sobota, 30 wrzesień 2017 11:20

"Socjologia buntu" - Witold Jan Dobrowolski

 Wykorzystywanie pojęcia buntu społecznego jest częstym zjawiskiem w narracji politycznej różnych stronnictw. Lewica i liberałowie w Polsce wobec obecnej władzy starają się regularnie wywoływać pozory bunt społecznego w odpowiedzi na kontrowersyjne ustawy forsowane przez rząd. Wzorowym przykładem buntu tych środowisk był tzw. „Czarny Protest”, gdy rozpatrywano w Sejmie projekt ograniczenia aborcji. Środowiska te mobilizując społeczeństwo na wspomniane protesty, posłużyły się zakłamaniami i manipulacjami dotyczącymi treści tej ustawy. Jednak przy milczeniu w tej sprawie środowisk antyaborcyjnych, rządowych czy kościelnych ostatecznie protesty uliczne okazały się zwycięskie. Kiedy mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem u przeciwników politycznych lewicy i liberałów, nagle w ich narracji odmawia się pojęcia buntu, a winą za wszelkie „przewiny” i swoiste myślozbrodnie obarcza się środowiska nacjonalistyczne, konserwatywne oraz katolickie. Przy czym obowiązkowo wspomina się o zjawiskach „szkodliwych” społecznie w postaci homofobii, rasizmu, fundamentalizmu katolickiego, plemiennego nacjonalizmu, zaściankowości etc.

 

Tak też jest w przypadku napaści na tle rasowym czy ksenofobicznym w Polsce. Pomijając fakt, że większość z tych incydentów nie ma zbyt wiele wspólnego z kolorem skóry lub narodowością, a bójki wynikają z bardziej prozaicznych powodów, jest to doskonały dowód świadczący o zacofaniu polskiego społeczeństwa i braku tolerancji w oczach liberałów i lewicy. Często z góry osoby oskarżone w związku z takimi napaściami identyfikuje się ze środowiskami narodowymi, co jest to błędnym uproszczeniem. Jednak tutaj ze strony tych środowisk (tj. lewicy i liberałów) pojawia się brak próby zastanowienia nad źródłem takich zachowań. Co je wywołuje? Czy może kolejne przemówienia „pełne nienawiści” na marszach nacjonalistów? Może obecny rząd, który sprzeciwia się masowej imigracji kolorowych? Szukając źródła problemu, ludzie ci popadają w ideologiczną pułapkę, która zaczyna odrzucać logikę sugerującą rzeczywistość niespójną z ich światopoglądem. Uczestnicy takich incydentów zazwyczaj nie mają nic wspólnego ze środowiskami nacjonalistycznymi, ich zaangażowanie polityczne ogranicza się do szeroko rozumianego prawicowego światopoglądu. Nie są to też osoby stykające się często z innymi kulturami, religiami. Nie posiadają głębszej wiedzy np. dotyczącej islamu, a ich stosunek do niego kierują stereotypy promowane w Internecie. Lecz czy to nienawiść religijna lub rasowa zwykłego, prostego obywatela wywołana przez „skrajną prawicę” jest tu przyczyną takich wydarzeń? Nie. Jest to po prostu racjonalny strach. Strach przed forsowaną przez liberałów i lewicę inżynierią społeczną kulturowego marksizmu, mającą wprowadzić redefinicję pojęcia Narodu, rodziny, a nawet płci. Za tym idzie oczywiście przyjmowanie setek tysięcy imigrantów mających napędzać gospodarkę kapitalistom i niszczyć monoetniczne społeczeństwo. Za tym idzie także racjonalny strach przed tworzeniem się w większych miastach gett kolorowych społeczności i związanymi z tym patologiami społecznymi w postaci kolejnych pokoleń imigrantów urodzonych już w Europie, radykalizujących się religijnie lub tworzących grupy przestępcze. Racjonalny strach przed masowymi gwałtami, odebraniem dziecka rodzinie za wychowywanie go w tradycyjnych wartościach, na wychowywaniu młodych obywateli w szkołach w duchu tolerancjonizmu. To wszystko już ma miejsce w państwach Zachodu, a polski obywatel ma prawo się obawiać, że prędzej czy później Polskę także to dotknie. W przypadku braku zagrożenia dla państw narodowych, dla etnicznego układu Polski i Europy takie incydenty dotyczące kolorowych turystów, dyplomatów, czy naukowców, pracowników uczelni byłyby słusznie uznane za patologię, z którą należy walczyć. Dokładnie przez takie zachowania prymitywnego rasizmu idee rasowe w XX wieku zostały skompromitowane. Jednak w chwili obecnej takie zachowania trudno jednoznacznie potępić, uznać za patologię, gdy stoimy na cienkiej granicy między kulturowym marksizmem i multikulturalizmem a ideą państw narodowych, tradycyjnych, opartych na własnej unikalnej kulturze, kulcie przodków, mocnym odwołaniu się do tożsamości związanej z chrześcijaństwem. Mają one bowiem racjonalną przyczynę, a kwestia moralności w kontekście użycia takiej przemocy, bądź złamanie prawa jest kwestią drugorzędną. Przyczyna więc leży w forsowaniu niebezpiecznych eksperymentów społecznych i idei utopijnych, które budzą także prymitywny, ale uzasadniony opór.

 

Innym przykładem buntu społecznego były antyrządowe starcia na Marszu Niepodległości, całkowicie ignorowane przez środowiska liberalne i lewicowe, które w tej kwestii ograniczały się niczym propaganda czasów PRL, nazywając je (jakżeby inaczej) wybrykami chuligańskimi. Tutaj podobnie winę przerzucano na środowiska nacjonalistyczne, pisano wielokrotnie jak to „faszyści demolują Warszawę”. Nie przeszkodziło to tymże krytykom zachwycać się oporem antykapitalistycznym antyfaszystów w Hamburgu, gdzie obok walk ze służbami porządkowymi rozkradano sklepy i podpalano przypadkowe auta zwykłych obywateli. Liberałom zaś nie przeszkadzało wspieranie oporu obywateli wobec służb na Majdanie, w czasie Rewolucji Godności. W tamtych przypadkach środowiska te podejmowały szczegółowe analizy socjologiczne, które wyjaśniały dlaczego obywatele stosują przemoc wobec władzy. W przypadku zamieszek w czasie Marszów Niepodległości z takich analiz rezygnowano na rzecz uproszczonej propagandy, mijającej się z faktami. Pomijając już kwestię prowokacji ze strony rządowej, antyfaszystowskiej, które często tworzyły okazję do zamieszek, warto się tu skupić nad ich genezą. Marsz Niepodległości stał się prawdziwym ujściem buntu społecznego wobec rządzącej ówcześnie Platformy Obywatelskiej, za której poleceniem prześladowano wiele środowisk młodzieżowych, prawicowych, nacjonalistycznych czy kibicowskich. Do dziś wspominana w tych środowiskach jest operacja „Widelec”, przeprowadzana przez dzisiejszego szefa Platformy Obywatelskiej, która polegała na masowym zatrzymywaniu kibiców i wyciąganiu z nich zeznań za pomocą tortur. Warto wspomnieć też o pacyfikacji protestów górniczych, czy antyrządowych w związku z Aferą Taśmową. Prześladowanie środowisk nacjonalistycznych zaczęła się wraz ze zwiększeniem aktywności tego środowiska w czasie Marszów Niepodległości, które były celem tub propagandowych w postaci mediów Agory oraz telewizji TVN. Ta zbuntowana młodzież represjonowana przez służby, nachodzona w pracy, zatrzymywana prewencyjnie przed akcjami społecznymi, protestacyjnymi, pacyfikowana podczas antyrządowych protestów, skazywana na więzienie za przypominanie o zbrodniarzach stalinowskich (akcja związana z Baumanem we Wrocławiu), którą media głównego nurtu nazywały chuliganami, zwyrodnialcami i neonazistami musiała znaleźć ujście swych emocji wobec systemu. Policyjne prowokacje i dalsze zachowania służb eskalujące starcia stały się idealną do tego okazją. Tak mocną, że zamieszki przez cztery Marsze Niepodległości były wręcz tradycją oporu wobec systemu. Spalenie samochodów należących do telewizji TVN było wręcz symbolicznym rytuałem sprawiedliwości. Kłamstwo nie powinno się obejść bez kary, nie odcięto języków kłamców jak uczyniono by wiele wieków temu, lecz zapłonął stos ofiarny znienawidzonego symbolu propagandy. I znów liberalni i lewicowi intelektualiści i media potrafiły podejmować tylko tematykę samego aktu spalenia jako wyczynu chuligańskiego Ograniczono się do zastanowienia w jaki sposób służby zawiodły i jak tego uniknąć za rok. W roku 2015 obserwatorzy prawej strony politycznej słusznie zauważyli, że do zamieszek 11 listopada w tamtym roku nie doszło ze względu na wymianę władzy, oraz brak prowokacji ze strony służb. Bunt społeczny został wyrażony w wyborach, nadeszła nowa władza, po której niewielu spodziewałoby się tak aroganckiego i agresywnego podejścia do polskiej młodzieży ze środowisk nacjonalistycznych, kibicowskich. Nie było więc potrzeby ujścia radykalnych nastrojów społecznych.

 

Ostatnim przykładem z polskiego podwórka jest naturalny bunt wobec propagandy środowisk pederastów oraz tolerowania zachowań osób związanych z tymi środowiskami. Jest to normalna reakcja w zdrowym społeczeństwie. Głośnym przypadkiem w ostatnich dniach była śmierć samobójcza 14-latka gnębionego rzekomo za swój homoseksualizm w szkole, do której uczęszczał. Tu ponownie doszło do ofensywy narracji lewicowej i liberalnej mówiącej już tradycyjnie o zacofanym, homofobicznym, fundamentalistycznym społeczeństwie. Odpowiedzialność za śmierć w tym przypadku spadała ich zdaniem na każdego, kto jest krytyczny wobec środowisk pederastów. Czy jest tak rzeczywiście? Tutaj oczywiście propaganda tychże środowisk ponownie zamyka się w ideologiczną pułapkę, a prawda jest prozaiczna. Odpowiedzialność za to zdarzenie ponoszą właśnie środowiska tzw. LGBT, które w jednym z najbardziej konserwatywnych obyczajowo społeczeństw w Europie, na siłę starają się wmówić, że zachowania homoseksualne są normalne. To może doprowadzić tylko i wyłącznie do słusznego stygmatyzowania osób, którym wyprano umysł propagandą tych środowisk. Nie zawiniła szkoła, psycholog, a każdy kto w Polsce toleruje istnienie środowisk pederastów i ich propagandy w przestrzeni publicznej. Każdy kto godzi się na to żeby uznać te zboczenia za normalność i również ten kto je propaguje. Dlatego nadal należy się buntować, buntować wobec tych którzy zagrażają naszemu etnosowi, moralności, kulturze i wolności wyznawania nacjonalistycznych poglądów.

 

Witold Jan Dobrowolski