sobota, 30 listopad 2019 02:35

Maksymilian Ratajski - Czarne Słońce według Żulczyka

Chyba każdy kojarzy świetny serial „Ślepnąc od świateł” - będący ekranizacją powieści Jakuba Żulczyka. Sukces produkcji z udziałem Jana Frycza, Cezarego Pazury i Janusza Chabiora spowodował wzrost sprzedaży książek autora przygód narkotykowego dilera. Przeczytałem powieść i muszę przyznać, że byłem zachwycony talentem pisarskim Żulczyka. Pomysłowość, sposób narracji, opisy przeżyć wewnętrznych bohaterów, snów, które u pochodzącego z Mazur, pisarza są bardzo plastyczne, wyraźne, mają zapach, dialogi, umiejętność obserwacji, mroczny klimat zaćpanej stolicy, pełnej biznesmenów, celebrytów, hipsterów i bandytów. Niedawno odwiedzając księgarnię natrafiłem na Instytut tego samego autora (wersja poprawiona z 2016 roku) i książka naprawdę bardzo mi się podobała, na półce czeka również Wzgórze Psów. Kiedy więc dowiedziałem się o nadchodzącej premierze Czarnego Słońca wiedziałem, że muszę niezwłocznie je zakupić.

„Noc jest nasza i dobra. Każda noc jest nasza. To nasza matka. Pachnie gumą i węglem. Powietrze, gdy złapać je w garść, zostawia mokry ślad śmierdzący benzyną. Noc to wilczyca, która karmi młode ropą.” - Już pierwszy akapit zapowiada, że będzie ciekawie. I faktycznie – narrator, czyli Gruz za chwilę wykona ważne zadanie dla rządu. Stojący na czele neonazistowskiej bojówki o nazwie Prawdziwy Faszyzm bohater czeka pod drogą restauracją, w której właśnie siedzi z przyjaciółmi pewien znany lewicowo-liberalny reżyser. Już za chwilę życie Gruza zmieni się na zawsze, ale nie uprzedzajmy wydarzeń.

Skupmy się na Polsce, w której dzieje się akcja powieści. Od Przejęcia Władzy rządzi Polska Katolicka z Ojcem Premierem na czele (skojarzenia z Ojcem Dyrektorem nasuwają się same), koncesjonowana „opozycją” jest Ruch Narodowy Szczerbiec, ONR i faszystowska Chrześcijańska Unia Jedności. Istnieje szereg organizacji narodowych o nieprzypadkowych nazwach – Trzecia Droga czy Falanga, a także Czarne Koszule i Największa Polska. Bohaterowie słuchają znanej nam wszystkim muzyki – Honor, Konkwista, pojawia się Legion, jest także Antisemitex, jeden z członków Prawdziwego Faszyzmu ma ksywę Burzum, czytają Dzienniki Turnera. Istnieje pismo Szturmowiec, o którym jednak Gruz ma raczej kiepskie zdanie. Legalne jest strzelanie do uchodźców.

Dużym plusem jest powtórzenie zabiegu znanego z Instytutu – główna narracja to historia zaczynająca się od akcji w restauracji – Gruz zostaje zdradzony przez swojego szefa – robiącego karierę w oficjalnej polityce Damiana, jego ludzie giną, a on sam zostaje aresztowany. Ma dostać karę śmierci, zamiast tego, dostaje jednak zadanie – ma pojechać w góry, po przesyłkę dla Ojca Premiera. Jednocześnie jednak poznajemy historię życia Gruza i Prawdziwego Faszyzmu, jego motywacje, a raczej ich brak.

Kolejnym zabiegiem, który bardzo mi się podobał, jest Głos dochodzący ze środka głowy Gruza i wchodzący z nim w złośliwy dialog – to autor książki rozprawia się ze swoim bohaterem. Ich dyskusje, sposób w jaki Głos komentuje poczynania coraz bardziej zirytowanego Gruza, to zdecydowanie bardzo mocna strona książki.

Gruz dostaje misję od samej minister wychowania – ma dostarczyć przesyłkę dla Ojca Premiera. Udaje się w góry, gdzie wydzielono „autonomię”, tam dociera do obozu dla uchodźców, kierowanego przez Szaduja, dawnego członka... Krwi i Honoru. Tajemniczą przesyłką okazują się... kobieta i dziecko. To z nimi Gruz musi się przedzierać przez góry, uciekając przed pościgiem – zbiegłym uchodźcom grozi śmierć. Wkrótce okazuje się, że dzieciak i jego matka to Jezus i Maryja. Podróż z nimi do Warszawy odmieni życie Gruza. Cała historia jest świetnie napisana, naprawdę bardzo dobrze się to czyta, natomiast ten Jezus (sam każe na siebie mówić Alfa) i Maryja (wcześniej miała na imię Nahla) są zdecydowanie odlegli od pierwowzorów. Alfa zabija kanibala Zagłobę wraz se świtą, wskrzesza zmarłego pedała, nie mówiąc ani słowem o grzeszności jego życia, broni Judasza, twierdzi, że wraz z nim ukrzyżowano wszystkich Apostołów, a po Zmartwychwstaniu został przybity do krzyża po raz drugi. Za pomoc Maryja/Nahla nagradza Gruza adresem Damiana – dawnego wodza, który go zdradził i oszukał, dzięki czemu ma on możliwość zamordować go w wyjątkowo okrutny sposób.

Podróż z gór do podwarszawskiej rezydencji Ojca Premiera pełna jest dyskusji Gruza z eskortowanymi przez niego osobami i Głosem, burząc całkowicie jego oparty wyłącznie na nienawiści i chęci zabijania światopogląd. Ten fragment książki pokazuje geniusz pisarski Żulczyka, nie zgadzając się całkowicie z poglądami autora, muszę przyznać, że czyta się to fenomenalnie, dialogi, sposób prowadzenia przemiany Gruza, opisy zapachów, mrocznego, brudnego otoczenia (bardzo typowe dla Żulczyka), to wszystko robi ogromne wrażenie na czytelniku.

Jakub Żulczyk ma niezdrową obsesję na punkcie pedofilii w Kościele, słychać to w jego wywiadach, na Facebooku (dość karkołomna teza jakoby projekt stoppedofilii, przedstawiany jako zakaz edukacji seksualnej był... podziękowaniem władzy dla kościelnego lobby pedofilskiego, w zamian za poparcie w wyborach), wątek ten bardzo często pojawia się także w Czarnym słońcu. Nie twierdzę, że problem pedofilii wśród księży nie istnieje, ale Żulczyk ma na tym punkcie obsesję. Całkowitą groteską jest powód misji Gruza – otóż tę całą tajną operację zorganizowano, aby... dostarczyć Ojcu Premierowi dziecko nieeuropejskiego pochodzenia, gdyż pozazdrościł on misjonarzom. No naprawdę ciężko skomentować absurdalność tego pomysłu. Ojciec Premier w swojej posiadłości ma specjalne lochy przeznaczone do przetrzymywania dzieci. Do tego wszystkiego dorobiona jest tutaj religijna otoczka. Jego śmierć – zostaje zabity przez Matkę/Nahlę, cała scena jest jedną z ważniejszych w książce jest swoistym rozliczeniem z zinstytucjonalizowaną pedofilią. Książka kończy się podróżą Gruza, Alfy i Nahli do Jerozolimy, gdzie papież ma odprawić wielką Mszę Zbawienia. To tam następuje ostateczna walka między Alfą/Jezusem, a szatanem zwanym Ogrodnikiem (to oczywiście... papież).

Autor promował książkę jako antynacjonalistyczną. To widać. Nie zadał sobie jednak trudu zrozumienia istoty nacjonalizmu, nie spróbował przedstawić motywacji, Idei. Gruz potrafi jedynie nienawidzić i zabijać, podobnie Suchy, Damian, który stworzył prawdziwy Faszyzm, a potem został  rzecznikiem rządu to podła gnida. Narodowo-katolicka Polska to państwo bez treści, władza skupia się na formie, a za stworzenie obozu koncentracyjnego dla uchodźców dostaje pieniądze z Zachodu.

Jednym z najważniejszych wątków jest wielka miłość Gruza i Suchego. Żulczyk torturuje czytelnika opisami chorej relacji dwóch nazistów-pedałów, nie szczędząc przy tym opisów scen łóżkowych. To Suchy był osobą numer jeden w życiu Gruza, to on go zaprowadził do piwnicy, w której rozpoczęła się ideologiczna droga głównego bohatera.

Czarne słońce ma wzbudzać „kontrowersje” (cudzysłów celowy), i to widać, jest obliczone na szokowanie, przekraczając w tym granice nie tylko dobrego smaku, ale zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości. Czytając książkę, zamierzałem ją polecić, bo jest naprawdę bardzo, ale to bardzo dobra, jednak zwłaszcza dwie sceny sprawiły, że tego nie zrobię, po prostu wybitnie nie lubię, kiedy ktoś pluje mi w twarz. Dwa razy z obrzydzenia miałem ochotę książkę podrzeć, nie zrobiłem tego tylko dlatego, że obiecałem napisać recenzję dla Szturmu. Czarne słońce rozpoczyna się od sceny w restauracji, na krótko przed tym, jak Gruz z kolegami urządzą kaźnię, znany reżyser rozmawia z przyjaciółmi o swoim głodującym w zamknięciu koledze po fachu, jako jedyny z towarzystwa dostrzega obrzydliwość „twórczości” „artysty”, z którego reszta robi męczennika.  „Czego wy chcecie, żebym jak Boroczyn zrobił na scenie gejowską orgię, ze sraniem, za przeproszeniem, na twarze i brzuchy, wszyscy w maskach Wojtyły czy innego Jezusa, coś takiego mam zrobić? Po co? By coś komuś udowodnić? By zrobić smród dla smrodu? Widzieliście to, co zrobił? Ja wyszedłem z tego po piętnastu minutach. Zrzygałem się, literalnie poszedłem zwymiotować. To szkodnik.” Bardzo mądra, trzeźwa ocena dzisiejszej „sztuki zaangażowanej”. Poleciłbym całą scenę, gdyby nie to, że postanowiłem książki nie polecać. I wielka szkoda, że w toku tworzenia tej, powtarzam po raz kolejny, bardzo dobrej książki, Jakub Żulczyk nie miał przed oczami tego fragmentu. Dwie sceny, obrzydliwe, po przeczytaniu, których naprawdę chciało mi się rzygać związane są z postacią Matki/Nahli, która w powieści jest nową Maryją – więc opisy wspólnej nocy jej i Gruza (zresztą w pewnym momencie przybiera postać Suchego), są wybitnie obrzydliwym napluciem w twarz katolikom. Drugi moment, w którym miałem ochotę podrzeć książkę, to scena w rezydencji Ojca Premiera. Obrzydliwe było już umieszczenie Drogi Krzyżowej w lochach służących do przetrzymywania dzieci w celu zadawania im „zbawiennego cierpienia” i zaspokajania pedofilskich żądz przywódcy państwa polskiego. Ale najbardziej uderzyła mnie wypowiedź zakonnicy-minister wychowania, która matce zabitego i zgwałconego dziecka mówi, że oprawca zaraz jej udzieli Komunii. Umieszczenie w tym miejscu i kontekście Najświętszego Sakramentu było już wybitnie obrzydliwe i podłe. I właśnie czytając te sceny przypomniałem sobie wybitnie parszywą obronę profanacji Najświętszego Sakramentu w Bełchatowie.

Jakub Żulczyk gwarantuje świetną literaturę, Czarne słońce tylko to potwierdziło. Na pewno będę kupował kolejne jego książki, a jeszcze w tym roku przeczytam leżące na półce Wzgórze Psów. Każdemu polecam jego twórczość, ale lekturę Czarnego słońca odradzam.

 

Maksymilian Ratajski