czwartek, 28 styczeń 2016 14:43

Dressed in black uniforms!

Tytuł artykułu, nawiązujący do utworu znanego i lubianego zespołu Von Thronstahl, na nieszczęście najróżniejszych "antyfaszystów" i innych łowców nienawiści, nie nawiązuje ani do włoskich romantyków, którzy w szalonych latach 20. zeszłego wieku zorganizowali wielki marsz na swą stolicę, ani do buntowniczych Chorwatów czy dziarskich chłopców z Wielkiej Brytanii, dowodzonych przez pewnego zwariowanego arystokratę, ani już z pewnością nie będzie odnosić się dziś będzie do tych, którzy - jak to mówi słynny fanpejdż na Facebooku - "byli źli, ale dobrze się ubierali". Na pocieszenie dodam jednak, że będziecie mogli tym tekstem udowadniać to, że nacjonaliści rzekomo mają pewną specyficzną koalicję, przypominającą moim zdaniem UFO - no bo niby jest, ale jakoś dowodów brak.

Po tym nudnawym tekście chciałbym więc Czytelnikowi, zmęczonemu zapewne tak jak ja paskudną pogodą za oknem, zaproponować wycieczkę do Ameryki Południowej, gdyż tam nie tylko klimat korzystniejszy, ale i cała rzesza inspiracji dla europejskich nacjonalistów. Ciekawa rzecz, że różne grupy fascynują się jakże wykluczającymi się postaciami - są wśród nas tacy, którzy wielkim szacunkiem otaczają pogromcę komunizmu Augusto Pinocheta, a z drugiej strony mało kto stał się taką ikoną Trzeciej Pozycji jak Juan Peron. Niechęć do lewicy często sprawia, że z sympatią myślimy o dobrych chłopakach z Contras i innych organizacji walczących zbrojnie przeciw czerwonym, z drugiej strony popularna na Zachodzie, szczególnie zaś w Italii, jest fascynacja wśród narodowych rewolucjonistów ikoną permanentnej, deifikowanej wręcz przez niego Rewolucji, a mianowicie Ernesto "Che" Guevarą. Przykładów można by mnożyć, tym razem jednak warto zainteresować się pewną specyficzną formacją, która istnieje po dziś dzień i to nie jako marginalna organizacja, lecz jako darzona powszechnym szacunkiem wśród mieszkańców Brazylii, a i obserwowana z pewnym zaciekawieniem wśród niektórych radykałów w Europie, formacja policyjna. Mam tutaj na myśli BOPE. Zazwyczaj w środowiskach nacjonalistycznych policja kojarzy się głównie z oddziałami prewencji atakującymi manifestacje, z pretorianami Systemu - warto jednak pamiętać, że spora część mundurowych zajmuje się zupełnie innymi kwestiami (jeśli ktoś wierzy, że złodzieja i mordercę można sobie złapać samemu, to staje w jednym rzędzie z anarchokapitalistami domagającymi się prywatnych sądów - dziękuję, postoję), natomiast chłopaki z BOPE zajmują się czymś, co z pewnością wywoła uśmiech na twarzy niejednego z Czytelników.

Batalhão de Operações Policiais Especiais, bo tak brzmi rozwinięcie skrótu jednostki, to elitarna formacja będąca częścią Żandarmerii Wojskowej w stanie Rio de Janeiro. Jej powstanie jest wynikiem tragicznej sytuacji w Rio, będącego nie tylko stolicą samby, ale również przestępczości i degeneracji. Ubóstwo wielu mieszkańców faweli popycha ku narkotykom - część z nich próbuje czerpać zysk z uzależnienia swych sąsiadów, pozostali uciekają za pomocą białego środka od nieszczęść towarzyszących im na co dzień. Kartele narkotykowe z łatwością jednak mogą poradzić sobie z regularną policją - wielu z mundurowych bardzo chętnie weźmie łapówkę, gdyż tamtejsza policja słynie z uległości na takie propozycje, przede wszystkim jednak gangi posiadają uzbrojenie godne regularnej armii. Widok AK-47 nie jest tam dla nikogo żadnym zaskoczeniem. W celu zwalczenia jednostki w mieście utworzono w 1978 roku najbardziej kontrowersyjną jednostkę policyjną Ameryki Południowej - Núcleo da Companha de Operações Especiais, które od 1991roku funkcjonuje pod obecną nazwą czyli BOPE.

Czterystu funkcjonariuszy przez cały czas, 24 godziny na dobę, 365 dni w roku, jest gotowych do tego, by dokonać ataku na kolejne pozycje karteli narkotykowych. Jednostka ta, mimo że nie pełni teoretycznie celów wojskowych, to samym swym wyposażeniem sugeruje, że nie jest zwykłą formacją policyjną. Karabiny M4 i M16 oraz MP5, brazylijski karabin szturmowy IMBEL MD2, strzelby Benelli, karabin wyborowy PSG1 czy wreszcie ładunki C4 to typowy sprzęt dla jednostek takich jak SAS, Delta czy nasz rodzimy GROM, a nie dla panów wypisujących mandaty. Na wyposażeniu BOPE znajdują się też wozy bojowe o wdzięcznej nazwie Pacyfikator i - budzące wielkie kontrowersje - Czaszka.

Przebita sztyletem czaszka i skrzyżowane rewolwery to także symbol jednostki - jest on wielce wymowny, podobnie jak czarne mundury policjantów. Już sam herb jest przedmiotem krytyki przeciwników BOPE, a ma on oznaczać, jak twierdzi sam oddział, "zwycięstwo lub śmierć". Pytanie tylko - czyją.

Obrońcy praw człowieka nie mają wątpliwości - BOPE to dziś najbardziej brutalna jednostka w całej Ameryce Południowej, a być może i na świecie. Jej zadaniem jest zniszczenie przestępczości wszelkimi niezbędnymi metodami, można by rzec, że posiada - niczym agent 007 - licencję na zabijanie. A funkcjonariusze bardzo chętnie z niej korzystają. Powszechnym w Rio jest widok wjeżdżających do faweli Czaszek, na których z zamontowanego nagłośnienia nadawane są komunikaty, które - jak opisuje w swym komunikacie Amnesty International - "zastraszają mieszkańców". Oczywiście wozy te byłyby bezużyteczne i nie budziłyby takiego lęku, gdyby nie fakt, że z czarnego pojazdu z wymalowaną na nim czaszką otwierany jest ogień.

Fakt, że BOPE strzela do handlarzy narkotykami być może nie budziłby większej niechęci obrońców praw człowieka - wszak w Meksyku wojsko używa przeciw nim nawet helikopterów i to z miernym skutkiem z racji na potęgę narkotykowych baronów - gdyby nie fakt, że żandarmi często używają jej nie tylko podczas wymiany ognia przeciw bandytom. Dość sporym szczęściem wykazują się ci, którzy zostaną schwytani przez BOPE, a jeszcze większym ci, którzy zostaną doprowadzeni przed oblicze prokuratora - bardzo często bowiem oskarżyciel nie ma komu zadawać pytań. Zdarza się, że przed doprowadzeniem dilera przed oblicze wymiaru sprawiedliwości żandarmeria sama przesłucha podejrzanego - do zeznań motywując chociażby plastikowym workiem zaciągniętym na twarz. Część z nich przed obliczem organów procesowych już nie stanie, gdyż BOPE samo wymierzy sprawiedliwość. Relacje mieszkańców faweli mówią o tym, że podczas akcji żandarmi krzyczą w stronę ludności, że idą zabić każdego na swojej drodze, a nawet umilają sobie pracę przyśpiewkami opowiadającymi o swej, polegającej na odbieraniu życia, pracy. Funkcjonariusze dbają o świadomość obywateli dotyczącą tego, jakie konsekwencje niesie za sobą łamanie prawa - w wyniku jednej akcji zastrzelono ponad trzydziestu handlarzy, a następnie ich ciała wystawiono na widok publiczny.

Tak brutalne postępowanie spotyka się jednak z pozytywnym odzewem w Brazylii. Pomimo ciągłych ataków obrońców praw człowieka, BOPE cieszy się bardzo pozytywną opinią wśród przeciętnych obywateli. Film fabularny "Tropa de Elite" ("Elitarni") oraz jego kontynuacja, opowiadające częściowo fabularyzowaną, a częściowo opartą na faktach, historię pułkownika BOPE walczącego z przestępczością i oskarżanego przez lewaków o bycie "faszystą", stały się wielkimi kinowymi przebojami, deklasując wszelkie hollywoodzkie produkcje. Oczywiście podczas operacji czyszczenia faweli z handlarzy narkotykami zdarzają się tragedie, w wyniku których giną przypadkowe osoby - Brazylijczycy zmęczeni przestępczością przystają na te ofiary. Mówi się wręcz, że na wojnie z bandytyzmem należy postępować metodami wojskowymi - a na każdej wojnie, niestety, giną również niewinni. O zaufaniu względem BOPE najlepiej świadczy fakt, że gdy prokuratura, która w pewnym momencie postanowiła ukrócić najbardziej radykalne metody jednostki i zażądała aresztu dla 30 oficerów BOPE za śmierć 20 osób w wieku od 14 do 29 lat, oskarżywszy żandarmów o przeprowadzanie pozasądowych egzekucji (argumentując - zapewne słusznie - że śmierć od strzałów w plecy lub w tył głowy była wynikiem prędzej pozbawienia życia z zimną krwią niż efektem walk ulicznych), to wówczas zwykli mieszkańcy Brazylii oponowali i twierdzili, że jednostka broni ich przed plagą, jaką jest narkomania.

W Polsce, szczęśliwie, problem handlu białą śmiercią nie jest aż tak palący jak w Ameryce Południowej. Nie sposób jednak nie przypomnieć sobie o wątpliwościach, które z punktu widzenia poprawności legislacyjnej podnoszono gdy rząd warszawski postanowił wytoczyć wojnę dopalaczom czy o bezsilności, jaka pojawiła się, gdy "mocarz" zbierał w ostatnie wakacje śmiertelne żniwo. Z całego serca życzyłbym sobie, ażeby w razie kolejnej takiej sytuacji osoby odpowiedzialne za działalność polskich służb specjalnych znalazły w sobie tyle odwagi, by w miarę potrzeb i możliwości skopiowano te jakże pozytywne wzorce na nadwiślański grunt.

Michał Szymański