sobota, 30 listopad 2019 02:21

Jarosław Ostrogniew - Polska droga do globalizmu

 „Szturm” - jak wiele innych europejskich inicjatyw nacjonalistycznych – ogromną uwagę przykłada do kwestii metapolitycznych. Nie wolno jednak zapominać, że kwestie polityczne są równie ważne i wnikliwie je analizując, możemy dojść do rządzącej zjawiskami politycznymi sfery metapolityki. Z drugiej strony – nie zapominajmy, że jakakolwiek zmiana w obszarze metapolitycznym będzie miała swoje konsekwencje polityczne. Przyjrzyjmy się zatem kilku bieżącym wydarzeniom politycznym, z naszego polskiego podwórka, aby lepiej zrozumieć panującą w Polsce hegemonię idei, a także sformułować naszą metapolityczną i polityczną kontrę wobec istniejącego stanu rzeczy.

Wydarzeniami, o których ostatnio najwięcej dyskutuje się w naszym środowisku i które przebiły się również do głównego nurtu, są oczywiście wydarzenia związane z 11 listopada, a więc prześladowania polskich nacjonalistów, związane z tym wypowiedzi polityków, a także Marsz Niepodległości, a konkretnie jego nowe, piknikowe wydanie. Oczywiście - nie jest to nic nowego. Zwalczanie idei nacjonalistycznej oraz środowisk nacjonalistycznych są jednym z fundamentów postkomunistycznej III Rzeczpospolitej. Jak przyznał jeden z twórców Urzędu Ochrony Państwa, Piotr Niemczyk, fundamentem porozumienia między komunistami a opozycją w zakresie służb specjalnych było powstrzymanie środowiska nacjonalistycznego, które zgodnie z ówczesną histeryczną interpretacją i paniką moralną rozkręcaną w mediach przez obie strony, miało wkrótce przejąć władzę, a III RP miała upaść niczym Republika Weimarska. Zatem prześladowania nacjonalistów trwają i będą trwały, aż do zmiany systemu – jednak to za rządów Prawa i Sprawiedliwości, a więc za rządów konserwatystów, prawicowców (czy - jak określają ich zachodnie media - populistów, wręcz nacjonalistów (sic!)) nastąpiło mocniejsze dokręcanie śruby, czego wyrazem jest między innymi coraz mocniejsze coroczne uderzanie w środowiska nacjonalistyczne w okolicach 11 listopada.

Kolejnym ciekawym zjawiskiem ze świata bieżącej polskiej polityki były wypowiedzi polityków przy okazji wspomnianych prześladowań, ale także przy okazji posiedzenia parlamentu kolejnej kadencji i expose nowego-starego premiera Mateusza Morawieckiego, które miało miejsce zaraz po Święcie Niepodległości. Jeżeli ktoś naoglądał się za dużo liberalnych mediów, może być cała sytuacją zaskoczony. Jak to tak? Prawica nas atakuje? To nie jesteśmy po jednej stronie? Należy to podkreślać na każdym kroku – nie, nie jesteśmy po tej samej stronie. O ile pewne drobne, tymczasowe cele mogą nas, nacjonalistów, łączyć z prawicą (ale takie drobne kwestie łączą nas z wieloma innymi środowiskami), to różni nas kwestia fundamentalna – ostateczna wizja Polski i Europy. Zatem teraz przyjrzyjmy się kwestiom politycznym i stojącą za nimi ideą po stronie współczesnej polskiej prawicy.

Co mówili polscy prawicowi politycy po 11 listopada? Otóż twierdzili oni, że chcą Polski, która nadal jest Polską i żeby Polacy nadal byli Polakami. Jednak ich wizja i definicja Polski i polskości są całkowicie odmienne od naszej. Dla nich są to kategorie jedynie kulturowe, na dodatek blisko związane z głównym nurtem europejskiej sceny politycznej i rządzącą nią ideą liberalizmu czy globalizmu. Dla nas polskość jest kategorią etniczną i kulturową i jest związana bezpośrednio z ideą etnicznego nacjonalizmu. Polscy prawicowcy odwołują się cały czas do kategorii polskiej rodziny i twierdzą, że chcą jej bronić przed ekstremizmem z lewa i prawa. Tworzą tutaj fałszywą analogię między wspaniałą ideą nacjonalizmu a chorym fantazmatem komunizmu, dla niepoznaki nazywanego „antyfaszyzmem”, a także między nacjonalistami  (przedstawicielami „tajemnej Europy”) a lewakami  (degeneratami chodzącymi na pasku globalistów). Ta fałszywa analogia ma przedstawić prawicowców jako obrońców zdrowego rozsądku, twardego centrum, pozostającego poza wpływem szaleńczych ideologii. Niestety to twarde centrum jest przedstawicielem tej samej szaleńczej ideologii co rzekomo zwalczani (a w rzeczywistości tolerowani i dokarmiani grantami) lewacy. Tą ideologią jest globalizm.

Czym jednak różnią się rządzący Polską prawicowcy od rządzących innymi krajami lewicowców czy od rodzimy i zagranicznych lewaków? Zacznijmy od tego co ich łączy – idea globalizmu. Naszych prawicowców wyróżnia jednak to, że żądają oni polskiej drogi do globalizmu. Punktem docelowym, który czeka na wszystkich na końcu tej drogi, jest to samo, czego ostatecznie żądają wszyscy inni globaliści: globalny rynek, w którym wszelka tożsamość jest płynna i oparta na konsumpcji, a jedyną grupą, która ma prawo do swojej tożsamości, jest pewna mniejszość etniczna, która jednocześnie stanowi pośredników w kontaktach wszystkich ze wszystkimi. Różnica jest taka, że prawicowcy chcą, aby droga ta była przystrojona biało-czerwonymi flagami, imigranci przybywali do Polski z Etiopii i Filipin, a nie z Syrii i Wietnamu, a drag queens czytały dzieciom Władysława Bełzę zamiast ilustrowanych podręczników do edukacji seksualnej. Jak przyznają tacy globaliści jak Noel Ignatiev czy Barbara Lerner Spectre jednym z elementów globalistycznej immanentyzacji eschatonu (czyli zaprowadzania raju na ziemi) jest likwidacja białych ludzi (czyli wszystkich Europejczyków) poprzez stopniowe zmiany kulturowe i polityczne. Polscy prawicowcy (podobnie jak wszyscy biali prawicowcy czy konserwatyści) chcą dokonać tego samego, tylko stopniowo, powoli i przy zachowaniu części zewnętrznych oznak bycia białym Europejczykiem (takich jak barwy narodowe czy inne aspekty tradycji kulturowej). Być może prawicowcy łudzą się też, że jeśli będą grzecznie współpracować z globalistami, przynajmniej część z nich będzie miało prawo do zachowania starego sposobu życia. Jest to równie naiwne co łudzenie się przez więźnia gułagu, że jeśli będzie wykonywał wszystkie polecenia strażników, przeżyje i odzyska wolność.

Możliwość polskiej drogi do globalizmu jest iluzją. Trudno powiedzieć, czy rządzący polską prawicowcy rzeczywiście w nią wierzą, czy tylko mydlą nią oczy nieświadomym wyborcom. W polskiej polityce już kiedyś funkcjonowało analogiczne fałszywe przekonanie – w poprzednim ustroju wielu polskich polityków łudziło się istnieniem „polskiej drogi do socjalizmu”. Wierzyli oni, że w ustroju komunistycznym i w ogóle w całym bloku wschodnim rzeczywiście chodzi o to, żeby zaprowadzić równość i dobrobyt dla wszystkich.  Zatem byli przekonani, że można w istniejącym wówczas porządku politycznym zachować jakiś stopień niezależności i jeżeli Polska nie będzie się za bardzo stawiać, to system polityczny będzie można uformować tak, aby rzeczywiście Polska rosła w siłę, a Polacy żyli dostatniej. Problem polegał jednak na tym, że w ustroju komunistycznym (gwoli ścisłości – socjalistycznym, zmierzającym do komunizmu) nie chodziło wcale o zapewnienie równości i dobrobytu dla wszystkich. Jego celem było zapewnienie światowej dominacji komunistycznej wielonarodowej klice rządzącej z Kremla kolejnymi koloniami. Ostatecznym celem komunizmu (podobnie jak globalizmu) była zaprowadzanie jednolitego rządu światowego i zniesienie wszelkich różnic między ludźmi, a więc także likwidacja różnic etnicznych i narodowych. Polska droga do socjalizmu mogła zostać sprowadzona jedynie do tego, że część aparatu PRL-u nawet na najwyższym szczeblu stanowili Polacy, popiersia Lenina stawiano obok popiersia Bieruta i dekorowano polskimi flagami obok czerwonych, a w szkole uczono o komunistycznym przesłaniu twórczości Mickiewicza. Kto w bloku wschodnim za bardzo odbijał od głównego nurtu, był przemocą pacyfikowany, jak Węgry czy Czechosłowacja.

Tak jak w minionym systemie niemożliwe było zapewnienie przetrwania narodu bez zmiany całego systemu (ponieważ idea komunizmu zakładała likwidację narodów), tak samo w obecnym systemie niemożliwe jest zapewnienie przetrwania narodu bez zmiany całego systemu (ponieważ idea globalizmu również zakłada likwidację narodów). Prawicowcy, lewicowcy, centryści, liberałowie, konserwatyści, anarchiści, zieloni, „narodofcy” – wszyscy uczestnicy współczesnego systemu politycznego są w istocie zwolennikami idei globalizmu. Różnice pomiędzy nimi polegają jedynie na tym, jak ostateczny cel zostanie osiągnięty – czy marsz do nowego wspaniałego świata będzie odbywał się pod flagą tęczową czy raczej pod flagami narodowymi. Jedynym środowiskiem, które rzeczywiście jest przeciwne globalizmowi i które może zaproponować rzeczywistą alternatywę wobec panującego systemu, są nacjonaliści.

Co proponujemy zamiast globalizmu? Wolność i dobrobyt dla wszystkich białych narodów – dla wszystkich Europejczyków mieszkających na wszystkich kontynentach. Ojczyzny, w których każdy Europejczyk będzie mógł czuć się u siebie. Stworzenie autarkicznego bloku europejskiego z prawdziwą gospodarką opartą na prawdziwej produkcji, w której Europejczycy będą otrzymywać godziwe płace za potrzebną pracę. Zerwanie z globalistycznymi praktykami: z jednej strony odrzucenie kolonialnego wyzysku innych narodów, z drugiej koniec sprowadzania taniej siły roboczej z innych kontynentów. Stworzenie sieci wzajemnych zależności, które nie tylko zapewnią wszystkim europejskim narodom dobrobyt, ale także sprawią, że niemożliwe w przyszłości będą wojny między naszymi narodami. Powrót do najlepszych europejskich i narodowych tradycji, całkowite porzucenie etnomasochizmu, poczucia winy, czy resentymentów wynikających z kompleksów wyższości czy niższości. Świat, w którym Europejczycy będą się troszczyć tylko o siebie i w swoich ojczyznach stawiać swój interes na pierwszym miejscu – a z drugiej strony nie będą ingerować w rozwój innych narodów. Świat, w którym Europejczycy będą mieli prawo i środki do obrony swoich ojczyzn przed jakąkolwiek inwazją z zewnątrz. Ta wizja jest możliwa do zrealizowania. Stoimy w obliczu alternatywy: nacjonalizm i przetrwanie albo globalizm – i śmierć.

 

Jarosław Ostrogniew