wtorek, 31 maj 2016 08:36

Narodowa spiskologia

Do stereotypu narodowca należy to, że lubi wszędzie wietrzyć spiski żydowskie i masońskie. Oczywiście jest to zjawisko wyolbrzymiane przez niechętne nam środowiska, ale czy niespotykane? Mamy jako nacjonaliści naturalne skłonności do spiskologii. Mało kto w tym ruchu nigdy nie poddał się tej tendencji.

Wydaje się, że w ogóle doszukiwanie się spiskowego podłoża istotnych wydarzeń leży w naturze ludzkiej. Od XVII wieku w kręgach niechętnych klerowi popularne były teorie o wielkim spisku jezuitów, podgrzewane zresztą przez racjonalnie ponoć myślących filozofów oświecenia. Z drugiej strony już od końca XVIII wieku niektóre kręgi prawicowe skłonne były widzieć w rewolucji francuskiej – od jej zarania aż po szczytowy okres terroru i rządy dyrektoriatu – jeden wielki spisek masoński, którego celem było od początku zniszczenie chrześcijaństwa. Klasyczna tu „Historia jakobinizmu” ks. Barruela nawet dziś w niektórych kręgach znajduje poklask, mimo że trudno obecnie brać na poważnie zawarte w niej tezy – przyznaje to także wielu konserwatystów (w Polsce np. prof. Wielomski).

Fascynację spiskowymi teoriami przewijają się w ruchu nacjonalistycznym nie tylko w bazujących na stereotypach ujęciach, które formułują nasi wrogowie. Widać było to dobrze w dobie wzmożonego zainteresowania konfliktem na Ukrainie, ale też np. w czasie tzw. arabskiej wiosny ludów. Niektórzy zdawali się mieć wręcz zakodowane w mózgach, że skoro w jakimś kraju dochodzi do gwałtownego przewrotu czy wojny domowej, to za ten zamęt muszą odpowiadać syjoniści, CIA, lobby żydowskie, pieniądze płynące z Zachodu. I nie w tym rzecz, że te czynniki nie istnieją czy że nie miały znaczenia w tych konkretnych wydarzeniach. Powiem wprost – niektóre z wymienionych z pewnością miały, choć można się spierać jak duże. W każdym razie problem tkwi tu w wyolbrzymianiu tych czynników, sprowadzaniu wszystkich aspektów danej sprawy do jednego mianownika. I przybiera to nieraz wymiary patologiczne. Wspomniane zrywy w krajach arabskich i na Ukrainie miały przecież (bardziej lub mniej) głębokie podłoże społeczne . Wynikały z miejscowych uwarunkowań, z potrzeb narodów bądź szerokich grup społecznych. W krajach tych od dawna funkcjonowała w takiej czy innej formie opozycja, rosło niezadowolenie. W dobie samej rewolucji wreszcie, na ogół uwidoczniły się znaczące pokłady ideowości biorących w niej udział – na tyle zdeterminowanych, że zdolnych oddać życie w walce z władzą. Ślepy narodowiec-spiskolog widzi w tym jedynie dolary i szekle, tak jak by były one jedynym kołem napędowym dziejów. Niektórzy są skłonni wręcz uznać, że każdy konkretny bojownik takiej rewolucji nie jest wcale idealistą (czy też człowiekiem zdeterminowanym w wyniku np. upadlających warunków życia), ale właśnie opłaconym przez Zachód sprzedawczykiem, albo może nawet i sam jest np. agentem Mossadu. Mało to tego typu idiotycznych historyjek mogliśmy przeczytać w internecie w dobie Majdanu?

Innym przykładem niech będzie modny ostatnio temat ISIS. Oczywiście nierozsądnym byłoby przeczyć, że czynniki zewnętrzne przyczyniły się do powstania tego problemu, niemniej jednak dość powszechne przeświadczenie, że Państwo Islamskie jest właściwie integralną częścią zachodniej, sterowanej z Waszyngotnu bądź Tel-Avivu gry politycznej, że te tysiące salafickich dżihadystów na jedno skinienie palca atlantyckiego mocodawcy będą się wysadzać w starciach przeciw Rosji, Iranowi czy Syrii, jest dość paranoiczne. Przy całej niechęci do ISIS – nie można mieć wątpliwości, że jest to struktura zrzeszająca fanatyków oddanych tej sprawie, a sama organizacja jest dziś niezależną od zewnętrznych ośrodków (co nie znaczy, że nie korzystającą z ich wsparcia w takiej czy innej sytuacji, czy też nie realizującą pośrednio czyichś interesów).

Można zapewne znaleźć wyjątki od powyższej reguły. Zdaniem niżej podpisanego, w Syrii nastroje społeczne odegrały rolę drugorzędną wobec wpływów obcych i najpewniej sympatie opozycyjne nie osiągnęłyby tego napięcia, które potrzebne jest do wywołania wojny domowej. No ale to pewien specyficzny przypadek, w newralgicznym miejscu świata.

Mamy więc zwolenników różnych teorii spiskowych. Są tacy co wszędzie widzą ABW, inni popłuczyny po SB albo i FSB, ktoś tam jeszcze agentów ukraińskich, amerykańskich, niemieckich, sowieckich. Z niektórymi nie da się poprowadzić merytorycznej rozmowy, bo co chwila wypływa jedynie temat tego ile komu posmarowali syjoniści, a ile kto inny. Są i tacy co wierzą, że w jakimś wielkim spisku przeciw słowiańskiej Polsce uczestniczy od tysiąca lat Watykan. Złym byłoby skreślanie z góry możliwości zakulisowych gierek i machinacji różnych sił, także tych zupełnie tajnych, ale przecież paranoją jest uznawanie, że wszystko co istotne dzieje się niejawnie, a czynniki działające otwarcie znaczenia nie mają.

Krytykując powyższy, spiskowy punkt widzenia trzeba zresztą wskazać pewne wzorce w historii ruchu narodowego, zwiastujące podobny tok myślenia. Często podnoszony jest przykład Jędrzeja Giertycha – człowieka zasłużonego i osobiście bardzo odważnego, ale potrafiącego w swoich książkach upowszechniać zupełnie paranoiczny, spiskowy punkt widzenia (co bynajmniej nie niweluje w pełni ich wartości). Podobnym przypadkiem był ideolog ONR-ABC Tadeusz Gluziński, który był w stanie zupełnie na poważnie przypisywać genezę wszelkich rewolucyjnych i demokratycznych tendencji w XIX-wiecznej Europie jedynie wolnomularstwu i środowiskom żydowskim. Takie tendencje pojawiały się w historycznym ruchu narodowym, ale to nie znaczy, że mamy być wobec nich bezkrytycznie usposobieni. Dodajmy zresztą, że już wtedy spotykały się one z potępieniem ze strony części nacjonalistów, vide słynna krytyka książki Giertycha „Tragizm losów Polski”, ze strony Wojciecha Wasiutyńskiego (swoją druzgocącą recenzję nazwał wymownie: „Tragizm i komizm książki Giertycha”). To jest tradycja, na którą się powołujmy – nie bądźmy oszołomami tylko dlatego, że ktoś w przeszłości wybrał taką drogę.

Jakub Siemiątkowski