wtorek, 31 maj 2016 08:35

My i Rosja

Niniejszy tekst jest konsekwencją kilku wydarzeń, które ostatnimi czasy miały miejsce. Przede wszystkim jest wynikiem mojego własnego lenistwa - planowałem napisać o tym na 9 maja i umieścić na jednym z nacjonalistycznych portali, jednak nie udało mi się przymusić by siąść do klawiatury i uczynić co trzeba. Wydaje mi się, że byłoby to dość przydatne, gdyż naczelny rusofil Adam Wielomski, znany monarchista zakochany w Putinie, ostatnimi czasy udowadniał gdzie tylko się da jak to wspaniałe było zwycięstwo Armii Czerwonej nad „faszyzmem". Po drugie, na fanpage'u naszego koła wybuchła istna burza po zdjęciach z marszu azowców (uprzedzę ciekawskich - tego dnia akurat byłem nie w Kijowie, a w Krakowie, co nie zmienia faktu, że bardzo zazdroszczę wszystkim uczestnikom) i, prócz najróżniejszych gimbopatriotów i turbosłowian, zapewne doczekaliśmy się odwiedzin co najmniej kilku trolli siedzących w jakimś biurze w, dajmy na to, Sankt Petersburgu. Wreszcie, niedawno miałem okazję odbyć bardzo ciekawą dyskusję w pociągu z panem konduktorem, który prócz dyskusji na temat New World Order, masonów i Żydów, z jednej strony zasugerował, że wierzy w zamach smoleński, a z drugiej strony wyraził pogląd, że Rosja może doprowadzić do moralnej odnowy Europy.

O Rosji nie da się u nas normalnie dyskutować. Albo się ją kocha, albo nienawidzi. Są tacy różni antykomuniści, co uważają Rosję i ZSRR za jedno i to samo, jakakolwiek rozmowa z Rosjaninem to synonim kolaboracji i zdrady. Najprostszy przykład - naczelny kowboj III RP (rzeknę językiem Internetu - gimby nie znajo, ale to się mogą czegoś nauczyć) i jego chorobliwa wręcz nienawiść do Moskali. Są tacy, co widzą w niej katechona i ostatni bastion normalności - tu oczywiście kłania nam się hodowca najróżniejszych katechonów. Są jeszcze specyficzne grupki takie jak zwariowani obrońcy jedności Słowiańszczyzny którzy Rosję wręcz kochają (ciekawe, że kochają Rosję i całą Słowiańszczyznę, a jednocześnie nienawidzą a to Ukrainy, a to Chorwacji... generalnie tych państw, które z Rosją mają nie po drodze) i to bardziej niż Polskę, bo o marginesie pokroju eurazjatyzmu w Polsce nie ma co mówić. Jedno jest pewne - racjonalnie się chyba rozmawiać nie da.

A ja spróbuję, a czemu by nie. Nawiasem mówiąc, wszystkim, którzy zechcą wygłosić tyradę, że to tekst na pewno stronniczy, „Szturm” ma jedną, „antyrosyjską” linię, jesteśmy rusofobami - moi drodzy, tak się szczęśliwie składa, że piszę ten tekst po deadline i już widziałem jak wygląda najnowszy spis treści i wiem, że jeden z autorów to człowiek, którego poglądy są bardzo prorosyjskie. Potrafi jednak przy tym sensownie rozmawiać na ten temat, a nie po prostu się pluć i obrażać - więc proszę wybaczyć, ale w tanią propagandę bawić się nie będę.

---

Rosja, zdaniem wielu, jest ostatnim bastionem moralności i normalności, istnym Festung Breslau które broni się przed naporem sodomii, dewiacji, liberalizmu, degeneracji i całego tego zachodniego zła. Europa i USA to liberalna demokracja i upadek wartości, Rosja zaś dzielnie broni sztandaru Tradycji. A tak w ogóle, to jest to państwo niemalże nacjonalistyczne. Hm, czy aby na pewno?

Zacznijmy może od rzeczy najprostszej - polityki historycznej. Rosja, mam tu na myśli oczywiście państwo i rządzących, buduje tożsamość narodową na rosyjskim imperializmie, co jest czymś całkowicie naturalnym i zrozumiałym. Jest to dla nas co prawda trochę groźne, ale tak samo groźne byłoby gdyby Niemcy wzięli sobie znów do serca pierwszą zwrotkę swego hymnu oraz przywrócili flagę „schwarz-weiss-rot”, a jednocześnie równie naturalne - jeśli naród w swej historii miał etap wielkomocarstwowy, to odwoływanie się do niego jest pewną oczywistością. Sęk w tym, że na Kremlu używa się najróżniejszej symboliki, a ta związana z caratem wcale nie jest najpopularniejsza. Rosja, naturalnie, to nie jest aktualnie żadne komunistyczne państwo, ale lubi sobie do tego okresu wzdychać. Przykłady? Oczywiście świętowanie 9 maja, wspaniałego „dnia zwycięstwa”, funkcjonowanie po dziś dzień mauzoleum Lenina czy huczne obchodzenie w 2013 roku 70. rocznicy powstania „Smierszu” (a to trochę tak, jakby w Niemczech nagle oddawano cześć SD czy Gestapo). Ja rozumiem szacunek dla żołnierzy którzy zginęli na froncie wschodnim, ale czczenie wodza rewolucji październikowej i kata kilku milionów ludzi oraz wychwalanie pod niebiosa stalinowskiego reżimu oraz odsłanianie pomników takim osobom, jak na przykład generał Czerniachowski (który w ramach walki z faszyzmem i hitleryzmem wysłał tysiące żołnierzy wileńskiej AK do łagrów) jest takie dość mało „narodowe” czy „tradycyjne”.

W Rosji jest, niestety, cała masa patologii, z którą władza nie walczy. Narkomania i patologiczny alkoholizm (daleko mi do bycia straight edge ale to, co się tam dzieje po prostu przeraża), korupcja na każdym kroku, prostytucja, miliony dzieci mordowanych przez aborterów, ciągłe rozwody, strasznie niski poziom praktyk religijnych, miliony Azjatów wręcz kolonizujących Rosję przy jednoczesnym wymieraniu rdzennej ludności... ale grunt, że „Pussy Riot” siedzą w łagrze i nie ma parad pedałów. Rzeczywiście, super. Skoro Putin jest taki męski i potrafi rządzić twardą ręką to dlaczego nic z tym nie robi?

Najzabawniejsze jest jednak udowadnianie, że Putin to „nacjonalista”, wszak Moskwa wspiera niektóre prawicowe ruchy w Europie. Ten nacjonalista ostatnimi czasy nawoływał do zwalczania nacjonalizmu, ksenofobii i rasizmu. W czym to się różni od deklaracji wszystkich zachodnich polityków, że należy bronić liberalnej demokracji przed prawicowym ekstremizmem? Czas jakiś temu pewien, co by nie mówić, ekstremistyczny zespół metalowy wrzucił zdjęcia z imprezy na którą wpadli antyterroryści i skuli jej uczestników. Chyba nawet najbardziej „rasistowski”, „nazistowski” czy „faszystowski” event w Europie nie kończy się wizytą jednostek AT.

To wszystko jednak nic. Jest coś, co ostatnimi czasy mnie autentycznie zbulwersowało. Otóż kremlowska telewizja RussiaToday wypuściła film pod tytułem „Renaissance: Revival of far-right nationalism in Europe”. Oczywiście literki „SS” zostały napisane w sposób taki, by widz nie miał wątpliwości, z kim sympatyzują europejscy nacjonaliści, zaś na dobry początek dostajemy nagrania z wydarzenia angielskich neonazistów wrzeszczących „Hitler was right”. Po tej uroczej scence czeka nas pół godziny propagandy na temat ukraińskiego nacjonalizmu oraz sytuacji na Łotwie - czyli w państwach, które Rosja zawsze lubiła mieć w swojej sferze wpływów. Co ciekawe, to nie wątek Ukrainy i azowców zaciekawił reżysera najbardziej ale Łotwa - i tak oto obserwujemy z jednej strony nagrania z marszu Legionu Łotewskiego oraz pogawędki z jednym z żołnierzy tej formacji, a z drugiej katowani jesteśmy typowymi historiami na temat Holokaustu. Groteskowość tego filmu polega naturalnie na fakcie, że przejawem „odrodzenia nacjonalizmu w Europie” ma być pochód łotewskich SS-mannów i narodowej młodzieży w rocznicę powstania Legionu podczas gdy jest to w tym kraju normalne święto, podobne do naszego dnia żołnierzy wyklętych. Tak się bowiem złożyło, że po zajęciu Łotwy przez ZSRR czerwoni mordercy od razu zaczęli masowo rozstrzeliwać inteligencję, działaczy niepodległościowych, każdego, kto mógł im zagrozić, więc wejście Niemców uznano za autentyczne wyzwolenie a do samych jednostek Waffen-SS zgłosiło się 70 tysięcy osób tylko po to by bronić ojczyzny, zupełnie ignorując przy tym ideologię nazistowską i traktując ją z politowaniem (żaden inny kraj nie wystawił chyba tylu ochotników na front wschodni, co malutka Łotwa), chodziło wyłącznie o przegnanie czerwonych precz stąd szacunek dla tej formacji jest czymś całkowicie naturalnym i nie ma żadnego związku z propagowaniem hitleryzmu, gloryfikacją Holokaustu itp. itd. Tymczasem w filmie poznajemy historię obozu koncentracyjnego Salaspile, gdzie hitlerowcy mordowali Żydów i przy okazji mamy okazję wysłuchać bardzo ciekawych przemyśleń pewnego rosyjskiego historyka, które aż pozwolę sobie przetłumaczyć i zacytować. Otóż dowiadujemy się, że „istnienie w przeszłości obozu koncentracyjnego w Salaspilach nie pasuje do oficjalnej łotewskiej wersji historii. Wynika z niej, że niepodległa, demokratyczna Łotwa żyła sobie szczęśliwie i wolnie do 1940 roku. Wtedy w 1940 roku „orkowie”, tak jest, przyszli źli Rosjanie ze wschodu, przyszli i przynieśli sowiecki reżim. W 1940 przybyli roku niemieccy wyzwoliciele. Naziści też nie byli bardzo dobrzy, ale byli postrzegani jako cywilizowani Europejczycy. I jak pasowało cywilizowanej Europie, przynieśli światło i kulturę, acz z pewnymi zaniedbaniami ale w 1944 roku źli Rosjanie wrócili. Rozpoczęła się przerażająca sowiecka okupacja która zakończyła się dopiero w 1991 roku”.

Moi drodzy, można zrozumieć świętowanie 9 maja, można zrozumieć potępianie „faszyzmu”, jednak ironizowanie sobie z oczywistego bestialstwa Sowietów w państwach bałtyckich, z ewidentnej agresji na Łotwę w 1940 roku oraz tego, że w 1944 roku ponownie znalazła się ona na kilkadziesiąt lat w niewoli, sugerowanie, że Łotwa w okresie międzywojennym to była chyba jakąś wschodnią wersją III Rzeszy - jest czymś po prostu obrzydliwym. Mam odruch wymiotny gdy tego słucham, jest to ta sama narracja co „zaplute karły reakcji” i „tęp bandytów z NSZ”.

Czy to oznacza, że jestem „rusofobem”? A skądże. Nie mam nic do Rosjan jako do ludzi, lubię rosyjską muzykę, zarówno klasyczną, jak i tę współczesną, nie można odmówić im wybitnych pisarzy. Jako psycho-fan Heroes of Might and Magic III wiem, że to właśnie w Rosji funkcjonuje ogromna społeczność miłośników tej gry i to tam powstają najróżniejsze mody. Nie mam nic do Rosjan tak jak nie mam do Ukraińców, Białorusinów, Słowaków czy Portugalczyków, a nawet więcej - wiem, że wielu Rosjan bardzo nas, Polaków lubi (choć też z drugiej strony rozczula mnie mówienie o „polsko-rosyjskiej przyjaźni”, która to rzekomo ma być tak silna i budowana na szybko jako kontra dla kursu proukraińskiego - tak jakby wielu z Rosjan nie uważało Polaków za „zdrajców Słowiańszczyzny” co zdradzili Wschód na rzecz katolicyzmu, cywilizacji łacińskiej i demokracji, bo przecież najfajniejszym ustrojem był ten przyniesiony przez Sowietów) i tak samo ja lubię Rosjan. Wiem, że durnie są w każdym narodzie, nie ma co się nimi przejmować. Natomiast moja sympatia do tego narodu nie ma żadnego związku z tym, co sądzę o ich rządzących i ich polityce. To mniej więcej tak, jak będąc polskim nacjonalistą niespecjalnie czułem jedność duchową i ideową z rządem Donalda Tuska. I będę bardzo szczęśliwy, jeśli Rosja zajmie się swoimi sprawami, a nie rozszerzaniem swych granic.

Jest cała masa rosyjskich nacjonalistów, z którymi moglibyśmy sobie przybić piątki. Oczywiście nie mówię tu o koncesjonowanej opozycji, bo jest ona równie żałosna co wiele innych pseudonarodowych partyjek, a na pewno nie o czubku Żyrinowskim. Oni doskonale wiedzą, że Putin to żaden nacjonalista czy obrońca Tradycji - i my nie dajmy sobie takiego kitu wcisnąć. Rosja powinna być dla Rosjan, i powinna być rosyjska - również pod kątem geograficznym. Rosjanie mogą być naszymi partnerami, a nawet przyjaciółmi, jednak - mimo wszystko - trudno jednoznacznie uznać ich za część cywilizacji europejskiej. Nasza walka idzie o Wielką Polskę i Wielką Europę i mogą one być w przyjaźni z nacjonalistyczną (i każdą inną) Rosją - ale nie możemy godzić się na to, byśmy zostali sprowadzeni do roli wasala. Europa nie może mieć panów - ani zza Wielkiej Wody, ani zza Donu.

Michał Szymański