środa, 26 kwiecień 2017 19:37

Karol Oknab – Krytyka Polityczna. Anatomia szaleństwa.

Dziś na przełomie 2016 i 2017 roku możemy wspólnie odetchnąć i powiedzieć jasno: „Krytyka Polityczna” zachowuje się jakby dołączyła do barwnego grona szurów polskich. Oczywiście nadal wydaje atrakcyjne pozycje książkowe, nadal jest w stanie przyciągać modnych intelektualistów, znanych na całym świecie, ale lawinowo ukazujące się artykuły, zwłaszcza w codziennym „Dzienniku Opinii” i ich zatrważająco niski, czasami wręcz groteskowy poziom, pozwalają postawić tezę, że od pewnego czasu środowisko to dryfuje niebezpiecznie w odmęty szaleństwa, które w pewnym momencie, moim zdaniem już niedługim, nie pozwoli traktować je poważnie.

Zacznijmy od początku. Krytyka Polityczna powstała w środowisku warszawskich studentów
w roku 2002. Jej poważniejsza działalność nabrała kształtów od roku 2006. Krytyka Polityczna, już samą swoja nazwą odwołała się do dwóch tradycji. Pierwszy jej człon jest nawiązaniem do młodopolskiej tradycji, do „Krytyki” wydawanej w Galicji przez Wilhelma Feldmana, zwolennika pełnej asymilacji ludności żydowskiej, do której z resztą należał, żołnierza legionów oraz zwolennika Piłsudskiego i jego koncepcji reaktywacji Państwa polskiego. Najsłynniejszym publicystą „Krytyki” był Stanisław Brzozowski. Drugi człon odwołuje się do „polityczności”. Krytyka Polityczna wzorem zachodnioeuropejskich postmarksistów zreinterpretowała i przyswoiła sobie pewne elementy z filozofii Carla Schmitta, w której podstawowym hasłem jest „polityczność”, czyli sztuka identyfikowania swoich „przyjaciół” oraz „wrogów”, co Schmitt uznawał za istotę polityki. Odwołanie się do tezy o polityczności „nazisty”, za które sama KP napiętnowałaby każde inne środowisko, miało służyć jako antidotum na bezideową epokę dekady lat 90 i zerowych, w której dominowali politycy pokroju Tony Blaira czy Gerharda Schrodera. KP z chwilą powstania i ukonstytuowania się jako poważna siła opiniotwórcza usytuowała się na prawo od anarchistów, rozwijających w tym czasie ruch skłoterski, a na lewo od Gazety Wyborczej, powoli tracącej swoją hegemonię nad polskimi „intelektualistami”, do czego przyczyniła się afera Rywina oraz późniejsza komisja sejmowa, wyjaśniająca tę sprawę, która cieszyła się niespotykanym zainteresowaniem wśród obywateli. Podczas przesłuchań, redaktor naczelny, Adam Michnik co chwilę kompromitował się swoim zachowaniem. Popularną tezą publicystyczną w tamtym czasie było przypuszczenie formułowane przez komentatorów życia publicznego, reprezentujących bardzo różne poglądy polityczne, że
w miejsce dotychczasowej hegemonicznej GW i różnych jej przybudówek, jak na przykład Tygodnik Powszechny, wejdzie Krytyka Polityczna. Młodym Michnikiem, czyli intelektualistą, który jest w stanie zakulisowo rozgrywać kolejne rządy, kreować metapolityczną przestrzeń, bez angażowania się w politykę, a w którą wpisywać się będą kolejne rządy, miał stać się Sławomir Sierakowski. Ten młody absolwent warszawskiego MISHu, stypendysta prestiżowych amerykańskich i niemieckich instytutów naukowych, z nonszalanckim stylem bycia, wraz ze wspierającą go egzotyczną, drugą połówką oraz ambicją, aby połączyć najnowsze, zachodnioeuropejskie trendy wraz z polskimi pozytywistycznymi, emancypacyjnymi tradycjami XIX i XX wiecznymi, mógł robić wówczas wrażenie kogoś na kształt lidera swojej generacji. Głównym celem Krytyki Politycznej, stała się odradzająca się tradycja polskiego nacjonalizmu, szeroko rozumiana endecja, którą za głównego przeciwnika uznał już w latach osiemdziesiątych Adam Michnik, a wróg ten był w jego uznaniu tak niebezpieczny, że za cenę pokonania go, warto sprzymierzyć się nawet z dotychczasowymi przeciwnikami, czyli polskimi komunistami. W opozycji, Krytyka Polityczna zaproponuję tradycję, której reprezentantów będzie szukać w historii ostatnich dwustu lat. Ważnymi postaciami staną się dla niej Boy-Żeleński, Kuroń, J.J. Lipski, Maria Janion, pozytywiści, asymilatorzy, socjaliści, polskie sufrażystki, dysydenci z partii komunistycznej. Będzie to tradycja i wizja przyszłej Polski jako kraju laickiego, zintegrowanego z Europą Zachodnią (jako bytu nieporównywalnie wyższego kulturowo od Europy Środkowo-Wschodniej), o ustroju socjal-liberalnym, którego symbolem będzie uśmiechnięte, cygańskie dziecko, kobieta odczuwająca radość po dokonaniu aborcji, aktywistka lgbt oraz uchodźca
z Kaukazu. Każdy z nich będzie uważał się za obywatela Rzeczpospolitej Krytyki Politycznej. Innych Polaków nie będzie. Polska miała stać się krajem podobnym do sąsiadów z drugiego brzegu Morza Bałtyckiego. Przeobrażenia świadomości, która musiała by być prawdziwą rewolucją, Krytyka Polityczna postanowiła przeprowadzić taktyką „marszu przez instytucję”. Tak powstała szeroka sieć organizacji pozarządowych, kół, świetlic, klubów, księgarń pod egidą tego środowiska oraz jeszcze szersza koalicja organizacji trzeciego sektora, kooperujących z środowiskiem KP.
KP wytworzy na bazie swoich instytucji własną sztukę, teatr, poezję, literaturę, poprzez które będzie chciała osiągnąć kulturową hegemonię nad ich odbiorcami. Przewiercić ich mózgi swoimi treściami. Dla najzdolniejszych i najaktywniejszych będą atrakcyjne stypendia i granty. Zdecydowanie zostaną odpuszczone kwestie socjalne, tematyka dołów społecznych będzie pomijana, albo wspominana od święta. Robol, stoczniowiec, baba w sklepie będą traktowani jak uciążliwa i roszczeniowa dzicz, na którą nie warto tracić czasu, bo ona i tak nie nada się do niczego, nie zagłosuje na odpowiednich ludzi, nie poprze odpowiednich inicjatyw. Swoje zasoby, jak wszystko na świecie, ograniczone, KP kierowała do środowisk elitarnych, opiniotwórczych, uczelnianych. Oczywiście z czasem, gdy przyjdzie kryzys, do czego zaraz dojedziemy, KP zacznie na nowo definiować swoją „socjalność” wzbogacając polski dyskurs o pojęcie „prekariusza” (który w zamyśle ma przesiąknąć jej wizją kulturową państwa, tak więc warto o niego zawalczyć). Drugą tradycją KP stanie się zachodni post-marksizm i przenikający się z nim postmodernizm. Cechą post-marksizmu jest utrata zainteresowania proletariuszem oraz rewolucją. Zamiast tego post-marksiści zaczynają mówić o kulturze, także popularnej, klasie średniej, na której właśnie należy się skupić i przez nią emitować pożądane przez siebie treści. Postmoderniści natomiast wychodząc od krytyki strukturalizmu w teorii literackiej, mówiącego, że dzieło literackie ma jakiś sens, przekaz, myśl, którą piszący chce nam przekazać, a co więcej jest tego świadomy, uznali że w zasadzie każdy tekst literacki ma taką interpretacje, takie znaczenie, jakie aktualnie czytający ten tekst sobie uroi. Przekładając to na każdą dziedzinę życia ludzkiego, uznali, że nie istnieje „prawda”, tylko narracja o nieistniejącej prawdzie, którą każdy może wytworzyć sobie według własnego kaprysu. Kolejną tradycja będzie psychologizm Freuda oraz seksualizm Reicha. Pseudonauka Freuda, tak zwana psychoanaliza, posłuży środowiskom KP do podważania każdego nieagnostycznego osądu o świecie. Człowiek mówiący „nie”, w rzeczywistości projektuje sobie odwrotność słowa „nie” czyli „tak”. Faszysta jest prawdopodobnie homoseksualistą, albo ofiarą ojca-pedofila, a księża katoliccy tak naprawdę nie wierzą w żadnego Boga. Słowem freudyzm, psychoanaliza, w żaden sposób nieuzasadniona naukowo teoria Freuda, służy jako element walki kulturowej, podważania opinii każdego z przeciwników, w domyśle: katolickich nacjonalistów. Podobnie seksualizacja świata dokonywanych w pseudonaukach Wilhelma Reicha, posłuży jako „święty gral” współczesnej, polskiej lewicy spod znaku KP. Gej i lesbijka staną się dumnymi pionierami nowej, tęczowej rewolucji, której nie oprą się nawet najbardziej fanatyczni, zdeterminowani przeciwnicy, którzy zamiast powoli umierać za swoje ideały, poddadzą się wrzącej sile seksualności, obaleniu dotychczasowych tematów tabu takich jak monogamia, wierność, czy biseksualizm nastolatek. Słowem, KP będzie prowadzić politykę, o której Witkacy napisze pogardliwie sto lat wcześniej: „na początku była chuć”.

***
Złotą epoką dla KP były rządy Donalda Tuska. Ten okres, charakteryzujący się dobra koniunkturą dla pewnych grup społecznych, awansem do klasy średniej, współczesnego mieszczaństwa, zdawał się potwierdzać słuszność obranej przez KP drogi. Coraz lepiej wykształceni i dowartościowani obywatele mogli poświęcić swój czas na wyjście do alternatywnego teatru, obejrzenie stacji telewizyjnej, w której wystąpi odpowiedni zastęp publicystów KP, którzy urobią go odpowiednio, nabycie odpowiedniej książki, poleconej przez odpowiedniego krytyka, przyznającego odpowiednią nagrodę. Odpowiednie ministerstwa hojnie dotowały KP, uczelnie i szkoły przyprowadzały pilnie swoich podopiecznych na zajęcia do siedzib KP i podobnych jej organizacji, wydawnictwo publikowało kolejne książki i numeru kwartalników, cały kraj został pokryty siecią klubów i świetlic KP, tu przychodziło zaproszenie na targi książki, tam do ambasady przyjaznego kraju. Było całkiem dobrze. KP nie stała się jednak drugą Wyborczą, nie powtórzyła jej sukcesu z lat 90, nie zdobyła hegemonii na lata. Dlaczego tak się stało? Uważam, że zawiodła ich, bezpodstawna marksistowska koncepcja „fałszywej świadomości”, która mówiła, że człowiek, może trwać we fałszywym osądzie o sobie, ale po przez działanie osób trzecich, może odkryć „prawdziwą” rzeczywistość. KP odrzuciła także rewolucyjne metody walki politycznej. Chciała ewolucji, w miałkim, bezkonfliktowym procesie. KP zdała się na chimeryczny, mityczny lud (nawet jeśli chodzi tylko
o część ludu: „miejską inteligencję”), który miał zostać przez nią wyedukowany, podciągnięty do europejskości, która równała się z człowieczeństwem, a w podzięce za to, miała pomóc zrealizować odpowiednie cele. Demos zawsze jednak zdradza demokratów.

Koniunktura światowa, niesprzyjająca dla polityki KP, podważała jej zasadność, gdy jednocześnie KP próbowała ją realizować. Mówiąc obrazowo: zachodnie policje rozbijały arabskie gangi handlujące białymi dziewczynkami, motywując się przy tym antybiałym rasizmem, gdy w tym czasie w klubach KP debatowano dlaczego pomoc każdemu kto uważa się za uchodźcę, jest miarą człowieczeństwo (obok europejskości oczywiście).

I co najważniejsze i ostateczne: spychana i wyśmiewana męskość znalazła możliwość swojej realizacji w nowej fali polskiego nacjonalizmu, który utuczył się na kontestowaniu wszystkiego co KP proponowała. KP wymyśliła świat dla uchodźców, muzułmanów, matek z dziećmi, ludzi uważających się za na przykład koty, ale jakoś przez pomyłkę pominęła dosyć sporą grupę, jak zapewne czytelnicy przyznają, jaką stanowią mężczyźni. Kryzys nadszedł, gdy oczywiste stało się, że władzę nad Polską przejmie opozycyjne Prawo
i Sprawiedliwość, dotychczas przedstawione jako narodowo-katolicki, populistyczny, chochoł. KP stanęła na rozdrożu. Czy poprzeć Zjednoczenie Lewicy, czy też młodą partię Razem, która czerwony kolor zamieniła na fioletowy? Razem, będąc podróbką hiszpańskiego Podemos („Możemy”), zaczęła artykułować wyraźnie narodowo-rewolucyjne tradycje polskich socjalistów, odwoływać się do oporu społecznego pierwszej „Solidarności”. Oczywiście to tylko taktyka maskowania, wielu jej członków stanowią internacjonalistyczni, radykalnie nastawieni aktywiści, którzy zostali utemperowani na czas wyborów.

Razem zaczęło artykułować wyraźnie hasła socjalne, robotnicze, zwodząc i przyciągając do siebie nawet niektórych, nieortodoksyjnie nastawionych nacjonalistów. ***
Szaleństwo Krytyki Politycznej, poprzedzone pychą, w pełni objawiło się po zwycięstwie PIS w wyborach parlamentarnych oraz jej odgórnej, pokojowej rewolucji gabinetowej. Środowisko KP stanęło przed zagrożeniem, polegającym na zupełnym wycięciu jej wpływów z instytucji państwowych oraz pozarządowych. Celem PIS jest możliwie jak najbardziej pokojowa wymiana elit państwowych, na podległe, kontrolowane przez siebie. Skutki mają być podobne do sytuacji z lat 1939-1956, oczywiście bez stosowania ówczesnych metod.

Metoda ewolucyjnych zmian, zawłaszczania kultury, indoktrynacji społeczeństwa zawiodła. KP musiała zmienić metodę i spróbować podjąć bardziej bezpośrednią konfrontację.
Środowisko to wychowało się w cieplarnianych warunkach. Nie skupiało w swoich szeregach ludzi przyzwyczajonych do niewygody, medialnego szkalowania, trudności, walki. Rewolucyjna, skrajna lewica została zupełnie zmarginalizowana, między innymi przez wcześniejsze działania KP. Ludzie tego środowiska nie byli przygotowani na to co miał się wydarzyć i być może dlatego zachowują się teraz jakby oszaleli. Oni uwierzyli, albo przynajmniej sprawiają wrażenie, że w ciągu ostatniego półtora roku, „naród” wyszedł na ulice i buntuje się przeciwko władzy. Środowisko KP sprawia wrażenie, że wierzy, że na „ulicach” polskich miast, społeczeństwo stawia „opór” władzy, która przemieniła się
w tyranię.

Janusze i Grażyny, pracownicy budżetówki, zawodowi działacze partyjni, zwożeni na miejsca swoich przaśnych, ekstremalnie żałosnych „manifestacji”, które przypominają cyrk są dla KP rewolucyjnym podmiotem. Jest to wręcz niesamowita, postmodernistyczna parodia zaangażowania i bunt społecznego przeciwko władzy. Te oczywiste, negatywne wrażenia estetyczne, nie przeszkadzają publicystom KP kreować własnej, wirtualnej narracji, pisząc długie eseje na temat taktyki oporu społecznego, którą Komitet Obrony Demokracji może zastosować w niedługiej przyszłości. Sam szef KP w ciągu roku zdążył złożyć wiele „ostrych” deklaracji: „nie pisałem nigdy więcej, niż teraz”, „siadam i piszę, nie śpię, walczę”, „rewolucja jest już blisko”, „Kaczyński popełnił pierwsze spektakularne samobójstwo”. Oczywiste dla każdego rozsądnego człowieka, takie deklaracje rażą niczym nieuzasadnionym patosem i każą zadawać sobie pytanie, czy wygłaszający je robi sobie żart czy naprawdę w taki sposób postrzega aktualne wydarzenia. Sierakowski nie jawi nam się jako koryfeusz nowej epoki, a jako śmieszny relikt, która być może odchodzi właśnie do historii. I tak szef KP swoją spóźnioną rewolucję, czy też liberalną kontrrewolucję przeciwko chocholej prawicowej rewolucji, której w zasadzie nigdy nie chciał przeprowadzać, musi dokonać opierając się na Januszach i Grażynach biorących udział w parodiach demonstracji ulicznych. Sam sobie wmawia, że na ulicach dzieje się rewolucja, gdy tymczasem odbywa się szyderstwo z prawdziwej aktywności społecznej. Niczym jak w jakiejś bajce, sytuacja odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni. Kiedyś w KP śmiali się z „moherowych beretów” teraz udają, że inne moherowe berety są awangardą narodu, demokracji walczącej, społeczeństwa obywatelskiego czy czego tam się chce. KP w ciągu ostatniego półtora roku zaprzeczyła większości poglądów, jakie reprezentowała od piętnastu lat. KP przez ostatnie półtora rok katowała swoich czytelników tajemniczym pojęciem „postprawdy”. Nagle pojawiło się od groma wywiadów, analiz, esejów, które udowadniają że sukces tożsamościowych populistów rodzaju Trumpa, wynika z zastosowania kłamstwa, przemieszanego z prawdą, czyli tak zwanej postprawdy. Tak samo PIS, odmawiając publikowania orzeczeń TK, wytworzyło swoje „postprawo”. Na to Krytyka Polityczna świętoszkowato odpowie, w jednym z wywiadów, że nie ma czegoś takiego jak postprawo (postprawda), jest tylko prawo i bezprawie. Oczywiście, wcześniej prawo było narzędziem walki klas albo patriarchalnego ucisku, ale kiedy idzie o pełne ryje, agnostyczne poglądy dotyczące rzeczywistości okazują się jednak niesłuszne, a chociaż wcześniej rzeczywistość była płynna, a oficjalny dyskurs patriarchatu miał być zakłócany przez szerokie pasma emancypacyjnych dyskursów i narracji, to jednak dziś demokracja (uprzywilejowana sytuacja dla liberalnych elit i koterii) jest tak bardzo zagrożona, że w zasadzie nic innego liczyć się nie może.

KP jako ekspozytura postmodernizmu przez lata przekonywała, że jedna prawda nie istnieje, istnieją tylko dyskursy, z którymi należy się z szacunkiem zapoznać. Gdy koniunktura się odwróciła na jej niekorzyść, KP stała się orędowniczką obowiązywania imperatywów. KP nienawidzi ludu, brzydzi się nim. Aby zrekompensować sobie ten brak kreuje nowe, upośledzone grupy społeczne jak na przykład biedni poeci prekariusze, choć ich twórczość wymaga mniej więcej tyle wysiłku ile post na fejsbuku. Podobnie kuriozalne wydaje się udzielanie głosu bardzo poważnemu syndykatowi, którego „aktywiści” zasłynęli próbą pobicia Mikołaja Janusza, a którego większość komisji zakładowych działa na tak ekstremalnych frontach walki klas jak: teatry, muzea, przedszkola oraz wegańskie restauracje.

Środowisko KP podziela poglądy Herberta Marcuse, który uznawał, że najgorsza forma nietolerancji polega na zbytniej tolerancji wobec prawicy (z resztą te hasło jest jednym
z przewodnich dla środowiska KP). Wiadomo przecież, że gdyby władzę w demokracji sprawowały niepodzielnie siły lewicowe, to do wyboru Trumpa by nie doszło. Tak to już rozumują duchowi spadkobiercy Rousseau, którzy nie identyfikują woli powszechnej z wolą większości, tylko z wolą zgodną z interesem ludu. A ustalać, co jest zgodne z tym interesem mogą jedynie oni sami. Z tego właśnie pochodzi cały ludofobiczny, polonofobiczny rzyg KP. Tyle lat starała się wpłynąć na formację kulturową całego narodu i gdy zdawało się, że się już udało, na całym świecie rozpoczął się zwrot „tożsamościowy” podważający wszystkie podstawy na których oparto choćby i Krytykę Polityczną.

Każdy „lud” jest a priori lepszy od „ludu polskiego” dla środowiska KP. Jest lepszy, ponieważ nie jest „ludem polskim”. Obojętnie czy będą to ludy arabskie, pełne brutalności wobec słabszych, czy też nasi rodzimi cyganie. Oczywiście KP jako postmodernistyczna platforma do głoszenia postprawdy, będąca tak postmodernistyczna, że jest w stanie atakować inne media i polityków za głoszenie postprawdy (ponieważ głosić ją może tylko ona), nie liczy się, że w walce z patriarchalną kulturą europejską, wspiera kultury cechując się jeszcze większym natężeniem cech, które środowisko KP uważa za niepożądane w kulturze europejskiej. Mamy do czynienia tutaj z paranoiczną sytuacją: przykładowo, by wyeliminować kulturę, w której według KP istnieje przyzwolenie na bicie kobiety, promuje się kultury w których jest przyzwolenie na oblewanie kobietę kwasem. I publicysta KP nie widzi w tym żadnej sprzeczności ani zachwiania proporcji. Podsumowując, pewien rodzaj szaleństwa, jaki dotknął KP w momencie, gdy do ich urojonej, tęczowej, nierzeczywistości, zaczęła przedzierać się przez szczeliny, naga, polityczna władza, autonomiczna względem etyki i ekonomii, wynika wprost z przyjętej przez nią ideologii, jaką jest liberalizm. Liberałowie, których przykładem jest środowisko Krytyki Politycznej, pozbawieni ochronnego parasola instytucji, z których żadnej z resztą nie utworzyli (przykładowo: uniwersytet pochodzi od Średniowieczna, rząd jak organ administracji od Monarchii Absolutnej) oraz wpływu na zbrojne ramię Państwa, okazują się być słabi.


Karol Oknab