sobota, 25 luty 2017 20:45

Adam Busse - „Refleksje wokół protestów studenckich”


Ostatni tydzień stycznia jest dla każdego studenta czasem wytężonej nauki do kolokwiów zaliczeniowych, prezentacji, egzaminów zerowych i terminowych w sesji zimowej. Jest to czas poświęcenia nauce jak największej ilości czasu. Wiąże się z tym szereg wyrzeczeń, by móc zagospodarować ten czas w taki sposób, by jak najlepiej przygotować się i dobrze wypaść ze swoją wiedzą merytoryczną bądź praktyczną przed egzaminatorami. Natomiast w tym roku 25 stycznia zapisze się jako dzień, z jednej strony – kompletnej kompromitacji liberalnej i antyrządowej opozycji, która chciała na organizowanych przez siebie „protestach studenckich” pozować na reprezentację studentów i zbudować kolejny front walki z legalnie wybranym rządem Prawa i Sprawiedliwości, z drugiej – zachowania przez społeczność akademicką w Polsce zimnej krwi oraz organizacyjnie podjętego solidaryzmu studenckiego. Przeważająca większość studentów nie dała się sprowokować i wyjść na ulice przekładając naukę do sesji nad wciągnięcie się w polityczne kłótnie między rządem i opozycją. Organizację protestów przez KOD potępiły organizacje studenckie (wśród których nie zabrakło studentów związanych ze środowiskiem nacjonalistycznym) zgodnie uważając, iż to będzie kolejna awantura polityczna, która pod hasłami „studenckimi” może zaszkodzić studentom i jako przedstawiciele braci akademickiej nie podpisały się pod postulatami organizatorów „protestów studenckich”. Ponadto postulaty tych ostatnich były bardzo mgliste, obracały się nie wokół walki o prawa studenckie, a stanowiły zlepek sloganów obyczajowych, politycznych i antyrządowych. To sprawiło, że mimo hucznie zapowiadanej mobilizacji na ulice polskich miast wspomnianego 25 stycznia wyszło od kilku dziesiątek we Wrocławiu do 200-300 „studentów” pod pomnikiem Kopernika w Warszawie (z czego większość stanowił aktyw KOD, PO, Nowoczesnej, a nawet… studenci z Uniwersytetu Trzeciego Wieku), co samo w sobie świadczy o kompletnej kompromitacji strony antyrządowej.

Tuż po „studenckich protestach” zapoznałem się z opublikowaną na facebookowym fanpage „Klubu Jagiellońskiego” opinią Bartosza Brzyskiego na temat obecnego stanu środowiska studenckiego w Polsce. Słusznie wskazuje on na erozję jakości debaty publicznej oraz upadek idei uniwersytetu jako ośrodka wymiany myśli politycznej. Zaistniała sytuacja doprowadziła do zaostrzającej się polaryzacji środowiska akademickiego, która coraz częściej zamyka pole do debaty na temat wizji Polski w odczuciu studentów. Oprócz tego zauważył, iż uniwersytet przestał być ośrodkiem, gdzie studenci z różnych opcji politycznych mogli konfrontować swoje poglądy, zderzać się z nimi, bronić ich, atakować oraz stawiać tezy w formule akademickiej. To niestety prowadzi do tego, iż młodzi ludzie nie mają szansy na stopniową praktykę i wyrabianie w sobie umiejętności prowadzenia dyskusji na tematy związane z szeroko rozumianą polityką. Równolegle idzie to w parze z rosnącą liczbą studentów, którzy oficjalnie deklarują, że są apolityczni. Ci sami pierwsi wyrywają do komentowania „a la expert” kolejnych zamachów, wojen, wyborów prezydenckich, parlamentarnych oraz innych przejawów funkcjonowania życia politycznego, opierając się - rzecz jasna – na płytkiej, powierzchownej lub całkowicie bez wiedzy elementarnej na komentowane tematy. Wypychanie poza uczelnię powoduje wśród młodych ludzi zwiększony głód wiedzy, a dla władz uniwersyteckich może stanowić swoistego rodzaju uniknięcie odpowiedzialności za nieumiejętność ukształtowania studenta. W tekście zwrócił uwagę także na odchodzenie od zderzenia świata teorii ze światem kuchni politycznej zaznaczając, iż bez możliwości konfrontacji poglądów studentów z wybitnymi znawcami tematu, naukowcami, politykami etc. w murach uniwersyteckich zamiast poszerzać horyzonty światopoglądowe, student będzie opierał się jedynie na fragmentarycznej wiedzy, niepopartej żadną praktyką oraz może nie mieć szansy na zmianę swoich perspektyw. Warto dodać, iż uniwersytet powoli zaczyna przybierać formę szkoły powszechnej, nie uczelni wyższej, ponieważ studiowanie na określonej uczelni nie jest już nobilitujące, coraz więcej młodych studentów studiuje jedynie, by móc otrzymać przysłowiowy papierek, a nie by zdobyć wykształcenie i poszerzyć swoje horyzonty naukowe. Coraz częściej opinią publiczną wstrząsają różne, bulwersujące wydarzenia w relacji student - wykładowca.

Jest to jednak jeden aspekt kondycji współczesnych uniwersytetów. Drugim staje się postępujący monopolizm światopoglądowy w tym środowisku. Monopol na wygłaszanie swojego poglądu mają wyłącznie liberałowie i radykalna lewica, najczęściej związana z partią Razem. Próba przełamania tego monopolu wiąże się z szeregiem nieprzyjemnych konsekwencji, włącznie z postępowaniem dyscyplinarnym wobec studenta. Nie muszę przytaczać przykładów z odwoływania na naszych uczelniach (pod naciskiem lewaków) wykładów i spotkań działaczy Ruchu Narodowego, konserwatywnie i narodowo zorientowanych naukowców, które miały miejsce jeszcze kilka lat temu, informacje o tych zdarzeniach są łatwo dostępne w sieci. Przytoczę świeży przykład. Jest nim sprawa Konrada Smuniewskiego, studenta historii na Uniwersytecie Warszawskim, który padł ofiarą nagonki zorganizowanej przez studentów judaistyki powiązanych z partią Razem. Była ona konsekwencją jego udziału w dyskusji nt. judaizmu, która miała miejsce na… forum dyskusyjnym studentów Uniwersytetu Warszawskiego. Przywołanie tego przykładu jest istotnym zobrazowaniem problemu z jakim muszą się zmagać dalecy od liberalnych i marksistowskich ideologii studenci UW. Warto zwrócić uwagę, że profesorowie tej uczelni, szczycący się apolitycznością i ideałami wolności, masowo udzielali zwolnień z zajęć i pisali usprawiedliwienia dla osób biorących udział w „czarnych protestach”, co samo w sobie jest hipokryzją. Jednych dopuszcza się do głosu, drugich już nie. Tych drugich się nawet zastrasza.

Rozwijają się i powstają nowe koła naukowe (w tym warte uwagi Studenckie Koło im. Ernsta Jüngera, działające na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, kluby narodowe na AON, SGH, Studencki Klub Myśli Politycznej im. Romana Dmowskiego), odradzają się korporacje akademickie, wielu studentów zaangażowanych jest w działalność społeczną, udziela się w organizacjach studenckich funkcjonujących w ramach uczelni, wielu zasiada w samorządach studenckich. Studenci angażują się też w nacjonalizm na różnych niwach. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, iż środowisko studenckie nie jest jednolite, nie posiada wspólnej tożsamości (poza jedynie poczuciem przynależności do jednej uczelni, określonego wydziału, instytutu nauki etc.), studentami są ludzie wyznający różne orientacje polityczne, religijne i społeczne, co pokazuje – przytaczając teksty Karola Oknaba z poprzednich numerów „Szturmu” – że bycie studentem „oznacza bycie nikim. I dosłownie i metaforycznie. Z jednej strony masa studentów, która rozrosła się jako skutek ubóstwienia „równości”, która wymuszała, żeby każdy mógł mieć prawo studiować, nie stanowi ani jednolitej siły politycznej, ani nawet jednolitej podklasy społecznej. Określanie się przez kogoś jako student, nie mówi właściwie nic o nim. Może być dowolnie ubrany, reprezentować dowolny światopogląd, dowolny zasób słownictwa. Bycie studentem nie jest żadnym określnikiem.” Pokazuje również, iż studenci pochodzą z całego przekroju narodu polskiego, od bogatych po biednych, od niepełnosprawnych po osoby neurotypowe, to osoby o różnych światopoglądach. Uniwersytety są miejscem, gdzie nacjonaliści mogą – wzorem przedwojennych poprzedników – wytworzyć nową tożsamość, kształtować świadomość studencką i wiązać ją z poczuciem przynależności studentów do narodu, który jest w końcu zbiorem Polaków ze wszystkich warstw społecznych.

Wrócę jeszcze do tematu „protestów studenckich”. Protesty te nie reprezentowały także środowiska studenckiego z prostego powodu. Wystarczy na istniejących jeszcze wydarzeniach na Facebooku prześledzić ich program, nijak się mający do tego, o co powinni walczyć studenci. Kwestiami kluczowymi dla tej grupy Polaków nie są z pewnością postulaty rozdziału Kościoła od państwa polskiego, utrzymania obecnego status quo w kwestii trwania Polski w Unii Europejskiej, dostępu do wszystkich praw reprodukcyjnych, walki z dyskryminacją osób o innych poglądach, wyznaniu, kolorze skóry czy rasie, oraz innych punktach, których nawet nie warto przytaczać. Nie było żadnych punktów odnoszących się do problemów dzisiejszych studentów w Polsce. Wiemy, że jest ich sporo. Spośród nich można wymienić: problemy i nadużycia formalne związane z przyznawaniem stypendiów socjalnych dla potrzebujących studentów (które bardzo często wyłudzają studenci znajdujący się w dobrej sytuacji materialnej), wyższa proporcjonalność wsparcia materialnego dla coraz większej ilości studiujących ludzi z innych krajów, stopniowe obniżanie się standardów nauki w szkolnictwie wyższym, wspomniane kilka linijek wyżej liberalno – lewicowe upolitycznienie wielu kierunków na uniwersytetach, trudna sytuacja finansowa doktorantów, początkujących pracowników oraz samych studentów, szczególnie tych, którzy studiują poza swoim miejscem zamieszkania i są zmuszeni dodatkowo do podjęcia pracy żeby zarobić środki na utrzymanie się w czasie trwania studiów ( a na znalezienie dobrze płatnej mają coraz mniejsze szanse), potrzebne jest uzupełnienie uregulowań kwestii dot. statusu doktorantów… Spraw, którymi warto się zająć jest mnóstwo.

Liberalnej opozycji znów nie udało się poderwać do boju kolejnej już warstwy społeczeństwa polskiego, która miałaby się sprzeciwić polityce obecnego rządu. Za to w telewizji mieliśmy okazję oglądać demoliberalny kabaret w wykonaniu tych, którzy chcieli reprezentować interes studentów, nawet wbrew ich woli. Pozostaje mieć nadzieję, iż twór stworzony przez Kijowskiego, który sam z siebie powoli się rozlatuje, rozpadnie się jak domek z kart i wyląduje na śmietniku historii.

Pamiętajmy, uniwersytety są kolejnym polem wartym zagospodarowania przez nacjonalistów, stworzy to szansę na propagowanie idei wśród młodzieży akademickiej, która jest określana (dość często pogardliwie przez „typowych januszy”, trochę kolokwialnie) jako przyszłość Polski. Przed wojną absolwenci polskich uczelni łączyli się z obozem endeckim i narodowo – radykalnym. Jestem pewien, że do tej bogatej spuścizny ideowej warto nawiązać. Oczywiście jeśli twierdzimy, że młodzież akademicka ma być przyszłością Polski.

Adam Busse