wtorek, 25 październik 2016 18:36

Leon Zawada - „Szturmowiec w wiecznym mieście”

Brakowało mniej więcej jednej godziny do północy, gdy samolot wylądował na jednym z rzymskich lotnisk, by rozpocząć kilkudniową wędrówkę po starych ulicach stolicy dawnego imperium. Na parkingu czekali na nas włoscy towarzysze. Po wymianie charakterystycznych uścisków przedramion, którymi witają się nacjonaliści w Italii zostaliśmy zabrani do miejsca, gdzie przyszło spędzić nam noc. Niezapomniana wycieczka dopiero miała się zacząć.


Następnego poranka snułem się po uliczkach Rzymu z polską kompanią u boku. Niezastąpiona koleżanka Sylwia, bezkompromisowa ekspertka specyfiki włoskiej swoją opowieścią wtajemniczała nas w historię miasta. Pierwsze spotkanie z ruinami metropolii, która niegdyś władała globem wywołało we mnie nostalgiczne uczucia. Dotykając ruin starożytnych świątyń, oglądając koloseum, na którym ścierali się kiedyś bezlitośni wojownicy, odtwarzałem w głowie wygląd dawnego imperium. Wspominałem jego prawa, kulturę, obyczaje i wielki wkład w kształt tego co dziś dobry człowiek kojarzy z pojęciem cywilizacji europejskiej. W swoim życiu nie doświadczyłem wcześniej tak żywego zetknięcia z historią kontynentu a nawet niemalże całej północnej półkuli. Rzym bez wątpienia był niegdyś „osią świata”.


Opowieść o Wiecznym Mieście nie miałaby sensu bez wspomnienia majestatycznych świątyń. Rzymskie kościoły to architektoniczne potęgi, zaprojektowane, aby być żywymi dowodami Boskiej chwały i całej Jej mistyki. Uczucie przenikającego się Sacrum i Profanum to żywy wzorzec tego, jaki był sens stawiania wielkich budowli w minionych wiekach. Czym dziś są budowle wznoszące się ku niebu w centrach europejskich stolic? Nie są one niczym więcej niż wyrazem korporacyjnej próżności, konstruowanym tylko po to aby służyć utylitarnym pożytkom i interesom swoich włodarzy. Dla mnie to bardzo wyraźny symbol zmiany czasów. Mijałem kolejne ołtarze, odwiedziłem serce Kościoła Łacińskiego, słyszałem modlitwy brzmiące między kościelnymi ławami. Mimo całego zachwytu gdzieś w środku narastało jednak uczucie smutku. Co się wydarzyło, że ten niegdyś tak uduchowiony kraj stoi dziś w forpoczcie eurokratyzmu i jego bezdusznych przemian? Gdzie podziali się Święci dziś pochowani w tych pięknych świątyniach? Czy Europy nie stać już na rycerskość, męstwo, moralność i honor? Rzymskie legiony, pobożni mnisi, uduchowieni artyści i filozofowie, dokąd odeszliście?


Miasto, które miało być wieczne przybijająco pachnie końcem świata. Wejścia do metra, kościołów, zabytków strzeżone są przez wojsko. Włochy obawiają się katastrofy w swojej przepięknej stolicy. Wąskie uliczki przemierzają przyklejeni do obiektywów turyści. O stare ściany rzymskich kamienic opierają się bliskowschodni przybysze skanując znudzonym wzrokiem mijających ich przechodniów. Nie musimy długo zwiedzać aby natknąć się na młodzież alarmującą o pladze narkomanii dręczącej słoneczną Italię. Wolontariusze jednego z kościelnych centrów pomocy osobom uzależnionym zbierają datki na pomoc ich instytucji. Młody Włoch opowiada mi o nałogu, z którego udało mu się wyjść. Z jego ust płyną zatrważające słowa o tym jak głęboko włoska młodzież przesiąknięta jest wyniszczającymi używkami. Twierdzi, że ponad 70% młodych ludzi w jego kraju ma styczność z ciężkimi narkotykami. Inne źródła potwierdzają te dane. Chłopak żali się również, że państwo nie jest w ogóle zainteresowane walką z degeneracją pokolenia. Politycy rozkładają bezradne ręce. Później działacze CasaPound Italia powiedzieli, że wielu ludzi próbuje takimi opowieściami wyłudzać pieniądze od turystów. Skala narkomanii we Włoszech jest jednak zatrważająca a mi pozostaje mieć nadzieję, że spotkałem prawdziwych, zaangażowanych wolontariuszy. Dalszy marsz przez Rzym nie pozostawiał mych oczu wolnych od wylewającego się zewsząd hedonizmu. I to wszystko w cieniu strzelistych wież pięknych kościołów.


W końcu nadeszła pora odwiedzić włoskich towarzyszy. Zaczęliśmy od La Testa di Ferro, księgarni ruchu CasaPound. W środku znajdowało się dwóch młodych działaczy, a ściany pomieszczenia pokryte były regałami wypełnionymi książkami. Miejsce robi wrażenie. Nietrudno stwierdzić, że tego brakuje polskim ruchom nacjonalistycznym, a przecież włosi działają na trudniejszym terenie. Kupuje czarną przypinkę z białym piorunem, symbolem Blocco Studentesco i zmierzam kilka ulic dalej pod główną siedzibę organizacji. Moim oczom ukazuje się spory budynek, na którego dachu figuruje flaga ruchu a frontowa ściana opatrzona jest napisem z nazwą organizacji. Przez okno ulicę czujnie obserwuje człowiek, który macha nam ręką i po chwili wpuszcza do środka. Tam kompania opuszcza mnie i zostaję z włoskimi nacjonalistami. Po przekroczeniu progu i uścisku przedramion, moim oczom ukazuje się hol z wypisanymi nazwiskami postaci ważnych dla idei CasaPound. Mussolini, Tolkien, Evita Peron, Nietzsche, Platon, Ian Stuart, Ernst Junger, Julius Evola czy Leon Degrelle to jedne z wielu inspiracji dla włoskich towarzyszy. Już na najbliższych schodach wzrok przykuwają stosy paczek, jak się dowiaduję darów dla ofiar niedawnego trzęsienia ziemi. Sebastien i Alberto zaczynają oprowadzać mnie po budynku. Pokazują mi, gdzie znajdują się mieszkanie socjalne, które udostępnili pozbawionym dachu nad głową włoskim rodzinom. Oglądam sale konferencyjną, pomieszczenia codziennego użytku, biuro. Centrum społeczne CasaPound robi ogromne wrażenie. Kiedy w Polsce powstanie coś działającego na taką skalę? Pod oknami w jednej z sal leżą stosy butelek oraz kaski motocyklowe, jak się okazuje przygotowane do ewentualnej obrony budynku. Ściany wewnątrz większości pomieszczeń pokryte są wlepkami, między innymi z Polski. Sebastien, Francuz z polskimi korzeniami tłumaczy mi symbolikę żółwia, którego umieszcza się na sztandarach CasaPound. Żółw to zwierze dążące do wyznaczonych celów, nawet swoim spokojnym, „żółwim” tempem. Posiada też skorupę służącą za twardą zbroję. Nieprzypadkowe jest też wykorzystanie barw bieli, czerwieni i czerni. Żółw był też jedną z formacji, którą stosowali rzymscy legioniści. W logo organizacji znajdują się też strzałki wskazujące centralny punkt skorupy zwierzęcia, ma to symbolizować ideę porządku. Włoscy towarzysze opowiadają czym właściwie jest CasaPound. „W naszym ruchu nie ma miejsca na lenistwo!” - każdy działacz zobowiązany jest do pracy organizacyjnej przynajmniej dwa razy w tygodniu. „Niektóre skrajnie prawicowe ruchy w Europie przyjmują groźne pozy, w swoje szeregi przyjmują tylko rosłych mężczyzn i obwieszają się pyskiem Pitbulla. To do nas nie przemawia. Naszym symbolem jest żółw! Chcemy być ruchem masowym, dla każdego komu bliska jest nasza idea. Muskularnego, szczupłego, grubego, młodego starego. Chcemy być ruchem dla wszystkich Włochów!” - mimo tego nikt, niezależnie od tego kim jest i skąd się wziął, nie może uciekać od obowiązków, które narzuca CasaPound. Organizacja odpowiada za comiesięczne konferencję, koncerty, treningi sportów walki, własną kampanię polityczną i przede wszystkim, regularne, odbywające się przynajmniej dwa razy w tygodniu zbiórki datków dla najbiedniejszych rodzin. To właśnie działalność społeczna stanowi główną, lecz nie jedyną formę aktywności CasaPound. Działacze zbierają i rozdają żywność, ubrania, artykuły dziecięce. Kto uchyla się od tej działalności traci miejsce w ruchu. Czy chociaż jedna polska organizacja polityczna może pochwalić się tym samym, w takiej skali?


Historia ruchu zaczyna się od 9 działaczy, którzy postanowili zająć nieużytek, jakim był wtedy budynek. Początki były bardzo trudne, pełne starć z policją i lewicową ekstremą. 9 chłopaków, którzy dali początek organizacji liczącej dziś około pół tysiąca działaczy w samym Rzymie, stworzyli historię współczesnego włoskiego nacjonalizmu dzięki determinacji i śmiałości. Dziś CasaPound to nie tylko ruch, to także kultura. Pomijając centrum społeczne, księgarnię, własną restaurację, pub, sklep z ubraniami, dziesiątki lokali w samych Włoszech to także określony styl ubierania, tatuaże z żółwiem zdobiące przedramiona działaczy, portale z tematycznymi grafikami jak chociażby Zentropa.info, zespoły grające muzykę rockową oraz styl bycia. Działacze CPI starają się w ten sposób dotrzeć do młodzieży. Zapewnić młodemu pokoleniu realną alternatywę dla tego co oferuje konsumpcjonistyczny styl życia wylewający się z ekranów telewizorów. „Nie mówcie, że u Was jest to niemożliwe! W Waszych krajach lewicowi ekstremiści nie są tak silni jak u nas, w Waszych krajach nacjonalizm ma większe poparcie społeczne niż u nas, a jednak nam się udało. A zaczęło się od zdeterminowanych dziewięciu chłopaków”. Budynek CasaPound pilnowany jest całą dobę przez przynajmniej trójkę działaczy, wyjątkiem nie są nawet dni świąteczne. Oprócz wspomnianych wcześniej lokali takich jak pub, restauracja czy sklep Badabing!, Sebastien i Alberto zabrali mnie do pewnej kamienicy niedaleko Koloseum.


Historia budynku zaczęła się jakiś czas temu, gdy na tej samej ulicy po kolei eksmitowane były włoskie rodziny. Massimo, wraz ze swoją rodziną, postanowili zająć nieużytkowaną kamienicę ratując się przed wyrzuceniem na bruk. Dołączyła do nich schorowana, emerytka, której również groziła eksmisja. Policja deptała ubogiej rodzinie po piętach, kamienica miała zostać oddana Chińczykom pod budowę hotelu. Massimo, poprosił o pomoc wszystkie niezależne ruchy polityczne. Odpowiedzieli działacze CasaPound. Gdy wchodziłem do kamienicy jej wejście pilnowane było przez trójkę działaczy Blocco Studentesco, uczniowskiego skrzydła CPI. W środku, na schodach, znajdowały się materiały potrzebne do zabarykadowania drzwi. Wyżej leżały włoskie flagi, które wystawiali przez okna działacze odpierający policyjne oblężenie. W trakcie obrony przybytku przed kolejnym policyjnym nalotem udało się wynegocjować układ – rodzinie miano przydzielić nowe mieszkanie socjalne. Niestety, system okłamał własnych obywateli i tym razem, starszą kobietę wyrzucono na cygańskie koczowisko a rodzina musiała mieszkać w samochodzie. Taki stan rzeczy był nie do zaakceptowania dla działaczy CPI, mieszkańcy wrócili do kamienicy, a przed wejściem znów stanęły straże. Dach kamienicy został z kolei wykorzystany jako miejsce do treningów boksu dla działaczy organizacji. Niestety, dwa dni po mojej wizycie w kamienicy, policja dokonała skutecznego szturmu na budynek. Mieszkańcy zostali wyrzuceni, a broniący budynku aktywiści aresztowani, włącznie z liderem całego ruchu. Rodzina znalazła schronienie w centrum społecznym CasaPound, a sprawa działaczy toczy się dalej.


Innego dnia, wraz z Sylwią zostaliśmy zaproszeni do wzięcia udziału w uroczystości organizacji Lotta Studentesca. Jest ona młodzieżową sekcją organizacji Forza Nuova. Ruch ten jest mniej liczny w Rzymie niż CasaPound, zasługuje jednak na uwagę. FN w przeciwieństwie do indyferentnego religijnie CPI jest organizacją narodowo-katolicką, a jej działacze utrzymują bliskie kontakty z polskimi nacjonalistami. Nad drzwiami do lokalu Forzy Nuovy powiewała flaga z krzyżem celtyckim. W środku, podobnie jak w siedzibie CasaPound, znajdowały się środki przeznaczone dla biednych włoskich rodzin i ofiar trzęsienia ziemi. Jak widać, działalność społeczna jest nieodłącznym elementem włoskiego nacjonalizmu. Ściany oblepione były plakatami, między innymi zapowiadającymi Marsz Niepodległości, jak również flagami europejskich ruchów nacjonalistycznych, w tym ONR. Parter lokalu to sala wykładowa, miejsce integracji działaczy FN, jak również mała biblioteka. Dolne piętro, z kolei, jest prowizoryczną salą treningową oraz warsztatem do przygotowywania transparentów, plakatów itd. Forza Nuova nie pozostaje wolna od ataków i prowokacji tzw. „antyfaszystów” dlatego siedziba również uzbrojona jest w środki do potencjalnej obrony. Zostaliśmy poczęstowani czerwonym winem oraz przekąskami a lider Lotta Studentesca oprowadzał nas po budynku opowiadając o swoim ruchu i jego działalności, przede wszystkim o bogatych kontaktach międzynarodowych organizacji. Niezwykle interesująca wydaje się działalność, którą LS prowadzi w szkołach i na uczelniach. Jej aktywiści organizują akcje przeciwko narkotykom, hedonizmowi, konsumpcjonizmowi, promują godny styl życia, katolicyzm oraz idee patriotyczne i narodowe. Siedziba znajduje się na ulicy Acca Larentia, na której niegdyś włoscy nacjonaliści stoczyli walkę z siłami policji. W trakcie starcia zginął przyjaciel włoskiego, nacjonalistycznego barda Massimo Morsello, założyciela organizacji. Bojownik zginął mu na rękach. W miejscu zdarzenia znajduje się mural [zdjęcie dołączone do tekstu] upamiętniający krwawą walkę. Obiekt ten jest miejscem kultu i corocznych wspomnień włoskich nacjonalistów. Jakiś czas później pojechaliśmy pod Twierdzę Św. Michała Archanioła, gdzie aktywiści ustawili się w równych szeregach. Z pochodniami w dłoniach, stojąc naprzeciw flag z krzyżem celtyckim oraz FN powtórzyli słowa przysięgi do Św. Michała. „[...] aby porządek na Ziemi odpowiadał temu porządkowi, który jest w Niebie (…) Towarzysze, przysięgacie!?” - Przysięgamy!


Z Rzymu wracam z ogromnym materiałem przeżyć, nowych doświadczeń, wzbogaconą wizją działalności narodowej oraz dwoma obszernymi wywiadami z działaczami CPI i FN. Pojawią się one w kolejnych numerach Szturmu. Co wzruszające, działacze obu organizacji ściskając moje przedramię podzielili się swoimi nadziejami co do przyszłości Europy. Widząc degenerację społeczeństw zachodu wierzą oni mocno, że odrodzenie nadejdzie z religijnej i patriotycznej Europy Środkowo-Wschodniej. Czy ich przepowiednię się sprawdzą? Przyszłość pokaże.

 

Leon Zawada