piątek, 23 grudzień 2016 17:56

Marek Kubiński - „Pod sztandarami krzyża i sowy – opowieść o powstaniu szuanów”

Wśród bretońskiej puszczy błądził wiatr zza oceanu, gładząc i kołysząc do snu wątłe liście klonów. Gdzieś w oddali poderwał się do lotu klucz dzikich gęsi, przestraszony nie wiadomo czym. Pod niebieskim sklepieniem galopował szwadron widmowych jeźdźców, od wieków ścigających w ten sam sposób wyimaginowanego bądź też zaskakująco rzeczywistego nieprzyjaciela. Nad niepokorną krainą zapadł zmrok. Maszerujący tyralierą i w gotowości bojowej niebiescy żołnierze trzęśli się ze strachu. Każdy szmer zza rozłożystych pni przyprawiał ich o zawał serca. Każdy szelest leśnego królestwa zalewał ich potem. Strach przed nimi. Przed watahą bretońskich wilków. Kiedy upadły Tulon, Lyon, Wandea, oni okazali się ostatnia kolumną starej Francji, walczący w obronie korony, krzyża i swobody w swojej ojczyzny – Bretanii. Oto krótka historia ostatnich synów umierającej tradycji, a także zapomnianych protoplastów romantyzmu.


Bretania jest inna. W przeciwieństwie do pozostałych francuskich krain geograficznych i historycznych rejon sprawia wrażenie jakby nie z tego świata. To senna atmosfera okraszona bryzą i wszechobecną mgłą. To surowa, romańska architektura z kamienia. To tak pobudzające wyobraźnię miejsca jak Mount-Saint-Michael, czy Saint-Malo, jakby żywcem wyciągnięte z świata Tolkiena. To starodawna tradycja sięgająca szóstego wieku po Chrystusie. Właśnie tutaj, pośród bretońskich puszczy i klifów rycerze okrągłego stołu mieli toczyć swe legendarne boje. Bretania jawi nam się jako kraj ukrytych pośród morskich fal piratów, książąt, pierwszych świętych, jak baron Trehorentec, który wyparł się pogaństwa w chwili, kiedy miała go pożreć zgraja wilków. Niepozornie wyglądający cypel jest celtyckim refleksem na mapie romańskiego świata. Zamieszkiwali (i nadal zamieszkują) ją inni ludzie, z silnym poczuciem odrębności. Byli gotowi powstać przeciwko tym, którzy na tą odrębność i autonomie nastąpią. I właśnie taka sytuacja się nadarzyła.


Pierwsze rozruchy rozpoczęły się już w 1788 roku, miały jednak charakter czysto rewolucyjny. Poszło o faworyzowanie szkolnictwa dla młodzieży szlacheckiej, a skutkiem była kilkugodzinna walka na posiedzeniu bretońskich stanów. W tym samym czasie w stolicy wypadki potoczyły się o wiele szybciej. Atak na Bastylię i okrutny mord na jej komendancie, uliczne rozruchy, marsz na Wersal. W całym kraju wrzało, a napływające wieści przyjmowano z entuzjazmem i nadzieją na zmianę na lepsze. Z początku chłopstwo i burżuazja zdawały się być zjednoczone w walce ze szlachtą i klerem. Stanowisko III stanu wspólnie wyznaczał umiarkowany antyklerykalizm, który był raczej postawą dystansu wobec opływającej w luksusy kościelnej arystokracji. Zmieniła to Cywilna Konstytucja Kleru z 1791 roku, na mocy której księża mieli składać przysięgę wierności konstytucji, a tylko zaprzysiężeni duchowni mogli prowadzić posługę duszpasterską. To całkowicie odwróciło sytuację polityczną na północnym zachodzie kraju, gdzie lud był bardzo związany z parafialnym duchowieństwem, które na ogół nie poszło na układ. Już 13 lutego powstało Morbihan, gdzie kilkutysięczne zgrupowanie chłopstwa starło się z wojskiem. Padły pierwsze strzały. Polała się pierwsza krew. Rewolucja straciła na popularności. W międzyczasie do Bretanii docierały nieco opóźnione informacje z Paryża. O tym, jak 10 sierpnia 1792 roku wymordowano żołnierzy gwardii szwajcarskiej broniących Ludwika XVI, albo o tym, że we wrześniu tegoż roku motłoch dokonał masakry zakonników, zakonnic i niekonstytucyjnych księży. W Bretanii rozwijał się wtedy już ruch przemytniczy (zajmujący po prostu pustą przestrzeń wobec tracącego kontrolę nad państwem rządu), także kontrrewolucyjna guerilla. Niezdecydowanych do walki popchnęły dopiero wydarzenia roku następnego. Po proklamacji republiki i pokazowym procesie 21 stycznia pod ostrze gilotyny poszedł Ludwik XVI. 24 lutego natomiast uchwalono pobór 300 tysięcy rekrutów do walki z koalicją antyfrancuską, co było pogwałceniem autonomii Księstwa Bretanii, które dla nowej władzy stanowiło tylko kilka w niczym nieróżniących się od reszty kraju departamentów. To przeważyło szalę. Łączyły się wszystkie niechętne rewolucji prądy. Ruch przemytniczy przeniknął się z ruchem legitymistycznym. Szlachetnie urodzeni dołączali do partyzantów razem z chłopstwem. Powstanie stało się faktem.

Już 15 sierpnia 1792 roku jeden z ważniejszych przemytników – Jean Cottereau, znany pod pseudonimem Jean Chouan ogłosił się zwolennikiem króla. Dało to początek jednemu z najbardziej niezwykłych ruchów w nowożytnej historii Europy. Jego nazwa – szuaneria – wzięła swój początek właśnie z tego pseudonimu. Miał on z kolei wywodzić się od naśladowania odgłosów sowy, dzięki którym komunikowali się partyzanci. Sowa jest również symbolem nocy oraz dochowania tajemnicy. Nie wiemy, czy taką symbolikę nadali sobie powstańcy umyślnie czy też jest to efekt przypadku. Pewne jest jedno, idealnie wpisał się on w charakter ruchu. Powstanie szuanów nie miało charakteru masowego jak chociażby powstanie w sąsiedniej Wandei. Małe grupki partyzantów działały oddzielnie. Szuani przemykali się niezauważeni przez republikańskie kordony i obławy, rozbijali posterunki i patrole, odbijali więźniów. Ofiarą zasadzek padały małe oddziały niebieskich, czasem całe garnizony. Działania Bretończyków nie pozostawały bez odzewu konwentu. Ten posyłał na półwysep bezczeszczących kościoły emisariuszy oraz coraz większą ilość wojska. Jesienią 1793 roku z oddziałami powstańczymi połączyły się niedobitki wandejskiej Armii Katolickiej i Królewskiej pod dowództwem dwudziestojednoletniego hrabiego de la Rochejaquelein, a część jej żołnierzy zasiliło szeregi szuanerii. Mariaż okazał się jednak krótki. Już dzień przed Wigilią tegoż roku doszło do pogromu rojalistów pod Savenay nad Loarą. Jedyną pamiątką po bitwie oraz okrutnym pościgu wojsk republiki za uchodzącymi chłopami jest kamienny krzyż z Sercem Jezusa postawiony niedaleko zabudowań miasteczka. Miesiąc później młody generał poległ od republikańskiej kuli. W tym samym czasie na południu Francji szturmowi wojsk jakobińskich poddała się ostatnia twierdza broniona przez połączone siły rojalistów, żyrondystów i żołnierzy interwencyjnych – Tulon. Bretania została sama na placu boju.


Kiedy piekielne kolumny republikańskiego generała Turreau wykonywały rozkaz konwentu o utopieniu Wandei we krwi, po drugiej stronie Loary kontrrewolucja dopiero co się rozkręcała. Na przełomie wiosny i lata 1795 roku po całej zbuntowanej Bretanii rozeszła się wieść o mającym nastąpić desancie rojalistycznej armii transportowanej przez angielską flotę. 14 tysięcy powstańców, a także zwykłych ludzi wyległo na plaże, by przywitać wyzwolicieli. 27 czerwca rozpoczęła się inwazja. W czasie kilku następnych dni doszło do serii desantów na zachodnim wybrzeżu. Nastąpił prawdziwy powrót rycerzy (większość lądujących żołnierzy była szlachetnie urodzona), jak wiele lat później działania cichociemnych. Wyczekiwanego marszu wyzwolicieli na Paryż jednak nie było. Przywódcy inwazji poza euforią i nadzieją przywieźli z Anglii również swoje spory i konflikty ambicji. Bezczynne wojsko królewskie pobił w serii starć republikański generał Hoche. Już w niecały miesiąc po lądowaniu armia kontrrewolucyjna przestała istnieć. Poległo 5 tysięcy rojalistów, a wśród nich dowódca powstania szuanów – Tinteniac. Ponad siedmiuset jeńców zostało rozstrzelanych bezpośrednio po walce. Nieliczne siły od pogromu uratował Georges Cadoudal, posługujący się pseudonimem Gedeon. Dzięki niemu powstanie mogło trwać dalej mimo tak dotkliwej klęski, a zdolni do walki szuani schronili się bezpiecznie w leśnym królestwie. Uznany za męża opatrznościowego Cadoudal został już w następnym miesiącu naczelnym dowódcą w Morbihan, a wkrótce w całej Bretanii. Powstańcze imię Georges’a było kolejnym bardzo trafnym nawiązaniem. W Starym Testamencie Gedeon był jednym z sędziów, wojowników broniących Izrael przed barbarzyńskimi Amalekitami i Madianitami, zwalczając jednocześnie kult Baala, tak jak jego osiemnastowieczny odpowiednik zwalczał pogański kult państwa. Szuani zawsze starali się być tarczą Bretanii, kiedy przychodziło chronić przed represjami niepokorne wsie, ukryć niekonstytucyjnych księży czy odeprzeć karne oddziały, a także jej mieczem, kiedy trzeba było usunąć wrogich tradycji i ludowi emisariuszy, merów czy urzędników. Do bitew niemalże nie dochodziło. Wojna w Bretanii znowu stała się serią małych potyczek, w których wygrywała strona zdolna możliwie szybko osiągnąć przewagę. Kiedy zwycięstwo nad szuanami wydawało się bliskie po pogromie na Quiberon w lecie 1795 roku, to już po kliku miesiącach wojna znów zaczęła przybierać niepomyślny dla rewolucji obrót. Toteż na początku następnego roku Hoche ogłosił wolność kultu na terenie Bretanii. Zniknęła podstawowa przyczyna konfliktu, a powstanie bardzo straciło na popularności. 19 czerwca Cadoudal zawarł pokój, który gwarantował amnestię dla walczących szuanów. Tak zakończyła się pierwsza runda. Niewielu jednak wierzyło, że pokój będzie ostateczny, stanowił on tylko rodzaj przerwy, kruchy rozejm niezbędny do przegrupowania się przed ostatecznym starciem. Wiedzieli to zarówno okopani w Rennes, Brest i Le Mans niebiescy, jak i kontrolujący wieś biali. Godeon wykorzystał czas do zreorganizowania swojej niewidzialnej armii. Podzielił Bretanię na 9 okręgów, sformował oddział kawalerii, oddział sanitarny, a nawet artylerii. Po całej Francji rozesłał swoich szpiegów i informatorów. Na jakiś czas wyruszył do Anglii, by nakłonić przynajmniej jednego Burbona do powrotu do ojczyzny. Tchórzliwe niedobitki dynastii panującej okazały się być jednak tylko namiastką rycerskiej Francji Karola Wielkiego i świętego Ludwika. Cadoudal nie zdawał sobie sprawy z tego, że ostatnią bitwę będzie musiał stoczyć sam.


14 września 1799 roku w sercu puszczy Morbihan zebrało się dwunastu szuańskich dowódców. Po latach bezowocnego czekania na powrót króla, zamachu stanu obalającym demokratycznie wybrany parlament z przewagą rojalistów i pośród narastających represji podjęto decyzję o wznowieniu wojny. 15 października rozpoczęła się, poprzedzona wysłaniem do Paryża ultimatum, ofensywa powstańców. Gotowe do walki i dobrze zorganizowane dywizje szuanów dokonały uderzenia na pozycje niebieskich w całym Księstwie. Jeszcze tego samego dnia padło Le Mans. Pięć dni później przerwano obronę Nantes, skąd uwolniono więźniów. 27 października zdobyto Saint – Brieuc. Zwycięstwo było jednak tylko chwilowe. Najczęściej już po kilku dniach walczący z przeważającymi siłami wroga szuani musieli wycofywać się ze zdobytych miast. 26 października załamał się szturm na strategicznie położone Vannes. Spodziewane zwycięstwo nie nastąpiło, a wobec niepowodzenia większość szuańskich oficerów zdecydowała się na wywieszenie białej flagi. Natomiast nowy przywódca republiki – Napoleon Bonaparte, wydał proklamację przeciwko ciągle tlącej się bretońskiej kontrrewolucji, mianując jednocześnie na dowódcę tłumiących powstanie sił jakobińskiego generała Brune’a. 23 stycznia 1800 roku doszło do ostatniego większego starcia pod Pont–du–Loc, zakończonego taktycznym zwycięstwem Gedeona. Mimo to wojna była już przegrana, a wobec wieści o mających sformować się nowych piekielnych kolumnach Cadoudal zasiadł z Brune’m do negocjacji.


Dalej mamy do czynienia z epilogiem pieśni chwały celtyckiej prowincji. Kilka razy Bonaparte próbował przeciągnąć na swoją stronę ostatniego żołnierza monarchii, a w międzyczasie szeregi szuanów topniały z dnia na dzień. Gedeon wyjechał ponownie do Anglii, gdzie zaplanował kolejne, tym razem ogólno - francuskie powstanie połączone z desantem wojsk angielskich i powrotem Burbonów. Wobec niepowodzeń na froncie włoskim operacji nie przeprowadzono. Cadoudal i niedobitki jego armii ukrywali się w lasach, zmieniając często miejsce pobytu. Nie udały się ani próby otrucia go przez agentów policji, ani wyznaczenie wysokiej nagrody. Przez dwa lata Gedeon pozostawał nieuchwytny. Z małą grupką pozostających przy życiu szuanów opuścił kontynent po podpisaniu pokoju angielsko – francuskiego w Amiens. W ostatnich odruchach swej zmęczonej wojną duszy przystąpił do realizacji planu ,,Cios Ostateczny”, który miał polegać na zabójstwie pierwszego konsula. W lecie 1803 roku po raz ostatni powrócił do ojczyzny wraz z grupa kilku towarzyszy. Przez niecały rok spiskował w Paryżu na spółkę z kilkoma zakonspirowanymi rojalistami i nastawionym wrogo do Bonapartego generałem Moreau, by zostać w końcu schwytanym i skazanym na śmierć w roku 1804. Wyrok wykonano 24 VI. Tak oto rozegrał się ostatni akord pieśni o bretońskim powstaniu.


O szuanach napisano trochę porządnych i trochę przekłamanych książek, nakręcono jeden nie do końca historyczny film, a poza tym to temat raczej zapomniany wśród wichrów historii. Niesłusznie, jest to bowiem opowieść niesamowita. Mamy tutaj lojalnych żołnierzy kryjących się w przedwiecznej puszczy, prawdę o dworskich kamarylach, opowieści o walce i zdradzie. Fascynujące postaci, jak osiemnastowieczny Sędzia, czy kapitan Wright, marynarz wspierający zaopatrzeniem kontrrewolucję tak gorliwie, że nazywano go bardziej wandejczykiem niż anglikiem. Śledząc dzieje szuanerii dostrzeżemy wiele analogii z historią muszkieterów. Raczej tych polskich, tragicznie kończących konspiratorów z okresu Drugiej Wojny, aniżeli bohaterów Dumasa. Chociaż z tymi drugimi również nie brakuje analogii. Powstańcom nigdy nie brakowało pomysłowości i fantazji. Kiedy wkraczali do zdobytych miast i miasteczek niszczyli groteskowe drzewa wolności. To właśnie ludzie związani z powstaniem próbowali użycia słynnej machiny piekielnej przeciwko Napoleonowi. Legenda powstania aż uderza romantyzmem, bijąc na głowę wszystkie legendy ,,Wielkiej” Rewolucji Francuskiej. Nie brak tu również ciemnych kart, jak przypadkowe (i czasami zamierzone) niewinne ofiary działań wojennych, czy narastająca, ocierająca się wręcz o obłęd, zawziętość Gedeona w walce o przegraną sprawę. Wszystkie te akty bledną jednak wobec posunięć republiki, do których należało palenie całych wiosek, rozstrzeliwanie jeńców i zatapianie barek wypełnionych ludźmi w Nantes. Nawet cała kanonada heroicznych czynów nie była jednak w stanie zmienić faktu, że to romantycy zawsze przegrywają. Niezłomna postawa dziesiątkowanych powstańców świetnie kontrastuje z otaczającą ich ponurą rzeczywistością, narastającym okrucieństwem rzuconych przeciwko nim sił oraz fałszywością zdegenerowanych emigracyjnych elit. Nawet nacjonaliści, którzy z racji swoich poglądów powinni być może sympatyzować z niebieskimi, odnajdą w tej historii własne ideały, jak przywiązanie do tradycji, swego regionu, wiary, konkretnych praw i wolności. Szuani nie byli chorągiewkami. Kontestowali wszystkie formy władzy stojące w opozycji wobec swoich praw, począwszy od monarchii konstytucyjnej, poprzez republikę żyrondy, jakobinów i dyrektoriatu, na konsulacie kończąc. Szuani byli chłopami. Oddali wszystko, co mieli, sprawie wiary, monarchii oraz swojej rodzinnej Bretanii. Nie było ich stać na więcej.

Marek Kubiński

 

PS: Artykuł jest inspirowany dwoma wybornymi książkami. Po pierwsze powieścią ,,Sire’” Jeana Raspail’a, która doskonale wprowadza w mistyczny klimat starej Francji. Po drugie ,,Szuańską Balladą” Waldemara Łysiaka, która świetnie portretuje główne dramatis personae, i z której gęsto czerpałem informacje. Poza tym źródłem wiedzy przekazanej jest ,,Kłamstwo Bastylii Andrzeja M. Ciska.