poniedziałek, 29 sierpień 2016 23:33

Uniwersytet zdecentralizowany

Aby zrealizować koncepcje przedstawione przez ich autorów w dwudziestu dwóch numerach „Szturmu”, które dotychczas się ukazały, należy przejąć jak największą liczbę ośrodków decyzyjnych, czyli dokonać podboju państwa. W jaki sposób podbić państwo? W jaki sposób organizacja, odrzucająca parlamentaryzm, może działać? W jaki sposób chce realizować swoją polityczność?
A także z drugiej strony: w jaki sposób młody człowiek może wywierać wpływ na otaczającą go rzeczywistość? W jaki sposób może wywalczać sobie możliwość realizowania własnych interesów? Choć powtarzanie o przejściu z przedmiotowości do podmiotowości w kraju, w którym od trzech dekad mówi się o transformacji więcej niż w azjatyckich, filozoficznych systemach, może budzić niesmak, to jednak mniej więcej to będzie głównym wątkiem niniejszego eseju.

Dotychczas jedyną metodą próby wywierania nacisku przez organizacjei, jaką można wskazać empirycznie, to masowe demonstracje uliczne. Należy wskazać i docenić ich wkład w wytwarzanie pewnej kultury politycznej. Regularne pojawianie się w kręgu podobnych do siebie ludzi pozwala na zbudowanie wspólnotowości oraz pewnego pokoleniowego doświadczenia. Do jakiej grupy ludzi, którą roboczo możemy nazwać kolektywem politycznym, czyli zbiorowości ludzi będących materialnym substratem pewnego światopoglądu, idei, doktryny politycznej etc, zwrócono się? Organizacje zwróciły się do subkulturowego środowiska kibicowskich torcid. Cykliczne demonstracje uliczne były w głównej mierze ich demonstracjami, którym nadały swój własny, charakterystycznych sznyt. Zaistniały przez to fenomen, porównywany na łamach na przykład „Pressji”, do aktywności ruchów kombatanckich podczas międzywojnia.


Należy teraz zadać podstawowe pytania dotyczące takiej taktyki: jaką korzyść wyniosły z tego mirażu organizacje nacjonalistyczne? Jaki nacisk wywarły przez to na władzę? W jaki sposób mogły go wywrzeć? Organizacje nigdy nie zbliżyły się tym sposobem do wywarcia nacisku politycznego na sfery rządzące państwem. Nigdy też cykliczne demonstracje nie zbliżyły się dostatecznie do którejś z metod wchodzących w skład umownego pojęcia „uliczności”, typowych dla ochlokratycznych, egalitarnych ruchów politycznych, mogących wywrzeć nacisk (spowodować zmianę dyspozycji rządu): uczestnicy demonstracji poprzestawali na samym przejściu wyznaczonej trasy, zamiast dokonać nawet chwilowego przejęcia, uspołecznienia przestrzeni publicznej – na przykład głównego placu w danym mieście, wzorem skrajnie lewicowych inicjatyw rodzaju Nuit Debout, Occupy Wall Street bądź Placu Taksim. Nigdy demonstracje nie przerodziły się w okupacje budynków użyteczności publicznej, bądź inne akty quasi-politycznego sprzeciwu paraliżującego funkcjonowanie państwa, na którym organizacja dokonująca powyższych aktów, chce wywrzeć nacisk. W jeszcze bardziej radykalnym wydaniu: nigdy nie stanęły na ulicach, choćby na jeden lub dwa dni, przysłowiowe barykady.

Cykliczne zamieszki na głównych obchodach święta niepodległości oraz sporadyczne ataki na skłoty i inne centra „kultury”, wytwarzały atmosferę z jednej strony odpychającą tych, których miały odepchnąć oraz radykalizującą tych, którzy mieli zostać zradykalizowani. Powyższe zjawiska mogły posłużyć za podstawę do prowadzenia polityki strachu przez organizacje. Spalenie instalacji „Tęcza” na Placu Zbawiciela urosło do rangi symbolu. Jednak elity ruchu, który zawiązał się na bazie nowo powstałej kultury demonstracji, postanowiły wejść na drogę parlamentarnej rywalizacji politycznej z innymi partiami. Okazało się, że taki ruch ma w warunkach gry parlamentarnej marginalny wpływ na ośrodki decyzyjne, a także znikome poparcie narodu politycznego. Niedoszli europosłowie oraz kilku parlamentarzystów zachodzili w głowę dlaczego kolektywy, które były ich głównym targetem, tak przydatne do hipotetycznego, ulicznego coup d’etate, nie chcą chodzić na wybory.


Zawsze jednak w takich demonstracjach może zacząć chodzić kto inny. Ktoś kto jednocześnie będzie na tyle zdyscyplinowany, żeby stać się elektoratem w wyborach. Do kogo organizacje zaczęły kierować swoją ofertę? Taką kolejną grupą po torcidach kibicowskich stali się robotnicy. Odwoływanie się do tego kolektywu politycznego, jest bezrefleksyjną kalką sprzed kilkudziesięciu lat. Co więcej, poczynając od maoizmu, sami marksiści zanegowali rewolucyjny potencjał robotników. Nie słyszałem nigdy o rewolucji, którą przeprowadziliby robotnicy.
Robotnik był wytworem społeczeństwa masowego. Wiele przesłanek pozwala twierdzić, że ten typ społeczeństwa zanika. Oczywiście nadal istnieją robotnicy, aczkolwiek nie wykazują się odrębną świadomością, wspólnotą od na przykład ludzi zatrudnionych w usługach. Mit strajku generalnego będzie nadal jakoś promieniował, tym bardziej, że jest znacznie bardziej skuteczny od tworzenia ruchów „kombatancko”-kibicowskich, które co najwyżej będą mogły okupować trybunę na stadionie. Tworzenie własnych związków zawodowych lub dołączanie do, na przykład, „Solidarności”, generalnie nie powinno być główną metodą pozyskiwania swojego kolektywu oraz walki z władzą i o władzę.

Kolektywem, który może stać się materialnym uosobieniem ideologii reprezentowanej przez organizacje, poprzez nabranie cech polityczności, są studenci zorganizowani w uczelnie. Obecna klasa studentów, podobnie jak robotnicy, jest wytworem społeczeństwa masowego. Między tymi dwoma kolektywami istnieje wiele podobieństw. To nie przypadek, że obie grupy w XIX i XX wieku wspierały się wzajemnie, niezależnie od szerokości geograficznej, w walce o realizację swoich interesów. Jednak dziś, w przeciwieństwie do robotników, klasa studentów nie zatraciła swojego masowego charakteru. Istnieje jako pewna (swego istnienia), potencjalna grupa ludzi,
o oryginalnych cechach, odróżniających ją od innych grup społecznych, do której można zwrócić się z konkretną propozycją. Ich głównymi zaletami dla ruchów antyestablishmentowych są: oddzielenie, pomimo ich formalnej pełnoletności, od powszechnych, „dorosłych” obowiązków, nadmiar wolnego czasu, znudzenie przedłużającą się edukacją, lekceważenie ze strony nauczycieli akademickich, zorganizowanie na konkretnej, ograniczonej przestrzeni, jaką są kampusy uczelni.
Studenci mają także wady. Jako z natury niezdyscyplinowani, antydogmatyczni, krytyczni, złośliwi, odnoszą się jako grupa wrogo do wszystkich narracji budowanych za pomocą patosu i śmiertelnej powagi. Wszyscy wygadujący w co drugim zdaniu o systemie, idei, walce, wrogach ojczyzny
i innych pustych semantycznych pojęciach, wzbudzają tylko wrogość i śmieszność.

Jak można zapobiec takiej sytuacji? Sprawić, żeby niezależnie od zapatrywań politycznych, zbudować i scementować wspólnotowość oraz w konsekwencji: poderwać do akcji w zamierzonym kierunku? Co organizacje powinny zrobić, żeby zdobyć posłuch i szacunek na uczelniach”. Po pierwsze: organizacje powinny organizować sprzeciw przeciwko neoliberalnym reformom uczelni. Jedną z niewielu form aktywności młodzieży studenckiej była „czarna procesja nauki”, która odbyła się wiosną ubiegłego roku w Warszawie, pod egidą Krytyki Politycznej, czemu towarzyszyła wymiana poglądów na łamach Dziennika Opinii i cykl debat. Kwestie socjalne, dotykające każdego studenta, powinny pojawić się na pierwszym planie: tańsze akademiki, niższe opłaty za studia, ulgi studenckie, darmowa, wyższa edukacja.
Drugą kwestią jest nadanie celu, który zaktywizuje studentów i pozwoli im zrealizować mit wyrastający z mitu soreliańskiego strajku generalnego czyli: mit strajku studenckiego, mocno zakorzeniony we studenckiej świadomości zbiorowej. Celem jest Uniwersytet Zdecentralizowany, ustrój uczelni, wyrastający z szerokiej idei decentralizacji państwa, będący antytezą uniwersytetu neoliberalnego.

Organizacje muszą się zmienić. Zwłaszcza język jakim posługuje się propaganda i publicystyka. Te dwa obszary muszą zakończyć okres swojego dojrzewania. Gros publicystyki oraz tworzonych na jej bazie haseł, nastawiona jest chyba dzisiaj na innego odbiorcę. Brak jej elastyczności, głębi, jakości. Cały styl prezentowany przez organizacje, nadaje się do wymiany. Siermiężne postrzeganie rzeczywistości, które każe zamienić kulturę w lament, a sztukę w wieczne powtarzanie „Polska, Polska, Polska”, nie jest dobre dla uniwersytetu. Jest po prostu żałosne i nieatrakcyjne dla społeczności studenckiej. Doradzam także przed wejściem na uczelnie: porzucenie zabaw w grupy rekonstrukcyjne, groteskową, „odzież” patriotyczną, malowane orzełki, machanie biało czerwoną flagą, najlepiej jeszcze z krzyżem celtyckim, nazywanie kolejnych organizacji „komandem łowców zdrajców ojczyzny” itp.


Uniwersytet neoliberalny

Taka uczelnia nie odróżnia się zbytnio od szkoły średniej, a nawet gimnazjum. Duża liczba anonimowych, znudzonych studentów spędza określony czas (semestr akademicki) na studiowaniu pewnego określonego zagadnienia, w ramach modułu, z którego na końcu przeprowadzany jest egzamin. W następnych semestrach studenci studiują inne zagadnienia. Nie trudno zgadnąć, że po czasie studenci zapominają albo odrzucają, jako bezwartościową, wcześniejszą wiedzę, mobilizując się jedynie w okresie egzaminów. Pojawia się w nich postawa lekceważenia otaczającego ich uniwersytetu. Czasami można poczuć się w nim jak w gimnazjum. Kontakt z kadrą akademicką jest dla przeciętnego studenta w pewnym stopniu utrudniony. Część pracowników akademickich gardzi studentami. Być może powodem tego jest to, że uniwersytet jest traktowany w neoliberalnej rzeczywistości jak każdy inny producent. Uniwersytet zawiera umowę cywilnoprawną ze studiującym i musi wywiązać się z uzgodnionych postanowień. Musi wyprodukować towar, który zwycięży w konkurencji z innymi towarami. Najprostszą metodą jest produkcja towaru na masową skalę. Konsument oczekuję od producenta określonego towaru: w tym przypadku wykształcenia, kwalifikacji, dyplomu i nie interesuje go nic ponadto. Bo także i dlaczego miałoby go interesować cokolwiek inne: tradycja, wspólnota, rytuał i inne wartości autoteliczne, które nie mają charakteru materialnego, których w bezpośredni sposób nie można spieniężyć. Wykładowcy gardzą studentami, a studenci gardzą wykładowcami. Pierwsi uważają drugich za nieokrzesaną hordę, a tamci uważają pracowników naukowych za przeszkadzających w nabyciu określonego, pożądanego przez konsumentów towaru.


Inną przyczyna jest minimalizacja funkcji nauczania studenta przez uczelnię, a w jej miejsce postawienie funkcji badawczej. W takim układzie, w którym neoliberalne otoczenie oczekuje od uczelni wytwarzania namacalnego towaru, nauki humanistyczne są na zdecydowanie straconej pozycji w stosunku do nauk przyrodniczych. Te drugie badają, opracowują i wytwarzają znaczenie bardziej przydatne dobra. W wyścigu po granty, stypendia, inwestorów nauki humanistyczne nie mają większych szans. Konsekwencją tego jest spadek ich prestiżu, rozczarowanie wspólnoty zorganizowanej na danym wydziale (te wszystkie żarty, które pewnie słyszeliście, jak to „nie znajdziemy pracy nawet w fast foodzie”), a także znaczne obniżenie poziomu nauczania. Nieprzypadkowe jest także, jako skutek i jednocześnie przyczyna, opanowanie wydziałów filologicznych, psychologicznych, nauk społecznych oraz częściowo prawa przez pseudonaukę jaką jest tak zwany dżenderym.

Uczelnie zupełnie rezygnują z tradycji i jakichkolwiek prób jej podtrzymywania. Nowe, „idące
z duchem czasu „logo”, wykłady inaugurujące rok akademicki nie obchodzące nikogo, juwenalia ograniczające się do spędu na koncertach, które przypominają małe Kostrzyny nad Odrą. Ubiorem studenta sygnowanym przez uniwersytet są penerskie podkoszulki albo bluzy, w miejsce jednolitego stroju czy nawet sławnych czapek studenckich. Aktywność studentów zorganizowanych w samorząd jest nacechowana egoizmem i infantylnością. Głównym celem ich istnienia są patologiczne spędy, karykatury juwenaliów. Samorząd studencki cieszy się mocno ograniczonym zainteresowaniem, a jego członkowie zajęci są głównie promowanie samych siebie. Uniwersytety posiadają autonomię, jednak ze względu na ich feudalny charakter, jest to autonomia dla rektora i senatu. Nie jest to autonomia dla studentów. Ich obecność na uniwersytecie jest tylko smutną koniecznością. Uniwersytet jest zorganizowany na podobnych zasadach jak liberalne, demokratyczne państwo. Omnipotentne prawo pozytywne – ustawa o szkolnictwie wyższym i inne, licząca jedynie dwieście jedenaście stron, reguluje tak błahe kwestie jak sposób tworzenia i działalność studenckich kół naukowych. Wyjątkowo zabawne są zapisy, w którym wymyślony ustawodawca decyduje, że moim jedynym przedstawicielem będzie samorząd studencki. Nikt inny nie może być przedstawicielem studentów, nawet jeśli faktycznie nim jest. Nie ma miejsca na zwyczaj, nie ma miejsca na partykularne rozwiązania dla konkretnej wspólnoty.

Podsumowując: neoliberalny uniwersytet jest miejscem alienacji młodych ludzi, którzy zajęci są ćpaniem i piciem i innymi małymi sprawami. Siedzą cicho, a potem otrzymują towar od producenta. Opis ten pewnie jest skażony zbytnią subiektywnością. Zapewne są miejsca odmienne od opisanych. Obraz uniwersytetu jako wspólnoty ludzkiej jest jednak w mojej ocenie negatywny. Ale to dla organizacji idealna sytuacja. Otoczona bierną, egoistyczna masą, nawet mała grupa zdeterminowanych ludzi swoim aktywizmem może zacząć przekształcać swoją najbliższą przestrzeń, wyciągając z masy jednostki. Jeśli ci się znaleźli, to znajdą się i następni.
Wiele było już esejów na łamach „Szturmu”, których autorzy mówili, jak to wychowają nowego aktywistę, zrealizują plany odbudowania wspólnot międzyludzkich, a w konsekwencji całego państwa, zbudują swoje własne, nowe, lepsze elity. Wszystko to abstrakcyjne, życzeniowe projekcje, bez ujawnienia nawet najogólniejszej metody, jaka ma doprowadzić do pożądanego stanu. Niniejszy esej to mniej lub bardziej konkretna diagnoza i propozycja działań, które mogą zostać zastosowane w najbliższych miesiącach i latach, przez każdą organizację bądź grupę autonomiczną.

Uniwersytet zdecentralizowany

Tak jak państwo jest federacją gmin, tak uniwersytet zdecentralizowany jest federacją kół studenckich, korporacji, spółdzielni, stowarzyszeń. To nie oznacza, że to jedyna struktura uniwersytetu, która ma prawo istnieć w hipotetycznej przyszłości. Obok niej mogą działać uczulenie o innej strukturze. Forma uniwersytetu zdecentralizowanego jest skierowana głównie do studentów zainteresowanych studiowaniem nauk humanistycznych. Ich istotą jest konieczność pozostawienia dużej swobody i wolnego czasu pojedynczemu studentowi. Oczywiście, jednocześnie musi być to osoba na takim poziomie, że nie zmarnuje tego czasu, tak jak ma to dzisiaj miejsce na bardziej swobodnych kierunkach.

Podstawową formą studiowania na takiej uczelni są formalne i nieformalne spotkania zamkniętych, ograniczonych wspólnot, które organizują się na zasadach tożsamości zainteresowań, bądź wyboru tej samej drogi życiowej. Do takich wspólnot nie można się zapisać, można zostać do nich zaproszonym i przyjętym. Ze względu na swój kolektywny, wspólnotowy charakter, antyegalitarność, elitaryzm, położenie nacisku na współdziałanie, wierność i solidaryzm z drugim studentem, zachowanie rytuału i tradycji, takie wspólnoty są a priori tradycyjne, konserwatywne, prawicowe.
Granicą ingerencji państwa w taki uniwersytet jest możliwość przeprowadzenia egzaminu,
a w konsekwencji: uznanie tytułu naukowego i kwalifikacji nabytych przez studenta, podczas takiego sposobu studiowania. Konieczne do tego jest także wyłączenie studentów spod jurysdykcji państwowych sądów. Jak można łatwo się domyślić, państwo demokratyczne jest naturalnym wrogiem uniwersytetu zdecentralizowanego. W takim ustroju nigdy nie zrealizuje się ta koncepcja.
Powyżej opisałem teorię, cel do którego można dążyć. Jakie kroki można podjąć na chwilę obecną, aby przybliżyć się do niego?

Strajk studencki, w myśl ustawy o szkolnictwie wyższym jest niezwykle trudny do przeprowadzenia: ogłosić go może tylko samorząd całej uczelni lub stowarzyszenie ogólnopolskie zrzeszające wyłącznie studentów. Jest nim na przykład Niezależne Zrzeszenie Studentów, którego głównym zajęciem obecnie jest promowanie krwiodawstwa oraz wakacyjnych obozów integracyjnych.


Na wiosnę do zawiązania komitetu strajkowego doszło na Politechnice Częstochowskiej,
w proteście przeciwko nieprawidłowościom przy wyborze nowego rektora. Do strajku jednak nie doszło. Nic dziwnego. Wątpię, czy zwykły student chciałby wysilać się dla takiego burżuazyjnego i formalistycznego problemu.
Co innego gdyby taki komitet żądałby obniżenia cen akademików, opłat za studia lub innych ulg. Rysuje się tutaj szerokie pole dla organizacji, które zdobyły pewne doświadczenie w takich akcjach, zwłaszcza podczas masowych demonstracji patriotycznych. Teraz powinny powoływać organizacje studenckie, nawet formalnie ze sobą niepołączone, z neutralnymi nazwami, wyzbytymi z cech przekręconej subkultury. Na razie takimi są: odradzające się po ‘89 korporacje akademickie oraz Niezależne Stronnictwo Akademickie. Aktywna działalność promocyjna, zwłaszcza, przy pustce, bierności i miałkości innych organizacji studenckich, w krótkim czasie powinna wytworzyć kapitał, który zaprocentuje w konfrontacji z władzami.


Tak wygląda teoria. Na ile okaże się słuszna, czas i ludzie pokażą. Organizacje mogą zdobyć dostęp do wielkiej masy młodych ludzi, znudzonych, mających dużo wolnego czasu, poszukujących swojej własnej drogi życiowej i samorealizacji, a także przygód i pięknego życia, którzy dziś są brutalnie traktowani przez współczesne demokracje, liberalizmy i kapitalizmy. Te systemy tłamszą ich, ograniczają, odbierają im marzenia, sprowadzając ich do roli popychadeł i prekariuszy. Studenci oraz młodzi absolwenci są znacznie lepszym od kibiców i robotników, potencjalnym kolektywem politycznym, o rewolucyjnym potencjale.
Przejęcie rządu dusz na uniwersytetach, przejęcie ich zasobów, będzie nie tylko powrotem, w dobrym w tego słowa znaczeniu, do przedwojennych tradycji ale także pierwszym krokiem do przejęcia całości władzy w państwie.


Karol Oknab

 

i Organizacje – często zmieniają nazwy, liderów, rozpadają się, dlatego nie widzę sensu wyróżniać jakiejś konkretnie.