środa, 26 kwiecień 2017 19:40

Jakub Siemiątkowski - Skąd bierze się kult UPA?

 Pytanie zawarte w tytule powinien zadać sobie każdy, kto choć trochę interesuje się tym, co dzieje się na Ukrainie. Większość jednak woli pójść po najmniejszej linii oporu: uznać, że każdy niepodległościowo nastawiony Ukrainiec wyssał antypolonizm z mlekiem matki. Merytoryczna nędza, jaka wylewa się ze znacznej części wypowiedzi formułowanych w środowiskach tożsamościowych nie tylko budzi niesmak – przede wszystkim szkodzi szeroko pojętej „naszej sprawie”. Dlaczego? O tym poniżej.

Punktem wyjścia do tworzenia koncepcji działania wobec jakiegoś problemu musi być poznanie. Możliwie dokładne zgłębienie danego tematu, różnych jego aspektów, przyczyn, charakteru, tego co z niego wynika w praktyce. Dopiero kiedy jesteśmy w stanie odpowiedzieć sobie na szereg pytań wiążących się z tym zagadnieniem, możemy próbować zastanowić się, jak temu problemowi sprostać. W innym wypadku – kiedy nasza wiedza będzie fragmentaryczna, kiedy poddamy się mylnemu osądowi, silnym emocjom, sentymentom – nasze rozwiązania będą obciążone błędami, nietrafione. Bez dobrej diagnozy problemu nie da się znaleźć odpowiedniej recepty. A przecież chyba o to nam chodzi? O sformułowanie realistycznej, zgodnej z interesem Polski odpowiedzi – nie o podtrzymywanie iluzji. Recepty opierające się na tezach oderwanych od rzeczywistości mogą zwieść nas na manowce. Ruch, który nie służy realizacji faktycznych potrzeb narodowych, a zamiast tego woli zadowalać się demagogią, jest narodowi niepotrzebny – może być dlań wręcz szkodliwy.

Tym tokiem myślenia winniśmy się posługiwać w rozważaniach nad sprawami dotyczącymi również polityki wschodniej – w całej różnorodności jej odsłon. Ukraińska polityka historyczna jest zagadnieniem bardzo złożonym, niestety mamy w Polsce tendencję do postrzegania jej w barwach czarno-białych, w każdej niezgodności z naszą wizją dziejów dopatrujemy się zoologicznego antypolonizmu – często bez jakiegokolwiek zapoznania się z faktami.

Trawestując Dmowskiego, znaczenie tej kwestii trzeba przede wszystkim rozumieć, ażeby móc zająć jakiekolwiek świadome własnych celów stanowisko. Truizmem będzie stwierdzenie, że ZROZUMIEĆ nie znaczy USPRAWIEDLIWIĆ, ani tym bardziej GLORYFIKOWAĆ. Chcemy wiedzieć jak jest, po to by wiedzieć jak się do tego odnieść – tylko tyle, bądź aż tyle.

O współczesnej, ukraińskiej recepcji mitu UPA napisano już w naszym kraju niejedno naukowe opracowanie – próżno jednak szukać odniesień do nich w publicystyce autorów zarzucających Ukraińcom antypolonizm. Wymieńmy dla porządku najbardziej znane z nich: klasyczny już, opasły tom „Jakiej przeszłości potrzebuje przyszłość?”i i nowsza „Ukraina przed końcem Historii”ii Tomasza Stryjka, „Miejsce UPA w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej” Tadeusza Olszańskiegoiii, ostatnio także „Wołyń’43” Grzegorza Motykiiv. Truizmem jest stwierdzenie, że osoba zainteresowana zagadnieniem winna poznać je także z tej perspektywy.

 

Czym była Ukraińska Powstańcza Armia?

Gdy czytamy pojawiające się w części mediów artykuły dotyczące UPA, staje nam przed oczami coś w rodzaju hord niezdyscyplinowanych, rządnych krwi sadystów – barbarzyńców wyjętych jakby z innej epoki. Ich celem miałoby być zadawanie okrucieństwa samo w sobie, dążenie do wolności Ukrainy jawi się tu niczym coś w rodzaju pretekstu, zupełnie niknącego w morzu zbrodni. Z tego punktu widzenia nieistotna jest ewentualność, że formacja ta mogłaby mieć na koncie zbrojną walkę o niepodległość. Taki punkt widzenia jest z polskiej perspektywy zrozumiały, ale przecież jeśli chcemy poznać przyczyny kultu UPA u naszych sąsiadów, zmuszeni jesteśmy zgłębić jego podstawy. Leżą one w innym wyobrażeniu UPA, opierającym się na tej części dziejów formacji, która jest u nas na ogół zupełnie deprecjonowana – w imię dążenia do uczynienia zbrodni ludobójstwa jedynym istotnym historycznie czynem dokonanym przez UPA, neguje się często toczoną przez nią wojnę z wojskami okupanta.

Jak było w rzeczywistości? Czy – nie umniejszając w żaden sposób ogromu popełnionych przez nią zbrodni – da się oszacować skalę antysowieckiego oporu UPA i zestawić go z analogicznymi działaniami innych formacji partyzanckich w tym okresie? Mimo różnych niejasności, jest to z pewnością możliwe. Zacznijmy od początku.

Wbrew popularnemu w Polsce mitowi, pomimo wieloletniej współpracy OUN z Hitlerem, UPA prowadziła walki z Niemcamiv – na Wołyniu, w początkowym okresie swojego istnienia nawet na całkiem sporą skalę. Czasem pisze się na Ukrainie wręcz o antyniemieckim „powstaniu”, raczej przesadnie, ale przecież nawet w Polsce bywa, że i Czerwiec’56 nazywa się powstaniem. Faktem jest, że UPA w pewnym momencie przejęła z rąk niemieckich kontrolę nad niemałymi obszarami Wołynia, tworząc republiki partyzanckie, z kołkowską na czele. Zorganizowano tam nawet ukraińskie szkolnictwo – ów podnoszony często przez ukraińską politykę historyczną epizod skończyło zmiażdżenie tych tworów przez Wehrmacht, w toku – jak by nie było – walk zbrojnych. To również w walce z Niemcami, w maju 1943 r., razem z 10 bojownikami poległ m.in. Wasyl Iwachiw, faktyczny twórca i pierwszy dowódca oddziałów partyzanckich UPA, ale i najprawdopodobniej jeden z autorów planu eksterminacji polskiej ludności Wołynia. W ogóle epizod walki UPA z Niemcami bardzo mocno powiązany jest z wołyńskim ludobójstwem – notabene w samych Kołkach miał miejsce mord na Polakach, ale i wcześniej, w lutym 1943 r. pierwsza masowa zbrodnia we wsi Parośla została dokonana przez sotnię UPA Hryhorija Perehijniaka ps. „Dowbeszka-Korobka”, która dopiero co wracała z pierwszej akcji zbrojnej UPA – ataku na niemiecki posterunek we Włodzimiercu.

Od czasu objęcia dowództwa UPA przez Romana Szuchewycza starcia zbrojne z Niemcami stały się znacznie rzadsze, nieraz dochodziło z nimi do porozumień, generalnie zrozumiałych z punktu widzenia położenia w jakim znajdowali się ukraińscy nacjonaliści.

Większa zawziętość charakteryzowała boje banderowców z sowietami. Starcia UPA z Armią Czerwoną i wojskami NKWD toczone były na bardzo dużą skalę. W największej bitwie pod Hurbami w kwietniu 1944 r. wzięło udział 15 tys. żołnierzy wojsk NKWD (według źródeł banderowskich – 30 tys.) i 4 tys. partyzantów UPAvi. Dla porównania – w największych bitwach z komunistami stoczonych przez polskie podziemie zbrojne (pod Kuryłówką, w Lesie Stockim, pod Miodusami Pokrzywnymi) liczba walczących łącznie po obu stronach nie przekraczała 1 tys. Porównywalne są natomiast największe – nie licząc wyjątkowego w skali Europy Powstania Warszawskiego – starcia AK i innych formacji z Niemcami, jak bitwa pod Osuchami w czerwcu 1944 r.

W latach 1944-1953 na terenach samego ZSRR ukraińskie podziemie przeprowadziło ponad 14 tys. akcji zbrojnych przeciw sowietom. Zabito w nich ponad 30 tys. osób, w tym niecałe 8,5 tys. żołnierzy Armii Czerwonej i NKWD, ok. 3 tys. przedstawicieli organów władzyvii. Połowę stanowiła ludność cywilna – tak jest w przypadku działań większości formacji partyzanckich, choć i wówczas dochodziło do okrutnych mordów na zupełnie niewinnych ludziach. UPA działała również w granicach Polski Ludowej, stanowiąc notabene jedną z silniejszych formacji partyzanckich na jej obszarach – na jej konto należy zaliczyć jakąś część strat jakie ponieśli w tych latach komuniści.

Pewne niejasności pojawiają się w odniesieniu do liczby żołnierzy UPA. 30-35 tys. żołnierzy nie wygląda może imponująco na tle 350 tys. żołnierzy AK, zestawienia takie są jednak bardzo mylące. Jako żołnierze UPA liczeni są partyzanci, działający z bronią w ręku w lasach, podczas gdy do AK zaliczamy także tych, którzy operowali w ramach siatki cywilnej. Oddziały partyzanckie AK – i te można zestawiać z UPA – liczyły w trakcie Akcji „Burza” kilkadziesiąt do 100 tys. żołnierzy. Do banderowskiego ruchu oporu zaliczać należy także cywilną siatkę OUN i Samoobronne Kuszczowe Widdiły – chłopską formację działającą na zasadach samoobrony (mającą również udział w zbrodniach na Polakach).

Co właściwie mówią nam podane cyfry? Są oczywiście daleko mniejsze niż straty ponoszone przez regularne armie w wielkich bitwach II wojny światowej, ale mówimy tu przecież o walce partyzanckiej. Dla porównania zauważmy, że w czasie trwających łącznie 11 lat dwóch wojen w Czeczenii Rosjanie stracili ok. 11-12 tys. żołnierzy. Trwająca ponad 9 lat interwencja w Afganistanie pochłonęła z kolei 9 tys. radzieckich żołnierzy. Co prawda Czeczenia jest od Wołynia i Galicji znacznie słabiej zaludniona, ale już Afganistan miał w czasie tej wojny ok. 2,5 razy więcej mieszkańców. Oba konflikty, ze względu na swoją intensywność, bardzo mocno wryły się w świadomość historyczną narodów.

Jak wygląda porównanie oporu UPA z walką antykomunistyczną w innych krajach? Jak pisze dr hab. Rafał Wnuk, największa intensywność działania charakteryzowała podziemie litewskie i zachodnioukraińskie. W przeliczeniu na liczbę mieszkańców UPA zabiła 4-krotnie więcej sowietów – żołnierzy, członków aparatu partyjnego, cywili niż polskie podziemieviii. Historyk ów budzi na prawicy wiele kontrowersji (często słusznych), dodajmy wszelako, że opiera się on w swoich porównaniach na jedynych danych, którymi dysponujemy – danych pochodzących z raportów komunistów sowieckich i polskich. Generalnie można przyjąć, że antykomunistyczne zbrojne podziemie polskie i podziemie banderowskie stanowiły zjawiska o podobnej wielkości, choć w tym drugim przypadku funkcjonujące na mniejszym obszarze, o znacznie mniejszej liczbie ludności. Było to poniekąd skutkiem sytuacji, jaka zapanowała na poszczególnych ziemiach, zajętych przez komunistów.

W wytworzeniu się mitu UPA istotny był nakładający się na powyższe zjawisko kontekst. W wyniku represji za działalność UPA sowieci zabili 153 tys., aresztowali 134 tys., deportowali 203 tys. mieszkańców zachodniej Ukrainyix – inaczej mówiąc, co dziesiąty z nich był aktywnie prześladowany przez komunistów. Są to liczby zupełnie nieporównywalne z represjami dotykającymi ludność cywilną w innych niż ZSRR krajach bloku wschodniego. Sowieci traktowali zachodnią Ukrainę jako kraj okupowany, z kolei w świadomości statystycznego mieszkańca tych ziem upowiec uchodził za obrońcę zwykłego człowieka, co przekuło się w kultywowany w wielu rodzinach mit. Łatwiej przecież opowiadać wnukom o czynach bohaterskich niż o mordowaniu kobiet i dzieci.

Innymi słowy, UPA była dość dużą formacją partyzancką o bogatej karcie bojowej, obiektywizm każe stwierdzić, że wiele epizodów z jej dziejów musiało nosić charakter heroiczny. Sytuacja jaka zapanowała na zachodniej Ukrainie, masowe represje na ludności cywilnej, wydatnie wzmacniały mit tej formacji – zapisała się ona w pamięci przeciętnego mieszkańca tych ziem w jedyny sposób, w jaki mogła się zapisać.

Czy można mówić o żołnierzach UPA jako o bohaterach narodowych Ukrainy? Często pada zarzut, że to niewłaściwe, bowiem bardzo wielu z nich ma na sumieniu niewinnych. Pada często teza, że upowcy w ogóle nie byli żołnierzami, bo honor żołnierza nie pozwala na takie czyny. Zasadne staje się tu pytanie, czy fakt dokonywania zbrodni, nawet masowych, na niewinnej ludności cywilnej w pełni niweluje ewentualne bohaterstwo na polu bitwy i zasługi dla sprawy narodowej. Jeśli przyjąć taki pogląd, to i tak rzut oka na bohaterów czczonych w wielu innych krajach każe stwierdzić, że nie tylko Ukraińcy oddają hołd ludziom, których ręce unurzane są we krwi po łokcie.

 

O zapominaniu ludobójstwa

UPA jednocześnie była z pewnością formacją ludobójczą. Rzeź Wołyńsko-Galicyjska, niezależnie od tego czy liczbę ofiar będziemy oceniać na 55-85 tys. (G. Hryciukx), 100 tys. (G. Motyka) czy 120-130 tys. (E. Siemaszko), była wydarzeniem bez precedensu w tym okresie. Żadna partyzantka antykomunistyczna nie popełniła tak licznych zbrodni, ani nie kierowała się w swojej działalności tak ludobójczymi motywami. Próby tłumaczenia się z tych faktów, formułowane przez główny nurt współczesnej ukraińskiej historiografii, wyglądają nader nieporadnie. Trudno nie zauważyć w wielu wypadkach złej woli, choć należy odnotować także przykłady historyków, którzy nie negują faktu dokonania przez UPA ludobójstwa (m.in. I. Iljuszyn, J. Hrycak). Wielu innych zachowuje do tych wydarzeń stosunek bardzo krytyczny, choć unika tego terminu. „Jej [antypolskiej akcji UPA – przyp. JS] cele, środki, przebieg i skutki muszą być jednoznacznie potępione”xi, napisał jeden z nich. Trudno się z tym nie zgodzić, choć przecież oczywistością jest, iż taki proces nie zajdzie z dnia na dzień, pod dyktando czyichś wypowiedzi, jak chcieliby ludzie naiwni.

Nie sposób nie dodać tu, że świadomość skali zbrodni dokonanych przez UPA jest na Ukrainie wciąż mała. Do 2003 r. (tj. do obchodów 60. rocznicy Rzezi Wołyńskiej) temat właściwie nie istniał w świadomości społecznej. Prof. Hrycak, historyk, który nie boi się używać terminu ludobójstwo w odniesieniu do wydarzeń z 1943 r., pisał, że nawet jego znajomi po fachu często dopiero wtedy dowiadywali się o tych wydarzeniachxii. Mniej więcej od tego momentu dominuje na Ukrainie teoria o równowadze krzywd po obu stronach. Dodajmy, że także cytowane przez (nie będący bynajmniej krynicą obiektywizmu) portal Kresy.pl danexiii wskazują, że również dziś Ukraińcy mają o Rzezi Wołyńskiej dość mętne pojęcie.

Na to nakładają się popularne w różnych kręgach narracje m.in. o rzezi na Polakach jako wojnie ludowej – krwawym chłopskim odwecie za wielowiekowe krzywdy czy sowieckim autorstwie mordów. Faktem jest, że w czerwcu 1945 na zachodniej Ukrainie działało 157 pozorowanych specgrup NKWDxiv, podszywających się często pod banderowców. Choć żadnej z nich nie udowodniono udziału bądź inspirowania mordów na polskich wioskach, to właśnie w tym epizodzie należy się dopatrywać źródeł popularnego na Ukrainie mitu.

Nie powinno nas dziwić wyparcie okrutnych rzezi na Polakach z pamięci, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że przecież te wydarzenia przez kilkadziesiąt lat były właściwie nieobecne również w naszej pamięci zbiorowej. O Rzezi Wołyńskiej w skali masowej Polacy przypominają sobie dopiero od jakichś 6-7 lat, wcześniej co prawda wspomnienia te były obecne w opowieściach ludzi, którzy te wydarzenia przeżyli, czasem dzieląc się nimi z rodziną, ale ogółowi hasło Rzeź Wołyńska mówiło bardzo niewiele. Skoro „zapomniał” naród pokrzywdzony, to cóż dziwnego, że „zapomniał” naród sprawców? Przypadków zbiorowej amnezji znamy przecież znacznie więcej, by wymienić choćby nawet casus walki żołnierzy wyklętych – także przywracanych pamięci historycznej Polaków dopiero w ciągu ostatnich kilku lat, mimo że teoretycznie od 1989 roku nic nie stało temu na przeszkodzie, a walka z komunizmem była raczej powodem do chwały niż zbiorowej traumy. Naprawdę nie jest epokowym stwierdzenie, że narody potrafią z różnych przyczyn „zapomnieć” także o względnie niedawnych wydarzeniach, nawet jeśli były one dla wspólnoty znaczące.

Zachodzi więc pytanie, jak zważyć obie strony działalności UPA – tę heroiczną i tę zbrodniczą. Czy można uwypuklać jedną, kosztem zupełnego zapomnienia o drugiej? Mimo wszystko wydaje się, że punkt widzenia będzie zależał tu od narodowości. Dla nas, Polaków to, że opór UPA był masowy i wytrwały będzie raczej mało istotne wobec faktu, że formacja ta bestialsko wymordowała tysiące naszych rodaków. Czy jednak da się ten punkt widzenia zastosować również w warunkach ukraińskich? Niepoważnym jawi się przeświadczenie, że możemy Ukraińcom swój pogląd w tej kwestii narzucić – historia chyba nie zna takich przypadków, wyjąwszy sytuacje jakiejś długotrwałej totalitarnej okupacji, połączonej z indoktrynacją całego społeczeństwa.

 

Czym jest mit?

Georges Sorel pisał, że „mało istotna jest wiedza o tym, jakie szczegóły skrywają w sobie mity, którym przeznaczone jest realnie pojawić się na gruncie przyszłych dziejów. (…) Mit liczy się tylko jako pewna całość”xv. Narody wierzą w mity, także te historyczne – idealizując wydarzenia i ludzi, automatycznie zapominają o słabościach i przewinach tej czy innej postaci. Jest to zjawisko, które odnotowujemy na niezliczonej liczbie przykładów, w każdym właściwie narodzie. Od początków cywilizacji największy potencjał mitotwórczy w dziejach ludów miały te postaci, które walczyły o swoją wspólnotę z bronią w ręku – i szczególnie w czasach dla tej wspólnoty trudnych, odwołanie do ich walki pozwalało budować wyobrażenie o ciągłości narodu.

W roku 2012 na łamach „Polityki Narodowej” pisaliśmy, że mit UPA, wówczas jeszcze wciąż wyznawany właściwie jedynie na zachodzie kraju, nosi w sobie na tyle duży potencjał, wygląda na tyle atrakcyjnie, że jest wysoce prawdopodobne, iż będzie on rozprzestrzeniał się na inne części kraju. Większość dzisiejszych antyukraińskich publicystów (również tych inteligentniejszych, dodajmy!) głosiła wówczas, że to nierealne i że zjawisko takie nie ma pola do ekspansji na ziemie inne niż Wołyń i Galicja. Nie przewidzieliśmy co prawda krwawych wydarzeń na Majdanie i wojny, ale było jasnym, że prędzej czy później może mieć miejsce coś w rodzaju kolejnej „pomarańczowej rewolucji”, której zwycięstwo było istotnym krokiem naprzód w popularyzacji mitu UPA. Co decyduje o nośności mitu UPA i o tym, że już dawno można było przewidzieć bieg wydarzeń w tym zakresie? Po pierwsze, pewien potencjał buntowniczy. Młodzi ludzie lubią powoływać się na formacje, które bezkompromisowo walczyły o jakiś cel, nawet jeśli sami do tego wzorca nie przystają. Przykładów w Polsce nie trzeba daleko szukać. Po drugie, walkę z ZSRR łatwo utożsamić z oporem wobec zakusów Rosji na różne aspekty suwerenności Ukrainy. Mit UPA jawił się tu już dawno jako mit de facto prozachodni, kult UPA stanowić mógł alternatywę dla wyznawanego przez wcześniejsze pokolenia kultu wzorców sowieckich – raczej niezbyt atrakcyjnych dla młodego pokolenia. Notabene badania dowodzą, że im młodszy i lepiej wykształcony respondent, tym lepszy jego stosunek do UPAxvi. Po trzecie, jak wspomniano, wiedza o zbrodniach UPA była aż do niedawna tak nikła i mętna, że nie odgrywała większej roli. Wątpliwości – jeśli się pojawiały – spokojnie można było zbyć stwierdzeniem w stylu „była wojna, na wojnie dzieją się takie rzeczy”.

Majdan i wojna w Donbasie te wszystkie tendencje wzmocniły, uwydatniły. UPA, mimo że operowała na niewielkiej części terytoriów wchodzących dziś w skład Ukrainy, jawiła się w dobie walki z przeciwnikiem tak otwarcie czerpiącym z asortymentu wzorców komunistycznych, wyborem naturalnym, oczywistością. Czerwono-czarne flagi na wschodzie i południu Ukrainy nie dziwią już nikogo. Stały się symbolem walki narodu, tak jak UPA stała się integralną częścią wielkiego ciągu, który w powszechnej świadomości składa się na historię Ukrainy – obok Rusi Kijowskiej, kozaczyzny, XIX-wiecznego odrodzenia narodowego itd.

Kusząco, ale i dość infantylnie brzmi padające czasem w Polsce stwierdzenie, że Ukraińcy we własnym interesie powinni wyrzec się UPA. Nie ma chyba w historii przypadku narodu, który z własnej woli, dla korzyści choćby nawet geopolitycznych wyparł się pamięci o ludziach, których czci jako bohaterów narodowych. Poddane forsownej denazyfikacji, a następnie dyktatowi marksizmu kulturowego Niemcy z pewnością nie stanowią tu adekwatnego przykładu – można bowiem domniemywać, że w innych okolicznościach państwo to zapewne spoglądałoby na swoją wojenną przeszłość nieco inaczej.

Czasem pojawiają się głosy, że Ukraińcy mogliby postawić na piedestale inne formacje i postaci z XX-wiecznej historii swojego kraju, takie jak wojska URL czy politycy ukraińscy współpracujący z władzami II RP. O ile w pierwszym wypadku należy mieć żal, że tak się nie dzieje (wynika to choćby z większej odległości czasowej, a co za tym idzie choćby brakiem – od dawna – żywych weteranów tych walk), to w drugim trudno się temu dziwić. Być może z naszego punktu widzenia sympatycznym byłoby nawiązywanie przez współczesnych Ukraińców nawet do polityków ukraińskich zabitych przez OUN, ale przecież dość typową sytuacją jest tworzenie symboli z tych epizodów, które wiążą się raczej z walką narodowowyzwoleńczą niż z paktowaniem z wrogiem. Przypomina to trochę żale naszych „endekomunistów” i „konserwatystów PRL” o to, że młodzi narodowcy wolą dziś brać na sztandary bezkompromisową walkę NSZ niż koncesje na jakie zdecydował się pójść PAX. Nie ujmując temu drugiemu środowisku, trzeba uznać, że jest ono znacznie mniej atrakcyjne z punktu widzenia potencjału mitotwórczego. Na Ukrainie jest podobnie, a wiedza o skali zbrodni dokonanych przez formację, która była najbardziej bezkompromisową (w czasie II wojny UPA, jako jedyna poważna siła, walczyła zbrojnie o niepodległość Ukrainy) jest – jak już było pisane – niewielka.

 

Dokąd zmierzamy?

Nie ma szacunku dla faktów ten, kto uważa, że pozytywny stosunek do UPA wiąże się automatycznie z wyznawaniem antypolskich poglądów w odniesieniu do spraw współczesnych – nawet publicyści Kresów.pl, z redaktorem naczelnym włącznie, negowali nieraz ten punkt widzenia.

Współczesny ukraiński nacjonalista nie jest krwiożerczym sadystą, czyhającym tylko na okazję by znów nas rezać, jak to przedstawiają co poniektóre media, prowadzone przez wariatów, ale czasem i po prostu ludzi złej woli. Statystyczny ukraiński nacjonalista przypomina polskiego, ma te same dążenia w odniesieniu do swojego narodu, choć jego metody walki są dziś bardziej zdecydowane, bo i sytuacja znacznie trudniejsza. Tym, co różni go od polskiego narodowca w interesującej nas materii jest spadek po przodkach, znacznie bardziej obciążony krwią niewinnych niż ten, który przypadł nam. I ów Ukrainiec stara się jakoś zmierzyć ze swoją historią. Kiedy ktoś zaczyna burzyć utrwalony w jego głowie mit UPA jako kryształowo czystych rycerzy, on nie dowierza, relatywizuje, daje wiarę spiskowym teoriom i scenariuszom, które możliwie umniejszają winę banderowców.

Tak będzie jeszcze długo, ale wiedza o tym, na jaką skalę UPA mordowała Polaków również będzie się stopniowo przebijać do ukraińskiej świadomości. Trzeba czasu i rozwagi – kto oczekuje by w świadomości narodu przełom dokonał się z dnia na dzień, ten nie ma pojęcia o czym mówi.

Nie chodzi o przejmowanie ukraińskiej narracji historycznej – od tego jesteśmy najdalsi, takie zarzuty są zupełnie bezpodstawne. W walce o prawdę o ofiarach zbrodni UPA nie zamierzamy się cofać. Mowa raczej o tym, że nie da się budować skutecznej polityki, a tak rozumiemy służbę narodowi, bez uwzględniania realiów. Nie da się budować skutecznej polityki opierając się na mylnej diagnozie – a takiej z pewnością sprzyja popularyzowanie tez o szalejącym rzekomo na Ukrainie antypolonizmie.

Nie jest zresztą wcale tak, że w interesie Polski leży jedynie to by Ukraińcy przeprosili nas za rzezie, i na tym będzie można zamknąć cały rozdział pt. „polska polityka wobec Ukrainy”. To oczywisty nonsens. Nasze państwo ma swoje interesy na wschodzie i rozgrywać je może jedynie we współpracy z państwami takimi jak właśnie Ukraina. Nie musimy patrzeć na siebie bezkrytycznie, choć z pewnością nic dobrego nie może przynieść podgrzewanie fobii. Jak to ujął w swoim przenikliwym artykule bynajmniej nie pałający miłością do Ukraińców Tomasz Gabiś: „Bezwzględnie należy unikać histerycznego tonu przy rozpatrywaniu spraw ukraińskich. Za wielce szkodliwe uznać należy straszenie Ukrainą («banderowcami») i siania antyukraińskiej paniki”xvii. Sianie takiej histerii to robienie ludziom wody z mózgu, i to w sprawie nader istotnej. Mówiąc wprost – mamy tu do czynienia z działaniem na szkodę Polski.

Jakub Siemiątkowski

 

 

i T. Stryjek, Jakiej przeszłości potrzebuje przyszłość?: interpretacje dziejów narodowych w historiografii i debacie publicznej na Ukrainie 1991-2004, Warszawa 2007.

ii T. Stryjek, Ukraina przed końcem Historii: szkice o polityce państw wobec pamięci, Warszawa 2014.

iii T. Olszański, Miejsce UPA w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Dylematy polityki historycznej Ukrainy (Punkt widzenia OSW nr 35, 2013).

iv G. Motyka, Wołyń’43. Ludobójcza czystka – fakty, analogie, polityka historyczna, Kraków 2016.

v G. Motyka, Ukraińska partyzantka 1942-1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Warszawa 2006, s. 192-237.

vi Tamże, s. 489.

vii Tamże, s. 650.

viii R. Wnuk, Antysowieckie podziemie estońskie, łotewskie, litewskie, ukraińskie, białoruskie i polskie. Zarys dziejów i próba porównania [w:] A. F. Baran, G. Motyka, R. Wnuk, T. Stryjek, Wojna po wojnie. Antysowieckie podziemie w Europie Środkowo-Wschodniej w latach 1944-1953, Gdańsk-Warszawa 2012, s. 174.

ix G. Motyka, Ukraińska partyzantka…, s. 649.

x G. Hryciuk, Przemiany narodowościowe i ludnościowe w Galicji Wschodniej i na Wołyniu w latach 1931-1948, Toruń 2005.

xi L. Zaszkilniak, Przyczyny i tło konfliktu polsko-ukraińskiego w latach 1939-1947 (koreferat), [w:] Wołyń 1943 – rozliczenie, Warszawa 2010, s. 23.

xii J. Hrycak, Tezy do dyskusji o UPA, [w:] Tegoż, Nowa Ukraina. Nowe interpretacje, Wrocław 2009.

xiii Co Ukraińcy sądzą i wiedzą o Rzezi Wołyńskiej?, http://www.kresy.pl/wydarzenia,spoleczenstwo?zobacz%2Fco-ukraincy-sadza-i-wiedza-o-rzezi-wolynskiej (Dostęp: 25.04.2017).

xiv G. Motyka, Ukraińska partyzantka…, s. 502.

xv G. Sorel, Rozważania o przemocy, Warszawa 2014, s. 124-125.

xvi A. Wylęgała, Podzielona czy zróżnicowana? Jeszcze raz o pamięci społecznej na Ukrainie (z tożsamością w tle), „Kultura i Społeczeństwo”, nr 2/2015, s. 99-116.

xviiT. Gabiś, Poza „ukrainofilią” i „ukrainofobią” – czas na „ukrainorealizm”, http://nowadebata.pl/2017/02/10/poza-ukrainofilia-i-ukrainofobia-czas-na-ukrainorealizm/ (Dostęp: 23.04.2017).