niedziela, 28 maj 2017 13:16

Adam Busse - „Co dalej po wyborach prezydenckich we Francji?”

Pierwsza niedziela maja br. upłynęła pod znakiem drugiej tury wyborów prezydenckich we Francji. Było to z pewnością wydarzenie, które elektryzowało media i opinię publiczną na świecie. Do drugiej tury dostali się kandydat liberalny, ochrzczony już mianem francuskiego Ryszarda Petru, Emmanuel Macron oraz Marine Le Pen, była już szefowa Frontu Narodowego. To nie pierwszy raz, kiedy kandydat francuskich nacjonalistów walczył o prezydenturę. W 2002 i 2007 roku w wyborach prezydenckich startował ojciec Marine, Jean-Marie Le Pen, uzyskując kolejno 16,86%/ok. 18% (kolejno pierwsza i druga tura) i 10% (w 2007) głosów. Marine Le Pen w pierwszej turze zdobyła 21,30% głosów, zajmując drugie miejsce za Macronem (24,01%), a za nią - konserwatysta Francois Fillon (20,01%) i lewicowiec Jean-Luc Melenchon (19,58%), którzy po wynikach zapowiedzieli poparcie Macrona w II turze, byleby radykalna prawica nie dostała się do Pałacu Elizejskiego. I ostatecznie Macron wygrał wybory z wynikiem 66,1%, zaś Le Pen uzyskała 33,9% głosów.

Po wyborach Marine Le Pen zapowiedziała przeprowadzenie reform we Froncie Narodowym, z którego miałaby uczynić główną opozycję narodową wobec rządów Macrona. Stworzenie takiej formacji miałoby wiązać się również z zamianą nazwy i niedziałaniem już pod nazwą FN, na co zgody nie wyrażą Jean-Marie Le Pen oraz konserwatywna frakcja Front National. Krytyczna wobec linii partyjnej i wpływu doradców na Marine Le Pen pozostaje również była posłanka i siostrzenica, Marion Marechal-Le Pen. Marion Marechal po wyborach postanowiła wycofać się z życia politycznego i stąd nie będzie kandydować w czerwcowych wyborach do parlamentu francuskiego oraz zrzekła się funkcji przewodniczącej Frontu w regionie PACA (Prowansja – Alpy – Lazurowe Wybrzeże). Według spekulacji mediów, chciała w ten sposób uniknąć konfliktu z Marine Le Pen, ponieważ nie tylko krytykowała obecną linię partyjną, ale również nie zgadza się na zmianę formuły Frontu Narodowego.

Michał Szymański w poprzednim numerze Szturmu przewidział, że Marine Le Pen przegra wybory, mimo poparcia udzielonego jej przez ojca (który zapowiedział, że mimo konfliktu z nią odda głos w wyborach) oraz francuskich nacjonalistów z innych organizacji, w tym Groupe Union Defense. Niestety, Le Pen kolokwialnie mówiąc położyła się na wyborach, co można było zauważyć m.in. w telewizyjnej debacie między nią a Macronem. Według Jean-Marie Le Pena zauważono serię osobistych ataków „ad personam” między kandydatami oraz brak skupienia uwagi córki na problemach demografii i masowej imigracji, uważanych w opinii Le Pena za najważniejsze problemy Francji. Tu można podać jeszcze wycofywanie się w ostatniej fazie kampanii wyborczej z postulatu wyprowadzenia państwa francuskiego ze strefy euro, co w dalszej konsekwencji okazało się nieczytelne dla potencjalnych wyborców, oraz kwestia emerytur. Nie udało się Marynie przekonać Francuzów do uznania niedzielnych wyborów za plebiscyt za lub przeciwko masowej imigracji. Zatem można powiedzieć, że mimo bardzo dużego zaangażowania środowiska w kampanię Marine Le Pen wybory nie potoczyły się po myśli wielu ludzi, którzy liczyli, że to ten wybór może przebudzi Francję i doprowadzi do „Frexitu”. Nic z tych rzeczy.

Mało zaskakującym faktem było wsparcie Emmanuela Macrona, kandydata „z nikąd” (a w rzeczywistości - pompowanego przez system celem kanalizacji niezadowolenia społecznego oraz utrzymania status quo – byłego pracownika banku Rotschildów i uczestnika spotkań Grupy Bilderberg), przez pozostałe siły polityczne, których kandydaci nie dostali się do drugiej tury. Republikanie, socjaliści oraz liberałowie poparli kandydata globalistów, aby tylko Marine Le Pen nie wygrała (co potwierdza pogląd, że antyfaszyzm potrafi łączyć ludzi tak o poglądach lewicowych, jak i prawicowych). Macrona poparli również muzułmanie, żydzi i protestanci, natomiast przedstawiciele Kościoła Katolickiego postanowili nie angażować się w wybory poprzez wskazywanie swego kandydata. Przywódcy religijni we wspólnej deklaracji w przeddzień wyborów pisali między innymi tak:

Głęboko przywiązani do republikańskich zasad naszej dewizy: „Wolność, równość, braterstwo”, jak też do powszechnych wartości gościnności, otwartości na innych i solidarności, wzywamy Francuzów do zaangażowania (…) aby na drodze głosowania zwyciężyła Francja wielkoduszna, tolerancyjna i otwarta na świat. (…)

Ponieważ dzisiaj nie wystarczy już powstrzymywanie Frontu Narodowego, konieczne jest przypominanie jednym głosem humanistycznych fundamentów, które nas ożywiają i dla których na co dzień pracujemy. (…).

Nie ma nic ponad pokój i tylko republikański głos na Emmanuela Macrona zapewni Francję silną całą swą historią, ufną w swą przyszłość i w zdolność do promieniowania w świecie. (…)

Doprawdy, istny „sojusz ekstremów” różnych środowisk religijnych i politycznych, które w czasie kampanii połączył jeden wróg. Był nim Front Narodowy. Ich cel został osiągnięty. Macron wygrał wybory, nie będzie „Frexitu”, do Francji będą przedostawać się kolejne fale imigrantów, a lewicowe środowiska obecnie naciskają na nowego prezydenta V Republiki, by wpisał do konstytucji francuskiej prawo do aborcji, podjął walkę z dyskryminacją osób o innej orientacji seksualnej, wprowadził edukację seksualną do szkół oraz uznał związki pederastów za równą formę rodziny.

Mam zresztą sporo zastrzeżeń co do obecnej linii partyjnej Frontu Narodowego, o czym pisałem w grudniu 2015 roku na łamach „Kierunków”, więc krótko powtórzę, jakie są jej punkty. Dwulicowa polityka w sprawie aborcji (wg Marine Le Pen prawne regulacje dotyczące zabijania nienarodzonych dzieci powinny być zależne od woli Francuzów, których większość nie popiera zakazu aborcji) oraz pederastów (mimo iż oficjalnie FN nie popiera małżeństw „jednopłciowych”, to w ostatnich kilku latach otwarte poparcie dla tego ruchu deklarowali pederaści widząc w nim ratunek przed islamem tępiącym wszelkie przejawy pedałowania), krótkowzroczność ideowa (która przejawiła się chociażby poparciem dla SYRIZY w wyborach parlamentarnych w Grecji w 2015 roku, uważając, że w Grecji i Hiszpanii, gdzie nie ma partii stanowiącej odpowiednik Front National, to rolę antysystemową pełni skrajna lewica), podzielone stanowisko w sprawie konfliktu izraelsko – palestyńskiego, idealizowanie wizerunku politycznego (m.in. przyjmowanie pederastów na stanowiska doradców, jak Sebastien Chenu w grudniu 2014 roku), odmowa współpracy z nacjonalistami z Jobbiku, Złotego Świtu i bułgarskiej ATAKI oraz rozmów z europosłem NPD, Udo Voigtem w 2014 roku, utrzymanie świeckiego statusu państwa z 1905 roku oraz antyislamizm wynikający z faktu, iż w opinii Marine Le Pen islam jest zagrożeniem dla świeckości Francji, nie dla chrześcijaństwa. Dodatkowo, wpływ na to miał fakt wyrzucenia Jean-Marie Le Pena z partii oraz jej stopniowa deradykalizacja, prowadzona przez doradców Marine. Mimo to przez francuski oraz europejski establishment nadal partia Front National jest uważana za ekstremistyczną, faszystowską i antyunijną siłę. Można jeszcze do tego dodać dość putinofilską gębę FN, przekładającą się na poglądy Marine Le Pen. Była liderka Frontu Narodowego uważa m.in. iż Putin to swego rodzaju obrońca wartości chrześcijańskich w Europie, a Rosja miałaby być brana za wzór państwa dbającego o interesy Rosjan (ten mit charakteryzuje zresztą nie tylko Marine, ale i prawicę/narodowców z innych krajów Europy Zachodniej).

W długiej perspektywie za kadencji Emmanuela Macrona Francja pozostanie w UE i NATO, granice dla imigrantów pozostaną otwarte, w imię walki z terroryzmem dalej będą ograniczane swobody obywatelskie, a nowo obrany prezydent zapowiedział już sankcje wobec Polski i Węgier za „naruszanie wszystkich zasad Unii Europejskiej”. Trzeba też pamiętać, że Macron jako minister gospodarki za prezydentury Francois Hollande’a jest współodpowiedzialny za ekonomiczną zapaść Francji (zastój gospodarki, zmniejszenie się liczby miejsc pracy, wzrost bezrobocia, długu prywatnego i publicznego etc.). Jak się będzie zmieniać Francja albo i się nie zmieniać, czas pokaże. Bez komentarza natomiast należy zostawić wyrażone przez europosła PiS, Ryszarda Czarneckiego, sympatie do Macrona.

Adam Busse