Artykuły filtrowane wg daty: czerwiec 2016
Wymogi Nacji, żadnej kapitulacji! - relacja z wizyty u Ruchu Azowskiego
Jako polscy nacjonaliści, w tym przedstawiciele miesięcznika „Szturm”, zostaliśmy zaproszeni do Kijowa przez Korpus Cywilny Azowa na manifestację „Wymogi Nacji - żadnej kapitulacji!”. Ogłoszona zaledwie tydzień przed akcją mobilizacja spotkała się z entuzjazmem wśród wielu ukraińskich nacjonalistów i patriotów. Powodem marszu organizowanego przez Ruch Azowski (w jego skład wchodzi Pułk Azow i Cywilny Korpus będący ramieniem ideologicznym i społecznym) były zapowiedzi jakoby rząd Ukrainy miał zaakceptować tzw. Plan Morela. Pierre Morel jest byłym francuskim dyplomatą zaangażowanym w grupę kontaktową Ukraina-Rosja-OBWE, który opracował plan pokojowy dla Ukrainy. Plan ten przewiduje pełną amnestię dla prorosyjskich bojowników (także zbrodniarzy wojennych) i przeprowadzenie wyborów samorządowych w Donbasie. Wybory miałyby być przeprowadzone wg ukraińskiego prawa, lecz wedle zasad separatystów. Niemal pewne są więc manipulacje, fałszerstwa, które doprowadzą do objęcia ważnych lokalnych stanowisk przez prorosyjskich watażków. Ukraińscy nacjonaliści zdają sobie sprawę, że taki krok to wbicie kolejnego noża w plecy walczącym na froncie patriotom, lecz tym razem ostatecznego, dlatego celem manifestacji było ostrzeżenie rządu, że nie ma zgody na ten kompromis oraz zasygnalizowanie gotowości do fizycznego sprzeciwu.
Zapomniane dziedzictwo ideowe nacjonalizmu – Wielka Rewolucja Francuska
Czy nacjonalizm jest zachowawczy i konserwatywny czy jednak radykalny i rewolucyjny? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Nacjonalizm pozostaje w tym wypadku ideą hybrydową i niejednolitą, zależnie od danej nacji, spuścizny historycznej czy kwestii religijnej. Najlepszym przykładem pod kątem „różnorodności” (dziwnie to brzmi) pozostaje kwestia gospodarki. We współczesnej Polsce rozróżnienie to widać mocno pośród nacjonalistów. Wymienić tu można trzy główne grupy ideowe. Pierwsi wyznają „kapitalizm z ludzką twarzą”. Drudzy - ideowe „płomyki” gospodarki w kierunku lewicowym, często ocierając się o „narodowy komunizm”. Trzeci łączą dobre aspekty lewej i prawej strony ekonomii. Mówią o sobie, że chcą stworzyć Trzecią Drogę.
Wyżej wymienionych, na dobrą sprawę, łączy jedna rzecz. Cechą wspólną wszelkiej maści nacjonalizmów pozostaje kwestia samostanowienia narodu i nadrzędności nacji w życiu politycznym, gospodarczym oraz państwowym itd. Ta przewodnia myśl w nacjonalizmie związana jest z zapomnianym dziedzictwem, który warto tutaj odświeżyć. Chodzi dokładnie o ideologiczną stronę Wielkiej Rewolucji Francuskiej, gdzie np. „samostanowienie narodu” obaliło stary ład, jakim w tamtym czasie pozostawał absolutyzm.
Jakby nie oceniać Wielką Rewolucję Francuską była ona punktem dziejowym w historii Europy. Bez wspomnianej „rewolucji” nie byłoby później współczesnych nacjonalizmów, ale i nie tylko. Ideowe korzenie z Wielkiej Rewolucji Francuskiej czerpią takie prądy jak m.in.: socjalizm, komunizm, liberalizm, demokracja, antyklerykalizm, a nawet feminizm. Ten ostatni związany jest z francuską feministką i abolicjonistką Olimpią De Gouges, autorką „Deklaracji Praw Kobiety i Obywatelki”, ściętą na gilotynie. Ponadto obecny system demo-liberalny także związany jest z francuską spuścizną końca XVIII wieku.
Nacjonalizm jako idea związana jest w sporym stopniu z Wielką Rewolucją Francuską. Hasła narodowe przeszły przez Europe podczas Wojen Napoleońskich, zagnieździły się w tworzących się narodach w XIX wieku. Idee rewolucyjne i narodowe rozlały się m.in. w Irlandii i w Polsce o wiele wcześniej. Pierwszym przedstawicielem jest Theobald Wolfe Tone - irlandzki republikanin i lider Powstania w 1798 r. w Irlandii. To on był protoplastą irlandzkiego republikanizmu, który rozwijał się dalej, przez kolejne dekady i wieki. (Wyjaśniałem to w tekście pt. „Dzieje irlandzkiego nacjonalizmu” http://szturm.com.pl/index.php/miesiecznik/item/65-dzieje-irlandzkiego-nacjonalizmu ). Jeśli chodzi o wczesne wpływy Wielkiej Rewolucji Francuskiej na inne nacje pozostają tutaj przedstawiciele w Polsce. Przykładem chociażby Tadeusz Kościuszko.
Szersze zdobycze rewolucji zagnieździły się w Europie podczas wojen napoleońskich, w Polsce np. podczas formowania się Księstwa Warszawskiego. Największe echo idei płynących z eksportu Wielkiej Rewolucji Francuskiej widoczne były w Europie podczas Wiosny Ludów, zwłaszcza na Węgrzech. Oczywiście mówić tu trzeba o „mieszaniu się” ideałów rewolucji francuskiej pod kątem narodowym z np. religijnością. Ta hybryda widoczna była np. w Polsce, Węgrzech oraz Irlandii. Jeśli więc ktoś uważa nacjonalizm, za „prawicowy odłam” to jest on w błędzie, jeśli zapomina o Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Nacjonalizm wywodzi się z rewolucyjnego myślenia obalenia systemu stanowego, monarchii i stworzenia społeczeństwa, w którym to naród ma najwięcej do powiedzenia przez swoich przedstawicieli.
Patryk Płokita
Wandea – fakty i mity
Z racji tego, że odbywa się Euro 2016 we Francji przypomina mi się kawałek zespołu „Legion - Wandea”. Wielka Rewolucja Francuska kojarzy nam się z walką ze starymi wartościami, tradycją, Bogiem i kościołem, co jest oczywiście prawdą. Z drugiej jednak strony jako nacjonaliści zapominamy, że ideowo nacjonalizm wywodzi się z Wielkiej Rewolucji Francuskiej, co wyjaśniałem w tekście: „Zapomniane Dziedzictwo Ideowe Nacjonalizmu - Wielka Rewolucja Francuska”.
W dyskusji najczęściej przytacza się walkę Wandejczyków o stare wartości z rewolucyjnym reżimem. Mówić tu trzeba o „prawicowym micie”, który ma w sobie ziarno prawdy, ale na dobrą sprawę trzeba w końcu obalić. Czy naprawdę Wandejczycy szli do walki z rewolucją z pobudek ideologicznych? A może chodziło o bardziej pragmatyczne kwestie, jak np. praca na polu, aby wyżywić rodzinę? Rozważania na ten temat znajdują się w poniższym tekście.
Wandea należała do najbardziej zacofanych społecznie departamentów północnej Francji, co nie zmienia faktu, iż był jednym z bogatszych regionów w tym czasie. Nie istniały tam większe ośrodki miejskie - 90% mieszkańców mieszkało na wsi. Wandejczycy nie wykazywali wrogości wobec rewolucji, choć byli głęboko religijni. Tak potocznie się uważa. Francuski historyk Reynald Secher myśli, iż Wandejczycy w tamtym czasie niczym nie różnili się od chłopstwa z innych regionów Francji, po prostu byli „normalni”. (Owszem, ich przodkowie walczyli z protestantami m.in. w XVI i XVII w. i uważa się za ludność głęboko religijną, ale późniejsi ich potomkowie z XVIII w. mogli się różnić od swoich przodków). Wandejczycy jako pierwsi wybrali najwięcej deputowanych do parlamentu, wchodząc w skład najbardziej radykalnego klubu jakobinów, co trzeba uznać już za obalenie wcześniej wspomnianego prawicowego mitu przywiązania do starego porządku. Obalenie monarchii nie wywołało zbytnio oporu w tej prowincji, ale ścięcie króla Ludwika XVI - tak…
Według prawicowego mitu za czynnik numer jeden walki Wandejczyków z Republiką były wartości katolickie oraz rojalistyczne. Z wartościami katolickimi się zgodzę, iż mogły one funkcjonować pośród Wandejczyków, ale czy rojalizm naprawdę był pierwszą przyczyną zorganizowania partyzantki? Nie za bardzo. Ten proces wytworzenia się buntu w Wandei był na dobrą sprawę wielowymiarowy. Za główny czynnik powstania w Wandei uznać trzeba kwestie gospodarcze, a nie pobudki rojalistyczne.
Chodzi dokładnie o dekret Zgromadzenia Narodowego z lutego z 1793 r. Na mocy tego dokumentu pod broń miało znaleźć się 300 tysięcy mężczyzn w wieku od 18 do 40 roku życia. Wandejscy chłopi zbuntowali się nie ze względów „rojalistycznych pobudek” (przynajmniej na początku), tylko przed obawą głodu własnych rodzin. Gdy zabraknie rąk do pracy na roli, zebranie plonów jest utrudnione, a rodzina przecież musi z czegoś żyć i jeść. Pobór do rewolucyjnego wojska miał nastać przed wiosną, a więc przed rozpoczęciem zbierania plonów. Niezadowolenie wywołać miała również forma rekrutacji do wojska. W przypadku braku odpowiedniej liczby przyszłych żołnierzy, każda gmina miała sama wyznaczyć odpowiednią ilość, bez względu na formę wyboru. Wandejczycy mieli od 250 lat zagwarantowane prawo wolności od służby wojskowej poza granicami Bretanii, co też w oczach mieszkańców omawianego regionu odebrane zostało to negatywnie.
Zastępowanie kleru katolickiego księżmi konstytucyjnymi zostało odebrane bardzo negatywnie, np. Wandejczycy masowo stosowali bierny opór nie biorąc udziału w mszach odprawianych przez zaprzysiężonych księży. Gdy poruszana jest kwestia kościoła, nie można zapominać o konfiskacie majątku - w Wandei stanowił on 10% ziemi i pochodził on głównie z dobrowolnych darowizn. Po konfiskacie wandejskich dóbr kościelnych pozbawiono możliwości zaspokajania potrzeb lokalnej społeczności w zakresie lecznictwa, opieki społecznej i szkolnictwa. Republikańską walkę z kościołem uznać trzeba za drugi czynnik powstania w Wandei.
Trzeci czynnik to zła sytuacja gospodarcza Wandei ze względu na toczoną wojnę przez Republikę Francuską z pierwszą koalicją. Na koniec tego akapitu wspomnieć trzeba, że szlachta francuska jako ostatnia przyłączyła się do chłopów z Wandei w walce z wojskami rewolucyjnymi. Chłopi musieli prosić szlachtę o pomoc lub zaciągać siłą. Na dobrą sprawę rojalizm i przywiązanie do monarchii to ostatni czynnik, który widać pośród uczestników powstania. Ważniejsze było przywiązanie do ziemi oraz do religii przedstawione wcześniej.
Inną kwestią pozostają Szuani, rojalistyczni chłopi, z terenów Bretanni i Mayenne. To właśnie ich można określić jako tych, którzy walczyli jako pierwsi o wartości sprzed rewolucji. Ich walka rozpoczęła się w 1791 roku. Szuani często potocznie utożsamiani są z powstaniem w Wandei, co nie jest do końca prawdą. Dołączają oni do Powstania Wandejczyków w taki sposób, że w tym samym czasie na terenie Bretanni i Mayenne wzniecają rojalistyczną partyzantkę. Wandejczycy i Szuani z Bretanni i Mayenne jednoczą siły, wymieniają się jednostkami, aby zwalczyć rewolucję. Warto pamiętać, iż z inicjatywy Szuanów wybuchają kolejne rojalistyczne zrywy w latach 1800-1803, m.in. nieudany zamach na Napoleona Bonaparte.
10-12 marca 1793 r. rozpoczynają się działania wojenne, początkowo od zamieszek w miejscowości Saint-Florent. Celem partyzantów była restauracja monarchii, w postaci 8-letniego wówczas Ludwika XVII więzionego w Paryżu oraz odbudowa wpływów Kościoła Katolickiego w państwie. Po połączeniu sił Szuanów i Wandejczyków pod bronią jest 40 tyś. ludzi. Zgrupowanie to określa się już jako: „Armia Katolicka i Królewska”.
Warto w tym akapicie obalić kolejny prawicowy mit. Cała ludność Wandei nie poparła powstania. Francuski historyk Reynald Secher podaje w swojej pracy „Ludobójstwo francusko-francuskie Wandea-departament zemsty”, że większość Wandejczyków zgłosiła się do poboru. Wyjątkiem pozostawały gminy, które odmówiły rekrutacji całkowicie. Co ciekawe, podział na wspierających Republikę i rojalistów przeważnie był kalką w związku z rozróżnieniem między rzemieślnikami i marynarzami (republikanie), a chłopami (rojaliści).
Oprócz początkowej liczebności, partyzanci mieli jeszcze ułatwione zadanie z innych powodów. Wandejczycy znali dobrze teren skąd pochodzili. Ponadto byli dobrze wyszkoleni pod względem strzeleckim. W Wandei istniała duża liczba wolnych chłopów posiadających broń palną. Oprócz tego lokalne wspólnoty w Wandei powiązane były silną więzią wewnętrzną. Głównym spoiwem było życie wokół parafii, w której doszukiwać się można życie w lokalnej społeczności, gdzie każdy się zna.
Francuski historyk Reynald Secher uważa, iż powstanie w Wandei trwało tak długo i było tak liczebne, ze względu na jeden znaczący czynnik. Omawiany teren pozbawiony był większych miast, co w konsekwencji spowodowało, iż siły republikańskie nie mogły organizować stałych baz, dzięki którym można byłoby łatwo kontrolować okoliczny teren. Z racji tego aparat represji nie był, przynajmniej początkowo, dobrze rozwinięty w Wandei, a opór wobec nowych władz mógł się łatwiej rozwijać.
Do zwycięstw z 1793 r. zaliczyć trzeba te m.in. pod Saint-Vincent-Sterlanges, Chemile, Angers. To ostatnie miasto otwierało już drogę na Paryż. I tutaj kończą się już sukcesy rojalistycznej partyzantki. Zamiast iść na Paryż oddziały przemieściły się na nadmorskie Nantes (Nancy). Napoleon w późniejszych czasach miał oceniać tą bitwę, że powstańcy stracili wówczas szansę na zwycięstwo w wojnie i zmianę historii Francji. Wracając jednak do ataku na Nantes - kontrrewolucjoniści liczyli na kontakt z Anglią, która by umożliwiła wsparcie powstańców - bezskutecznie. Drugi czynnik to rozproszenie oddziałów. Większość powstańców rozeszła się po bitwie pod Nantes do domów, ze względu na prace polowe. Warto pamiętać, iż charakter armii Wandejczyków był ochotniczy. Kwestią pozostają też długie odległości do domu. Mając do wyboru walkę np. na odległy Paryż, albo pracę na roli, chłopi wybierali to drugie. Jak widać ważniejsze było przywiązanie do ziemi, niż walka o wartości rojalistyczne czy jakiekolwiek idee, co także obala prawicowy mit nadrzędności idei walki pośród Wandejczyków.
Reakcja władz Republikańskich była szybka - 17 marca 1793 r. uchwalono dekret, na mocy którego każdy buntownik schwytany z orężem miał zostać skazany na śmierć. 1 sierpnia tego samego roku Komitet Ocalenia Publicznego przez odpowiedni Dekret nakazał pacyfikację Wandei. Inne źródła mówią o Konwencie, który wydał dekret nakazujący stosowanie w Wandei metody spalonej ziemi - zniszczenia wszystkiego. Do wojsk republikańskich przybyły posiłki. Rewolucyjne wojsko zyskało przewagę. 18 października 1793 r. wojska rządowe przekroczyły Loarę idąc na zachód. Partyzanci ponosili kolejne porażki. Główne siły Wandejczyków zostały pokonane 23 grudnia 1793 roku pod Savenay. Armia Katolicka i Królewska przestała istnieć. Mimo tej klęski walka w Wandei trwała nadal.
W trakcie trwania tzw. Terroru Jakobinów można wręcz mówić o namiastkach państwa totalitarnego. Francuski historyk - Reynald Secher uważa, że to co stało się w Wandei po powstaniu było typowym ludobójstwem. (Nomen omen przyrównuje te wydarzenia do działań Einsatzgruppen). Kiedy Wandejczycy przegrali powstanie, władzę rewolucyjne rozpoczęły eksterminacje ludności cywilnej na mocy praw, obowiązków i rozkazów z Paryża. Chciałbym tutaj podać dwa przykłady: po pierwsze - zastosowania specjalnej jednostki wojskowej o nazwie „Piekielne Kolumny”, po drugie - użycie masowego topienia więźniów nad Loarą.
Jeśli chodzi o pierwszy przykład - „Colonnes Infernales” wysłano ich 12-24, dnia 21-23 stycznia 1794 r. do Wandei. Dowodził nimi gen. Louis Marie Turreau, a nadzorował komisarz Jean Carrier. Członkowie omawianej formacji palili wsie i inne skupiska ludzkie, mordowali bezbronną ludność poprzez m.in. rozstrzelania, przebijania bagnetami, ścinania głów szablami. Zrywano m.in. także po śmierci skórę z ludzi i robiono z nich ubrania dla rewolucyjnego wojska. (Przykład z filmu „Wandea - sumienie Francji”, TVP Historia, cytując: „Niech chirurg z czwartego batalionu oprawi 32 trupy i zaniesie ich skóry do Le Mouliera. (…) A jeśli ten odmówi ich wygarbowania, niechaj chirurg wie, że zostaną one złożone u sędziego (…)”. Członkowie Kolumn Piekielnych robili to masowo, z obowiązku, na rozkaz władz rewolucyjnych z Paryża. Część z Wandejczyków wysłano na gilotynę. Ofiary z rąk Kolumn Piekielnych szacuje się na 20-50 tyś ludzi. (Mówimy tu o okresie od stycznia do maja 1794 roku).
Drugim przykładem pozostają masowe egzekucje w postaci topienia nad Loarą. (Powstanie nie miało miejsca jedynie w Wandei - granicą powstania na dobrą sprawę pozostawała rzeka Loara). Wykorzystano specjalne skonstruowane do tego celu barki, a raczej wraki. Określano tą formę egzekucji jako „Noyad” - stare statki z przedziurawionymi i prowizorycznie zatkanymi kadłubami spuszczano na rzece z setkami ludzi. Na środku rzeki wyjmowano zabezpieczenia, a barki szybko tonęły wraz z więźniami. Ci, którzy przeżywali, wypływali na powierzchnię i tam dobijani byli szablami przez katów z pobliskich krążących łódek. Na uwagę w tym wątku zasługuje egzekucja 800 ofiar na jednej z takiego typu statków. Rozebrani do naga mężczyźni, kobiety, w tym także dzieci, przywiązywano parami o przeciwnej płci. Osoby przywiązane wcześniej się nie znały. Praktykę to określano ironicznie jako „małżeństwa republikańskie”. Sam Carrier określał „Noyad” innymi terminami: „pionowa deportacja w narodowej wannie” albo „patriotyczny chrzest”.
Najbardziej znamienne są słowa François’a Joseph’a Westermann’a - generała wojsk rewolucyjnych z tego okresu, które zobrazują czytelnikowi, co dokładnie się działo w Wandei z ludnością cywilną po powstaniu, cytując:
„Nie ma już Wandei, obywatele republikanie. Wraz ze swymi kobietami i dziećmi zginęła pod naszą wolną szablą. Grzebię ją w bagnach i lasach Savenay. Zgodnie z rozkazami, któreście mi dali, miażdżyłem dzieci kopytami koni, masakrowałem kobiety, które – przynajmniej te właśnie – nie będą już rodzić bandytów. Nie mam na sumieniu wzięcia chociażby jednego jeńca. Tępiłem wszystkich... Moi huzarzy mają przy końskich ogonach strzępy bandyckich sztandarów. Drogi są zasłane trupami. Jest ich tyle, że w wielu miejscach tworzą piramidy. Bez przerwy rozstrzeliwuje się w Savenay, ponieważ ciągle przybywają bandyci chcący się poddać... My nie bierzemy jeńców; trzeba by im było dawać chleb wolności, litość zaś to nie rewolucyjna sprawa.” 24 grudnia 1794 roku.
Trzeba obalić jeszcze jednym argumentem prawicowy mit powstania w Wandei. Tutaj obydwie strony były bezwzględne. Oczywiście machina Republikańska i skala terroru była o wiele większa i miała wymiar totalitarny i ludobójczy, niż akcje Wandejczyków. Jeśli chodzi o rojalistów mówić tutaj trzeba o lokalnych ruchawkach i odpowiedź na masowy terror. Mówiąc o masakrach z rąk rojalistów chodzi o dwie w mieście Machecoul. Pierwsza miała miejsce 10 marca 1793 r. Po przejęciu władz przez rojalistów we wspomnianym mieście, napastnicy ruszyli do dzielnicy zamieszkałej przez kupców. Za zgodą rojalistycznych władz zabito od kilkudziesięciu do kilkuset republikanów, bogatych obywateli miasta oraz konstytucyjnego księdza. Druga masakra to odpowiedź egzekucji powstańców w Pornic. Pośród nich było 250 straconych, często uczestników pierwszej masakry w Machecoul, którzy poszli walczyć w partyzantce. Z zemsty zatrzymano kilkuset podejrzanych o sympatie republikańskie w Machecoul. Nie wszyscy domagali się uśmiercenia (niektórzy żądali uwięzienia ich jako zakładników). 5 kwietnia 1793 r. na dziedzińcu miejscowego zamku skuto ich łańcuchami a następnie przebito pikami.
Wandea jest wiecznie żywa pośród środowisk patriotycznych, narodowych oraz katolickich. Jak każde wydarzenie urasta do rangi mitu. Widoczne było to m.in. w piosence „Legion - Wandea”. Jak każdy mit ma w sobie ziarno prawdy, a reszta to nadbudowa światopoglądowa. Na koniec powtórzyć warto jeszcze raz, że głównym czynnikiem walki Wandejczyków było przywiązanie do ziemi, a drugim szeroko pojmowana religijność. Na pewno pierwszym czynnikiem nie były rojalistyczne pobudki, skoro Wandejczycy wspierali rewolucje na początku i wchodzili w jej system polityczny, a nawet wysyłali swoich deputowanych. Rojalizm na dobrą sprawę pojawił się dopiero po ścięciu króla Ludwika XVI i był ostatnim czynnikiem kontrrewolucji wandejskiej. Z drugiej strony nie ma tutaj co bronić ludobójstwa Wandei z rąk wojsk republikańskich. Wydaje się, iż Paryż stracił kontrolę nad wydarzeniami.
Patryk Płokita
Euro czyli Thiago Cionek, januszopatriotyzm i multikulti
Trwający we Francji turniej to dobry moment, żeby poruszyć kilka kwestii, mianowicie multikulti, „januszopatriotyzmu” i pewnego obrońcy regularnie powoływanego przez Nawałkę.
Mistrzostwa Świata czy Europy to takie imprezy, że przez miesiąc cały świat żyje piłką nożną. To niestety także święto multikulti. Trudno o bardziej dobitny przykład dzisiejszego upadku Europy niż Mistrzostwa Europy gdzie ledwie kilka drużyn to prawdziwe reprezentacje narodowe bez imigrantów i ich dzieci. Polska, Rumunia, Węgry (Nikolić gra dla kraju swojej matki), Islandia to wyjątki.
Oglądając mecz otwarcia kibicowałem zdrowej drużynie narodowej grającej przeciwko zbieraninie „uchodźców” wzmocnionej przez 4 Francuzów, Szwajcaria ma podobny zespół, zdecydowana większość reprezentacji na Euro ma w swoich składach zawodników, którzy nigdy nie powinni się tam znaleźć. Nazwiska i kolor skóry sporej części piłkarzy na turnieju we Francji zdecydowanie nie pasują do hymnów granych przed meczami. Mecz Albanii ze Szwajcarią, kiedy bracia Xhaka stanęli naprzeciwko siebie, a spora część „Helwetów” pochodzi z kraju, którego królem obwołał się pewien polski raper pokazał jak dzisiaj wygląda Europa.
Kibicując reprezentacji Polski złożonej z 23 Polaków mam świadomość, że większość Europejczyków może tylko o czymś takim pomarzyć. Pamiętam czasy Smudy kiedy po dwóch Niemców i Francuzów hańbiło reprezentacyjne koszulki. Wcześniej Roger i Olisadebe dostali obywatelstwo bo parę razy kopnęli prosto piłkę grając w klubach z Warszawy. Zaraz zaraz czy o kimś nie zapomniałem? Fakt, Thiago Cionek urodził się w Brazylii, polski paszport ma dopiero od kilku lat, ale jest Polakiem niezależnie od tego co sądzi redaktor Stanowski. Obrońca Palermo od dziecka zna polską kulturę i język, grając w Jagiellonii zadbał, żeby nauczyć się mówić naprawdę dobrze. Ciekawe czy twórca Weszło i Wyszło protestował by tak samo gdyby Nawałka powołał Polaka z Kazachstanu? Albo Lwowa czy Wilna? Ciężko stawiać piłkarza z Kurytyby w jednym szeregu z Obraniakiem, który nigdy nie miał zamiaru uczyć się polskiego. Zawsze będę przeciwnikiem powoływania do kadry narodowej „farbowanych lisów”, ale zawsze będę bronił autentycznych Polaków z Kresów czy potomków starej emigracji, którzy zachowali język, kulturę i tożsamość, a Thiago Cionek zdecydowanie zalicza się do tej drugiej grupy.
Niestety nie umiemy wykorzystać gry Thiago Cionka w reprezentacji, TVP Polonia powinna nakręcić duży reportaż o Polaku z Kurytyby na Euro i w ten sposób rozbudzać świadomość narodową tamtejszej Polonii. Kurytyba to miasto gdzie od 90 do nawet 300 tysięcy ludzi ma polskie korzenie, działają polskie szkoły, parafie, prasa czy organizacje społeczne i kulturalne. Niestety nasze państwo nie umie i nie chce wspierać rodaków mieszkających poza granicami kraju. Pozostawiając te społeczności bez wsparcia z kraju skazujemy je na asymilację, tymczasem zdrowe państwo powinno wspierać życie narodowe poza swoim terytorium. III RP programowo zaniedbując sprawy Polaków na Kresach i w Kazachstanie wydaje się w ogóle nie pamiętać o tych w Brazylii czy USA, tymczasem mamy problem z kolejną falą masowej emigracji na zachód Europy. Jeżeli nie wypracujemy modelu rozwoju polskiej kultury i życia narodowego poza granicami kraju bardzo szybko Polacy tam zamieszkali stracą tożsamość narodową. Dla nacjonalistów nadarza się doskonała okazja do promowania hasła „Jeden naród ponad granicami”i poruszenia tematu Polonii i Polaków na Wschodzie. Na łamach Szturmu debiutowałem tekstem „Zapomniane Kresy” gdzie pisałem o zbyt małym zainteresowaniu naszego ruchu Polakami zamieszkałymi na wileńszczyźnie, grodzieńszczyźnie czy Ukrainie, o Polonii nie pamięta niestety nikt, teraz nadarza się okazja, żeby to zmienić.
Reprezentacja Polski gra na tych mistrzostwach naprawdę dobrze co oprócz oczywistej radości z dobrego wyniku przedłuża turniejowy szał „januszopatriotyzmu”. Euro to taka impreza kiedy wuchta wiary mocniej poczuwa się do swojej polskości, dobrze pompuje patriotyzm i to jest piękne. To zjawisko będzie tym silniejsze im lepiej nasza kadra będzie grała, podobnie było z sukcesami Małysza, ale tutaj dodatkowo mamy sport drużynowy i to ten dla Polaków najważniejszy. Wielokrotnie stawałem w obronie zjawiska gimbopatriotyzmu uważając modę na patriotyzm za największy powojenny sukces polskich nacjonalistów. Tutaj biało-czerwone flagi pojawiają się bez naszego udziału, ale powinniśmy się zastanowić jak ten fakt wykorzystać i sprawić, żeby chwilowy boom wywołany grą Lewandowskiego czy Pazdana przyniósł trwałe owoce. Zamiast oburzać się, że na Euro wisi więcej polskich flag niż 11 listopada i 1-3 maja powinniśmy się cieszyć z tej manifestacji patriotyzmu i pracować nad jej umocnieniem.
Tomasz Dryjański
Fenomen sportowego patrioty
Zawsze zastanawiałem się jak to jest albo co jest w tym polskim sporcie magicznego, że podczas większych imprez z udziałem naszej reprezentacji, wszyscy, bez wyjątku, nagle stają się Polakami. Bez względu na swoje poglądy polityczne: anarchistyczne, lewackie, prawicowe czy globalistyczne. Wszyscy kibicują naszym polskim sportowcom. Jak wygrają to przedstawiciele wyżej wymienionych grup odczuwają wielką dumę, ale potem oczywiście, a zwłaszcza nasi przeciwnicy, się do owej dumy narodowej nie przyznają. Co jest istną hipokryzją z ich strony.
Ale wracając do fenomenu zjawiska. Szaliki, wuwuzele, czy innej maści gadżety biało-czerwone. Flagi wywieszone w domach, w autach, na czas chociażby tegoroczne EURO. Pomimo, iż owy element jest strikte komercyjny, a nawet bardzo to jednak cieszy oko fakt, że chociaż na te parę tygodni naród jest jeden. Nie ma podziału na zwolenników PO , Pis, Nowoczesna, KUKIZ 15 czy też zupełnych przeciwników partii politycznych. Inną sprawa jest to, że władza ten fakt brutalnie wykorzystuje. Ale mimo to na czas Mistrzostw Europy, Mistrzostw Świata w piłce nożnej, siatkówce i lekkiej atletyce, oraz Olimpiadzie Letniej i Zimowej następuje czas, że Polacy kłócą się najmniej.
Bo tak naprawdę dziś tylko sport jest spoiwem które łączy nasz naród. Ten sportowy patriotyzm jak go w sumie można nazwać. To dzięki niemu tak naprawdę nasza tożsamość narodowa nie przepadła. On zasiał, zwłaszcza wśród młodych tak zwany gimbo-patriotyzm, ale także od niego swą ideową drogę zaczynało wielu, jak nie większość polskich narodowców czy nacjonalistów.
Więc jeśli ktoś teraz wyśmiewa się z obecnego ,,kibicowskiego szaleństwa” względem naszej reprezentacji, a na co dzień jest czynnie działającym narodowcem/nacjonalistą powinien się mocno zastanowić, czy jest godny nazywać siebie tym narodowcem/ nacjonalistą. Bo wyśmiewanie się z tego zjawiska, nie rozważając pozytywnych jego aspektów, jest po prostu głupie.
Kacper Sikora
O uzdrowienie ochrony zdrowia
Polski system ochrony zdrowia jest dziś w opłakanym stanie, żeby to zrozumieć nie potrzeba skomplikowanych wyliczeń ekspertów, wystarczy potrzebować od niej pomocy. Oczywiście mowa o takiej pomocy, która przekracza skomplikowaniem wyleczenie przeziębienia. Kolejki do specjalistów przekraczają jakiekolwiek normy, skazując pacjentów na pogorszenie stanu zdrowia lub prywatną wizytę. Nie wszystkich jednak stać na tę drugą opcję, która zresztą w prawidłowo działającym systemie zdrowotnym powinna być marginalna i wynikać co najwyżej ze snobizmu.
Przy okazji protestu pielęgniarek, zwyczajowo swoje odrażające głowy podniosły postulaty neoliberalne. Ich wykwit, jak zawsze, opierał się na wierze we frazesy, że wszystko, co państwowe musi działać niewydolnie i że rozwiązaniem jest rzucenie niedziałającego właściwie fragmentu gospodarki w wir wolnej konkurencji i inicjatywy prywatnej. Podstawowym błędem neoliberałów jest właśnie postrzeganie każdej dziedziny życia wyłącznie jako “fragmentu gospodarki”, przy czym ujawnia się doszczętne zmaterializowanie poglądów. Opieki zdrowotnej nie da się wpisać w prawo popytu i podaży, nie da się na niej zarobić przy pełnym zachowaniu etyki w działaniu. W pewnym momencie pojawi się przecież problem wyboru drogiego, długotrwałego leczenia, zapewniającego chociażby krótkie utrzymanie przy życiu człowieka, a odmówienie nieopłacalnego zabiegu medycznego lub opieki. Ile warty jest dzień, miesiąc, rok życia człowieka? Czy naprawdę tylko tyle, ile przez ten czas możemy na pacjencie zarobić? Państwowy system ochrony zdrowia może pozwolić sobie na działania nieekonomiczne, czego prywatne ośrodki nie mogłaby zrobić bez zaprzeczenia swoim dogmatom racjonalnego dążenia do zysku. Sprywatyzowanie opieki zdrowotnej byłoby szczególnie katastrofalne dla kraju takiego jak Polska. Nasz kraj cierpi na przewlekły niedobór kapitału, problem ten u nas rozwiązuje się doraźnie, ściągając zagranicznych inwestorów różnymi ulgami podatkowymi i polityką uległości wobec krajów-matek. W przypadku otworzenia systemu ochrony zdrowia na sektor prywatny w takim stopniu, jakiego oczekują neoliberałowie, doszłoby do zalewu rynku przez zagraniczne koncerny. W początkowym okresie niewykluczone, że doszłoby nawet do spadku cen usług medycznych, możliwe nawet poniżej kosztów produkcji usługi. Nie miałoby to jednak nic wspólnego ze “zbawiennym” działaniem wolnego rynku, którego ręka służy często wyłącznie do zepchnięcia z rynku konkurencji. Dalszy scenariusz jest dość łatwy do przewidzenia, po ustanowieniu monopolu następuje horrendalny wzrost cen, które musielibyśmy ponosić, ponieważ nie chodzi tu o typowy obrót dobrami konsumpcyjnymi, ale o handlowanie naszym zdrowiem. Nie ma nic gorszego niż zagraniczny, prywatny monopol w tak ważnym, zarówno z perspektywy jednostki, jak i państwa, sektorze. Widać to dziś już np. w przemyśle farmaceutycznym, który poprzez nieuczciwie rozciąganą w czasie ochronę patentową i zarazem monopolizacje, sprawił, że ceny leków są bardzo wysokie i wielu ludzi na całym świecie zwyczajnie na nie nie stać, chociaż ich koszt produkcji jest stosunkowo nieduży. Gdy chodzi o tak kluczowe sprawy jak zdrowie, nie możemy ufać ślepym mechanizmom rynku czy spekulacjom w sposób szczególny. Co stałoby się z chorymi, gdyby firma świadcząca usługi medyczne, a zarazem oferująca ubezpieczenie, zbankrutowała? Zadłużony, państwowy szpital nie zostanie pozostawiony sam sobie, nie odmówi świadczenia usług, ponieważ nie jest przedsiębiorstwem, więc jego naczelną zasadą nie jest dążenie do zysku. Przestrogą przed prywatyzacją systemu ochrony zdrowia niech będzie dla nas opieka zdrowotna USA. Mało ważny okazuje się brak kolejek, przesyt w posiadaniu sprzętu medycznego najwyższej jakości przez placówki medyczne, gdy obywateli nie stać na leczenie ani diagnostykę. Ciężka choroba niejednokrotnie rujnuje finansowo całą rodzinę, zabiera dorobek życia. Ceny wynoszące dziesiątki tysięcy dolarów płacone za pobyt w szpitalu, to koszty, którym ciężko sprostać zamożniejszemu przecież społeczeństwu amerykańskiemu, a co tu mówić o nas - Polakach. Amerykanom trudno sprostać przy tym kosztom ubezpieczenia, także zamknięty krąg braku pomocy się zamyka.
Współistnienie prywatnej i publicznej opieki zdrowotnej w szerszym zakresie i wprowadzenie możliwości wyboru między nimi, tym wyboru gdzie wpłacać składki ubezpieczeniowe, nie rozwiązałoby żadnych problemów, tym bardziej natury ekonomicznej i rodziłoby tylko kolejne pola do nadużyć. Ośrodki prywatne podejmowałyby się wykonywania tylko opłacalnych zabiegów, natomiast te najdroższe, “nieopłacalne” musiałyby i tak wykonywać państwowe punkty opieki medycznej - co przyczyniłoby się do jeszcze większego pogłębienia deficytów w budżetach szpitali państwowych. Nastąpiłoby niekorzystne zjawisko “uspołecznienia strat” przy “zmonopolizowaniu zysków”.
System opieki zdrowotnej powinien być wyłącznie częścią sektora publicznego, niemożliwe wydaje się jednak zlikwidowanie prywatnych praktyk lekarskich, tym bardziej za pomocą rządowej ustawy. Potrzebne są do tego wydolne, dobrze wykonujące swoją pracę i odpowiednio wyposażone publiczne ośrodki opieki zdrowotnej. Pierwszym i niezbędnym krokiem do osiągnięcia tego celu jest zwiększenie wydatków na służbę zdrowia. Jesteśmy jednym z z tych krajów świata, które na system ochrony zdrowia wydają najmniej (procent przeznaczanego PKB). Następnie należałoby wprowadzić szereg zmian strukturalnych, zapewniających większe zatrudnienie personelu medycznego. Obowiązek pracy w kraju, przez z góry określony okres czasu, dla absolwentów studiów medycznych, od pielęgniarek do lekarzy, stanowiłby dobrą podstawę tych zmian. Nasz kraj rokrocznie wypuszcza na rynek pracy tysiące młodych absolwentów. Wielu z nich opuszcza kraj, poszukując lepszych zarobków, co biorąc pod uwagę koszty, jakie ponosi państwo w tracie kształcenia, jest ewidentnym marnotrawstwem środków publicznych. Warto byłoby więc wprowadzić obligatoryjny okres pracy w państwowych ośrodkach opieki medycznej lub w wyjątkowych przypadkach konieczność zwrócenia państwu kosztów kształcenia. Dodatkowo warto walczyć w systemie ochrony zdrowia, jak w każdej dziedzinie, z korupcją i innymi nadużyciami, które zawsze przynoszą tylko straty. Należy w tym miejscu rozważyć słuszność rozwiązania stosowanego w Kanadzie, które bezwzględnie zakazuje pobierania pieniędzy przez lekarzy za usługę wpisaną na listę refundacyjną, pod groźbą surowych kar finansowych.
Problemy systemu ochrony zdrowia muszą być rozwiązywane ponad politycznymi podziałami, nie mogą stać się one częścią bieżącego sporu. Potrzeba wywierania nacisku na stronę rządzącą jest ogromna i usprawiedliwiona. Nie można dopuścić do zaakceptowania retoryki, z którą tak często mamy do czynienia obecnie. Nie każda krytyka rządu odbywa się pod sztandarami Komitetu Obrony Demokracji i nie każdy strajk jest inspirowany przez partyjną opozycję w celu obalenia rządu Szydło. Prawicowy mainstream chce wykreować atmosferę, w której każda krytyka rządu czy chęć zmian będzie zbliżała do władzy poprzednią ekipę rządzącą i będzie utożsamiana z jej popieraniem. Oczywiście jestem daleka od stwierdzenia, że strajki nie są wykorzystywane przez niektóre partie do zbijania politycznego kapitału. Wyraziście widać to na przykładzie partii Razem, która na protestach mniej skupia się na problemach strajkujących, a o wiele bardziej na autopromocji. Niech świadczy o tym chociażby ilość flag Razem na strajku pielęgniarek, z którego to strajku zdjęcia miejscami przypominały bardziej wiec partyjny niż protest. Przed kamerami środowiska kawiorowej lewicy kreują się na prospołeczne inicjatywy, w rzeczywistości jednak lewica już dawno wyzbyła się swojego społecznego oblicza, co przypieczętowało jej upadek, zresztą sama to już dziś zauważa, próbując udawać, że znów stoi po stronie większości - po tej jednak stronie nie ma już dla niej miejsca.
Maria Pilarczyk
„Lepka purpura łódzkich kwiatów” – niełatwa historia rewolucji 1905 roku
Żyję w mieście rewolucji; w mieście upadłego przemysłu włókienniczego, filmowego i wciąż upadających kamienic. Każdego roku, w czerwcu, lewica przypomina mieszkańcom Łodzi o rewolucji 1905 roku i o jej lokalnym epizodzie znanym jako „Powstanie Łódzkie”. Co roku Krytyka Polityczna odkurza swój czerwony sztandar, zaciska pięść nucąc „Warszawiankę”. Niejeden strajkujący w 1905 roku robotnik utożsamiał się z Polską dużo bardziej, niż antyklerykalni obrońcy tęczy zapatrzeni tęskno na Zachód. Niestety, dla części narodowców, rewolucja 1905 roku pozostaje wyłącznie „próbą wprowadzenia komuny”. Odrzucamy koncepcję walki klas, ale czy to oznacza, że walka się nie toczy?
Podczas debaty2 pomiędzy środowiskiem łódzkich narodowców, a resztą świata, pewien historyk związany z Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi zarzucił nam, że traktujemy historię wybiórczo – chwalimy się tym, co wspaniałe, milcząc o tym, co niewygodne. Z pewnością niewygodną jest historia rewolucji 1905 roku na terenie Królestwa Polskiego, m.in. z uwagi na rzekome zaangażowanie endecji po stronie caratu.
O wydarzeniach z lat 1905-1907 można pisać długo i ciekawie, tylko po co, skoro powstało na ten temat dostatecznie wiele (mniej lub bardziej) godnych polecenia prac3. Mimo swego zamiłowania do historii, narodowcy nie podejmują tego tematu, choć kwestia wystąpień robotniczych powraca jak bumerang w dyskusjach z lewicą. Ileż to razy zarzucała nam (o ironio!) strzelanie do robotników. Co zatem robić? Przepraszać, zaprzeczać, czy „masakrować lewaka”?
W jedności siła?
O co toczyła się walka: o 8-godzinny dzień pracy, rząd dusz, czy o niepodległość Polski? Dla wielu, określenie „lewica patriotyczna” to oksymoron. Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę historię najnowszą. A przecież polska lewica nie od zawsze prezentowała wiernopoddańczy stosunek wobec silniejszych, oddając Polskę pod „opiekę” – sowiecką, czy unijną. Nieznaną pozostaje postać Bolesława Limanowskiego, określanego mianem „nestora polskiego socjalizmu”, który odrzucał walkę klas jako aksjomat i jedyną drogę przemian. Przełomem miała być niepodległość Polski, a dopiero później reformy przeprowadzone w duchu demokratycznym. Tym właśnie tropem podążała Polska Partia Socjalistyczna i Józef Piłsudski4 (przynajmniej w 1905 roku).
Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy, na czele z Różą Luksemburg, otwarcie i zajadle krytykowała hasła niepodległościowe PPS, określając ją jako partia nacjonalistyczna (sic!): „w odpowiedzi na narodowościowe hasła PPS, [SDKPiL – M.N.] zaczęła zdecydowanie podkreślać swój nie tylko internacjonalizm, ale także antynacjonalistyczny charakter i to właśnie spowodowało tak ostrą reakcję reszty socjalistów polskich”5. Luksemburg nie tolerowała „socjal-patriotów”, jak zwykła określać działaczy PPS. W swych publikacjach pytała kpiąco, „czy odbudowanie Polski wybawi robotników z nędzy?”. Co ciekawe, Róża Luksemburg twierdziła, że przemysł Kongresówki istniał i rozwijał się tylko wskutek politycznej przynależności do Rosji i tak też powinno pozostać – rzecz jasna, „dla dobra robotnika polskiego”. Nie było zatem mowy o niepodległej Polsce. Wobec tego faktu, rzekomy lojalizm i rusofilstwo Dmowskiego wypadają blado. Dość przytoczyć słowa Feliksa Perla, polskiego socjalisty żydowskiego pochodzenia: „Socjaldemokracja nigdy nic pozytywnego i twórczego do ruchu robotniczego w Polsce nie wniosła, ale żyła tylko negacją rewolucyjnych dążeń polskich i głoszeniem, że w imię solidarności z robotnikiem rosyjskim i niemieckim robotnik polski ma się pogodzić – z najazdem! Było to przeniesienia na grunt robotniczy ideologii burżuazyjnej ugody”6 Trudno zatem rozpatrywać rewolucję – z punktu widzenia przywódców SDKPiL – w kategoriach „powstania narodowego”.
Niebezpieczne związki
Trzecią siłą rewolucji był Bund – w języku jidysz oznacza „związek”. Pełna nazwa tego ugrupowania to „Powszechny Żydowski Związek Robotniczy na Litwie, w Polsce i Rosji”. Socjaliści, przeciwnicy ortodoksów podkreślający, że Żydzi to przede wszystkim naród, a nie wyłącznie wspólnota religijna (!).
W Łodzi, jak w soczewce, skupiły się konflikty nie tylko klasowe i partyjne, ale także narodowościowe i wyznaniowe. Znamienne, że w tym wielokulturowym mieście w zaborze rosyjskim, wśród wielkich fabrykantów dominowali Niemcy i Żydzi. Na przełomie maja i czerwca w Łodzi strajkowało około 32 tys. robotników. Fabrykanci Kunitzer, Heinzel i Scheibler ogłosili lokaut. Po masakrze robotników z 21 czerwca 1905 roku, z inicjatywy lokalnych działaczy SDKPiL i Bundu, na 23 czerwca zaplanowano strajk generalny. W nocy z 22 na 23 czerwca wzniesiona barykady na ulicach miasta. Rozpoczęło się Powstanie Łódzkie. W całym powiecie, władze ogłosiły stan wojenny. Potkański pisze o nastrojach rewolucyjnych, które zaskoczyły nawet ich przywódców: „na nic zdawały się w tym wypadku apele i odgórne kierowanie, sytuacja wymykała się po prostu spod kontroli partii politycznych”7. „Kolejne demonstracje były już bardziej agresywne i na ogół kończyły się wymianą strzałów lub co najmniej zniszczeniem kilku sklepów czy urzędów. Z czasem dochodziło niestety do karygodnego wprost bandytyzmu i zatarcia poczucia cudzej własności i mienia.”8 Władze carskie też nie przebierały w środkach – krwawo tłumiły nawet pokojowe demonstracje.
Zauważmy, że dziś rolę się odwróciły: to narodowcy organizują demonstracje, a „spadkobiercy” ideałów SDKPiL nazywają ich „zbiegowiskiem hołoty”. Śmieją się, że tkwimy w historii Żołnierzy Wyklętych lub „dawno obalonej komuny”. Sami zaś, raz do roku wznoszą zaciśnięte pięści, przypominając sobie o „klasie pracującej”. Zapominają tylko, że w Łodzi nie ma już dymiących kominów fabryk, co w dużej mierze „zawdzięczamy” pokojowemu „obaleniu komuny”. Dla tych samych ludzi, wybijanie szyb w sklepach żydowskich w ramach bojkotu żydowskiego handlu to przejaw karygodnego antysemityzmu, lecz wybijanie szyb w sklepach podczas rewolucji 1905 roku – walka o godność pracownika.
Z caratem (czy) przeciw rewolucji?
„Doprawdy piekłem jest Królestwo. Cały ten syfilis polityczny, którym nas zarażali Moskale przez lat czterdzieści, wysypał się obecnie i nie wiadomo, kiedy się to skończy”9 – tak pisał Dmowski w liście do Zygmunta Miłkowskiego w 1906 roku. Stosunek narodowców do rewolucji to niezwykle kontrowersyjny aspekt. Odezwy Ligii Narodowej z 1905 rok zdradzały zarówno entuzjazm wywołany wybuchem rewolucji w Rosji – jako czynnik osłabiający carat, oraz strach przed rewolucją wzniecaną przez socjalistów, szczególnie tych „bez ojczyzny” oraz Żydów. Jednak nawet patriotyczne hasła PPS przestały być dostatecznym powodem do wzajemnej tolerancji. Krytykowano Oddział Bojowy PPS za „bezsensowne akcje terrorystyczne”, a w konsekwencji śmierć setek Polaków: materiały wybuchowe domowej roboty, strzelaniny na ulicach; wysadzano mosty kolejowe np. między Łodzią a Pabianicami, próbowano wysadzić pomnik cara Aleksandra II w Częstochowie; z powodu braku uzbrojenia, zaczęto wykorzystywać „szpile” maszyn włókienniczych jako sztylety.10
Jeszcze w 1905 roku z inicjatywy Ligii Narodowej, z myślą o środowiskach robotniczych, powołano organizacje: Związek Młodzieży Rzemieślniczej im. Jana Kilińskiego, Związek Narodowy Młodzieży Robotniczej oraz Towarzystwo Oświaty Narodowej. Stworzono także stricte bojową organizację pod nazwą Stowarzyszenie Czujności Narodowej „Baczność”. Jak pisze Potkański, w skład tej prężnej, choć krótkowiecznej formacji, wchodziły „tajne i podzielone na oddziały organizacje bojowe mężczyzn i kobiet”11. Później jej członkowie zasilili kadry Narodowego Związku Robotniczego.
NZR powstał w czerwcu 1905 roku. Od innych związków zawodowych odróżniał go przede wszystkim silnie akcentowany patriotyzm i odrzucenie dogmatu „walki klas”. Aktywnie zwalczał przejawy rosyjskiej obecności na ziemiach polskich (szyldy, święta rosyjskie), co nie współgra z mitem rusofilstwa endecji. Odżegnywał się od koncepcji strajków. Postulat narodowego solidaryzmu brzmi wprawdzie ładnie, jednak w praktyce okazywał wiele słabości, zwłaszcza gdy w jego imię dochodzi do bratobójczej walki. Dla przeciwników NZR, jego członkowie byli łamistrajkami.
Narodowcy od zawsze odrzucali postulat „walki klas”, przede wszystkim jako „materialistyczny”. Jednak fakt, że narodowcy potępiają walkę klas (czy walkę płci), nie oznacza, że ta walka się nie toczy. Wyobraźmy sobie spełnienie nacjonalistycznych marzeń: ziemia, handel i wszelkie gałęzie przemysłu w polskich rękach. Tylko co z tego, jeśli dzień roboczy wynosiłby 12 godzin, a stawka godzinowa - złotówkę. I kiedy nie można byłoby za ów stan winić międzynarodowych korporacji, Żydów i masonów, należałoby się przyjrzeć własnym, stricte polskim niedomaganiom.
Duch miejsca, czyli historia lokalna
Nowa lewica po raz kolejny okazuje się dużo bardziej pomysłowa. Opowiada lokalną historię na nowo, posługując się retoryką niepodległościową. Dużo ważniejszym niż roztrząsanie historii, jest właśnie ów regionalizm, o którym zapominają narodowcy. Historycyzm – nie! Historia – tak, ale szczególnie ta związana z miejscem.
Nie czuję się obciążona „spadkiem” decyzji politycznych Ligii Narodowej z lat 1905-1907. Nie czuję się w obowiązku błagać o przebaczenie za tłumienie strajków robotniczych. Uczynił to już zresztą sam Dmowski – 28 stycznia 1907 roku, „w sposób honorowy i dojrzały (podczas wiecu w gmachu Filharmonii Warszawskiej 28 stycznia 1907 r.) stwierdził, że publicznie przyjmuje na siebie całe brzemię i odpowiedzialność za walki bratobójcze, do jakich doszło w trakcie rewolucji.”12 My też musimy? Tym bardziej, że dziś środowiska gardzące na co dzień polskością, mianują się spadkobiercami czynu niepodległościowego. Choć jako ciekawostkę dodam, że podczas tegorocznych obchodów, w sobotę 18 czerwca, organizatorzy wyprosili grupkę uczestników posługujących się symbolem sierpa i młota13.
Jako Polka, łodzianka i nacjonalistka, czuję się dumna z historii mojego miasta, bez jej mitologizowania. Mimo tego, że część osiągnięć rewolucji na polu ekonomicznym zostało cofniętych pod naciskiem fabrykantów(!), należy pamiętać, że Powstanie Łódzkie przyczyniło się do stworzenia pierwszej szkoły z językiem polskim jako językiem wykładowym (Prywatne Progimnazjum Męskie J. Radwańskiego w Łodzi). Powtórzę więc przewrotnie za Romanem Dmowskim: „Wszystko co polskie jest moje: niczego się wyrzec nie mogę. Wolno mi być dumnym z tego, co w Polsce jest wielkie, ale muszę przyjąć i upokorzenie, które spada na naród za to co jest w nim marne.” To także nasza historia.
Marta Niemczyk
https://www.radiolodz.pl/posts/15529-z-podworka-na-antene-sluchowisko-lepka-purpura-lodzkich-kwiatow [dost. 20.05.2016]
2 http://www.narodowalodz.pl/lodz/debata-w-liberte/ [dostęp 19.06.2016]
3 Interesującą, choć mało obiektywną jest praca Stanisława Kalabińskiego i Feliksa Tycha „Czwarte powstanie czy pierwsza rewolucja. Lata 1905-1907 na ziemiach polskich”, wydana w 1976 roku. Co ciekawe, można w niej przeczytać wiele o stanowisku endecji wobec wydarzeń z lat 1905-1907 roku – i równie wiele na temat osobistego stosunku autorów do endecji;) Wątpliwości może budzić teza o entuzjastycznym przyjęciu rewolucji przez „ogromną większość ludności Królestwa”, czemu przeczą współcześni historycy.
4 Waldemar Potkański, Odrodzenie czynu niepodległościowego przez PPS w okresie rewolucji 1905 roku, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2008, s.25
5 Tamże, s.35
6 Tamże, s.38
7 Tamże, s.81
8 Tamże, s.152
9 Tamże, s. 149
10 Janusz Wojtasik, Aspekty militarne rewolucji 1905-1907 – między mitem a rzeczywistością, w: Dziedzictwo rewolucji 1905-1907, Warszawa-Radom, 2007, s.44
11 Waldemar Potkański, Odrodzenie czynu niepodległościowego…, s.150
12 Tamże, s.157
13 http://lodz.wyborcza.pl/lodz/10,88279,20264510,marsz-na-111-lecie-rewolucji-awantura-o-sierp-i-mlot.html [dost. 20.06.2016]
XXI wiek – wiek walki przeciw nowoczesnemu światu
Kto nie odwraca się plecami do współczesnego świata, ten okrywa się hańbą. (Nicolás Gómez Dávila)
Przez ostatnie kilka tygodni towarzyszyły mi napięcie, nerwy, chwile załamania, związane z egzaminami w sesji. Równolegle, ponieważ jest to już czas wolny od wykładów, ćwiczeń i konwersatoriów, jest czas na refleksje o tym, w jakim kierunku zmierza współczesny świat. Do jakich celów dąży człowiek w dzisiejszym świecie? Jaki wpływ na kształtowanie się młodzieży mają nasi rodziciele, starsi oraz przodkowie z naszej historii, a jaki – idole pop-kultury? Jak mocno we wszystko wsiąknął materializm? Życie stawia przed nami szereg pytań, na które trzeba samemu sobie odpowiedzieć. Kształtowanie swojej niezależnej myśli pozwoli coraz bardziej na kontestowanie rzeczywistości, która dla młodych nacjonalistów nie jest kolorowa, pomijając modę na patriotyzm czy rosnącą dbałość o naszą historię.
Dlaczego XXI wiek jest wiekiem, w którym walka przeciw współczesnemu światu winna być mocniejsza niż dotychczas? XXI wiek przyniósł sukces kosmopolitycznych ideologii, które zdominowały umysły młodych Europejczyków. Liberalizm, hedonizm, konsumpcjonizm, globalizm i moralny relatywizm biorą zwłaszcza na Zachodzie górę nad Wiarą, Tradycją, porządkiem i europejską kulturą. Dzisiaj ze strony eurokratów znaczącym fundamentem wychowania dziecka jest szkoła, a nie rodzina, która powinna być fundamentem państwa narodowego. Można mimo wszystko zauważyć bardzo niepokojące trendy wśród rodziców –bezstresowe wychowanie oraz nadmierne rozpieszczanie dzieci poprzez wpajanie im materializmu kosztem rozwoju duchowego. Charakteryzuje to zwłaszcza bogate rodziny, ustawione już w życiu, nie martwiące się o niedostatek materialny oraz wychowujące dzieci w duchu egoistycznej walki o kariery, sukcesy, dobra osobiste kosztem wspólnot etc. Idealizm warunkujący nasz bunt zaś w oczach starszych osób (nawet rodziców) może być obiektem drwin, puknięć w głowę oraz śmiechów, ponieważ jest przeciwieństwem ciągłego pragmatyzmu, obliczania w mózgu wszelkich korzyści, jakie miałoby przynieść np. zaangażowanie się w parlamentaryzm, zawieranie sojuszy z podejrzanymi środowiskami czy podjęcie gry va banque. I sprowadza tym samym nasze życie tylko do sfery zysków i strat z egoistycznych korzyści, jakie można by uzyskać.
Im bardziej wzrasta w siłę antynarodowe lobby, umacniają się antyludzkie nurty zagrażające naszym duszom, a nasi wychowawcy z czasem popadają w marazm, tym mocniej musimy kształtować w sobie te Wartości, zdobywać wiedzę z różnych dziedzin, czytać literaturę oraz budować swoją kontrkulturę. Kontrkulturę mogącą skutecznie walczyć z pop-kulturową papką, zwalczać hedonistyczny kult nagiego ciała i zastępować go kobiecą skromnością i pobożnością, dbać o to, by mężczyzna był mężczyzną zdolnym bronić siebie, rodziny, kraju i Boga, nie zaś „rurkowcem”, a egoizm i indywidualizm zostały zniszczone na rzecz dbałości o naszą Ojczyznę, Polskę, oraz kulturowe dziedzictwo Europy. Europy łacińskiej, nie tej z 1968 roku. Mikis Mantakas, Alain Escoffier, Sergio Ramelli, Franco Bigonzetti, bohaterowie Lat Ołowiu, hiszpańscy falangiści, legioniści, rexiści, polscy narodowi radykałowie – oni wszyscy chcieli zmienić otaczającą ich szarą i okrutną rzeczywistość, jaka panowała w ich Ojczyznach. Dlatego oparci o te wzorce musimy walczyć w obronie Wiary i Tradycji. Ponieważ jeśli Europa nie powróci do swoich ideowych fundamentów, to skazana jest na zagładę abstrahując czy od bomb i kul islamistów, czy kulturowej głupoty lewicy.
Adam Busse
Potęga świadomości
Fala „ekspertów od rozwoju osobistego” stanowi plagę pustoszącą umysły społeczeństw Zachodu
i – niestety – przybiera na popularności w naszym kraju. Najwyższa pora wypowiedzieć wojnę tym współczesnym szarlatanom i zadać kłam teoriom przez nich głoszonym. Skala ich oszustw przekroczyła granicę krytyczną. Kłamstwa owych ludzi przedzierają się do świadomości powszechnej. Nie można pozwolić na to, żeby wsiąknęły w nią głębiej. Tekst ten ma być odpowiedzią na poczynania wszystkich „kołczów”, „trenerów osobistych” i innych (fałszywie) życiowych mentorów. Ponadto zamierzam w nim zaproponować, a właściwie przypomnieć wartość metod skutecznej pracy nad sobą, które niesie ze sobą europejska tradycja intelektualna i – nierozłączne z nią – wartości chrześcijańskie.
Nie da się ukryć, że fenomenem w występowaniu takich mas „mistrzów samorozwoju” jest bardzo szerokie grono ludzi, którzy dają się przez nich oszukać. Czym są owe tezy i na czym polega ich szkodliwość? Podstawy wchodzące w zakres tzw. psychologii sukcesu to między innymi:
postawa otwartości na zmiany;
samoświadomość;
posiadanie strategii.
Już sama nazwa dziedziny (pseudo)nauki, do której zaliczają się te fundamenty rozwoju osobistego, budzi wątpliwość. Nauka bowiem ma prowadzić do odkrycia prawdy w zakresie jej przedmiotu, a nie do osiągania życiowych przyjemności, pozornego szczęścia, czy samozadowolenia. Retoryka stosowana przez wyznawców psychologii sukcesu stwarza pozór dającej nadzieję na lepsze jutro. Czytając teksty niektórych z nich lub słuchając ich wypowiedzi po głębszym zastanowieniu można dojść do wniosku, iż oni z życia chcą zrobić produkt lub przedmiot, którym można dowolnie manipulować. Analiza pozwala również na spostrzeżenie, że jedynym obiektem manipulacji w ich wykonaniu stają się ich odbiorcy. Wracając do wyróżnionych wyżej czynników – każdy z nich na pierwszy rzut oka nie brzmi groźnie. Koniecznym jest w związku z tym przyjrzenie się im z bliska.
Otwartość na zmiany, która jest forsowana przez środowisko psychologii sukcesu, nie polega na gotowości do przyjęcia konstruktywnej krytyki lub na wewnętrznej formacji. Jej istotą jest zamiar wpisania się w zespół wydumanych praktyk, które mają rzekomo prowadzić do szczęścia. Jedną z podstawowych niedorzeczności tego typu postawy jest pochodzenie owych wytycznych, które mają dać szczęście. Określenie „wydumane” nie zostało użyte tutaj przez przypadek. Ich źródłem są bowiem przemyślenia „klasyków” psychologii sukcesu, którzy swoje poglądy ukształtowali będąc najczęściej praktykami biznesu. Takie pochodzenie może i nie hańbi, ale z pewnością ukierunkowuje ku wypaczonemu postrzeganiu szczęścia. Nadaje mu bowiem pryzmat materialistyczny, czy wręcz konsumpcjonistyczny. Takie spojrzenie na zagadnienie szczęścia omija w całości sferę ducha. Ogranicza je do hedonistycznych, ziemskich przyjemności.
Samoświadomość zwolennika psychologii sukcesu nie jest klasycznym stanięciem w prawdzie o sobie, ale polega na wygórowanym przekonaniu o możliwościach przekroczenia barier, które ograniczają przeciętnych ludzi. Mają one wynikać z rzekomej „potęgi podświadomości” i kluczom do niej. Owe drogi do wykorzystania naszych nieświadomych obszarów umysłu również wytyczyli wspominani wcześniej biznesmeni. Nie mają one nic wspólnego z radami spisanymi między innymi w świętych księgach, czy pismach mistrzów życia duchowego.
Moda na wyznaczanie sobie życiowych celów, które polegają na pysznym stawianiu coraz wyżej swojego pułapu potrzeb osiąganych pieniężnie, już weszła w świadomość mas. Podstawowym celem każdego człowieka jest zbawienie. Mówienie o tym i o szczególnej wartości cnotliwego życia przeszło do lamusa. Zastąpił je wyścig szczurów – powszechna wola zaspokajania coraz dalej idących zachcianek. Czy to droga, którą powinno zmierzać zdrowe społeczeństwo?
Na tym etapie warto zaznaczyć, że nie wszystkie osoby zajmujące się pomocą innym w ich rozwoju osobistym serwują jego wypaczoną wersję. Taka teza byłaby krzywdząca dla wielu ludzi, którzy sprawie pracy nad własną osobowością poświęcają się uczciwie – nie chcąc jedynie żerować na nieświadomych rzeszach pochłoniętych kapitalistycznym, szczurzym pędem za pieniądzem. Myślę, że porównanie wszelkiej maści „kołczów” do sofistów byłoby wybitnie krzywdzące dla tych drugich, ale sytuacja ze starożytnych Aten, w których to tylko Sokrates próbował dochodzić do prawdy, a nie zbijać biznes na nauce kłamstwa, czy życia w kłamstwie, wydaje mi się być dobrze obrazująca to, co teraz dzieje się w społeczeństwach Zachodu. Współczesnym Sokratesem może być każdy z nas, ale obierając jego drogę należy pamiętać o jej możliwych konsekwencjach. Bohatera ówczesnych Aten skazano na śmierć. Dzisiaj krocząc drogą prawdy jest się skazanym jedynie na wyszydzanie, bycie „persona non grata” w niektórych kręgach. Ciężko ocenić liczebne proporcje współczesnych sofistów i ich uczniów oraz Sokratesów, które istnieją choćby wśród Polaków, ale nadzieję na przyszłość budzi coraz szerszy zasięg oddziaływania organizacji katolickich i narodowych. Dlaczego? Niewiele innych kręgów forsuje klasyczne podejście do zagadnienia rozwoju osobistego. Programy formacyjne wspomnianych grup najczęściej są kompleksowe – dotykają zarówno sfery intelektualnej, jak i psychicznej, niekiedy nawet fizycznej. To one przypominają o pokorze, cnotach kardynalnych, zbawieniu jako celowi ostatecznemu. Niewątpliwie wartości niesione przez te kręgi, choć niestosowane idealnie w praktyce przez ich członków, mają umocowanie w chrześcijaństwie i europejskiej filozofii, które funkcjonują znacznie dłużej niż system demoliberalny.
Michał Walkowski
George Forestier
W 1952 roku ukazał się światu tomik poezji nieznanego dotąd autora, George’a Forestiera, noszący tytuł Ich schreibe mein Herz in den Staub der Straße (Zapisuję swe serce w pyle drogi). Było to pierwsze spektakularne fałszerstwo w niemieckiej powojennej literaturze, zawdzięczające swój sukces nie tylko wyjątkowemu talentowi rzekomego autora, ale również jego biografii zawartej w posłowiu.
Przedstawiony w niej, pochodzący z Alzacji Forestier, podczas II wojny światowej walczył po stronie Osi jako ochotnik Waffen-SS na froncie wschodnim. W 1945 r. dostał się do amerykańskiej niewoli, z której uciekł aż do Marsylii, gdzie został zatrzymany przez policję. Tam w ramach Legii Cudzoziemskiej otrzymał przydział do służby w Indochinach, skąd w listach do przyjaciół wysyłał swe wiersze, by następnie jesienią 1951 r. zaginąć bezpowrotnie w dżungli po wyruszeniu ze swoim oddziałem, pozostawiwszy po sobie jedynie tomik poezji, który przed wymarszem przekazał jednemu ze swoich towarzyszy broni.
Zachwycony ideą zjednoczonej Europy młodzieniec, który uciekł z rodzinnego domu, by walczyć jako ochotnik w oddziałach Waffen-SS, rozczarowany wojną, następnie zaciągający się do służby na końcu świata by, skazany przez Francuzów na śmierć, ratować swoje życie, a ponadto poeta - powojenna niemiecka młodzież nie mogła marzyć o lepszym symbolu. W poezji Forestiera mogła odnaleźć zarówno własny entuzjazm, jak i własne rozczarowanie, gdyż ta, podobnie jak jego biografia, przepełniona egzotyką i militaryzmem, pozwalała uciec od dylematów związanych z losami Europy. Egzystencjalizm bijący z wierszy i rozczarowanie współczesnością przyciągało wielu czytelników.
Karl Emerich Krämer, rzeczywisty autor wierszy, część z nich przesłał w marcu 1952 r. do wydawnictwa Eugena Diederichsa, jako jeden z tych przyjaciół, do których pisał Forestier (podając się za dr. Karla Friedricha Leuchta). Jako kierownik produkcji i jeden z właścicieli tegoż wydawnictwa, doskonale wiedział jak spreparować udawaną autentyczność tekstów: uratował nieczytelny tekst poematów z pojedynczych słów.
Krämer był urodzonym w 1918 r. poetą. Studiował nauki polityczne oraz germanistykę na uniwersytetach w Bonn i Frankfurcie, studia te jednak przerwał po wybuchu wojny, by służyć jako żołnierz i ukończyć je z doktoratem dopiero w 1949 roku. W 1943 r. został ciężko ranny podczas walk na froncie wschodnim. Mimo to, w Hitlerjugend, do którego dołączył w młodości, mianowano go wówczas na Oberbannführera. Dzięki wyraźnej sympatii dla idei narodowego socjalizmu uzyskał on wsparcie ze strony rządu, dzięki któremu wydał wiele swoich prac i już wtedy odniósł literacki sukces. Pod koniec wojny pełnił funkcję specjalnego przedstawiciela Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu, co poskutkowało internowaniem przez aliantów do maja 1946 roku oraz zakazem publikacji tekstów, mimo którego nie przestał wydawać swoich prac. Podczas internowania poznał SS-mana Förstera, którego nazwisko i historia stanowiły inspirację dla jego dalszej twórczości. Zmarł w 1987 roku.
Ma pieśń dla Europy
Stara Europa
Jeszcze nie umiera,
Pod wypalonymi bliznami
Żywo tętni jej krew,
Płynie kanałami,
Tętnicami, żyłami,
Pędzi przez człony,
I naczynia serca,
Zalewa ruiny,
Popioły i gruzy
Aż do Nogatu,
Wisły i Odry,
Tętni w wybrzeżach
Kanału i Atlantyku.
Sercem jej Rzym,
Innym jest Paryż,
Londyn, Berlin,
Haga i Madryt.
Stara Europa
Ma wiele serc,
Ma wiele koron,
Które nie zgasną.
Powiedz Moskwa i poczuj:
Jesteś sam.
Wezwij Nowy Jork
I jesteś
Na obczyźnie.
Szanghaj, Benares
Są tylko przygodą,
Sidney i Rio:
Pozdrowieniem z daleka.
Gdzie sen Twój
Cię także poniesie,
Zawsze powrócisz
Do domu - do Aten,
Do Wiednia czy Oslo.
Wymów tylko: Europa,
I wsłuchaj się w swe serce.
Między ogniem a lodem
Tli się kwietniowe powietrze.
Niebo coraz bliższe
I słodsza jest Ziemia.
Izby są wąskie
I pełne uczucia.
Blisko przy sobie,
Czujesz mogiły,
Czujesz Ojców
Z każdym krokiem.
Szept Twego serca:
Europa nie umiera.
Nie może umrzeć,
Dopóki ją kochasz.
AH
