sobota, 30 wrzesień 2017 11:22

"Miasto jest nasze!" - Tomasz Dryjański

 Próbując scharakteryzować polski nacjonalizm drugiej dekady XXI wieku trzeba zacząć od jednego spostrzeżenia – jesteśmy ruchem młodych mieszkańców miast, zdecydowana większość z nas ciągle uczy się lub studiuje. To właśnie wielkomiejskość, młody wiek i poczucie buntu przeciwko zastanemu porządkowi są głównymi czynnikami kształtującymi nacjonalizm epoki Marszów Niepodległości. Młody wiek działaczy powoduje olbrzymią powierzchowność Ruchu i brak głębszej wizji.

Mieszkamy w miastach, jednak pozostają one poza obszarem naszych zainteresowań. Żyjemy historią, uchodźcami, wojną na Ukrainie i wielką polityką. Przypomnijmy sobie jakie zainteresowanie wzbudziły wśród narodowców wybory do Europarlamentu, a jakie samorządówka, owszem między majem, a listopadem 2014 wuchta wiary zdążyła zatracić entuzjazm, ale później była kampania prezydencka pewnego uchodźcy intelektualnego, w którą z entuzjazmem zaangażowało się wielu narodowców (czego nie zrozumiem nigdy, bo od zawsze było widać, że rzeczony osobnik nie umie czytać, a z jakimkolwiek nacjonalizmem ma tyle wspólnego co buddysta ze schabowym). Wracając do wyborów samorządowych, które potraktowane zostały totalnie po macoszemu, RN skupił się na sejmikach województw totalnie odpuszczając rady miast, gmin czy powiatów. Interesuje nas wielka polityka, zapominamy, że codzienne życie Narodu toczy się na poziomie miasta, gminy czy dzielnicy. Miasto jest dla współczesnego narodowca miejscem zamieszkania, często elementem tożsamości, ale bardzo rzadko interesuje nas jako pole działalności. Nie umiemy realnie działać na rzecz małej ojczyzny i jej mieszkańców.

Tymczasem poważny ruch społeczny musi być zaangażowany w życie lokalnej społeczności. Zróbmy rachunek sumienia, ile razy zaangażowaliśmy się w konsultacje społeczne w naszych miastach? Czy zwróciliśmy uwagę na częstotliwość autobusów dojeżdżających do peryferyjnych osiedli? Czy zainteresowały nas problemy lokatorów czyszczonych kamienic, podwyżki cen biletów? Ile zgłosiliśmy projektów do budżetu obywatelskiego? A może miasto liczące 600 tysięcy mieszkańców ma osiedle gdzie asfaltu nie ma prawie wcale? Niestety, ale tematyka miejska interesuje narodowców wyłącznie kiedy trzeba zdekomunizować nazwę ulicy, albo nadać imię nowemu rondu.

Ważnym elementem miejskiego aktywizmu musi być dbałość o lokalną tożsamość. Punktem zdecydowanie najbliższym zainteresowaniom współczesnych narodowców, bo wiążącym się z historią i promocją patriotyzmu. Chcąc uczyć najmłodszych patriotyzmu wykorzystujmy to co im najbliższe, dziecko z Jeżyc czy Łazarza z chęcią posłucha o Powstaniu, którego walki toczyły się na znanych mu ulicach, możliwe nawet, że w rodzinie żywa jest pamięć o walczącym pradziadku, Czerwiec jest już zdecydowanie bardziej współczesny, praktycznie na każdym osiedlu żyją jeszcze uczestnicy tamtych wydarzeń. Nie sposób mówić o lokalnym patriotyzmie bez podkreślania roli gwary, a także kuchni lokalnej, powodem do dumy powinien być fakt, że to właśnie w Poznaniu i okolicach zaczęła się historia naszego Narodu. Tematyka lokalnej tożsamości i popularyzacji gwary jest tym ważniejsza, że od czasów PRL-u mamy do czynienia z masową migracją ludności i tracimy poczucie wspólnoty mieszkańców miasta. Zasadniczo jedynym miejscem gdzie ważna jest lokalna tożsamość są stadiony piłkarskie.

Kolejne pola aktywizmu lokalnego są już znacznie bardziej odległe od codziennych zainteresowań współczesnych narodowców. Nie dostrzegamy problemów, z którymi borykają się mieszkańcy, a przecież sami nimi jesteśmy! Istnieje wuchta dziedzin wymagających naszego zaangażowania. Rady osiedli mają bardzo ograniczone kompetencje, niemniej jednak warto się w nich znaleźć, tak samo jak wskazane jest zgłaszanie projektów do budżetu obywatelskiego. Ważna jest animacja sportowa i kulturalna, zwłaszcza dla najmłodszych mieszkańców naszych fyrtli, zajmijmy się problemami transportu publicznego na obrzeżach miasta, sytuacją najuboższych mieszkańców, zapomnianych przez Jaśkowiaka i jego kolegów, warto zainteresować się spółdzielczością. Patrzmy na ręce lokalnym władzom i reagujmy na wszelkie marnotrawstwo publicznych środków i finansowanie z budżetu miasta podejrzanych inicjatyw.

Pisząc ten tekst jestem dumny z własnego miasta, w Poznaniu środowiska narodowe od lat poruszają tematy lokalne – MW zaangażowała się w problem zatrutej Warty, w Reducie promuje się lokalnych artystów, w środowisku często rozmawia się na lokalne tematy. Pamięć o Powstaniu i Czerwcu jest należycie pielęgnowana, Nocna Droga Krzyżowa szlakiem Chrztu Polski oprócz funkcji religijnej, ukazuje także Poznań i Wielkopolskę jako kolebkę polskości, a nacjonalizm organizatorów pozwala uznać to za zasługę naszego Ruchu. Przed poznańskimi nacjonalistami oczywiście wiele pracy, niemniej jednak wyróżniamy się na tle innych miast.

Jestem zwolennikiem nadania dzielnicom wielkich miast uprawnień podobnych do tych, które mają gminy. Obecne jednostki pomocnicze nie posiadają żadnych realnych uprawnień, o tym, że nikt nie traktuje ich poważnie niech świadczy fakt, że w Poznaniu oficjalnie liczą one od 1700 do ponad 40 000 mieszkańców, przy czym te największe często przyciągają studentów, co oznacza jeszcze większe zaludnienie, w przypadku małych, peryferyjnych osiedli takich jak Krzyżowniki-Smochowice oficjalne dane należy uznać za wiarygodne. Nadanie realnych uprawnień dzielnicom (powrót do podziału sprzed roku ’90, z przyłączeniem Ostrowa Tumskiego do Starego Miasta i „niepodległością” dla Piątkowa, wraz z Winogradami, Naramowicami i Moraskiem), ułatwi zarządzanie zdecentralizowanym miastem. Jednostki pomocnicze wspierałyby dzielnice. Jednocześnie ułatwiono by dostanie się do samorządu lokalnym społecznikom, do rady miasta głosuje się na listy partyjne i radny w żaden sposób nie reprezentuje mieszkańców Starołęki czy Chwaliszewa. Rady dzielnicy byłyby bardziej otwarte dla stowarzyszeń typu Nasza Śródka, Jeżycjanie czy Społeczne Rataje (nazwy wymyślone na potrzeby artykułu). Postulowana reforma ułatwiłaby także poszerzenie granic miasta o gminy pasożytnicze, mieszkańcom Plewisk, Komornik, Lubonia, Koziegłów, a docelowo także Swarzędza czy Tarnowa Podgórnego zdecydowanie bardziej opłacałoby się przyłączyć do Poznania, gdyby część ich podatków zostawałaby w dzielnicy, Poznaniacy zyskaliby ponieważ dzisiaj mieszkańcy i kapitał uciekają z miasta, hamując jego rozwój, a dalej korzystają z miejskiej infrastruktury.

Możliwości działań w mieście jest wuchta, ważne, żebyśmy zaczęli traktować je jako żywy organizm i miejsce, w którym toczy się życie Narodu.

Tomasz Dryjański