedy doszło do konfliktu na Ukrainie i zostały utworzone tak zwane Republiki Ludowe na wschodniej Ukrainie, nasz projekt popierał obiektywną pozycję, mówiąc o faktach wokół konfliktu i jaka powinna być wobec niego postawa rosyjskich nacjonalistów. A nacjonalista to przede wszystkim osoba, która dba o dobro swoich ludzi. Byliśmy poddawani represjom ze strony Służby Bezpieczeństwa, która zabrała nasz projekt i używała go do prowokacji. Mieliśmy otwartą sprawę karną, a sami zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia terytorium naszego kraju. Powtórzę, że Federacja Rosyjska nie jest naszym domem, jest chimerą, która występuje na terenie wygubionej naszej historycznej ojczyzny – Rosji.
Republikanin, rewolucjonista, deista, bohater narodowy - Tadeusz Kościuszko
Andrzej Tadeusz Bonawentura Kościuszko jest znany szerszemu gronu przez swój wkład w walkę o niepodległość Polski w tzw. Insurekcji Kościuszkowskiej. I na tym wiedza na temat tego bohatera narodowego najczęściej się kończy. Mało kto jest świadom poglądów Tadeusza Kościuszki. Warto je tutaj odświeżyć. W końcu trudno sobie uświadomić i wyobrazić, że polski bohater narodowy mógł być deistą, antyklerykałem i mieć za przyjaciół masonów? Dla niektórych może być to szokiem.
Poniższy tekst będzie próbą obiektywnego opisania osobowości omawianej postaci historycznej. Z racji tego warstwa tekstowa składać się będzie z dwóch części. Pierwsza będzie formą krótkiej biografii, druga składać się będzie z poglądów Tadeusza Kościuszki.
Zanim zaczniemy typową biografię, warto poświęcić jeden akapit dotyczący rodu Kościuszków. Uważa się, że Tadeusz Kościuszko wychowywany był w duchu tolerancji religijnej. Wywodził się on z białoruskiej szlachty, która zamieszkiwała tereny tzw. Rusi Litewskiej. Początkowo przodkowie Tadeusza porzucili prawosławie na rzecz protestantyzmu. Jeden z nich, niejaki Jan Kościuszko, na początku XVII w., będąc już ewangelikiem, wziął ślub z arianką i sam przeszedł na wierzenie braci polskich. W 1658 r. arian zmuszono do przyjęcia katolicyzmu albo do opuszczenia kraju (wpływ na to miała kolaboracja dużej liczby arian na rzecz Szwedów podczas II wojny północnej). Wspomniany ród szlachecki wybrał w tym przypadku katolicyzm i tak już pozostało. Z autopsji znał on katolików, prawosławnych, unitów, protestantów oraz żydów. Podwaliny tej tolerancji mogły mieć wpływ na rozwój deizmu jako idei oświeceniowej u omawianej postaci, o czym szerzej później.
Wychowanie miało duży wpływ na uformowanie poglądów Tadeusza. W wieku 9 lat rozpoczął on edukację jako uczeń kolegium pijarskiego w Lubieszowie koło Pińska. Edukację prowadziły osoby duchowne. W oświeceniowym typie kształcenia, m.in. oprócz łaciny uczono języka polskiego, matematyki oraz nauk przyrodniczych. Ponadto pedagodzy przekazywali wzorzec „oświeconego obywatela patrioty”, zaktywizowanego dla dobra swojej ojczyzny, co także udzieliło się w późniejszym życiu Tadeusza. Warto wspomnieć, iż opisywaną szkołę zreformował Stanisław Konarski - pijar, katolicki zakonnik wdrażający idee oświeceniowe w szkolnictwie. Wróćmy jednak do Tadeusza Kościuszki. Przerwał on naukę w 1760 r., ze względu na śmierć ojca. Los jednak się do niego uśmiechnął - otrzymał rekomendację lokalnej szlachty oraz władz kościelnych z terenów rodzimego Polesia. Dzięki znajomościom, stał się kandydatem do podjęcia studiów w Szkole Rycerskiej. Stypendium ufundował mu Adam Kazimierz Czartoryski, widząc potencjał w młodej osobie. Kościuszkę przyjęto do szkoły, gdy miał 19 lat. Wspomniana placówka stanowiła kondominium polskiego oświecenia w edukacji w tamtym czasie, m.in. sprowadzano do niej wybitnych zagranicznych wykładowców. Oprócz tego Tadeusz za dobre wyniki w szkole został wysłany na stypendium do Francji. Oficjalnie studiował w Akademii Malarstwa i rzeźby, a na prywatnych lekcjach poszerzał wiedzę na temat wojskowości. (Powodem takiego stanu rzeczy był fakt, iż w tamtym czasie cudzoziemcy nie mogli legalnie wstąpić do francuskiej akademii wojskowej). Wspomniane nauki miały miejsce w latach 1769-1774. Uznaje się, iż ten wyjazd do przedrewolucyjnej Francji miał wpływ na rozwój poglądów Tadeusza Kościuszki. Podczas tej podróży zwiedził również Holandie, Anglię, Szwajcarię, Saksonię oraz Półwysep Apeniński. Warto podkreślić na koniec tego akapitu, iż sam mecenas Szkoły Rycerskiej, Adam Kazimierz Czartoryski, ubiegał się o przywilej wyjazdu za granicę Tadeusza Kościuszki u króla Polski - Stanisława Augusta Poniatowskiego.
Po skończeniu szkoły i po powrocie z zagranicznej podróży, Kościuszko nie odnalazł się, dzisiaj byśmy to określili - „na rynku pracy”. Jego umiejętności nie zostały docenione w kraju, pomimo tego, że był np. w stopniu kapitana. Wpływ na to miała m.in. redukcja w armii Rzeczpospolitej, wymuszona przez zaborców. (Pamiętać trzeba, iż kiedy Tadeusz był we Francji doszło do I rozbioru Polski). W tym samym czasie przeżył on zawód miłosny. Dorabiając jako nauczyciel córek hetmana Józefa Sosnowskiego, zakochał się w jednej z nich - Ludwice, z wzajemnością. Nie posiadał stosownego majątku, dlatego też miał nikłe szanse na oficjalne zaręczyny. Po nieudanych zaręczynach, porwał on ukochaną, jednak służba powiedziała hetmanowi, do czego doszło. W konsekwencji Tadeusz Kościuszko został pobity przez Józefa Sosnowskiego dając nauczkę, że takie zachowanie nie będzie tolerowane. Niespełniona ukochana - Ludwika Sosnowska, ostatecznie została wydana za księcia Stanisława Lubomirskiego. (Jej ojciec przegrał jej rękę w grze w karty ze wcześniej wspomnianym księciem). W konsekwencji tych doświadczeń, młody polski oficer, niepotrafiący odnaleźć się w realiach i uciekając przed zemstą ojca ukochanej, wyruszył w kolejną podróż.
Tadeusz Kościuszko przybył w 1775 r. do Saksonii. Poszukiwał tam pracy - bezskutecznie. Trafił następnie do Paryża. To właśnie tu dowiedział się o wojnie koloni w Ameryce Północnej z Wielką Brytanią. W czerwcu 1776 r. znalazł się w jednym z francuskich fortów i wyruszył przez ocean. Po dwóch miesiącach podróży znalazł się w Filadelfii. Wziął udział w Rewolucji Amerykańskiej jako ochotnik. Zajmował się głównie budowaniem fortyfikacji. To właśnie podczas tego konfliktu, Tadeusz Kościuszko zetknął się z realizowanymi w praktyce ideałami republikańskimi. Jego przyjacielem stał się m.in. Thomas Jefferson. Uzyskał w tej wojnie stopień generała brygady armii amerykańskiej.
Kościuszko wrócił do kraju w 1784 r. i ujrzał ojczyznę w rozkładzie. Osiadł w rodzinnym majątku w Siechnowiczach. W związku z reformą zwiększenia liczebności wojska do 100 tyś. w ramach obrad Sejmu Czteroletniego, Tadeusz Kościuszko 12 października 1789 r. otrzymał od króla nominację na generała majora wojsk koronnych. Rozpoczęła się wojna polsko-rosyjska w 1792 r., w obronie Konstytucji 3 maja. Głównym punktem zapalnym tej wojny było zawiązanie Konfederacji Targowickiej. Tadeusz dostał dowództwo nad dywizją w tym konflikcie. Za dokonania podczas tego konfliktu odznaczony został orderem Virtuti Militarii, oraz Orderem Orła Białego. Po zdradzie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który przeszedł na stronę Targowiczan, Tadeusz Kościuszko wyemigrował za granicę, do Drezna. Już w 1793 roku z innymi konspiratorami planował powstanie.
.
Warto w tym akapicie przejść do najważniejszych kwestii z powstania z 1794 roku, przez które Tadeusz Kościuszko stał się najbardziej rozpoznawalny w obecnych czasach. Owa Insurekcja, nazwana później przez historyków - Kościuszkowska - stała się nie tylko polem bitewnym w walce z Rosjanami, ale też poligonem doświadczalnym wprowadzania nowych reform wojskowych w duchu republikanizmu i oświecenia, m.in. do armii polskiej trafili mieszczanie i chłopi. Ci ostatni najczęściej uzbrojeni w kosy bojowe tworzyli tzw. oddziały Kosynierów. Pomimo początkowych sukcesów zrywu, w ostateczności powstanie zakończyło się klęską. W trakcie przegranej bitwy pod Maciejowicami, ranny Kościuszko trafił do niewoli carskiej.
Generał Kościuszko był więźniem rosyjskim do grudnia 1796 r. Jego kondycja fizyczna i psychiczna nie miewała się dobrze. Ponadto ten stan pogłębił upokarzający akt wierności poddańczej - chodzi dokładnie o przysięgę wobec cara Pawła I. Cena tak wysoka była pragmatycznym wyborem uwolnienia powstańców polskich, znajdujących się w niewoli tak jak ich dowódca. Oswobodzony, wraz ze swoim najbliższym przyjacielem - Janem Ursynem Niemcewiczem, wyruszyli do USA. Gościł ich sam Jerzy Waszyngton. Tadeusz Kościuszko odwiedził w tym czasie też Thomasa Jeffersona. Oprócz sentymentalnych wspomnień z okresu Rewolucji Amerykańskiej podczas biesiad i pogawędek, wyprawa Kościuszki do Ameryki miała także pragmatyczny cel. Dokładnie chciał on odzyskać zaległe płatności. W końcu jakby nie patrzeć był najemnikiem w czasie wojny o niepodległość USA, a ówczesna sytuacja materialna Kościuszki nie kreśliła się w kolorowych barwach.
Wciągnięty znów do polityki wyruszył do Francji w 1797 roku. Na prośbę Jeffersona, Tadeusz podjął się roli mediatora i pod koniec czerwca przybył do Francji. Misję wobec USA wypełnił z powodzeniem, jednakże w kwestii polskiej nie zdziałał nic. Polscy konspiratorzy przyjęli Kościuszkę z mieszanymi uczuciami. Tadeusz jednak angażował się dalej dla sprawy Polski. Sam brał udział w zawiązywaniu Legionów Polskich we Włoszech oraz w tworzeniu struktur organizacji o nazwie „Towarzystwo Republikanów Polskich”. Nie podzielał on jednak nadziei na odzyskanie niepodległości dla Rzeczypospolitej u boku Napoleona Bonaparte, którego szczerze nie lubił. (Choć Cesarz Francuzów określał go mianem „Bohaterem Północy”). Symbolicznym pozostaje fakt, iż Kościuszko nie przybył do utworzonego w 1807 r. Księstwa Warszawskiego. Tadeusz Kościuszko w 1815 r. osiadł w Szwajcarii, w mieście Solura, u zaprzyjaźnionego Franciszka Ksawerego Zeltnera. Wycofał się z życia publicznego. Czuł się też wyalienowany z polskiego środowiska emigracyjnego. Tadeusz Kościuszko zmarł 15 października 1817 r.
Po przedstawieniu najważniejszych wątków biograficznych omawianej postaci, warto w tym akapicie przejść do drugiej części tego artykułu, jakim będą jej poglądy. Na początek rozwinąć trzeba czytelnikowi kwestie deizmu wyznawanego przez Tadeusza Kościuszkę i jego poglądy na temat religii, zwłaszcza antyklerykalizm. Następnie zostaną przedstawione poglądy na temat człowieka, kwestia równości wszystkich ludzi wobec prawa oraz wdrażanie ideałów republikańskiego oświecenia w życie.
Teoretyczna koncepcja oświeceniowa deizmu zakładała m.in., że człowiek powinien samodzielnie kształtować swoje poglądy religijne zgodnie z wytycznymi rozumu i zasadami współżycia społecznego. Deiści odrzucali tradycyjne dogmaty oraz instytucję Kościoła, traktując je jako ucisk wobec jednostki, ludów i narodów. (Deizm traktowali jako „lek” na „negatywne wpływy instytucji religijnych” na społeczeństwo). Religia pojmowana w sposób deistyczny określano terminem „religii natury”, a Boga określano jako „Istotę Najwyższą” lub „Absolutem”. Jednakże Tadeusz Kościuszko inaczej rozumiał deizm - w jego pojmowaniu więcej było podejścia emocjonalnego niż racjonalnego w tej koncepcji.
Kościuszko uważał, że państwo nie powinno mieć innej religii niż naturalna. Religia, według niego, wykorzystywana była przez kapłanów do utrwalania dominacji nad ciemnym ludem, głównie do zaspokajania materialnych potrzeb oraz wzmocnienia władzy tyranów. Z racji tego potępiał nie tylko kościół katolicki, ale np. też kościół prawosławny czy unicki oraz zapewne protestanckie zbory. Tutaj pojawia się interesująca koncepcja kwestii religia, a państwo - zdaniem Kościuszki wyznania religijne powinny być podporządkowane strukturom państwowym, które w konsekwencji zapewniałyby obywatelom swobodę wyznania w granicach obowiązującego prawa. Najbardziej widoczne jest to w pewnym źródle historycznym. Chodzi dokładnie o tzw. „Memoriał Kościuszki” z 1814 roku, zaadresowany do A.J. Czartoryskiego - tego samego, który przyjął Tadeusza Kościuszkę do szkoły Rycerskiej. (Jest kilka tłumaczeń tego dokumentu z języka francuskiego, ja posłużę się z portalu racjonalista.pl) W dokumencie tym Tadeusz Kościuszko surowo oceniał kler katolicki, ale i nie tylko, bo i tzw. „prywatę”, cytując:
„Jeśli jednak, na odwrót rozpoczniecie od oświecania Księży, dacie im /tym samym/ więcej środków, by zniewalali Lud i trzymali go w jeszcze silniejszym uzależnieniu, bowiem każde wydzielone ciało w Narodzie będzie mieć zawsze swój własny interes, przeciwny do interesu Państwa, bądź będzie występować przeciwko działaniom rządu, bądź będą miały miejsce potajemne bunty i konspiracje, w które niestety obfituje historia. Nie można mieć nadziei, że zmieni się ich zachowanie, gdyż w ich podstawowym interesie leży mamienie ludu kłamstwami, strachem przed piekłem, dziwacznymi dogmatami oraz abstrakcyjnymi i niezrozumiałymi ideami teologicznymi. Księża będą zawsze wykorzystywać ignorancję i przesądy Ludu, posługiwać się (proszę w to nie wątpić) religią jako maską przykrywającą ich hipokryzję i niecne uczynki. (…)”
W innym fragmentach tego memoriału czytamy, kolejne uwagi wobec kleru, m.in.:
„Widzieliśmy Rządy Despotyczne, które posługiwały się zasłoną religii w przekonaniu, że to będzie najmocniejsza podpora ich władzy, wyposażano więc Księży w największe możliwe bogactwa kosztem nędzy ludu, nadawano im najbardziej oburzające przywileje aż po miejsce u Tronu, jednym słowem, tak mnożono względy, dobra i bogactwa Duchownych, że połowa Narodu cierpiała i jęczała z biedy, podczas gdy oni, nie robiąc nic, opływali wszelkie dostatki.”
Tadeusz Kościuszko wdrażał w życie deizm, np. świadomie nie wykonywał praktyk religijnych, co odbierane było negatywnie i z napomnieniem m.in. ze strony biskupa Turskiego. Usilnie namawiał on Kościuszkę do obowiązkowej dla każdego katolika spowiedzi wielkanocnej, a Tadeusz… „miał to gdzieś”. Dojść można do wniosku, iż Tadeusz Kościuszko czcił Boga, jako istotę wyższą, ale nie brał udziału w mszach świętych, obrzędach i życiu religijnym. Tezę tą postawił polski historyk, uczestnik Powstania Styczniowego -Tadeusz Korzon.
Drugą mocną cechą światopoglądową Tadeusza Kościuszki w kwestii religii było potępienie fanatyzmu religijnego, np. twierdził on, że:
„Fanatyzm dodaje wprawdzie mocy duszy, ale napełnia człowieka ślepotą i tamuje wzrost myśli, dlatego nigdy nie zrówna bohaterstwu wolności”.
Przelewanie krwi w imię „istot wyższych”, także było potępiane przez Tadeusza Kościuszkę, cytując:
„Bywały czasy, kiedy dla różnych bogów, jakich sobie natworzyli ludzie, wzajemnie się zabijali, ale dziś Europa jest przekonana, że Bóg natury nie potrzebuje, aby lały dla niego krew stworzenia, co nie są zdatne ogarnąć jego istoty”.
Z racji tego Tadeusz Kościuszko nieprzychylnie obserwował Konfederację Barską oraz zamieszki i bunty Rusińskiego chłopstwa prawosławnego na Wołyniu i Podolu w latach 1788-1789. Warto poruszyć dla czytelnika to drugie wydarzenie szerzej, aby w pełni zobrazować rozumowanie i podejście Kościuszki do kwestii fanatyzmu i obrony chłopstwa. (Kwestia podejścia Tadeusza Kościuszki do chłopstwa zostanie poruszona szerzej w dalszej części artykułu).
Przyczyną sytuacji w latach 1788-1789 na Wołyniu i Podolu była prorosyjska propaganda prawosławnego duchowieństwa, która miała rozsadzić ład i porządek w Rzeczypospolitej. Kościuszko nie przyłączył się do dominującej opinii, aby ukarać zbrojnie prawosławne rusińskie chłopstwo. Padały m.in. propozycje wobec tego problemu, aby wysłać pospolite ruszenie szlachty, które dokonałoby pacyfikacji buntowników. W maju 1789 r. Tadeusz Kościuszko pisał w tej kwestii do Michała Zaleskiego. Ten ostatni był posłem na Sejm Czteroletni oraz członkiem ówczesnej sejmowej komisji śledczej w sprawie oskarżonych o bunty. Warto tu zacytować Tadeusza Kościuszkę w całości, aby w pełni zrozumieć jego stanowisko w potępianiu fanatyzmu religijnego oraz obronę chłopów, cytując:
„(…) Fanatyzm pochodzący z nieświadomości zawsze najokropniejsze zwykł wydawać skutki. Zapobiec nie(ś)wiadomości długa jest droga. Trzeba wieków, aby oświecić ludzi, a trudniej u nas, gdzie ludzie oddychają niemal z woli swych panów, nie mają żadnego po sobie prawa, nawet odmienić miejsce zabroniono im, uchylić się od okrucieństwa lub uciemiężenia, pomijam od niesprawiedliwości, bo tej zawsze doznają. Wiem, co nieludzkość odpowiedzieć może - mogą uciec. A gdzie? Pytam się, do Moskwy chyba? Bo wszędzie pozwala prawo ścigać poddanego. (Poddanego - słowo przeklęte być powinno w oświeconych narodach). To my zaludniać inne kraje naszym nierządem będziemy? Zmniejszyć fanatyzm jest krótszy sposób i nie widzę, jak jeden pewny i najłagodniejszy, łącząc święta wszystkie ich z naszymi, jeden niech będzie kalendarz. Postarać się, aby popi msze mogli mówić po polsku. Nieoświeconym ludziom powierzchowności potrzeba, widocznej różnicy, gdyż żadnej nie czynią między religią grecką nieunitów, to jest moskiewską, a swoją (unicką), jedna jest to dla nich, a nasza jest odmienna dla nich. Przyzwyczajać ich potrzeba do polskiego języka, niech w polskim języku wszystkie ich nabożeństwa będą. Z czasem duch polski w nich wejdzie”.
Brać trzeba pod uwagę jednak fakt, iż przy takim zaściankowym myśleniu większości szlachty w ówczesnym czasie, pomysły takie, jakie dawał Tadeusz Kościuszko, były w większości zapewne niezrozumiałe.
Ostatnia kwestia w temacie religii to rozdzielenie kościoła od instytucji państwowych. Tadeusz Kościuszko chciał typologicznie świeckiego państwa. W kwestii edukacji przeciwstawiał się on powierzaniu jej klerowi. Mowa tutaj nie tylko o klerze katolickim, ale także prawosławnym i unickim. Negatywny stosunek Tadeusza Kościuszki do Kościoła widoczny był oprócz teorii także w pragmatycznych działaniach. Przykładem Insurekcja, kiedy jako Naczelnik wydawał rozkazy konfiskaty dóbr m.in. dzwonów kościelnych na rzecz powstania.
Kolejnym szerszym tematem, w związku ze światopoglądem Tadeusza Kościuszki, pozostaje wizja człowieka. Główny bohater tego artykułu głęboko interesował się ideami oświeceniowymi, które w jakiś sposób mogły poprawić żywot uciskanych przedstawicieli ówczesnego polskiego społeczeństwa - chłopów, ale i nie tylko, np. będąc w Ameryce, po wojnie przeznaczył część zdobytych funduszy na edukację murzyńskich niewolników.
Według Kościuszki, pierwszym krokiem w „uwolnieniu chłopstwa” powinno być wyzwolenie osobiste chłopa, a potem edukacja, cytując:
„Mniemają niektórzy, iż potrzeba pierwej oświecić lud, zanim mu dać wolność. Ja rozumiem przeciwnie, że chcąc oświecić lud trzeba go uwolnić. Wieleż narodów historii znamy, co nie umiały czytać, a byli wolnymi?”.
Tadeusz akceptował bez zastrzeżeń naturalną zasadę równości wszystkich ludzi wobec prawa. Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach pogląd taki był rewolucyjny, czy to w absolutystycznej Francji czy szlacheckiej Rzeczypospolitej. W jednej i drugiej, każdy człowiek miał ustanowione miejsce, którego nie mógł zmienić. Tutaj najbardziej ubolewała Kościuszkę sytuacja polskich chłopów, m.in. po powrocie z wojny ze Stanów, zmniejszył pańszczyznę swoich poddanych do 2 dni. Ponadto, wdrażanie zasady równości dobitnie widać w dokumencie o nazwie „Uniwersał Połaniecki” z okresu Insurekcji. Według tego dokumentu, tereny objęte powstaniem zwolnione były z poddaństwa chłopów oraz otaczały ich państwową opieką prawną i zmniejszoną pańszczyzną. Podczas tego powstania Najbardziej znanym cytatem w tej materii pozostaje ten:
„Za samą szlachtę bić się nie będę, chcę wolności całego narodu i dla niej tylko wystawię swe życie”.
Oznacza to, iż za naród Tadeusz Kościuszko uznawał nie tylko szlachtę (naród szlachecki), ale także wszystkich tych, którzy zamieszkiwali tereny Rzeczypospolitej posługującym się językiem polskim. Mowa tu o mieszczanach i chłopach o różnym pochodzeniu etnicznym. Potwierdzeniem tego odwołania się do „etosu polskości” widać chociażby w liście do Michała Zaleskiego, gdzie padają stwierdzenia dotyczące łączenia kalendarzy, modlitwy popów w języku polskim, przyzwyczajaniu do polskiego języka oraz o „wchodzeniu polskiego ducha” w prawosławne serca.
Podczas Insurekcji, w kwestii chłopskiej i wdrażania republikańskich ideałów oświeceniowych, ważna pozostaje również bitwa pod Racławicami, a raczej sytuacja po niej. Za odniesione zwycięstwo Tadeusz Kościuszko mianował chłopa - Wojciecha Bartosza - chorążym Granadierów Krakowskich. Nadał mu również nazwisko - Głowacki. Oprócz tego Tadeusz Kościuszko, ubrał się w chłopską sukmanę. Wynikało to jednocześnie z ówczesnej tradycji wojskowej (dowódca zakładał mundur oddziału, który najbardziej wyróżnił się w walce), ale też jak wcześniej wspomniano - wprowadzaniu republikańskich wartości.
Warto na sam koniec przejść do podsumowania przedstawionych treści. Z biografii i poglądów Tadeusza Kościuszki wysnuwa się według niego obraz państwa świeckiego, w którym każdy obywatel wyznaje religię taką, jaką chcę. Jest w tym tylko jeden warunek - instytucje kościelne i religijne podlegają bezapelacyjnie państwu. Edukacją powinno zająć się państwo, a nie kler, bez względu na to czy będzie to np. katolicki ksiądz, czy prawosławny lub unicki pop. Z wizji Kościuszki wyłania się też jeden naród, posługujący się językiem polskim, jako językiem państwowym, ale o różnym pochodzeniu regionalnym i etnicznym. Na temat funkcjonowania systemu czy ustroju wiemy za mało, aby szerzej przedstawić. Zapewne wizja ustroju według Tadeusza Kościuszki byłaby republiką na wzór ideałów wyniesionych ze wczesnego funkcjonowania USA. W końcu tam ujrzał on ideały republikańskie wdrażane w życie. To tam ujrzał jak angielski chłop wysłany do kolonii uzyskuje pełną wolność podczas Rewolucji Amerykańskiej. Szerzej przebadać trzeba w tym przypadku organizację „Towarzystwo Republikanów Polskich”, a może uzyska się odpowiedzi na to pytanie. Czy może byłby to jednak model ustroju wprowadzony na wzór Jakobiński, z Rewolucyjnej Francji? Trudno to jednoznacznie określić, bo Insurekcja nie została wygrana. Intrygującym faktem jednak pozostaje, że kościół mógłby być prześladowany w takim ustroju państwowym. W końcu Tadeusz Kościuszko przetapiał m.in. dzwony na produkty potrzebne do walki z Rosjanami, co daje do myślenia, iż takie działania mogłyby być realizowane np. w polepszeniu funkcjonowania państwa albo np. na budowanie publicznych szkół. Kwestia ta pozostaje na chwilę obecną w formie przypuszczeń.
Patryk Płokita
Bibliografia:
Dokumenty źródłowe:
Kościuszko T., O Kościele, religii i wolnej myśli”, Memoriał 1814, [w:] http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,5498
Pozycje książkowe:
Korzon T., „Kościuszko - biografia z dokumentów wysnuta”, Kraków 1894. [w:] http://www.dbc.wroc.pl/dlibra/doccontent?id=8653
Koźmiński K., „Tadeusz Kościuszko 1746-1817”, Warszawa 1969;
Strony internetowe:
Komitet Kopca Kościuszki w Krakowie ustanowiony w 1820 r., „Biografia” [w:] http://www.kopieckosciuszki.pl/pl/tadeusz-kosciuszko
Potomski P., „Gen. Tadeusz Kościuszko. Rycerz wolności, równości i braterstwa”; [w:] http://www.dziennik.com/publicystyka/artykul/gen.-tadeusz-kosciuszko.-rycerz-wolnosci-rownosci-i-braterstwa
Romanowicz T., „Oświeceniowy myśliciel i humanista” [w:] http://humanizm.net.pl/tadeuszk.html
Skrzypek M., „Kościuszko o religii” [w:] http://www.tygodnikprzeglad.pl/kosciuszko-o-religii/
„Tadeusz Kościuszko (1746-1817)”, [w:] http://dzieje.pl/postacie/tadeusz-kosciuszko-1746-1817
Zuziak J., „Bitwa Pod Racławicami, 4 kwietnia 1794”, [w:] http://www.ipsb.nina.gov.pl/index.php/a/bitwa-pod-raclawicami-4-kwietnia-1794-r
Audycje radiowe:
„Tadeusz Kościuszko - nieskazitelny symbol polskości?” [w:] http://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/1038164,Tadeusz-Kosciuszko-%E2%80%93-nieskazitelny-symbol-polskosci
Programy edukacyjne:
„Ciacho i bestia. Tadeusz Kościuszko”, „Historia bez cenzury”, [w] https://www.youtube.com/watch?v=KpuKIUVmUiY
Odezwa do młodzieży polskiej
Wiek XX był świadkiem dwóch wojen światowych, w wyniku których tymi, którzy ponieśli największą klęskę były nasze kraje, kraje kontynentu europejskiego.
W trakcie przygotowań do „traktatu pokojowego” bez udziału krajów pokonanych, Marszałek Foch z wyjątkową jasnością umysłu pozwolił sobie na stwierdzenie: „to nie jest pokój, to jest rozejm na dwadzieścia lat”.
Te dwie wojny światowe mogą, a nawet muszą zostać uznane za kolejną wojnę trzydziestoletnią (1914-1945). Od siebie dodam, że była to domowa i bratobójcza wojna europejska. Traktaty podpisane w 1920 r. zniszczyły cztery imperia: Cesarstwo Niemieckie, Austro-Węgry, Imperium Rosyjskie i Osmańskie. Po zakończeniu drugiego konfliktu przestały również istnieć dwa kolejne imperia: Francji i Wielkiej Brytanii. W 1945 roku prawdziwymi zwycięzcami były dwa pozaeuropejskie supermocarstwa: USA i ZSRS. Zauważmy, że oficjalne nazwy tych dwóch krajów nie wskazują na przynależność narodową ich mieszkańców. Mówią po prostu: Ameryka - Republiki sowieckie.
Po straszliwych zniszczeniach Europa była przez pół wieku okupowana i militarnie podporządkowana przez te dwie „anonimowe spółki akcyjne”. Nasz kontynent stracił w ten sposób na długo, może na zawsze, swoją światową supremację.
Głębokie i narzucone zmiany radykalnie zmieniły moralnie i gospodarczo nasze kraje Europy Środkowej. Połączono 28 krajów europejskich - czy tego chciały, czy nie. Pamiętajmy o referendum z roku 2005 w sprawie Konstytucji Europejskiej, którą 55% Francuzów odrzuciło. Realna władza nie jest już sprawowana przez stolice poszczególnych krajów ale przez niewybranych przez nikogo urzędników w Brukseli oraz przez zglobalizowane superbanki.
Jaka przyszłość więc dla naszych narodów Europy Środkowej? Co jest obowiązkiem polskiej i węgierskiej młodzieży? Dziś wybór jest dziecinnie prosty. Czy chcemy żyć w wolnych i niepodległych państwach, czy też mamy dać się rozpuścić w globalnej magmie bez granic i bez wolności zaprojektowanej przez tajne oficyny, przez bezpaństwowe organizacje i przez potwornych ideologów? Wiatr historii jest tylko marksistowskim wynalazkiem. Zresztą, gdzie jest ten sowiecki raj obiecywany jako najwyższa nadzieja? Ten ohydny raj wbrew naturze zawalił się jak domek z kart i to bynajmniej nie w wyniku zbieżnych działań Wall Street i MFW ale dzięki zdecydowanemu oporowi naszych narodów. Czy wiara w Boga i uczucie dumy z przynależności do naszych narodów mają zostać wyrwane z naszych serc? Nigdy!
Tysiącletnia Polska, podobnie jak Węgry należy do cywilizacji chrześcijańskiej. To nasze prawo, nawet nasz święty obowiązek, żebyśmy żyli podług naszych przyrodzonych praw. W Polsce jest młodzież, która może pokonać wszystkie trudności i pokonać wrogów zewnętrznych i wewnętrznych.
Nasz świat cały jest dziś na rozdrożu. Nasza przyszłość nie jest zapisana w jakimś tam miejscu - zależy od nas i patrioci Europy Środkowej muszą obudzić się i sprostać wyzwaniu rzuconemu przez wrogów wszelkiego rodzaju. Nikt nie zrobi tego za nas - nasze pokolenie może liczyć tylko na siebie i na solidarność kilku przyjaznych narodów.
Życzę polskiej młodzieży czujnego ducha w tej walce pod chwalebnym sztandarem przykładu naszych przodków, naszych bohaterów i naszych męczenników.
Zjednoczeni - zwyciężymy!
Między naszymi dwoma narodami w ciągu wieków utrwaliła się głęboka i szczera przyjaźń. Pozdrawiam polską młodzież i zapewniam ją o mojej wiernej przyjaźni.
Niech żyje wielki naród polski!
Niech żyje przyjaźń polsko-węgierska!
Kawaler Zakonu Witezów Węgierskich
Generał Brygady Gwardii Narodowej 1956
Bojownik OAS i weteran z Petit-Clamart
/ - / Lajos Marton
Okolice Paryża, 29 kwietnia 2015
Lajos Marton - Całe życie w walce
Lajos Marton urodził się 29 kwietnia 1931 roku w Posfie, niewielkiej wsi przy granicy z Austrią. Od dziecka marzył o karierze oficera i konsekwentnie dążył do wyznaczonego celu. Zakończenie II wojny światowej, a wraz z nim wejście Węgier do obozu państw sowieckich rozbudziło w Martonie antykomunistyczne powołanie. Po stłumionej rewolucji węgierskiej Marton udał się do Francji. Postanowił zostać tajnym współpracownikiem NATO – jedynej realnej siły mogącej przeciwstawić się .
Po przybyciu do tego kraju, którego język znał od wczesnej młodości, postanowił kontynuować działalność wojskową, jednak szybko naocznie przekonał się o tym, czym jest „polityka dezercji i dekadencji” osłabiającą armię francuską. Postawę ówczesnych władz Francji w Algierii uznał za tchórzostwo. W związku z tym dołączył do Organisation de l'Armée Secrète (OAS –Organizacja Tajnej Armii, założonej w 1961 roku). Powstałej w reakcji na referendum dotyczące samostanowienia Algierii. Po podpisaniu uznanych za zdradę stanu porozumień w Evian – les Bains członkowie ugrupowania wierzyli, że wywołają nowy konflikt zbrojny w Algierii. Bezskutecznie, postanowiono przenieść działalność OAS do Europy.
22 sierpnia 1962 roku członkowie grupy bojowej „Charlotte Corday” przeprowadzili nieudany zamach na prezydenta Republiki Francuskiej Charles’a de Gaulle’a. Jednym z żyjących bohaterów tamtych wydarzeń jest Lajos Marton - człowiek, który ulokował najwięcej kul w prezydenckim samochodzie. Zamach w Petit – Clamart to jeden z największych aktów poświęcenia dla idei, którego dokonał Marton. Został za to skazany na 20 lat pozbawienia wolności. Odbywał karę w kilku więzieniach, m.in. na słynnej wyspie Ré. W 1968 r. skorzystał z amnestii i odzyskał wolność. Powrócił do działalności wojskowej.
Na początku lat 80. XX w. brał udział w ryzykownej akcji dywersyjnej w Czadzie. Pod koniec tego dziesięciolecia otrzymał upragnione pozwolenie na wjazd do Węgier. Po dziś dzień współpracuje z administracją węgierską, a także bierze udział w konsultacjach prowadzonych przez węgierskie ministerstwo obrony.
Lajos Marton to postać niezwykle barwna. Idealista, żołnierz, antykomunista, a przede wszystkim człowiek honoru. Człowiek, którego całe życie pochłonęła walka z komunizmem i jego następstwami. To węgierski i francuski patriota, wielki przyjaciel Polski, który do dzisiaj wspomaga młodzież swoim doświadczeniem i autorytetem. Postać niezwykle ważna dla ruchów narodowych zarówno na Węgrzech, jak i we Francji.
W 2015 roku dzięki wydawnictwu Arte ukazała się polska edycja biografii Lajosa Martona pt. Moje życie dla Ojczyzny! Powinien przeczytać ją każdy, kogo interesują losy współcześnie żyjących wojowników – idealistów, żołnierzy niezłomnych XX wieku. To również wyśmienita analiza historii powojennych Węgier i Francji widzianych oczami uczestnika najważniejszych wydarzeń w historii tych państw w drugiej połowie ubiegłego stulecia.
Tomasz Kosiński
„Czy ja miałem szczęście? Czy szczęściem jest pozostanie przy życiu po dwóch wyrokach
śmierci (zaocznych), jednym na Węgrzech, drugim we Francji? Zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa powinienem był przejść przez życie jako skromny chłop węgierski w malutkiej wiosce w pobliżu granicy austriackiej, lecz Los zadecydował inaczej. Nigdy nie miałem wyboru w ważnych decyzjach. Nie wierzę w predestynację jako pogląd, zgodnie z którym wszystko zostało zadecydowane wcześniej i wszystko jest zapisane w gwiazdach. Myślę, że to człowiek decyduje o swoim losie. A przynajmniej zawsze może powiedzieć nie.”
Lajos Marton
Marksizm kulturowy i jego owoce
W polskim ruchu nacjonalistycznym wiele się mówi o zagrożeniach dla naszego narodu płynących między innymi z lobby ruchów LGBT, źle pojętego feminizmu, propagowania aborcji (jako „wykorzystania wolności do wyboru”), czy zrzeszeń antyreligijnych. Co łączy te wszystkie zjawiska? W znacznej mierze są one owocami pracy reprezentantów nurtu marksistowskiego zwanego marksizmem kulturowym. Tekst ten będzie miał za zadanie przedstawić ich działalność wraz z jej owocami.
Marksizm kulturowy jest nierozłącznie związany ze środowiskiem naukowym powstałego już w 1923 roku Instytutu Badań Społecznych we Frankfurcie nad Menem, które przyjęło, od nazwy miasta w którym powstało, miano szkoły frankfurckiej. To tam po objęciu stanowiska dyrektora przez Maxa Horkheimera powstała „teoria krytyczna”, która stanowiła ideę-pomost dla rozwinięcia się wspomnianych we wstępie zjawisk społecznych. Jak sama jej nazwa wskazuje – kluczowym elementem z nią związanym była krytyka. Czego? Przede wszystkim tradycyjnej kultury i jej zasad oraz norm. Przedstawiciele szkoły frankfurckiej za twórcę „teorii tradycyjnej” (idei opozycyjnej wobec „teorii krytycznej”) uznali Kartezjusza, który to ustalił klasyczną metodologię nauki opartej na rozdzieleniu przedmiotu oraz podmiotu i niezmienności obu tych czynników, co skutkowało obiektywnością badań. Natomiast „teoria krytyczna” zakładała odnajdywanie podmiotu w przedmiocie, które oznacza próbę subiektywnego rozpatrywania podmiotu w różnych kontekstach. Zasady „teorii tradycyjnej” były na wskroś naukowe. Z kolei „teorię krytyczną” identyfikowano z filozofią. Co oznaczają te różnice? Otóż fakt budowania przez reprezentantów szkoły frankfurckiej (kolejnej w dziejach) „nowej filozofii” wiązał się z chęcią radykalnej rewolucji na łamach kultury. Głównym objawem tego przewrotu miało być zburzenie tożsamości, tradycyjnych wartości, wzorców oraz moralności opartej na religii i zastąpienie ich tym, co można dziś powszechnie zaobserwować jako poprawność polityczną, otwartość, czy tolerancję. Wszystkie te rzekome alternatywy do tradycyjnej kultury są wciąż szeroko forsowane. Warto jednak wspomnieć, że kulturowi marksiści dostrzegali w przedmiocie swoich badań autentyczne problemy takie jak obniżenie gustów, czy komercjalizacja kultury. Trzeba jednak zaznaczyć, że mimo spostrzeżenia i trafnego opisu między innymi wspomnianych zjawisk, szkołę frankfurcką można określić jako think-tank nowej lewicy oraz neomarksizmu. Rolę proletariatu w rozumieniu jej ideologów zastąpiły uciskane przez zwolenników tradycyjnej kultury mniejszości, które „nie pasują” do świata pełnego tożsamości o jasnych granicach oraz obiektywistycznych wartości. Do owych mniejszości należą między innymi homoseksualiści, transwestyci, feministki, czy nawet wojujący ateiści.
Zasady marksizmu kulturowego zostały więc oparte na typowo marksistowskim podziale na „dobrych” i „złych” obywateli. Ponadto warto zauważyć, że marksiści kulturowi również chcieli dokonać w społeczeństwie przemian poprzez konstrukt ideologiczny, który nazywali filozofią. Należy jednak pamiętać, że „stary marksizm” mimo wszystko był odmienny od tego opisywanego w tym tekście. Pierwotne marksistowskie założenia skupiały się na rozmaitych zależnościach i przekształceniach materii, które miały być zdeterminowane prawami mającymi w swym społecznym wymiarze polegać na nieustannej walce klas. Istotnym jego elementem było również przekonanie o konieczności rewolucji w imię postępu, która miała doprowadzić społeczeństwa do stanu bezklasowego. Natomiast w marksizmie kulturowym przyjmowano ideę zaczerpniętą od włoskiego marksisty, Antoniego Gramsciego, który mówił o potrzebie przeprowadzenia „długiego marszu” lub „marszu przez instytucje”. Pewnie wielu polskich nacjonalistów kojarzy to pojęcie z niespełnionymi, zaprzepaszczonymi założeniami Ruchu Narodowego, ale nie o tym ma traktować tekst. Ów „długi marsz” miał prowadzić do zaprowadzenia przez daną klasę społeczną hegemonii kulturowej – totalnej zmiany dominującej w danym społeczeństwie ideologii.
Na tym etapie warto zadać pytanie o zakres oraz skalę oddziaływania marksizmu kulturowego na świat Zachodu. Nie da się ukryć, że najczęściej forsowane wzorce kulturowe różnią się obecnie radykalnie od tych tradycyjnych. Wspomnieć warto jako chociażby przymusową tolerancję, która wynika bezpośrednio z Queer Theory. Co stoi za tym angielskim pojęciem? Stara się ono wyjaśnić różnice społeczne – ze szczególnym uwzględnieniem różnic płciowych. To właśnie ta teoria (wraz z jej nowomową) zapoczątkowała trwającą wciąż próbę oszukania natury poprzez kontestację utartych norm związanych z płciowością człowieka. Dzięki Queer Theory ruch LGBT i feministki mają otwarte drzwi do manifestowania swoich coraz dalej idących roszczeń. Nie da się ukryć, że pojęcie to jest ściśle związane z teorią krytyczną.
Również wojujący ateizm wynika często z kulturowego marksizmu. Chrześcijański system wartości już wiele razy budził sprzeciw, często był na celowniku szkodliwych ideologii. Współcześnie znów mamy do czynienia z próbą zdeprecjonowania znaczenia chrześcijaństwa. Co łączy to zjawisko z marksizmem kulturowym? Otóż według reprezentantów szkoły frankfurckiej i jej pochodnych, a szczególnie czołowego ideologa, Theodora Adorno, który skonstruował pojęcie „osobowości autorytarnej”, religia chrześcijańska oraz wynikające z niej normy takie jak tradycyjnie pojęta rodzina prowadzą do... faszyzmu, czy – jak to częściej ujmuje się w Ameryce – rasizmu. Dziać się tak miało ze względu na rzekomo opresyjny charakter chrześcijaństwa, od którego – według teoretyków marksizmu kulturowego – należało uwolnić społeczeństwa. Skutkiem dekonstrukcji wartości chrześcijańskich jest powszechny relatywizm moralny, zanik obiektywistycznej teorii moralności.
Wielu nacjonalistycznych publicystów w Polsce i – w większym wymiarze – poza nią podejmowało temat dyktatu politycznej poprawności. Z tego tekstu jasno wynika, że jest ona wynikiem świadomych działań pewnych kręgów intelektualnych. Narracja zapoczątkowana przez przedstawicieli szkoły frankfurckiej trwa na wielu uniwersytetach, czy innych środowiskach naukowych po dziś dzień. Należy zaznaczyć, że zagrożenie płynące wciąż z dekonstrukcji tradycyjnych wartości, czy zideologizowanego relatywizmu reprezentowanego przez zwolenników teorii krytycznej jest szczególnie silne nie tylko ze względu na przyjmowanie niektórych postulatów marksistów kulturowych przez kręgi polityczne, ale przede wszystkim ze względu na wspomnianą obecność ich ideologii w kręgach intelektualnych – nie tylko filozoficznych, ale również socjologicznych, czy psychologicznych (na teorię tej odmiany marksizmu miała znaczny wpływ psychoanaliza).
Wielkim zadaniem dla ludzi, którzy wierzą w słuszność tradycyjnych ideałów oraz klasycznie rozumianej tożsamości, jest walka z marksistowską hydrą. Należy przede wszystkim skupić się na przyczynach współczesnych, niepokojących zjawisk kulturowych oraz społecznych, a nie tylko – jak to ma miejsce w przypadku większości powstających między innymi w polskim obozie narodowym inicjatyw – na niwelowaniu ich objawów. To skupienie powinno się przejawiać w nieustannej formacji intelektualnej oraz osobowościowej i musi być również przekładane na obecność ludzi, którym zależy na przetrwaniu naszej cywilizacji, w przestrzeni publicznej – nade wszystko na aktywności akademickiej.
Michał Walkowski
Bronię patriotyzmu czyli liberalnym dziennikarzom w odpowiedzi
Ostatnimi czasy można poczuć się niemalże jak w okresie międzywojennym, kiedy to na każdym uniwersytecie działała Młodzież Wszechpolska, a Obóz Narodowo-Radykalny codziennie budził przerażenie jakiegoś postępowego publicysty. Szalone lata 30. wracają – przynajmniej jeśli wierzyć prasie – szczególnie w Warszawie, gdzie podobno udało się zmonopolizować nacjonalistom dyskurs na temat powstania, a także w sklepach odzieżowych, gdyż polskiej młodzieży znudził się „Che” na rzecz swojskiego Pileckiego.
No dobrze, pożartowaliśmy a teraz na poważnie.
Nigdy nie spodziewałem się, że takowy tekst popełnię, a już zwłaszcza do „Szturmu”, gdyż nie ukrywam, że traktując nasz miesięcznik jako swoistą awangardę polskiego nacjonalizmu, kuźnię idei, miejsce, gdzie można też przy okazji swobodnie skrytykować nie tylko lewaka i masona, ale także pewne błędy tkwiące w naszym środowisku, uważałem łamy tegoż czasopisma za idealne by piętnować to, co moim zdaniem w naszym ruchu jest błędne. A są nimi, między innymi, infantylizm i przesadne spłycenie idei do roli „patriotyzmu”. No i ten nieszczęsny biznes koszulkowy… No, ale tak się śmiesznie złożyło, że ostatnimi czasy tuzy polskiego dziennikarstwa na łamach przeróżnych liberalnych mediów, a już zwłaszcza liberalno-„katolickiego” „Tygodnika Powszechnego” (poświęciły na to aż DWA numery, w tym jedną okładkę!) postanowiły ponarzekać na „brunatnych” (chyba wprost pada tam takie określenie) oraz ponarzekać na to, że złe firmy odzieżowe wykorzystują symbol Polski Walczącej i to jest takie nadużycie, i takie nieestetyczne, i takie nadużycie, a w ogóle powstańcy to walczyli przeciwko nietolerancji! (No tak, w końcu jedna pani naukowiec orzekła już, że „Zośka” był gejem, więc w sumie to czemu by tak nie uznać powstania warszawskiego za zryw tęczowego miasta przeciw homofobom z SS?) I tak wczytując się w ten cały ból, żal, jad i przerażenie naszych gryzipiórków tak pomyślałem sobie, że ja im bym bardzo chętnie kilka rzeczy wyjaśnił a ponieważ stale zjawiska ochrzczone mianem „gimbo-patriotyzmu” oraz „mody na patriotyzm” spotykały się z mojej strony z pewnymi złośliwościami, to gwoli pewnej sprawiedliwości dziś stanę w ich obronie.
Otóż, pozwolę zwrócić się do was, moi liberalni przyjaciele z najróżniejszych redakcji, generalnie to ja się z wami… zgadzam. Wybaczcie mi język, niestety wzorem Szczepana Twardocha uważam, że wulgaryzmy czasem są wielkim skarbem i warto z nich skorzystać, niemniej jednak ja się z wami w stu procentach zgadzam. Faktycznie, to nie nacjonaliści powinni uczyć polską młodzież patriotyzmu. Cały problem na tym polega, że to właśnie nie my, kurwa, powinniśmy to robić, tylko przez ostatnie „25 lat wolności”, które jest według was takim osiągnięciem, nie robił tego nikt inny.
W normalnym kraju konserwatyści mówią o obronie tradycyjnych wartości, liberałowie o wolnościach obywatelskich, socjaliści organizują strajki broniąc praw pracowniczych, a nacjonaliści starają się kreować politykę w duchu interesu narodowego. Nie jest zadaniem żadnego ugrupowania politycznego prowadzić edukację patriotyczną. To, że schrzaniono (a i to delikatnie powiedziane) totalnie wpajanie dzieciakom miłości do ojczyzny, a wręcz starano się wmówić społeczeństwu, że jest jakimś gorszym rodzajem człowieka, jakimś plemieniem które powinno wstydzić się swojego kraju za granicą, to zasługa III RP i elit – tak politycznych, jak i intelektualnych.
Mówicie, że ktoś kradnie wam patriotyzm? Pogięło was? W kraju, w którym przez kilkanaście lat od upadku komunizmu członkowie antykomunistycznego podziemia mordowani tysiącami w katowniach UB nie mogli doczekać się należytego upamiętnienia bo przecież wśród nich zdarzały się czarne owce, a co gorsza niektórzy poczuwali się do nacjonalizmu (możecie odmieniać demokrację w kontekście wyklętych przez wszystkie przypadki ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że znaczna część tych ludzi przed wojną należała do ugrupowań endeckich albo ONR, a podczas okupacji do NSZ) więc lepiej było tego nie ruszać. Legendarny jest już tekst opublikowany w „Gazecie Wyborczej” o wszystko mówiącym tytule „Patriotyzm jest jak rasizm” gdzie już na samym początku fundowano czytelnikowi takie rewelacyjne przemyślenia jak to, że „patriotyzm nie ma żadnego uzasadnienia moralnego – jest zbędnym reliktem przeszłości, pozostałością po czasach, gdy hordy plemienne wiodły wojny o terytorium, żywność i kobiety”. Nagonka ma Marsz Niepodległości zorganizowana przez tę samą redakcję, próby wygwizdania i blokowania, rewelacyjne przemyślenia anarchisty do kamery TVN-u na „kontrze” w 2010 roku, że sprzeciwia się takim prymitywnym wartościom jak „naród, krew czy rasa” (czyli odrzuca pojęcie konstytucyjnego suwerena) czy wreszcie sprowadzenie przez Krytykę Polityczną do naszego kraju lewackich bojówkarzy po to, by tłuczono nie żadnych neonazistowskich skinheadów, ale przypadkowych ludzi z biało-czerwonymi flagami – to wszystko sprawiło, że zarysował się jasny podział. Po jednej stronie byli ludzie, którzy odwoływali się do najróżniejszych doktryn i ideologii, byli i nacjonaliści, i monarchiści, i wolnościowcy, chadecy i konserwatyści miłośnicy Dmowskiego i Piłsudskiego (te dwie trumny dzielące polską politykę nagle miały okazać się, pomimo różnic, jedną stroną barykady) ale wszyscy dzierżący dumnie narodowy sztandar będący a po drugiej ci, którzy postanowili sprowadzić patriotyzm do „płacenia podatków”. Nie zapomnę jak jeszcze kilka lat temu, chyba przy okazji Marszu Niepodległości (i chyba w roku 2011, bo na nim nie byłem a oglądałem to na żywo) pan ekspert w studiu deklarował, że taki zachodni, a może powiedział – anglosaski, model patriotyzmu ma przyszłość, a nie jakieś krzyki o Bogu, honorze i ojczyźnie. Hasło – przypomnijmy – zakwalifikowane przez dziennikarkę TVN24 jako nawołujące do nienawiści.
Mówicie, że zawłaszczamy pojęcie patriotyzmu? Nieprawda, osobiście uważam, że patriotą może być konserwatysta, ludowiec, socjalista… patriotyzm to uczucie, nacjonalizm to ideologia, jedno nie wyklucza drugiego, a wręcz się doskonale uzupełniają, ale nie muszą wcale występować łącznie. Z wami, moi przyjaciele z wielkich redakcji i postępowych środowisk, z wami problem jest taki, że wy się po prostu tego pojęcia i uczucia wyrzekliście. Zachowujecie się jak człowiek, który odrzucił w całości testament a potem ma pretensje, że nic nie dostał.
Opowiem wam coś, może dzięki temu się lepiej zrozumiemy. Otóż w roku 2008 wydana została przez środowiska narodowe składanka pod tytułem „Twardzi jak stal – muzyczny hołd dla NSZ”. Zacznijmy może od cytatu z jednej piosenki (pod tytułem „Żołnierzom NSZ”) w której słyszymy „nasz naród, który jak Pawłowa pies tu wszystkie winy zwala na Sowietów, a wciąż mu nie chce wejść do pustych serc szacunek dla żołnierzy NSZ-u”. I to nie jest wcale żadne nadużycie, tak się śmiesznie składa, że polityką interesuję się od dzieciaka i również dość szybko zacząłem deklarować się jako nacjonalista, i pamiętam, że jeszcze dekadę temu powszechne było przeświadczenie wśród ludzi, że NSZ (o ile ktoś w ogóle wiedział o istnieniu takiej formacji) to byli przede wszystkim hitlerowscy kolaboranci. Kto był odpowiedzialny za tak rewelacyjny poziom społecznej świadomości? Osobiście nie mam złudzeń.
O tym, jak było kiepsko z społeczną świadomością niech świadczy fakt, że wydanie tej płyty, a w zasadzie postawienie strony internetowej i wrzucenie tych kilkunastu utworów do sieci, uznawane było za WIELKI SUKCES (ona sama zresztą chyba na swój sposób po dziś dzień jest kultowa, a piosenkę niejakiego Schmaltza po dziś dzień puszcza się w jednym z krakowskich barów). Czy dociera do was ten poziom absurdu? To już nie chodzi o to, że nacjonalistyczne manifestacje to było dziesięć osób na krzyż (młodszym czytelnikom i towarzyszom w idei polecam poszukać na YouTubie jak to wyglądało kiedyś. Będziecie zszokowani), bo to były nasze kłopoty i nasze sprawy, tu chodzi o to, że nie dało się w tym kraju porządnie wydać płyty CD poświęconej jednej z trzech największych formacji partyzanckich walczących o wolność Polski podczas wojny.
Dlatego, łaskawie, nie udawajcie, że coś wam zabieramy, bo wy tego po prostu nie chcieliście. Przez kilkanaście lat dominowaliście w dyskursie, nas spychaliście… chyba nawet nie do ideowego getta a jak ktoś mówił o miłości do Polski, to zabijano go śmiechem.
W sumie dość wymowny jest fakt, że człowiek, którego kiedyś miałem okazję znać i który kilka lat temu pragnąc mi ubliżyć szydził z biało-czerwonej flagi i gardził swoimi rodakami, dzisiaj jest członkiem… a, nieważne której organizacji. Dzisiaj jest gorliwym patriotą. Nacjonalistą raczej nie jest, nacjonalizm to idea a zatem wytwór rozumu, a on był na to za głupi. Jedno jest pewne – kocha Polskę. Teraz jest to modne, kiedyś nie było. Podobnie traktowano mnie jak nieszkodliwego wariata gdy wyrażałem swoje zażenowanie koszulkami z „Che”. Dzisiaj ciężko kogoś w niej spotkać. Znak czasu.
Tak, dokonaliśmy tego, choć jako osoba krytycznie podchodząca do naszych osiągnięć uważam, że w znacznej mierze to wasze osiągnięcie. Tak jak zeświecczeni muzułmanie na Zachodzie żyjąc w świecie demoliberalnym, kastrującym z jakiejkolwiek przynależności kulturowej, nagle odkrywają swoją arabską tożsamość i zostają od razu islamskimi ekstremistami, tak polska młodzież analogicznie powróciła do swych korzeni w wyniku tego, że po prostu przegięliście.
Nie jestem fanem polskiego przemysłu tiszertowego. Wynika to z faktu, że – w moim odczuciu – jest on w jakiś sposób związany z naszym środowiskiem lecz przekaz ten jest „ugrzeczniony”, nie jest nacjonalistyczny a jedynie patriotyczny. Ideę można promować w ten sposób doskonale – pokazuje to przykład kilku zagranicznych firm, których marki są mniej lub bardziej znane a których produkty wprost mówią o cywilizacji rzymskiej, plemionach germańskich, Słowiańszczyźnie, europejskiej solidarności (ale nie takiej, o jakiej wy mówiliście latami), czy (w przypadku naszego wschodniego sąsiada) członkach radykalnych formacji walczących przeciw separatystom. Nie zmienia to jednak faktu, że nasze marki zrobiły dobrą robotę. Może z wielu milionów Polaków nacjonalistów nie zrobimy, ale gorących patriotów – pewnie tak. Można oczywiście się śmiać z kolejnych marek i kolejnych wzorów, często infantylnych, wreszcie z czasem wręcz groteskowych pomysłów typu napój energetyczny poświęcony żołnierzom wyklętym – sam trend jednak jest czymś bardzo pozytywnym. Oczywiście dopuszczam też do głowy myśl, że, przykładowo, niektórym powstańcom może się nie podobać nadmierne używanie symboliki powstańczej na różnego rodzaju gadżetach – dopóki jednak znajdują się na koszulkach, a nie tylnej części majtek, to wszystko jest moim zdaniem okej. Powstańców powinien cieszyć fakt, że ktoś pamięta o ich walce i poświęceniu – i zapewne wielu to cieszy. A samo powstanie nie miało charakteru ideowego tylko narodowo-wyzwoleńczy. To historia Polski, a nie obrony praw człowieka. Zryw był przeciw niemieckiej okupacji – to, jaką siedzący w garnizonach żołnierze wyznawali ideologię, miało charakter drugorzędny.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że przeciw koszulkom z kotwicą protestuje podmiot, który w swojej ofercie miał (a pewnie ma nadal – nie chce mi się sprawdzać) gadżety z taką właśnie symboliką. Konkurencja boli?
A wam, drodzy dziennikarze, życzę więcej pokory. Pamiętajcie, że każdy kraj i każda epoka musi mieć swojego Talleyranda – zachowajcie jednak chociaż na tyle przyzwoitości i nie udawajcie, że od zawsze byliście gorliwymi patriotami. Nie byliście. Wystarczy przejść się do biblioteki i sięgnąć do archiwalnych numerów waszych pism by się o tym przekonać.
Michał Szymański
Uniwersytet zdecentralizowany
Aby zrealizować koncepcje przedstawione przez ich autorów w dwudziestu dwóch numerach „Szturmu”, które dotychczas się ukazały, należy przejąć jak największą liczbę ośrodków decyzyjnych, czyli dokonać podboju państwa. W jaki sposób podbić państwo? W jaki sposób organizacja, odrzucająca parlamentaryzm, może działać? W jaki sposób chce realizować swoją polityczność?
A także z drugiej strony: w jaki sposób młody człowiek może wywierać wpływ na otaczającą go rzeczywistość? W jaki sposób może wywalczać sobie możliwość realizowania własnych interesów? Choć powtarzanie o przejściu z przedmiotowości do podmiotowości w kraju, w którym od trzech dekad mówi się o transformacji więcej niż w azjatyckich, filozoficznych systemach, może budzić niesmak, to jednak mniej więcej to będzie głównym wątkiem niniejszego eseju.
Dotychczas jedyną metodą próby wywierania nacisku przez organizacjei, jaką można wskazać empirycznie, to masowe demonstracje uliczne. Należy wskazać i docenić ich wkład w wytwarzanie pewnej kultury politycznej. Regularne pojawianie się w kręgu podobnych do siebie ludzi pozwala na zbudowanie wspólnotowości oraz pewnego pokoleniowego doświadczenia. Do jakiej grupy ludzi, którą roboczo możemy nazwać kolektywem politycznym, czyli zbiorowości ludzi będących materialnym substratem pewnego światopoglądu, idei, doktryny politycznej etc, zwrócono się? Organizacje zwróciły się do subkulturowego środowiska kibicowskich torcid. Cykliczne demonstracje uliczne były w głównej mierze ich demonstracjami, którym nadały swój własny, charakterystycznych sznyt. Zaistniały przez to fenomen, porównywany na łamach na przykład „Pressji”, do aktywności ruchów kombatanckich podczas międzywojnia.
Należy teraz zadać podstawowe pytania dotyczące takiej taktyki: jaką korzyść wyniosły z tego mirażu organizacje nacjonalistyczne? Jaki nacisk wywarły przez to na władzę? W jaki sposób mogły go wywrzeć? Organizacje nigdy nie zbliżyły się tym sposobem do wywarcia nacisku politycznego na sfery rządzące państwem. Nigdy też cykliczne demonstracje nie zbliżyły się dostatecznie do którejś z metod wchodzących w skład umownego pojęcia „uliczności”, typowych dla ochlokratycznych, egalitarnych ruchów politycznych, mogących wywrzeć nacisk (spowodować zmianę dyspozycji rządu): uczestnicy demonstracji poprzestawali na samym przejściu wyznaczonej trasy, zamiast dokonać nawet chwilowego przejęcia, uspołecznienia przestrzeni publicznej – na przykład głównego placu w danym mieście, wzorem skrajnie lewicowych inicjatyw rodzaju Nuit Debout, Occupy Wall Street bądź Placu Taksim. Nigdy demonstracje nie przerodziły się w okupacje budynków użyteczności publicznej, bądź inne akty quasi-politycznego sprzeciwu paraliżującego funkcjonowanie państwa, na którym organizacja dokonująca powyższych aktów, chce wywrzeć nacisk. W jeszcze bardziej radykalnym wydaniu: nigdy nie stanęły na ulicach, choćby na jeden lub dwa dni, przysłowiowe barykady.
Cykliczne zamieszki na głównych obchodach święta niepodległości oraz sporadyczne ataki na skłoty i inne centra „kultury”, wytwarzały atmosferę z jednej strony odpychającą tych, których miały odepchnąć oraz radykalizującą tych, którzy mieli zostać zradykalizowani. Powyższe zjawiska mogły posłużyć za podstawę do prowadzenia polityki strachu przez organizacje. Spalenie instalacji „Tęcza” na Placu Zbawiciela urosło do rangi symbolu. Jednak elity ruchu, który zawiązał się na bazie nowo powstałej kultury demonstracji, postanowiły wejść na drogę parlamentarnej rywalizacji politycznej z innymi partiami. Okazało się, że taki ruch ma w warunkach gry parlamentarnej marginalny wpływ na ośrodki decyzyjne, a także znikome poparcie narodu politycznego. Niedoszli europosłowie oraz kilku parlamentarzystów zachodzili w głowę dlaczego kolektywy, które były ich głównym targetem, tak przydatne do hipotetycznego, ulicznego coup d’etate, nie chcą chodzić na wybory.
Zawsze jednak w takich demonstracjach może zacząć chodzić kto inny. Ktoś kto jednocześnie będzie na tyle zdyscyplinowany, żeby stać się elektoratem w wyborach. Do kogo organizacje zaczęły kierować swoją ofertę? Taką kolejną grupą po torcidach kibicowskich stali się robotnicy. Odwoływanie się do tego kolektywu politycznego, jest bezrefleksyjną kalką sprzed kilkudziesięciu lat. Co więcej, poczynając od maoizmu, sami marksiści zanegowali rewolucyjny potencjał robotników. Nie słyszałem nigdy o rewolucji, którą przeprowadziliby robotnicy.
Robotnik był wytworem społeczeństwa masowego. Wiele przesłanek pozwala twierdzić, że ten typ społeczeństwa zanika. Oczywiście nadal istnieją robotnicy, aczkolwiek nie wykazują się odrębną świadomością, wspólnotą od na przykład ludzi zatrudnionych w usługach. Mit strajku generalnego będzie nadal jakoś promieniował, tym bardziej, że jest znacznie bardziej skuteczny od tworzenia ruchów „kombatancko”-kibicowskich, które co najwyżej będą mogły okupować trybunę na stadionie. Tworzenie własnych związków zawodowych lub dołączanie do, na przykład, „Solidarności”, generalnie nie powinno być główną metodą pozyskiwania swojego kolektywu oraz walki z władzą i o władzę.
Kolektywem, który może stać się materialnym uosobieniem ideologii reprezentowanej przez organizacje, poprzez nabranie cech polityczności, są studenci zorganizowani w uczelnie. Obecna klasa studentów, podobnie jak robotnicy, jest wytworem społeczeństwa masowego. Między tymi dwoma kolektywami istnieje wiele podobieństw. To nie przypadek, że obie grupy w XIX i XX wieku wspierały się wzajemnie, niezależnie od szerokości geograficznej, w walce o realizację swoich interesów. Jednak dziś, w przeciwieństwie do robotników, klasa studentów nie zatraciła swojego masowego charakteru. Istnieje jako pewna (swego istnienia), potencjalna grupa ludzi,
o oryginalnych cechach, odróżniających ją od innych grup społecznych, do której można zwrócić się z konkretną propozycją. Ich głównymi zaletami dla ruchów antyestablishmentowych są: oddzielenie, pomimo ich formalnej pełnoletności, od powszechnych, „dorosłych” obowiązków, nadmiar wolnego czasu, znudzenie przedłużającą się edukacją, lekceważenie ze strony nauczycieli akademickich, zorganizowanie na konkretnej, ograniczonej przestrzeni, jaką są kampusy uczelni.
Studenci mają także wady. Jako z natury niezdyscyplinowani, antydogmatyczni, krytyczni, złośliwi, odnoszą się jako grupa wrogo do wszystkich narracji budowanych za pomocą patosu i śmiertelnej powagi. Wszyscy wygadujący w co drugim zdaniu o systemie, idei, walce, wrogach ojczyzny
i innych pustych semantycznych pojęciach, wzbudzają tylko wrogość i śmieszność.
Jak można zapobiec takiej sytuacji? Sprawić, żeby niezależnie od zapatrywań politycznych, zbudować i scementować wspólnotowość oraz w konsekwencji: poderwać do akcji w zamierzonym kierunku? Co organizacje powinny zrobić, żeby zdobyć posłuch i szacunek na uczelniach”. Po pierwsze: organizacje powinny organizować sprzeciw przeciwko neoliberalnym reformom uczelni. Jedną z niewielu form aktywności młodzieży studenckiej była „czarna procesja nauki”, która odbyła się wiosną ubiegłego roku w Warszawie, pod egidą Krytyki Politycznej, czemu towarzyszyła wymiana poglądów na łamach Dziennika Opinii i cykl debat. Kwestie socjalne, dotykające każdego studenta, powinny pojawić się na pierwszym planie: tańsze akademiki, niższe opłaty za studia, ulgi studenckie, darmowa, wyższa edukacja.
Drugą kwestią jest nadanie celu, który zaktywizuje studentów i pozwoli im zrealizować mit wyrastający z mitu soreliańskiego strajku generalnego czyli: mit strajku studenckiego, mocno zakorzeniony we studenckiej świadomości zbiorowej. Celem jest Uniwersytet Zdecentralizowany, ustrój uczelni, wyrastający z szerokiej idei decentralizacji państwa, będący antytezą uniwersytetu neoliberalnego.
Organizacje muszą się zmienić. Zwłaszcza język jakim posługuje się propaganda i publicystyka. Te dwa obszary muszą zakończyć okres swojego dojrzewania. Gros publicystyki oraz tworzonych na jej bazie haseł, nastawiona jest chyba dzisiaj na innego odbiorcę. Brak jej elastyczności, głębi, jakości. Cały styl prezentowany przez organizacje, nadaje się do wymiany. Siermiężne postrzeganie rzeczywistości, które każe zamienić kulturę w lament, a sztukę w wieczne powtarzanie „Polska, Polska, Polska”, nie jest dobre dla uniwersytetu. Jest po prostu żałosne i nieatrakcyjne dla społeczności studenckiej. Doradzam także przed wejściem na uczelnie: porzucenie zabaw w grupy rekonstrukcyjne, groteskową, „odzież” patriotyczną, malowane orzełki, machanie biało czerwoną flagą, najlepiej jeszcze z krzyżem celtyckim, nazywanie kolejnych organizacji „komandem łowców zdrajców ojczyzny” itp.
Uniwersytet neoliberalny
Taka uczelnia nie odróżnia się zbytnio od szkoły średniej, a nawet gimnazjum. Duża liczba anonimowych, znudzonych studentów spędza określony czas (semestr akademicki) na studiowaniu pewnego określonego zagadnienia, w ramach modułu, z którego na końcu przeprowadzany jest egzamin. W następnych semestrach studenci studiują inne zagadnienia. Nie trudno zgadnąć, że po czasie studenci zapominają albo odrzucają, jako bezwartościową, wcześniejszą wiedzę, mobilizując się jedynie w okresie egzaminów. Pojawia się w nich postawa lekceważenia otaczającego ich uniwersytetu. Czasami można poczuć się w nim jak w gimnazjum. Kontakt z kadrą akademicką jest dla przeciętnego studenta w pewnym stopniu utrudniony. Część pracowników akademickich gardzi studentami. Być może powodem tego jest to, że uniwersytet jest traktowany w neoliberalnej rzeczywistości jak każdy inny producent. Uniwersytet zawiera umowę cywilnoprawną ze studiującym i musi wywiązać się z uzgodnionych postanowień. Musi wyprodukować towar, który zwycięży w konkurencji z innymi towarami. Najprostszą metodą jest produkcja towaru na masową skalę. Konsument oczekuję od producenta określonego towaru: w tym przypadku wykształcenia, kwalifikacji, dyplomu i nie interesuje go nic ponadto. Bo także i dlaczego miałoby go interesować cokolwiek inne: tradycja, wspólnota, rytuał i inne wartości autoteliczne, które nie mają charakteru materialnego, których w bezpośredni sposób nie można spieniężyć. Wykładowcy gardzą studentami, a studenci gardzą wykładowcami. Pierwsi uważają drugich za nieokrzesaną hordę, a tamci uważają pracowników naukowych za przeszkadzających w nabyciu określonego, pożądanego przez konsumentów towaru.
Inną przyczyna jest minimalizacja funkcji nauczania studenta przez uczelnię, a w jej miejsce postawienie funkcji badawczej. W takim układzie, w którym neoliberalne otoczenie oczekuje od uczelni wytwarzania namacalnego towaru, nauki humanistyczne są na zdecydowanie straconej pozycji w stosunku do nauk przyrodniczych. Te drugie badają, opracowują i wytwarzają znaczenie bardziej przydatne dobra. W wyścigu po granty, stypendia, inwestorów nauki humanistyczne nie mają większych szans. Konsekwencją tego jest spadek ich prestiżu, rozczarowanie wspólnoty zorganizowanej na danym wydziale (te wszystkie żarty, które pewnie słyszeliście, jak to „nie znajdziemy pracy nawet w fast foodzie”), a także znaczne obniżenie poziomu nauczania. Nieprzypadkowe jest także, jako skutek i jednocześnie przyczyna, opanowanie wydziałów filologicznych, psychologicznych, nauk społecznych oraz częściowo prawa przez pseudonaukę jaką jest tak zwany dżenderym.
Uczelnie zupełnie rezygnują z tradycji i jakichkolwiek prób jej podtrzymywania. Nowe, „idące
z duchem czasu „logo”, wykłady inaugurujące rok akademicki nie obchodzące nikogo, juwenalia ograniczające się do spędu na koncertach, które przypominają małe Kostrzyny nad Odrą. Ubiorem studenta sygnowanym przez uniwersytet są penerskie podkoszulki albo bluzy, w miejsce jednolitego stroju czy nawet sławnych czapek studenckich. Aktywność studentów zorganizowanych w samorząd jest nacechowana egoizmem i infantylnością. Głównym celem ich istnienia są patologiczne spędy, karykatury juwenaliów. Samorząd studencki cieszy się mocno ograniczonym zainteresowaniem, a jego członkowie zajęci są głównie promowanie samych siebie. Uniwersytety posiadają autonomię, jednak ze względu na ich feudalny charakter, jest to autonomia dla rektora i senatu. Nie jest to autonomia dla studentów. Ich obecność na uniwersytecie jest tylko smutną koniecznością. Uniwersytet jest zorganizowany na podobnych zasadach jak liberalne, demokratyczne państwo. Omnipotentne prawo pozytywne – ustawa o szkolnictwie wyższym i inne, licząca jedynie dwieście jedenaście stron, reguluje tak błahe kwestie jak sposób tworzenia i działalność studenckich kół naukowych. Wyjątkowo zabawne są zapisy, w którym wymyślony ustawodawca decyduje, że moim jedynym przedstawicielem będzie samorząd studencki. Nikt inny nie może być przedstawicielem studentów, nawet jeśli faktycznie nim jest. Nie ma miejsca na zwyczaj, nie ma miejsca na partykularne rozwiązania dla konkretnej wspólnoty.
Podsumowując: neoliberalny uniwersytet jest miejscem alienacji młodych ludzi, którzy zajęci są ćpaniem i piciem i innymi małymi sprawami. Siedzą cicho, a potem otrzymują towar od producenta. Opis ten pewnie jest skażony zbytnią subiektywnością. Zapewne są miejsca odmienne od opisanych. Obraz uniwersytetu jako wspólnoty ludzkiej jest jednak w mojej ocenie negatywny. Ale to dla organizacji idealna sytuacja. Otoczona bierną, egoistyczna masą, nawet mała grupa zdeterminowanych ludzi swoim aktywizmem może zacząć przekształcać swoją najbliższą przestrzeń, wyciągając z masy jednostki. Jeśli ci się znaleźli, to znajdą się i następni.
Wiele było już esejów na łamach „Szturmu”, których autorzy mówili, jak to wychowają nowego aktywistę, zrealizują plany odbudowania wspólnot międzyludzkich, a w konsekwencji całego państwa, zbudują swoje własne, nowe, lepsze elity. Wszystko to abstrakcyjne, życzeniowe projekcje, bez ujawnienia nawet najogólniejszej metody, jaka ma doprowadzić do pożądanego stanu. Niniejszy esej to mniej lub bardziej konkretna diagnoza i propozycja działań, które mogą zostać zastosowane w najbliższych miesiącach i latach, przez każdą organizację bądź grupę autonomiczną.
Uniwersytet zdecentralizowany
Tak jak państwo jest federacją gmin, tak uniwersytet zdecentralizowany jest federacją kół studenckich, korporacji, spółdzielni, stowarzyszeń. To nie oznacza, że to jedyna struktura uniwersytetu, która ma prawo istnieć w hipotetycznej przyszłości. Obok niej mogą działać uczulenie o innej strukturze. Forma uniwersytetu zdecentralizowanego jest skierowana głównie do studentów zainteresowanych studiowaniem nauk humanistycznych. Ich istotą jest konieczność pozostawienia dużej swobody i wolnego czasu pojedynczemu studentowi. Oczywiście, jednocześnie musi być to osoba na takim poziomie, że nie zmarnuje tego czasu, tak jak ma to dzisiaj miejsce na bardziej swobodnych kierunkach.
Podstawową formą studiowania na takiej uczelni są formalne i nieformalne spotkania zamkniętych, ograniczonych wspólnot, które organizują się na zasadach tożsamości zainteresowań, bądź wyboru tej samej drogi życiowej. Do takich wspólnot nie można się zapisać, można zostać do nich zaproszonym i przyjętym. Ze względu na swój kolektywny, wspólnotowy charakter, antyegalitarność, elitaryzm, położenie nacisku na współdziałanie, wierność i solidaryzm z drugim studentem, zachowanie rytuału i tradycji, takie wspólnoty są a priori tradycyjne, konserwatywne, prawicowe.
Granicą ingerencji państwa w taki uniwersytet jest możliwość przeprowadzenia egzaminu,
a w konsekwencji: uznanie tytułu naukowego i kwalifikacji nabytych przez studenta, podczas takiego sposobu studiowania. Konieczne do tego jest także wyłączenie studentów spod jurysdykcji państwowych sądów. Jak można łatwo się domyślić, państwo demokratyczne jest naturalnym wrogiem uniwersytetu zdecentralizowanego. W takim ustroju nigdy nie zrealizuje się ta koncepcja.
Powyżej opisałem teorię, cel do którego można dążyć. Jakie kroki można podjąć na chwilę obecną, aby przybliżyć się do niego?
Strajk studencki, w myśl ustawy o szkolnictwie wyższym jest niezwykle trudny do przeprowadzenia: ogłosić go może tylko samorząd całej uczelni lub stowarzyszenie ogólnopolskie zrzeszające wyłącznie studentów. Jest nim na przykład Niezależne Zrzeszenie Studentów, którego głównym zajęciem obecnie jest promowanie krwiodawstwa oraz wakacyjnych obozów integracyjnych.
Na wiosnę do zawiązania komitetu strajkowego doszło na Politechnice Częstochowskiej,
w proteście przeciwko nieprawidłowościom przy wyborze nowego rektora. Do strajku jednak nie doszło. Nic dziwnego. Wątpię, czy zwykły student chciałby wysilać się dla takiego burżuazyjnego i formalistycznego problemu.
Co innego gdyby taki komitet żądałby obniżenia cen akademików, opłat za studia lub innych ulg. Rysuje się tutaj szerokie pole dla organizacji, które zdobyły pewne doświadczenie w takich akcjach, zwłaszcza podczas masowych demonstracji patriotycznych. Teraz powinny powoływać organizacje studenckie, nawet formalnie ze sobą niepołączone, z neutralnymi nazwami, wyzbytymi z cech przekręconej subkultury. Na razie takimi są: odradzające się po ‘89 korporacje akademickie oraz Niezależne Stronnictwo Akademickie. Aktywna działalność promocyjna, zwłaszcza, przy pustce, bierności i miałkości innych organizacji studenckich, w krótkim czasie powinna wytworzyć kapitał, który zaprocentuje w konfrontacji z władzami.
Tak wygląda teoria. Na ile okaże się słuszna, czas i ludzie pokażą. Organizacje mogą zdobyć dostęp do wielkiej masy młodych ludzi, znudzonych, mających dużo wolnego czasu, poszukujących swojej własnej drogi życiowej i samorealizacji, a także przygód i pięknego życia, którzy dziś są brutalnie traktowani przez współczesne demokracje, liberalizmy i kapitalizmy. Te systemy tłamszą ich, ograniczają, odbierają im marzenia, sprowadzając ich do roli popychadeł i prekariuszy. Studenci oraz młodzi absolwenci są znacznie lepszym od kibiców i robotników, potencjalnym kolektywem politycznym, o rewolucyjnym potencjale.
Przejęcie rządu dusz na uniwersytetach, przejęcie ich zasobów, będzie nie tylko powrotem, w dobrym w tego słowa znaczeniu, do przedwojennych tradycji ale także pierwszym krokiem do przejęcia całości władzy w państwie.
Karol Oknab
i Organizacje – często zmieniają nazwy, liderów, rozpadają się, dlatego nie widzę sensu wyróżniać jakiejś konkretnie.
Sorelowski indywidualizm drogą do doskonałości
Georges Sorel to według mnie jedna z najbardziej intrygujących postaci XX wieku. Z pozycji marksistowskiej, której nigdy nie był jednak bezwzględnym zwolennikiem, w krótkim czasie przeszedł na pozycje nacjonalistycznej Akcji Francuskiej. Poparcie dla Charles'a Maurrasa jest szczególnie ciekawe, gdy weźmiemy pod uwagę propagowany w początkowej twórczości antypatriotyzm. Jego myśl stanowiła dość szerokie źródło inspiracji. Niech o tym świadczy chociażby fakt, że zarówno Rosja sowiecka, jak i faszystowskie Włochy zaproponowały utrzymanie jego grobu. Również dziś różne środowiska, nawet całkowicie sobie wrogie, mogą czerpać z bogatej twórczości Sorela inspiracje do dalszych rozważań. Żadne środowisko natomiast nie znajdzie u niego gotowych rozwiązań, w czym wybitnie przypomina Sorela jego uczeń Stanisław Brzozowski. Poniższy tekst nie jest precyzyjnym opisem jego koncepcji, ponieważ składa się na niego w znacznym zakresie wiele moich, naturalnie subiektywnych, spostrzeżeń zainspirowanych jednak myślą Sorela.
W twórczości Sorela można zauważyć pewną niechęć do autorytetów, obrazoburstwo i krytykę sekciarskiego podejścia zwolenników ideologii do dzieł mistrzów. Już w trakcie fascynacji marksizmem wielokrotnie punktował błędy w rozumowaniu samego Marksa, co świadczy o olbrzymiej otwartości jego umysłu, nieszablonowości i odwadze w przełamywaniu schematów. Ponadto Sorel wyrażał krytykę zjawiska, w wyniku którego sam mistrz stawał się niewolnikiem własnych wyznawców, którzy skutecznie blokowali samemu twórcy możliwość redefinicji jego poglądów. Wąska interpretacja dzieł mistrza, w której sam twórca mógłby się nie odnaleźć i bezrefleksyjne do nich podejście, zamykała drogę własnej twórczości, czy choćby interpretacji założeń i kontestacji błędnych tez. Zamknięcie się na indywidualizm, twórczość i wymaganie ślepej wiary w dogmaty było szczególnie nie do zaakceptowania w środowisku, które wierzyło w ustawiczność postępu i jego doniosłość. W dalszej części tekstu przez indywidualizm rozumieć będę odrębność jednostki, jej podmiotowość, samodzielność, dążenie do zachowania swojej autonomii i wcielania własnych poglądów w życie, a nie antropocentryczną, egoistyczną, skrajnie liberalną teorię, według której prawa jednostki mają prymat nad dobrem państwa czy narodu. Odrzucenie drugiego rozumienia indywidualizmu z pozycji nacjonalistycznej jest rzeczą oczywistą i żeby to zrozumieć niepotrzebna jest zbyt duża ilość dobrej woli podczas czytania poniższego tekstu. Jednak żeby nie tworzyć luki, która mogłaby posłużyć niewłaściwej interpretacji, pozwoliłam sobie na doprecyzowanie.
Indywidualizm w sorelowskiej myśli ujawnia się już w samej idei strajku generalnego, stanowiącej fundament syndykalizmu rewolucyjnego. Sorel porównywał rewolucjonistów, wolnych pracowników, z żołnierzami wojen o wolność. Sorelowska droga do wyzwolenia proletariatu nie wiodła wcale poprzez całkowite podporządkowanie życia robotników organizacji kierowniczej, wręcz przeciwnie, nadawała bohaterstwu robotnika indywidualny charakter. W trakcie strajku generalnego każda jednostka miała czuć indywidualny sens wykonywanych przez siebie działań. Człowiek, wraz z zachowaną całą swoją godnością i indywidualnością, miał szansę w trakcie bitwy poprzez rozbudzony entuzjazm ujawnić swoje najgłębiej skrywane pokłady bohaterstwa, o które niezwykle trudno w sytuacji całkowitej zależności od woli dowódcy. Osoba walcząca miała nie być pionkiem bezwiednie przesuwanym po bitewnej szachownicy, ale WOLNYM człowiekiem, któremu niepotrzebny jest zewnętrzny przymus, żeby walczyć za sprawę. Ważne jest, jakie znaczenie przypisywać swojej walce będzie rewolucjonista i tym samym rola jaką odegra on w trakcie strajku generalnego, a nie tylko jego wynik. Trudno wyobrazić sobie, żeby całkowicie podporządkowani dowódcy robotnicy po skończeniu walk potrafili żyć bez władzy nad sobą. Byłoby to samo w sobie dość paradoksalne, gdyby droga do wyzwolenia wiodła przez jeszcze większe, choćby chwilowe, podporządkowanie. Trzeba więc psychikę robotników przygotowywać do samodzielności, wzbudzać w niej indywidualizm, ale nie egoizm. Strajk generalny nie przyniesie nikomu ani osobistych korzyści, ani żadnych przywilejów więc egoistyczne instynkty nie mają szansy wyrosnąć na gruncie koncepcji strajku generalnego. Robotnik przyszłości nie potrzebuje ani dyscypliny w dzisiejszym rozumieniu tego słowa ani postawy służalczej wobec kogokolwiek, gdyż każdy robotnik uczestniczący w tym doniosłym procesie będzie przekonany o jego słuszności i o tym, że nawet jego najmniejsze osobiste uchybienie może stać się przyczyną niepowodzenia. Decyzje pojedynczej osoby zaczynają mieć w takiej sytuacji znaczenie, bo sama indywidualna osoba to znaczenie otrzymuje. Masa robotnicza nie służy tu jako narzędzie do przeprowadzenia zmian, ale jest ich świadomym uczestnikiem.
Ugrupowania te(syndykalistyczne) rzeczywiście wyobrażają sobie rewolucje jako ogromne powstanie, które nadal można definiować jako indywidualistyczne: każdy maszeruje z możliwie jak największą żarliwością, działając na własny rachunek, nie myśląc wcale o tym, aby podporządkować swoje zachowanie wielkiemu, starannie sporządzonemu projektowi całości.
Taka koncepcja strajku generalnego nie daje się pogodzić z ambicjami socjalistycznych polityków, którzy nie będą jej w stanie wykorzystać do przejęcia władzy, stąd ich niechęć do tej koncepcji. (...)Syndykaliści rewolucyjni pragną gloryfikować indywidualny wymiar życia producenta; występują zatem przeciwko interesom polityków, którzy chcieliby pokierować rewolucją tak, aby przekazać władzę nowej mniejszości. Socjalistyczni politycy, urzędnicy oskarżani byli przez Sorela o bycie spadkobiercami wojsk królewskich a nie dziedzictwa Wielkiej Rewolucji. Darzył on ich, nie tylko dlatego zresztą, szczególnie silną niechęcią. [1]
Jeszcze dosadniej pochwałę indywidualizmu Sorel wyraził na łamach książki O sztuce, religii i filozofii, gdzie pisał:
Wiem, że wiele osób zdobywa sobie rozgłos moralistów głosząc „niebezpieczeństwo indywidualizmu”. Wyznaję, że nie mogę dojrzeć tego niebezpieczeństwa. Zdaje mi się, że głoszą je ludzie zręczni, umiejący korzystać z jednej z najpodlejszych wad naszej natury: lubimy, gdy uważa się za występek cnoty trudne do nabycia, których nie posiadamy, a których nie staramy się nabyć.“
„Ludzie zręczni”, krytykujący indywidualistów nie są niczym innym niż samymi indywidualistami właśnie. Uwidacznia się tu zjawisko podziału indywidualizmu, które bardzo celnie kilkadziesiąt lat po wydaniu cytowanego wyżej dzieła opisał pierwszy przywódca ONR, ważny ideolog narodowo-katolicki, Jan Mosdorf. Dokonał on podziału indywidualizmu na dwie odrębne formy: czynną i bierną, odrębne również ze względu na przypisywaną im wartość. [2] Zacznę od tej ostatniej, która ujawnia się właśnie wśród „ludzi zręcznych” w przytoczonym wyżej fragmencie tekstu. Osoby cierpiące na bierny rodzaj indywidualizmu nie są zazwyczaj zdolne do pracy nad sobą, nie odznaczają się ponadprzeciętnymi uzdolnieniami ani dość silną wolą, ażeby móc cokolwiek zmienić. Swój indywidualizm wyrażają wyłącznie atakowaniem wyróżniających się jednostek, indywidualistów czynnych, co jest spowodowane strachem przed poddaniem się ich woli. Eufemicznie nazwani „ludzie zręczni” są to więc po prostu ludzie mierni, którzy jednak nie mogą, przez miłość własną, pogodzić się ze stanem faktycznym. Dowartościowują się poprzez utrudnianie działania ludziom zdolniejszym, nadając temu procederowi nierzadko ideologiczną otoczkę. Równanie w dół jest zjawiskiem skrajnie szkodliwym, niestety w naszym kraju i środowisku nagminne. Wspomniany już indywidualizm czynny jest zjawiskiem zgoła innym. Jego źródło tkwi w chęci zmian, w poczuciu własnej godności i siły do walki z tym, co zepsute, a także do walki z materią w formie wykonywania pracy, do czego jeszcze wrócę. Indywidualizm wcale nie musi kłócić się ze wspólnotowością, mało tego indywidualizm może jej służyć, a nawet powinien. W idealnym przypadku, gdy sytuacja tego wymaga, jednostka powinna być w stanie całkowicie się wyzbyć w imię dobra kolektywu resztek swojej odrębności. Jednostka powinna także w codziennym życiu jak najsilniej podporządkować swoje indywidualne ambicje, zdolności, wiedzę, a także wolę wspólnocie. Im większe będą te indywidualne przymioty, a więc i odrębność, tym lepiej dana osoba przysłuży się wspólnocie. Kluczowe jest więc nadanie odpowiednich pryncypiów swojej indywidualności, a nie się jej pozbywanie.
Dalej Sorel chwalił szkołę klasyczną za to, że wzmagała prąd indywidualizmu, który z kolei podtrzymywał święty zapał do wolności. Współczesne autorowi szkoły miały tego zadania nie wypełniać, co objawiało się zabijaniem ducha indywidualizmu. Ratunkiem dla tego ducha miało być nowe wychowanie artystyczne. W następstwie czego wszyscy mieli pracować ze sztuką, co w połączeniu ze wspomnianym wychowaniem estetycznym miało rozwinąć zbawienny indywidualizm. Sama praca więc, według Sorela, miała zostać uszlachetniona, podniesiona na wyższy poziom. Miało dojść do zamiany mentalności robotniczej z rzemieślniczej na artystyczną, tym samym podwyższenia jakości, a nie tylko ilości produkcji, co jest ważnym komponentem teorii nieustannego postępu. Jednostce miały być zapewnione takie możliwości rozwoju, w których mogłaby najpełniej realizować swoje indywidualne uzdolnienia, wykorzystywać zgromadzone indywidualne składniki duszy. Musiałaby posiadać przy tym dużą samodzielność, co za tym idzie nie dopuszczalna, była istniejąca w kapitalizmie struktura produkcji. W kapitalizmie bowiem robotnik wytwarza ujednolicone produkty, zgodnie z decyzjami właściciela środków produkcji. Nie znajduje się w tej produkcji miejsce na jego indywidualne pomysły i decyzje. Wolna wola w procesie produkcji nadawałaby wykonywanej pracy korzystny artyzm, natomiast sam fakt tworzenia sztuki czynił pracę łatwiejszą do zniesienia i był „środkiem za pomocą którego robotnik ujrzy przelanie się umysłu w pracę ręczną.” [3] W myśli Sorela następuje więc zwiększenie roli przypisywanej pracy, która to rola przywołuje mi na myśl bardziej dzieła katolickich myślicieli okresu międzywojennego niż współczesnych autorowi socjalistów spod znaku materializmu i dialektyki.
Sorelowski indywidualizm jest w istocie pędem do doskonałości, którego nie powinno ograniczać społeczeństwo. Warto dodać, że nie tylko doskonałości duchowej człowieka, ale i doskonałości produkcji. Praca na rzecz doskonałości duchowej zawiera w sobie silną idee przekształcania materii pod wpływem siły własnego rozumu. Stąd m.in. postulat uniezależnienia robotników, tym samym zniszczenia ograniczającego systemu kapitalistycznego. Sorel, w przeciwieństwie do klasycznych socjalistów, nadawał proletariatowi podmiotowość, uczłowieczał go, a nie traktował jak upośledzone dziecko, które należy prowadzić za rękę przez niespokojną historię. Sorel chciał robotników uszlachetnić, ale nie poprzez wtłaczanie im do głów burżuazyjnej formy i wartości, co czynili socjaliści parlamentarni. Sorel powinien stanowić dla nas bardzo ważne źródło inspiracji, ponieważ pokazuje najlepszą drogę wprowadzania idei w czyn. Szanuje indywidualność, podnosząc znaczenie jednostki, jednocześnie podporządkowuje jej życie idei. To podporządkowanie wynikać ma jednak z poczucia wypływającego z wnętrza człowieka, jego moralnej siły, a nie z przymusu zewnętrznego. Z jednej strony mogłoby to uchronić przed terrorem znanym nam z państw komunistycznych, a z drugiej przed rozwodnioną i niezdolną cokolwiek zmienić socjaldemokracją. Tylko takie wprowadzanie nowego ustroju, poprzez udoskonalanie wewnętrzne człowieka, może zapewnić jego trwałość.
Maria Pilarczyk
[1] Rozważania o przemocy, Sorel Georges, 1908 r.
[2] Wczoraj i jutro, Mosdorf Jan, 1938 r.
[3] O sztuce, religii i filozofii, Sorel Georges, 1913 r.
Lewica - jej walka o wpływy, kulturę i historię w Polsce
Niedawno za sprawą radykalnej lewicy i usłużnych jej demoliberalnych mediów miała miejsce kolejna w tym roku nagonka na środowiska narodowo-radykalne w Polsce. Przedmiotem ataku stało się tym razem zorganizowanie przez Obóz Narodowo-Radykalny piątej edycji Marszu Powstania Warszawskiego. Marszu, który miał na celu przede wszystkim upamiętnienie żołnierzy Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowej Organizacji Wojskowej, innych formacji niepodległościowych oraz mieszkańców Warszawy, którzy przez 63 dni 1944 roku walczyli o to, czego pragnęli najbardziej – zniesienia niemieckiej okupacji i odzyskania przez Polskę niepodległości. Ciekawym jest tutaj fakt, iż dopiero po 5 latach od organizowania powstańczego marszu przez narodowych radykałów zaczęło to przeszkadzać tracącej wpływy na ulicach radykalnej lewicy. Pokłosiem tego były oświadczenia marginalnych, lewackich stowarzyszeń i partii (np. Miasto Jest Nasze, partia Razem, 11listopada.org), które na siłę próbują podkreślać „antyfaszystowski” charakter Powstania, oczywiście piętnując organizacje narodowe, dbające o upamiętnienie niepodległościowego zrywu, oraz domagając się ich delegalizacji, nasyłania policji i zaostrzania represji w imię Nowego Wspaniałego Świata. Podobny przypadek był po obchodach 82. rocznicy powstania ONR w Białymstoku, gdzie przeciwko nacjonalistom zjednoczyły się celem walki z nacjonalizmem wszystkie odnogi demoliberalnego systemu – od partii Razem po centroprawicę i, niestety, również Kościół Katolicki. Innym przypadkiem była internetowa wojna, jaką skrajna lewica przy pomocy administracji Facebooka wypowiedziała nam, banując profile, kasując liczne fanpejdże ONR, MW, Marszu Niepodległości, Ruchu Narodowego oraz innych grup.
Doskonale na tych przykładach z ostatnich kilku miesięcy widać, że radykalna lewica w Polsce zaczyna stopniowo tracić wpływy na ulicy i stąd posuwa się do różnych, niekiedy absurdalnych działań, mających na celu zamknąć nam usta i zdyskredytować w oczach polskiego społeczeństwa. Równolegle stara się przekazywać swoją, lewicową alternatywę wobec obecnego systemu. W związku z tym prowadzi swojego rodzaju walkę na dwóch frontach. Pierwszym frontem jest walka o hegemonię kulturową lewicy, czego głównym teoretykiem był przedwojenny włoski marksista, Antonio Gramsci1. Teoria hegemonii kulturowej zakłada dominację społeczną środowiska lewicowego (w tym przypadku) w sferze kultury, może ona występować na płaszczyźnie każdych relacji, zarówno w relacjach między poszczególnymi warstwami społecznymi, jak i w stosunkach międzynarodowych. Gramsci używał pojęcia hegemonii kulturowej do analizowania stosunków klasowych, wychodził przy tym z założenia, że dominująca klasa społeczna wyznacza społeczeństwu określoną ideologię i świadomość. Władza polityczna miałaby stanowić pochodną hegemonii kulturowej, a walka polityczna musi polegać na walce z hegemoniczną kulturą rządzących oraz dążeniu do ustanowienia odmiennej hegemonii. Gramsci uważał, że warstwą społeczną, która musi wywrócić porządek do góry nogami i ustanowić nowy ład, nie może być proletariat, ale „nowa elita” złożona z intelektualistów i młodzieży2. Drugą sferą walki jest marsz przez instytucje, teorię tej metody walki wyłożył w 1967 roku niemiecki wywrotowiec, działacz Socjalistycznego Związku Studentów Niemieckich, Rudi Dutschke3. Koncepcja była prosta, a w perspektywie późniejszych lat okazała się bardzo wyrafinowana i skuteczna. Prowadzona była w myśl hasła: „wywrócić cały ten sklep do góry nogami”. Podstawową jej myślą było wprowadzenie do instytucji starego systemu rewolucjonistów, którzy mieli za zadanie zniszczyć je od wewnątrz, nie od zewnątrz, ponieważ zewnętrzne ataki jedynie utrwalały i wzmacniały te instytucje. Tymi instytucjami nie były formy organizacji życia społecznego, tj. banki, biura, szkoły, uczelnie czy urzędy państwowe, ale mechanizmy warunkujące zasady ludzkiej egzystencji (nauka, sztuka, kultura, religia, rodzina, małżeństwo). Przejęcie tych „instytucji” miałoby oznaczać zmianę ich funkcji społecznej, nie zaś obejmowanie stanowisk i urzędów w zorganizowanych formach życia społecznego4. Tę walkę na przełomie lat 60. i 70. XX wieku podjęły środowiska zachodniej Nowej Lewicy, wyciągając wnioski z nieudanej rewolty młodzieżowej 1968 roku oraz bezskutecznej walki m.in. RAF i Czerwonych Brygad przeciw instytucjom państwowym na drodze terroryzmu5.
***
Nowa tożsamość historyczna lewicy
Przez bardzo długi okres czasu interes lewicy reprezentował Sojusz Lewicy Demokratycznej (nie licząc licznych, marginalnych grupek ekologów, anarchistów, antyfaszystów etc.), którego gremium polityków w mniejszym lub większym stopniu wywodzi się z szeregów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Partia ta rządziła naszym krajem przez 10 lat i mimo swojego lewicującego, socjaldemokratycznego charakteru, prowadziła politykę zupełnie niezgodną (jak każdy rząd) z naszym interesem narodowym. Wystarczy tu wspomnieć poparcie dla planów akcesji Polski do Unii Europejskiej, wysłanie polskich żołnierzy na „misje stabilizacyjne” do Iraku i Afganistanu czy neoliberalne reformy gospodarcze, które nie pasują zupełnie do myśli socjaldemokratycznej i lewicowej, odrzucającej kapitalizm. W sferze tożsamości historycznej gremium SLD stanowią dawni działacze partii komunistycznej, którzy starają się ocieplać swój wizerunek i swoje poglądy dostosowywać do zmienności polskiego świata politycznego.
Nową natomiast tożsamość historyczną poczęły budować nowe, składające się głównie z młodych ludzi, radykalnie lewicowe partie. Ich przykładami są chociażby partie Zmiana oraz Razem. Partia Razem, która wykluła się na polskiej scenie politycznej półtora roku temu i wystartowała w wyborach parlamentarnych, oprócz tego, że podejmuje tematykę socjalną, społeczną, mieszkaniową etc., prowadzi również własną politykę historyczną, opozycyjną wobec linii rządu Prawa i Sprawiedliwości oraz nacjonalistów. Na każdym kroku ta partia podkreśla swój antyfaszyzm, antynacjonalizm i marksizm kulturowy. Piętnuje upamiętnianie Powstania Warszawskiego, bohaterów podziemia antykomunistycznego i innych historycznych rocznic przez środowiska narodowo-radykalne, uznając te działania za zawłaszczanie historii oraz promowanie totalitarnej ideologii. Równolegle próbuje wpisywać swoją narrację historyczną w upamiętnianie tych rocznic, jej głównym elementem jest podkreślenie na siłę rzekomo antyfaszystowskiego charakteru Powstania, domaganie się rehabilitacji Dąbrowszczaków walczących w wojnie w Hiszpanii w latach 1936-1939 jako swoich „żołnierzy wyklętych” (budując tę narrację w opozycji do polskiego podziemia lat 1944-1963) bądź też próba recepcji myśli marksistowskiej na polski grunt, nawet łącząc je z historią polskiego ruchu socjalistycznego. Ponadto próbuje opierać swój światopogląd na autorytetach z lewicowo zorientowanych postaci z polskiej historii – przede wszystkim akcentując ich wrogi stosunek do nacjonalizmu i zawłaszczając tradycje m.in. PPS dla swoich partykularnych interesów politycznych.
Partia Zmiana zaś funkcjonuje i stanowi polityczny fenomen na polskiej scenie, ponieważ jest konglomeratem aktywistów od Komunistycznej Młodzieży Polski po organizację „Falanga”. Ta organizacja w sferze historycznej prezentuje marksizm i historyczny, „pomnikowy” sowietyzm, czego znakiem jest choćby upamiętnianie Dąbrowszczaków, partyzantów z GL-AL „walczących z faszyzmem” w okresie II wojny światowej, polsko-radzieckiego „braterstwa broni” przeciw Niemcom oraz nostalgiczną politykę, mającą zrehabilitować okres Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. W kwestiach politycznych, dotyczących stosunku do Unii Europejskiej i NATO stoi na zupełnie przeciwnym biegunie niż partia Razem, niemniej uprawiając podobną (czy nawet analogiczną jak ta partia) politykę historyczną stoi z nią w jednej bramce. Podobnie grają marginalne, organizacyjne grupki takie jak Komsomol.pl, Komunistyczna Partia Polski, Porozumienie Socjalistyczne oraz antyfaszyści, którym bliżej jednak do nostalgicznych i „rekonstrukcyjnych” kół, niż poważnych ruchów politycznych, że nie będę wspominał o Krytyce Politycznej.
***
Lewica, jej salonowa i ukryta twarz
Lewica, zarówno salonowa, kawiorowa, jak i ta antysystemowa, od lat zaczyna tracić wpływy wśród polskiej młodzieży na rzecz promowania tradycyjnych Wartości, dumy narodowej, patriotyzmu, myśli narodowej oraz popularyzowania historii. Dla szeroko rozumianej prawicy jest to wartość dodatnia, bez której rosnące zainteresowanie ideą narodową nie byłoby takie jak dzisiaj jest, a może by nawet oscylowało nadal na granicy błędu statystycznego. Mimo że lewica stopniowo przegrywa wśród młodzieżowego elektoratu w Polsce walkę o historię, kulturę i tradycję, nadal może być bardzo groźna. Zwłaszcza ta nowa, młoda generacja skrajnej lewicy reprezentowana czy przez antyfaszystów, ekologów, czy przez partię Razem, która istnieje w debacie publicznej, ponieważ pompują je demoliberalne media. Na kim zaś wzoruje się nowa lewica w swoich działaniach? Rzecz jasna, na polityce swoich towarzyszy z zachodniej Europy. Rosnącemu przywiązaniu młodych do patriotyzmu i Boga przeciwstawia coraz śmielsze postulaty wprowadzania edukacji seksualnej do szkół, indoktrynowania dzieci i młodzieży ideologią gender, postulatami organizowania lekcji, prelekcji, spotkań poglądowo-wychowawczych przez pozarządowe organizacje (tj. Amnesty International, Nigdy Więcej czy organizacje broniące praw człowieka) na temat rasizmu, feminizmu i kryzysu imigracyjnego, liberalizacji prawa dotyczącego aborcji, eutanazji i praw pederastów, ograniczenia lekcji religii w szkołach, rozdziału Kościoła od państwa oraz promowanie tzw. kultury alternatywnej, której znakomitym przykładem z dolnej półki może być Przystanek Woodstock.
Prawdziwą twarz skrajna lewica umiejętnie potrafi ukryć przed mediami akcentując jedynie to, co jest dla nich wygodne i ma na celu ukazanie ludzkiego oblicza. Zapomina natomiast lub próbuje zapomnieć o tym, co jest niewygodne, a jednak jest przypominane za pośrednictwem Internetu. Pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu niektórzy lewicowi politycy bronili sprzedaży gadżetów zawierających wizerunki Che Guevary i sprzeciwiali się ich wycofaniu z obiegu handlowego. Kilka lat temu jakakolwiek możliwość wymiany poglądów z lewakami była z góry skazana na niepowodzenie, ponieważ logiczna argumentacja od razu była zbijana bardziej pożywnymi dla plebsu sloganami o faszyzmie, nazizmie, rasizmie i antysemityzmie, co wykluczało kogokolwiek z dyskusji, ponieważ łatka już została przypięta. Innym przykładem może być zdjęcie z pewnego obozu w Europie, na którym lider partii Razem, Adrian Zandberg, na scenie dumnie paradował w koszulce z podobizną Karola Marksa. Ten sam Zandberg, którego ideowym klakierom zaognia temperaturę wizerunek Leona Degrelle’a z czasów, gdy jeszcze nie walczył na froncie wschodnim w mundurze Waffen SS, a był liderem narodowo-katolickiego ruchu rexistów.
Dziś lewica nie może pogodzić się z tym, że radykalna część prawej strony politycznej jest dopuszczana do debaty i uzyskuje tym samym prawo do wygłaszania swoich poglądów w sferze publicznej na równorzędnych zasadach. To, co było nie do pomyślenia kilka, kilkanaście lat temu, teraz staje się powoli normą. Skutkiem tego „lewi” starają się za wszelką cenę dyskredytować każdą, nawet szlachetną inicjatywę młodej prawicy czy narodowych radykałów, w oparciu o dalsze formowanie stereotypów sprzed lat o nacjonalistach jako łysych patusach, chodzących wesoło w glanach i flekach po ulicach jak w latach 90., skorych i do bitki, i do wypitki.
***
Lewica i jej współczesna tradycja
Polska lewica w zdecydowanej większości oderwała się od tradycji historycznych patriotycznej lewicy (wyjątkiem może tu być środowisko skupione wokół czasopisma „Nowy Obywatel”6), ponieważ mimo propagandowych zagrań i grafik nie odwołuje się w praktyce do spuścizny polskich socjalistów, tylko kopiuje wzorce z zachodniej i wschodniej Europy. Z Zachodu kopiuje się antyklerykalizm, liberalizm religijny, tolerancję religijną wobec wszystkich religii poza rzymskim katolicyzmem, walkę o prawa dewiantów seksualnych, promowanie swobody obyczajowej wśród młodzieży – jednym słowem ideologię opartą na słowach Jurka Owsiaka „róbta, co chceta!”. Te wzorce w Polsce kopiuje umiejętnie partia Razem, mimo próby prowadzenia własnej, alternatywnej polityki historycznej, co zostało opisane powyżej. Ze Wschodu kopiuje się natomiast neosowietyzm, antyfaszyzm oraz dążność do relatywizacji okresów PRL i Związku Sowieckiego pod każdym kątem, który dla ich apologetów może być wygodnym (vide KMP, Zmiana).
Po 1989 roku lewica wielokroć próbowała budować swoją alternatywę wobec prawicy, liberałów i nawet wobec „jedynej prawdziwej lewicy” z SLD, skutkiem powyższego powstawał szereg mniejszych partii i organizacji lewicowych, które swój program opierały na obcych wzorcach, miast na polskiej myśli lewicowej. Po okresie komunizmu odstręczało to Polaków od poważniejszego przyjrzenia się tej stronie sceny politycznej. Hurrarewolucjonizm, epatowanie symboliką Che Guevary, Mao Zedonga, Karola Marksa i Fidela Castro, małpowanie ekscesów zachodnich nowolewicowców, slogany o walce klas, komiczne naśladownictwo lewicy z Ameryki Łacińskiej, wiązanie światopoglądu z przynależnością do subkultur młodzieżowych (punki, weganie, anarchiści, ekologiści, antyfaszyści, hardcorowcy). Po latach młoda lewica obecnie próbuje łączyć polskie tradycje patriotyczne z lewicowymi kalkami z Zachodu i Ameryki Południowej, czego przykładem mogą być pompatyczne określenia partii Razem jako polskiego odpowiednika hiszpańskiej partii socjaldemokratycznej Podemos, Zmiany jako polskiej Syrizy etc.
***
Prawdziwa twarz obrońców uciśnionych
Partia musi przyjąć strategię, priorytety i zdefiniować, co jest dla nas wrogiem. Naszymi wrogami są bieda, bezrobocie i wykluczenie społeczne. Te słowa pochodzą z ust związanej z SLD działaczki politycznej, Joanny Senyszyn. Zostały one wypowiedziane na łamach „Trybuny”. Tymczasem kilka lat temu media dotarły do informacji o tym, jak się wiodło pani Senyszyn. A wiodło się jej wcale nie najgorzej, bowiem przez cztery lata pracy w Parlamencie Europejskim zaoszczędziła ponad milion złotych, a jej majątek szacowano na ponad 4,5 miliona złotych. Rzecz jasna, jak na demoliberalnego polityka przystało, swojej części pieniędzy nie oddała na pomoc potrzebującym (posłowie nacjonalistycznego Złotego Świtu potrafili zrezygnować z wielotysięcznych diet poselskich na rzecz pensji minimalnej jako płacy za swoją pracę).
Radykalni lewicowcy z kolei sami sobie zaprzeczają ideałom, jakie głoszą na sztandarach. Hasła demokratyzmu, egalitaryzmu, poczucia wspólnotowości oraz solidaryzmu społecznego pięknie wyglądają na sztandarach, prawda natomiast jest inna. Lewica bardzo oddaliła się od swojej bazy społecznej i patrzy na społeczeństwo jedynie przez pryzmat indywidualizmu. Hasła są tak naprawdę nic nie znaczącymi frazesami, kiedy przychodzi rzeczywistość i radykalna lewica musi działać, jak bowiem głoszona przez nią walka z kapitalistycznym systemem ma się do otrzymywania tysięcznych czy milionowych dotacji na „Krytykę Polityczną”, projekty alternatywne, utrzymywanie skłotów czy, przykładowo, wykupywanie sponsorowanych postów celem promowania nowej odsłony blogów bądź stron internetowych (przykład: Lewica Wolnościowa). Innym przykładem może być domaganie się przez partię Razem wprowadzenia podatku 75% od kwoty powyżej pół miliona złotych; partia otrzyma w ciągu 4 lat ponad 14 milionów złotych do partyjnego budżetu. To stało się już powodem do kampanii internautów, by ta partia sama dała przykład i się opodatkowała.
Tu warto zaznaczyć jeszcze jedną rzecz. To za rządów SLD dążenia do realizacji polityki gospodarczej w oparciu o zasady społecznej gospodarki rynkowej zastąpiono polityką monetaryzmu (zapoczątkowaną przez plan Leszka Balcerowicza), a Polska została wciągnięta coraz głębiej pod dyktat obcych stolic (misje w Iraku i Afganistanie, tajne więzienia CIA w Polsce, poparcie akcesji do UE).
***
Lewica – obóz obrony mniejszości kosztem potrzebujących
Środowiska lewicowe od lat prowadzą swoistą rewolucję społeczną, dzieląc społeczeństwo już nie tylko według kategorii przynależności do określonych warstw społecznych (rolnicy, biedota, klasa średnia, pracownicy, studenci, młodzież szkolna, inteligencja etc.), ale głównie według kategorii, które mogą w polskim narodzie generować jedynie konflikty i pogłębiać nierówności społeczne. Jako przykłady można podać LGBT, czyli pedalstwo wszelkiej maści, mniejszości narodowe (szczególnie Ukraińców, którzy nadal migrują do Polski i budują pozycję na polskim rynku pracy, spychając na margines potencjał polskiego pracownika), antyklerykałów i apostatów wszelkiej maści, byłych postkomunistów oraz grupki feministek, anarchistów i tak dalej. Wyżej podane warstwy zdaniem ich obrońców czują się zdominowane przez „dyktaturę ciemnogrodu i patriarchatu”, którą w ich opinii ma być system Wartości oparty o tradycyjny model rodziny, przywiązanie do Wiary i Kościoła Katolickiego, kształcenie patriotyczne młodzieży oraz oddolną dbałość o uczciwe życie, wolne od układów, machlojek i robienia lewych interesów.
Indywidualizacja społeczeństwa, co jest bardzo charakterystyczne dla liberałów wszelkiej maści, charakteryzuje również środowiska lewicowe. Środowiska, które obok działalności społecznej prowadzą również rewolucyjną kampanię na rzecz uderzenia w podstawowe komponenty zdrowego funkcjonowania narodu, zajmują się również kampanią donosicielstwa (wiele osób mogło się przekonać o tym na własnej skórze) oraz nie potępiają polityki ulicy prowadzonej przez niektóre, bardziej radykalnie lewicowe grupy (czyt. antifa). Częstym zjawiskiem jest również poglądowa schematyczność w tymże obozie, co powoduje coraz większe zamknięcie się wewnątrz grupy, niedostrzeganie zmieniających się trendów w społeczeństwie, uwarunkowań społecznych, politycznych i ekonomicznych, a skutkiem tego jest miałkość intelektualna. Każdemu kto nie podziela lewicowej (lub lewackiej) wizji świata, kto krytykuje niektóre aspekty – zwłaszcza kulturowe, religijne i obyczajowe – działalności lewicy, kto jest gorliwym katolikiem, patriotą, z automatu przypina się łatkę faszysty, homofoba, neonazisty. To charakteryzuje każdy odłam lewicy, brak tolerancji dla poglądów innych niż lewicowe. Nie muszę przytaczać przykładów, kto jest zainteresowany, to poczyta we własnym zakresie. Tu chodzi o nakreślenie pewnych schematów myślenia, które charakteryzują współczesną lewicę.
***
Podsumowanie
Polska lewica stopniowo traci swoje wpływy wśród młodzieży, popularna jest jedynie wśród sympatyków partii SLD, nostalgików oraz lewicujących subkultur młodzieżowych. Nie można jednak popadać w swoisty hurraoptymizm, tylko zachować pewien dystans, ponieważ obserwuje się wzrost nowej generacji środowiska lewicowego, czego wyrazistym przykładem, prezentowanym w mediach głównego nurtu, jest partia Razem. Poza nią działa szereg innych, pomniejszych partii, organizacji i związków zawodowych, które poza działalnością społeczną i związkową ingerują również w sprawy kulturowo-obyczajowe (LGBT, edukacja seksualna, liberalizacja prawa dot. aborcji, eutanazji etc.), historyczne (polityka historyczna oparta m.in. o „antyfaszyzm”) i religijne polskiego narodu.
Adam Busse
Przypisy:
1 Antonio Gramsci (1891-1937) – włoski polityk, historyk, filozof i teoretyk marksizmu. W latach 1913-1915 studiował na uniwersytecie w Turynie. W latach 1913 – 1919 był zaangażowanym działaczem socjalistycznym, redagował teksty na łamach pism „Il Grido del Popolo” i „L’Ordine Nuovo”, gdzie komentował wydarzenia bieżące w włoskim ruchu socjalistycznym i skupiał uwagę na roli rad robotniczych w kształtowaniu przyszłego społeczeństwa socjalistycznego. W 1921 roku współzakładał Włoską Partię Komunistyczną, podejmował w tekstach tematykę walki z faszyzmem oraz kierunków partii komunistycznej w walce o władzę. W listopadzie 1926 roku aresztowany i skazany na 20 lat więzienia. W więzieniu spędził 10 lat, na podstawie amnestii został zwolniony w 1937 roku i w tym samym roku zmarł.
2 Ale jest nie mniej ważne i potrzebne, aby w masie inteligenckiej dokonał się historycznie uzasadniony rozłam o charakterze organicznym: aby wytworzył się, jako formacja masowa, kierunek lewicowy w nowoczesnym znaczeniu tego słowa, czyli zwrócony ku proletariatowi rewolucyjnemu. – Antonio Gramsci
3 Rudi Dutschke (1940-1979), niemiecki socjalista, student socjologii na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie, gdzie zapoznawał się z teorią marksizmu. Swój światopogląd oparł na koncepcjach hegemonii kulturowej i „marszu przez instytucje” Gramsciego oraz szkoły frankfurckiej. W 1965 roku był działaczem Socjalistycznego Związku Niemieckich Studentów (SDS), trzy lata później przeżył zamach na swoje życie. SDS organizowała protesty przeciwko wojnie w Wietnamie, a po zamachach na Ohnesorga i Dutschkego zradykalizowała się, co doprowadziło do powstania Rotee Armee Fraktion (Frakcja Czerwonej Armii – RAF). Dutschke odżegnywał się od terroryzmu uważając, że przyniesie to trwałe szkody dla ruchu studenckiego, stąd optował za „marszem przez instytucje”. W latach 1968-1971 przebywał na emigracji, w połowie lat 70. wrócił do działalności politycznej. Zmarł 24 grudnia 1979 roku w Danii na skutek ataku epilepsji podczas kąpieli i utonięcia.
4 Moim zdaniem nie ma obecnie w społeczeństwie życia publicznego, gdyż zakłada ono istnienie świadomych jednostek dysponujących umiejętnością krytycznego myślenia, będących w stanie poddawać rządzących krytycznej ocenie, sprawować nad nimi kontrolę i prowadzić prawdziwą debatę publiczną. Jeżeli istnieje jakiekolwiek życie publiczne, to nosi ono znamiona przywileju, natomiast życie publiczne kształtowane w mediach, ośrodkach manipulacji, organach codziennej produkcji i reprodukcji, de facto je likwiduje. Co do nas, to musimy za każdym razem na nowo powoływać je do życia poprzez dyskusje i działania, po to, by przeniknęło do całego społeczeństwa, do obszarów, na których nie istnieje. – Rudi Dutschke
5 Ta forma walki przyniosła efekty odwrotne niż te, na które mieliśmy nadzieję. Zamiast przyspieszyć proces przebudzenia tożsamości narodowej, wzmocniła grupę, która zaczęła terror. Odsunęliśmy się od ludzi i popadliśmy w mizantropię. Przestaliśmy ucieleśniać wolność, sprawiedliwość i solidarność, które były celami naszej walki, stając się gangiem zabójców sporadycznie odnoszących się do polityki. Wielu członków naszej grupy przeżyło osobisty upadek. Aktywiści, wobec których pojawiły się podejrzenia o zdradę, musieli zostać zabici, nawet bez dowodów winy. Grupa, która osiągnęła takie ekstremum, nie może przyczynić się do ustanowienia sprawiedliwego społeczeństwa. – Horst Mahler
6 Oprócz redakcji „Nowego Obywatela” warto zwrócić uwagę na portal Lewicowo.pl, którego celem jest propagowanie wiedzy na temat tradycji polskiej lewicy cyt. „demokratycznej, patriotycznej i niekomunistycznej”. Twórcą koncepcji i redaktorem portalu jest wieloletni społecznik i redaktor naczelny „Nowego Obywatela”, Remigiusz Okraska.
J. Bartyzel, Rewolucja kulturalna Nowej Lewicy, [w:] Rewolucja genderowa, red. o. Z. Klafka, Toruń 2013.
F. Bator, Totalitarne skłonności współczesnej lewicy, „Kierunki.info.pl”, 1 sierpnia 2016 [dostęp: 4 sierpnia 2016].
Ł. Burzyński, Sierpem w socjalizm, młotem w kapitalizm, „Kierunki.info.pl”, 11 marca 2016 [dostęp: 10 sierpnia 2016].
A. Gramsci, Nowoczesny książę, przeł. B. Sieroszewska, Warszawa 2006.
A. Gramsci, Zeszyty filozoficzne, Warszawa 1991.
T. Rynkiewicz, Rewolucja nowej generacji, „Nasz Dziennik” 2009, nr 262 (3583).
W. Smólski, Lewicowi ideolodzy przejmują powstanie warszawskie, „Narodowcy.net”, 26 lipca 2016 [dostęp: 5 sierpnia 2016].
S. Tomczak, Rok 1968 w Republice Federalnej Niemiec i jego skutki, „Historia.org.pl”, 10 sierpnia 2013 [dostęp: 5 sierpnia 2016].
