środa, 27 luty 2019 23:50

Stefan Wrześmian - Dość tego patosu

Środowiska neoendeckiej prawicy narodowej często i chętnie zarzucają radykalnym nacjonalistom brak realizmu politycznego. Jak to zwykle z neoendeckimi realistami bywa, wiedzą, że dzwon bije, ale nie tylko nie wiedzą, w której parafii, ale nawet w której diecezji. Jako dowód braku realizmu politycznego radykalnych nacjonalistów przedstawiają więc ich idealistyczne dążenia i działania, takie jak zaangażowanie w dialog polsko-ukraiński, propagowanie idei Międzymorza czy opór wobec nacjonalizmu obywatelskiego oznaczającego w istocie wprowadzanie ideologii multikulturalizmu tylnymi drzwiami. Jest to oczywisty błąd w rozumowaniu polegający na pomyleniu realizmu politycznego z koniunkturalizmem, oportunizmem i konformizmem.

Czy można powiedzieć, że Spartanom pod Termopilami brakowało realizmu? Oni złożyli swoje życia na ołtarzu o wiele większej idei – wolności ich ojczyzny. Czy naprawdę można wyrzucać brak realizmu pierwszym krzyżowcom jadącym w nieznane na koniec znanego wówczas świata? Dla nich obowiązek pomsty zniewagi wyrządzonej Bogu był czymś jak najbardziej rzeczywistym. Czy naprawdę niepoprawnymi idealistami byli powstańcy listopadowi, powstańcy styczniowi, żołnierze wyklęci? Nie, oni wszyscy, jak ujął to Książę Poetów, szli wyprostowani wśród tych co na kolanach, bo świadectwo trzeba dawać niezależnie od tego czy przyniesie ono owoc w tym czy następnym pokoleniu, a może i nigdy. Przedkładanie wartości wyższych nad polityczne kalkulacje to nie brak realizmu politycznego. To jedynie dowód na bycie czymś więcej niż najinteligentniejszym spośród zwierząt. To dowód na wiarę w wartości wyższe, ważniejsze niż pełny brzuch i spokojny sen.

A jednak na początku przyznałem rację neoendeckim „realistom”, że radykałom brakuje dzisiaj twardego stąpania po ziemi. W czym więc przejawia się ten faktyczny brak realizmu? W świadomości tego kim jesteśmy i jaka jest nasza rola we współczesnym społeczeństwie. W kreowaniu w naszych głowach wyidealizowanego obrazu nas samych. Gdybyśmy naszą wiedzę o świecie czerpali wyłącznie z manifestów, programów, deklaracji, oświadczeń i innych podobnych publikacji polskich nacjonalistów, moglibyśmy mieć wrażenie, że Polacy są świadomym politycznie narodem, a nacjonaliści stanowią w nim quasi-arystokratyczną elitę, rycerzy na białych koniach niosących każdego dnia śmierć wrogom ojczyzny. Niestety wielu z tych wojowników to w rzeczywistości Don Kichotowie, którym wydaje się, że żyją w czasach Piaseckiego, Degrella, Codreanu czy de Rivery, kiedy organizacje nacjonalistyczne liczyły dziesiątki tysięcy członków i toczyły na ulicach europejskich miast realny bój, który przeniosły później do okopów II wojny światowej. Niektórzy jak pewien nacjonalistyczny raper uważają, że kibice są dzisiaj jak żołnierze wyklęci, inni za walkę polityczną uważają rozklejanie nacjonalistycznych wlepek, namalowanie krzyża celtyckiego na murze czy dyskusję z przeciwnikami na portalach społecznościowych. Oczywiście, żeby być uczciwym trzeba tu również wskazać, że ta sama mentalność funkcjonuje również w organizacjach narodowych głównego nurtu, których liderzy i działacze myślą, że samo przejęcie nazwy przedwojennej zasłużonej organizacji spowoduje, że i oni staną się jak Mosdorf, Rossman czy Piasecki.

Realistyczne spojrzenie każe jednak stwierdzić, że jest inaczej. Na nasze wlepki i krzyże celtyckie na murach uwagę zwracamy my sami i nasi przeciwnicy. Radykalni nacjonaliści stanowią w Polsce margines życia politycznego, a radykalne organizacje i projekty tworzy zazwyczaj kilkanaście, rzadziej kilkadziesiąt osób. Dla ogółu społeczeństwa Szturmowcy i ONR to jedno środowisko, falanga to jakaś dziwna swastyka, a czarnoskóry aktywista pro-life to wzór polskiego patrioty. Nasze artykuły docierają do wąskiego grona odbiorców mniej lub bardziej związanych z naszym środowiskiem politycznym. Jednocześnie niezależnie od naszych działań partie głównego nurtu, w tym jak się niedawno okazało i neoendecka prawica, będą robić z nas hitlerowców w stylu przebierańców z wodzisławskiego lasu. Chcąc stanąć w prawdzie, trzeba by napisać, że jesteśmy jak Stańczyk z obrazu Jana Matejki – widzimy realną groźbę zagłady, której inni nie chcą widzieć, ale przecież nikt nie posłucha błazna…

Prawdziwy realizm polityczny polega na dostrzeżeniu naszej pozycji w społeczeństwie i uznaniu roli jaką mamy do odegrania w historii naszego narodu. Naszym zadaniem nie jest dzisiaj pisanie kolejnych deklaracji i manifestów, które przeczyta to samo grono odbiorców co zawsze. Nie jesteśmy i nie będziemy awangardą polskiej polityki. Naszych rozważań społecznych i ekonomicznych nikt nie będzie wcielał w życie, a o każdym takim manifeście pewnie sami za parę lat zapomnimy. Nie jesteśmy też bohaterskimi wojownikami, powstańcami czy żołnierzami wyklętymi XXI wieku. Do ich odwagi i poświęcenia naprawdę dużo nam brakuje, a jedna czy druga akcja bezpośrednia nijak się ma chociażby do akcji pod Arsenałem przeprowadzonej przez szturmowców Szarych Szeregów. W tamtych czasach namalowanie kotwicy na murze mogło oznaczać więzienie, tortury i śmierć. Dzisiaj za namalowanie na murze krzyża celtyckiego grozi nam kilkaset złotych mandatu, a w najgorszym wypadku do 3 lat więzienia z niesławnego art. 256 kk.

Będąc realistami musimy uznać, że jesteśmy stańczykami III RP, równie odległymi od sprawowania władzy jak błazen królowej Bony. Jednocześnie, będąc idealistami wiemy, że nie ma dla nas innej drogi niż każdego dnia kontynuować naszą walkę niezależnie od ceny, którą przyszłoby nam za to zapłacić. Jesteśmy niepozorną kroplą, która drąży skałę. Dlatego prawdopodobnie sami nie ujrzymy w pełni skutków naszych działań. Być może nie zobaczą tego na własne oczy nawet nasze dzieci. Walka uliczna, wlepki, napisy na murach, publikowane artykuły, tworzona kultura – to wszystko działania, które musimy kontynuować i rozwijać. Nie porównujmy jednak tych działań do aktywności hiszpańskiej Falangi, rumuńskiej Żelaznej Gwardii czy przedwojennego ONRu, bo przy tych organizacjach wciąż jesteśmy jak dzieci w piaskownicy.

Na tym właśnie polegać powinna siła współczesnych radykalnych nacjonalistów. Musimy twardo stać na ziemi, ale oczy mieć zwrócone ku niebu. Nie kreować się na ludzi, którymi nie jesteśmy, ale i nie zapominać o wielkich czynach naszych przodków. Nasza rola w historii narodu polskiego to być właśnie tą nieliczną grupą zdeterminowanych, którzy zachowają czystość idei dla następnego pokolenia. Jesteśmy tymi, którzy podtrzymują żar dla tych, którzy dopiero przyniosą drewno, żeby rozpalić prawdziwy płomień.

Oczywiście powyższa krytyka pewnych błędnych, w ocenie autora, postaw nie oznacza, że stosowanie patosu w naszej retoryce i propagandzie zawsze będzie przejawem próżności i pychy. Nie możemy zapominać, że jesteśmy ideowymi i tożsamościowymi spadkobiercami obrońców wąwozu Termopile, zdobywców Jerozolimy, powstańców styczniowych i żołnierzy wyklętych. Mamy prawo i obowiązek sławić ich bohaterstwo i wielkie czyny. Stojąc nad ich grobami czy w miejscach męczeństwa z pochodnią w ręce, mamy prawo do wypowiadania wielkich słów – mówimy przecież o wielkich ludziach. Nasi bohaterowie są dla nas ideałem, do którego powinniśmy dążyć, ale nie mamy prawa się z nimi zrównywać.

Noce przed zeszłorocznym Marszem Niepodległości wielu z nas spędziło poza domem, unikając obławy policji i służb specjalnych, a inni poniżani i zastraszani na komendach, powtarzali sobie, że muszą przetrwać te prześladowania, ponieważ nasi bohaterowie wytrzymali próby o wiele cięższe. Wiedzieliśmy, że w porównaniu z nimi jesteśmy wciąż słabi i przed nami wiele pracy nad sobą, żeby zbliżyć się do ich cnót.

Nikt nie ma prawa samego siebie uznać za bohatera. Naszą walkę ocenią przyszłe pokolenia – nasze wnuki i prawnuki. Bądźmy pokorni dzisiaj i zróbmy wszystko, żeby widzieli oni w nas bohaterów i ideał do naśladowania. Zachowajmy w sercu słowa wspomnianego już wiersza Zbigniewa Herberta i starajmy się żyć tak, jak nauczał Pan Cogito:

 „strzeż się jednak dumy niepotrzebnej

oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz

powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych”


Stefan Wrześmian