sobota, 24 wrzesień 2016 19:36

Marek Kubiński - „Zaprzepaszczone braterstwo”

Jednym z podstawowych kłamstw rozpowszechnionym w opinii historycznej Polaków jest stwierdzenie, że zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej jest zasługą tylko i wyłącznie narodu polskiego. Pod Grunwaldem mieliśmy Litwinów i Rusinów, pod Wiedniem Niemców, ale za to bolszewizm udało nam się powstrzymać już samodzielnie. Stwierdzenie to jest niczym innym, niż tylko mitem. W żadnej dwudziestowiecznej wojnie przeciwko Petersburgowi i Moskwie nie mogło zabraknąć wschodnich legionów. Także w latach 1919 – 1920 pojawili się ludzie, którzy próbowali nawiązać z Polakami jeżeli nie braterstwo broni, to przynajmniej sojusz. Niestety, ręka zawisła w próżni, do końca mamiona złudną nadzieją. Jest to tyleż zapomniana, co wstydliwa karta naszej historii, co nie umniejsza jej wagi w ewentualnej polityce historycznej państwa.

 

Do polsko – rosyjskiej antybolszewickiej współpracy wojskowej doszło już w marcu, kiedy to do Wojska Polskiego przyłączyła się Rosyjska Drużyna Oficerska, oddział sformowany w Pińsku, początkowo walczący z bolszewikami u boku Niemców. Wzmocniony przez ochotników walczył po naszej stronie do września 1919 roku, kiedy to został internowany z powodu spadku wartości bojowej. Latem 1920 roku pod auspicjami Komitetu Rosyjskiego Borysa Sawinkowa rozpoczęto formowanie III Armii Rosyjskiej, która formalnie została podporządkowana kontrrewolucyjnemu generałowi Wranglowi, dowódcy białogwardzistów na południu Rosji. Żołnierze formacji wywodzili się najczęściej spośród sowieckich jeńców, którzy zadeklarowali chęć walki przeciwko komunistom oraz z szeregów internowanych kontrrewolucyjnych jednostek. Dowódca armii, carski generał Peremykin, zadeklarował gotowość bojową na początku października 1920 roku, jednak jego jednostki nie zdążyły wziąć udziału w walce.

 

U boku polskich ułanów i szwoleżerów z kawalerzystami Budionnego potykali się także Kozacy, którzy jako jedni z pierwszych sprzeciwili się komunistycznemu przewrotowi. W czasie wojny z bolszewikami zanotowano wiele przypadków przechodzenia na polska stronę całych brygad i pułków składających się z Kozaków, którzy deklarowali chęć walki po naszej stronie. Utworzono z nich dwie brygady konne – Brygadę Dońską i Kubańską. Kubańcom pod dowództwem esauła Jakowlewa przypadł zaszczyt udziału w największym starciu kawaleryjskim XX wieku – w bitwie pod Komarowem.

 

Kolejną grupą narodową walczącą po naszej stronie byli Ukraińcy, a ich wkład w wojnę był największy zaraz po Polakach. Realizując federalistyczną koncepcję Józefa Piłsudskiego, Wojsko Polskie wyzwoliło Ukrainę prawobrzeżną na wiosnę 1920 roku. Do czasu sowieckiej kontrofensywy udało się sformować łącznie sześć dywizji piechoty i jedną kawalerii. Tak samo jak u Kozaków zdarzały się przypadki przechodzenia na polską stronę nawet wielkich jednostek. Ukraińcy bili się w czasie operacji kijowskiej, wielkiego odwrotu z lata 1920 roku oraz w jednym z najważniejszych starć wojny, w obronie Zamościa.

 

Nie można zapominać o formacji generała Stanisława Bułak – Bałachowicza, którego antybolszewicką szlak bojowy rozpoczął się jeszcze w Estonii. Po przejściu na stronę Polską walczył na czele własnej improwizowanej, wielonarodowej armii złożonej z Rosjan, Estończyków, Łotyszy, Białorusinów i Polaków walczył na froncie od czerwca 1920 roku. Jej symbolem stała się trupia czaszka ze skrzyżowaną buławą i mieczem. Ze względu na swoją bezwzględność, ,,bałachowcy” siali postrach w szeregach czerwonych.

 

Nie były to jedyne antybolszewickie formacje walczące u boku wojska Polskiego, należy wymienić również tak egzotyczne formacje jak Pułk Tatarski oraz, składający się z mieszkańców Kaukazu, Dywizjon Mahometański. Każda z wyżej wymienionych formacji mogła stać się zalążkiem wielkich antybolszewickich armii, które po rozbiciu RKKA w bitwie nad Niemnem miały otwartą drogę do swoich ojczyzn. Wszystko to zmieniło podpisanie zawieszenia broni 12 października 1920 roku. Jednym z postanowień podpisanego 18 października pokoju ryskiego było internowanie, bądź wydalenie z terytorium Rzeczpospolitej wszystkich sprzymierzonych formacji. Nigdy wcześniej, ani też nigdy później w naszej historii nie zanotowano takiej zdrady. Wytyczając granicę Europy Wschodniej, nie tylko de facto dokonano rozbioru Ukrainy i dawnych ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale także wbito nóż w plecy naszym wiernym sojusznikom. Skutkiem podpisania haniebnego pokoju był smutny epilog wojny z listopada 1920 roku, kiedy to nasze obce armie pojedynczo przekraczały granicę z ZSSR. Ukraińcy i Kozacy ruszyli na Racław. III Armia Rosyjska Peremykina próbowała przebić się do oddziałów ciągle walczącego generała Wrangla. Wojsko generała Bułak – Bałachowicza zdobyło Mozyrz, gdzie proklamowano utworzenie Niepodległej Białorusi. Wszystko to na próżno. Armie były po kolei rozbijane i zmuszane do odwrotu do Polski, gdzie żołnierze byli zamykani w obozach dla internowanych. Kilka polskich podpisów zamieniło towarzyszy broni w zwykłych najemników, a swój niechlubny udział mieli w tym także delegaci Narodowej Demokracji. Niech więc zdarzenia sprzed 96 lat stanowią szczególnie dla nas, nacjonalistów, przestrogę. Wtedy to nacjonalizm okazał się sojusznikiem komunizmu, jak zauważył Piotr Zychowicz. Żeby utworzyć małe państwo narodowe zdradzono sojuszników i wyrzeczono się milionów Polaków, którzy znaleźli się pod komunistycznymi rządami. Skazano na śmierć również przyjaznego Polsce generała Wrangla, którego armia została pokonana przez przeważające siły komunistów po podpisaniu zawieszenia broni. W imieniu osłabienia sąsiada pozwolono na rozwój najgorszego reżimu w dziejach świata. Upadek II Rzeczpospolitej w dwadzieścia lat po zwycięstwie w Bitwie Warszawskiej jednoznacznie wykazał, że polityka prowadzona w czasie wojny była błędna.

 

Powinniśmy zatem uzbrojeni w wiedzę dokonać refleksji nad naszą rzeczywistością, by nie popełniać ciągle tych samych błędów. Chociaż skutki traktatu ryskiego są trudne do odwrócenia, a w pamięci zbiorowej Ukraińców i Białorusinów ciągle jest obecna świadomość dokonanego przez Polskę rozbioru ich ojczyzn, to ciągle jest możliwość zmieniania obecnego, niekorzystnego dla nas ładu politycznego. Dobrym punktem wyjścia byłoby rozpoczęcie zmiany od polityki historycznej, która przy odrobinie chęci ze strony Polski mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Zamiast utrzymywać pomniki armii czerwonej, postawmy pomnik ochotników rosyjskich, a propos których generał Sosnkowski pisał: ,,Armia Polska z radością wita to wystąpienie, które zapewnia otwartą drogę do sąsiedzkiego współżycia obu Narodów w przyszłości; braterstwo broni zawarte na polu stanie się podstawą trwałej przyjaźni”. Postawmy pomnik naszym Kozakom, stojącym w jednym szeregu ostatnich rycerzy Europy. Postawmy pomnik ukraińskim obrońcom Zamościa, którzy walnie przyczynili się do zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej. Postawmy pomnik generałowi Bułak – Bałachowiczowi, ,,ostatniemu Kmicicowi Rzeczpospolitej”. Nie bójmy się także uzbrojeni w wiedzę zwalczać szowinizm. Kiedy szowiniści mówią: ,,Stiepan Bandera”, my mówimy: „Symon Petlura”. Żadnego mówienia o ,,wojnie polsko – rosyjskiej dwudziestego roku. Owszem walczyli w niej Rosjanie, ale po naszej stronie.

Marek Kubiński