poniedziałek, 30 październik 2017 21:04

Marek Kubiński - "Kilka słów o Halloween"

Dzisiaj kilka słów o pewnym ,,święcie”, które z kraju demokracji i hamburgerów przywędrowało do Polski niedawno. Zajęcie ważnej pozycji w stylu życia młodych ludzi nie zajęło mu dużo czasu, a dziś cieszy się stale rosnącą popularnością. Coraz częściej widzimy ogłoszenia o organizowanych 31 października zabawach, coraz częściej widujemy w sklepach kiczowate dekoracje i ubrania, a Internet znów zalewa fala filmików szkoleniowych, w którym wpływowe osobistości świata mediów społecznościowych prześcigają się w wyglądaniu jak najbrzydziej. Mowa tutaj oczywiście o Halloween.


Nie jest moim celem jednak podnoszenie spraw, które zostały poruszone tyle razy, że tylko osoba zarazem ślepa, głucha, albo odcięta od Internetu musiałaby o nich zupełnie nic nie wiedzieć. W kalendarzu katolickiej strony sieci październik stanowi bowiem sezon na szkalowanie tego święta jako pogańskiego i bałwochwalczego, tyleż zbędnego co szkodliwego duchowo. Narodowcy obowiązkowo przypomną o szczególnej ważności Święta Zmarłych, kiedy uczcimy poległych za ojczyznę bohaterów, a neopoganie rzucą kilka uwag o tym, że tak naprawdę liczy się tylko Święto Dziadów. Wszyscy to znamy, wszyscy to przerabialiśmy. Ja natomiast postanowiłem rozpatrzeć w tym krótkim felietonie jeden z najsmutniejszych aspektów tego importowanego widowiska. Truizmem jest bowiem przywoływanie ze zgrozą celtyckich korzeni wydarzenia. Jego forma ewoluowała jednak w stronę tego, czym nigdy wcześniej nie było. Pierwotna forma obchodzona w dawnych czasach na terenie Wysp Brytyjskich miała jeszcze charakter typowo duchowy, a jego praktyki wiązały się z głębokim przeżywaniem sfery sacrum, która jesienią miała szczególnie wdzierać się do świata materialnego. Ta bądź co bądź prymitywna tradycja religijna, niejednokrotnie łączona z krwawymi ofiarami, kultywowana była przez ludzi silnie wierzących w transcendencję i poszukujących kontaktu z nią. Czym natomiast jest wydarzenie po jego odrodzeniu w XX wieku? Jawi się nam ono mianowicie jako kolejny odpadek zachodniej popkultury, który skutecznie wypiera prawdziwe duchowe przeżycia. Jedynie garstka ludzi szczerze praktykuje i przeżywa dzisiaj ryty chrześcijańskie. Większość natomiast coraz chętniej zwraca się ku świętom i praktykom starych kultur, oczywiście w wersji odpowiednio dostosowanej do poziomu tych, którzy są pomimo tego, że nie myślą. Młodzi ludzie nie zbierają się już na nabożeństwach, aby uczcić swoich zmarłych przodków i świętych. Palą co prawda świece i pochodnie, ale bynajmniej nie dlatego, aby zaskarbić sobie przychylność dobrych duchów przy jednoczesnej chęci uniknięcia tych złych. Jedynym motywem okazuje się tutaj chęć kontynuowania nieprzerwanej zabawy, którą starają się wypełnić swoją pustą egzystencję. Na tym polega bałwochwalczość Halloween – zamiast pełnego poświęcenia się tradycyjnym obrzędom liturgicznym wybiera się rozrywkę, ewentualnie stara się łączyć jedno i drugie, z reguły nieudolnie. Znika listopadowa zaduma, znika nawet pogański strach przed złem. Żadnego miejsca na sacrum. Nawet spirytystyczne gierki są tutaj tylko drobnymi zabawami przyprawiającymi o dreszczyk emocji pomiędzy kolejnymi porcjami używek (odpowiednio dostosowanych do wieku biorących udział). Kiedy podróżujący po nowożytnej Saksonii Faust uśmiechał się na widok prymitywnych chłopów, zapewne nie przypuszczał, że w przeciągu kilku stuleci ich potomkowie z nabożnym zapałem zwrócą ku tym samy siłom, które on próbował ujarzmiać w zaciszu swojej pracowni. Bez kontaktu z tradycją, bez inicjacji, stopni wtajemniczenia ani nawet podstawowej wiedzy. W dzisiejszych czasach demokratyzacji uległ nawet okultyzm. Mówiąc dalej, widowisko, które coraz częściej ma miejsce w polskich domach wygląda na parodię samego siebie (nawiązując do słów Mikołaja Davilii), ze swoimi śmieszno – strasznymi ozdobami i fikuśnymi przebraniami. Jestem wręcz pewien, że takie postaci jak Helena Błatawska
1 czy Aleister Crowley2 wybuchnęłyby pustym śmiechem na widok kiczowatych strojów i naiwnych praktyk. Podam prosty przykład: czy ktokolwiek jest w stanie wyobrazić sobie poważne członkinie Zakonu Świątynii Wschodu paradujące po ulicach w sukienkach z dekoltami w kształcie pentagramów i torebkami z tabliczkami ouija? Wyborowi niebytu towarzyszy żałość i groteska, a on sam zdaje się być traktowany jak dobra zabawa, podczas gdy naprawdę dotyka najgłębszych warstw oschłej duszy, zadając jej krwawe rany.


Konkluzja zdaje się tym smutniejsza, im głębszej analizy problemu dokonujemy. Opisywany wyżej element popkultury (która tak bardzo pogardzają ludzie prawdziwej prawicy) nie tylko ma się dobrze na terenach ,,zgniłego Zachodu”, ale jest na tyle silny, aby móc prowadzić ekspansję na teren ,,zdrowego Wschodu”. Świadczy to wymownie o stanie naszej własnej kultury po upadku żelaznej kurtyny, ale mniejsza o to. Fryderyk Nietzsche powiedział kiedyś, że ,,jeżeli dostatecznie długo wpatrujesz się w otchłań, otchłań zaczyna wpatrywać się w ciebie”. Jeżeli dostatecznie natężymy zmysły, zapewne pośród nicości, poza chłodnym wzrokiem Księcia Tego Świata doświadczymy jego szyderczego śmiechu nad głupotą naszych czasów. Ludziom tradycji życzę natomiast szczerego przeżycia listopadowych dni melancholii. Pozostałym – rychłego dołączenia do nich.

 

Marek Kubiński

 

Helena Błatawska – rosyjska okultystka, prekursorka teozofii

Aleister Crowley – angielski okultysta