poniedziałek, 30 listopad 2020 00:48

Grzegorz Ćwik - Manowce "realizmu politycznego"

„Każdy może, prawda, krytykować” jak to powiedział ongiś klasyk w kultowym filmie. Żyjemy w czasie, kiedy widzimy prawdziwy wysyp krytyków w każdej dziedzinie – w tym także historii. Krytyka ta w warunkach lokalnych okryła się samozwańczo i zupełnie niesłusznie łatkami „realizmu politycznego”, w praktyce zaś zwykle jest mierną kalką propagandy reżimów okupacyjnych (niemieckiego, sowieckiego) lub rządów kolaboracyjnych z nadania moskiewskiego. W ramach tegoż „realizmu” prowadzona jest od lat krytyka polskiej historii ostatnich lat kilkuset, polskich zrywów narodowościowych, polskiego charakteru narodowego i w ogóle wszystko co prawdziwie polskie jawi się piewcom jedynej słusznej drogi jako głupie, ślepe, niedojrzałe i lekkomyślne.

 

Synonimem tego „realizmu” jest „zychowszczyzna” – od nazwiska Piotrka Zychowicza, publicysty, który od 8 lat publikuje z wysoką częstotliwością mierne i kłamliwie książki dotyczące historii Polski i Europy. Zaczął można by rzec z wysokiego C, od pozycji „Pakt Ribbentrop-Beck”, w której dokonał tak niebywałej liczby błędów, kłamstw, przemilczeń, fałszerstw i zwykłych świństw naukowych, że aż trudno uwierzyć, że tychże starczyło mu (i to w jeszcze większej ilości) na kolejnych kilkanaście pozycji.

 

Ten sam Zychowicz poruszył już także temat Żołnierzy Wyklętych, braku kolaboracji z Niemcami w czasie wojny, rzekomego sojuszu Piłsudskiego i Lenina (sic!), oraz parę innych. Dodajmy jedno – absolutnie każda jego książka jest miażdżona przez profesjonalnych historyków w swych recenzjach i polemikach, które Zychowicz przegrywa już niejako tradycyjnie.

 

Zychowicz to oczywiście, jak już wspomniałem, element szerszego zjawiska. Zjawisko to jest całościową próbą rewizji historii Polski przynajmniej od okresu rozbiorów, a często sięga i dalej. Oto zarówno publicyści portalu konserwatyzm.pl (zwanego przez złośliwych konserwatyzm.prl – ze względu na fanatyczną miłość byłego naczelnego, prof. Wielomskiego do komunizmu i PRLu oraz zbieżność jego poglądów historycznych z poglądami Michnika – o tym dalej), środowisko Konfederacji i wszelkich emanacji paleoendecji, grunwaldziści, moczarowcy, pogrobowcy Dmowskiego itp. mówią jednym głosem.

 

Głos ten zaś stwierdza: Polacy są głupi. Wszystkie zrywy niepodległościowe, wszelkie przejawy walki zbrojnej ze strony Polaków i naszego Państwa były z gruntu błędne, najwyższą formą polityki jest wyrzeczenie się suwerenności, kolaboracja, zdrada narodowa i lokajstwo na najwyższym możliwym poziomie. I tak po kolei potępiane są przez „realpolityków”: insurekcja kościuszkowska, konstytucja 3 maja, walka u boku Napoleona, powstanie styczniowe i listopadowe, rewolucja 1904-1905 roku. Najwyższą formą nienawiści oczywiście obdarowywany jest człowiek, który stał się symbolem walki o Niepodległość, i to walki zwycięskiej – Józef Piłsudski, wraz z Legionami, sanacją etc. W ramach tego najgorszą obelgą, jaką może obrzucić kogoś Wielomski, Rękas czy Engelgard jest „piłsudczyk” czy „sanaceusz”. Zupełnie jak za Stalina.

 

Zamiast walki, oporu i dążenia do suwerenności Zychowicz i Wielomski proponują kolaborację i kapitulanctwo. Na skasowanym kilka lat temu przez siebie koncie na portalu facebook prof. Wielomski wprost ubolewał, że Dmowskiemu przypisuje się chęci odzyskania niepodległego polskiego państwa, bo przecież Polacy są na to za głupi, a najlepszym rozwiązaniem było zjednoczenie wszystkich ziem polskich pod okupacją Rosji. Na tym samym konie prof. Wielomski deklarował, że w razie kolejnego 17 września natychmiast wejdzie w skład rządu kolaboracyjnego, oraz nazywał NSZ, Wyklętych a szczególnie Brygadę Świętokrzyską hitlerowskimi i nazistowskimi kolaborantami. Poza tym pojawiała się tam oczywista u prawicy, a szczególnie konserwatystów, wdzięczność wobec Jaruzelskiego za stan wojenny i mordowanie strajkujących robotników. Brylujący dziś na łamach „Polityki Narodowej” profesor musiał się spostrzec, że utrzymanie takich treści w sieci grozi wyciągnięciem ich w przyszłości i skasował swoje konto, twierdząc, że to zły facebook go cenzuruje. No ale oczywiście w to nikt nie wierzy. Co ciekawe, Wielomski – podobnie jak Zandberg – zrezygnował z co bardziej kontrowersyjnych stwierdzeń, jak te, że „bycie Polakiem dla niego (tj. Wielomskiego) nic nie znaczy”, ale nie ze wszystkich. I tak autorytet RN-u i MW dalej twierdzi w swoich tekstach, że Brygada Świętokrzyska to kolaboranci.

 

Zychowicz z kolei ubolewa, że w trakcie  ostatniej wojny światowej nie wykształciliśmy rządu kolaboracyjnego z Niemcami. Wprawdzie to sami Niemcy nie chcieli tego, ale do dla Zychowicza jest mało ważne. Czemu nie chcieli? No bo Polacy byli za głupi na to, Niemcy doskonale to rozumieli, a stawianie oporu we wrześniu, brak wiary w kolejne słowa hitlerowskich dygnitarzy i bezczelność, jaką była obrona Niepodległości dostatecznie na to wskazują. No więc Zychowicz popłakuje, że nie mieliśmy swojego Quslinga i Petain’a, którzy mogliby (tak jak oryginały) wydawać w ręce gestapo i SS swoich rodaków, wspomagać niszczenie swego państwa i jego pauperyzację etc. Co więcej, aż ciężko uwierzyć, że taki „realista” jak Zychowicz ubolewa nad tym, że nie było kolaboracyjnego rządu i współpracy z państwem, które…wojnę ostatecznie przegrało i to straszliwym kosztem. A cóż takiego we Francji, Norwegii, Chorwacji czy gdziekolwiek mogły zmienić rządy kolaboracyjne? Oczywiście absolutnie nic, to nie była I wojna światowa i czasy Rady Regencyjnej. W trakcie II wojny Niemcy rządzili niepodzielnie, praktycznie wszędzie stosując logikę terroru, a rządy kolaboracyjne potrzebnej były jako bezwolne organa administracyjne do wykonywania niemieckich rozkazów. I to za tym tak płacze Zychowicz? Zresztą, Wielomski z kolei żałował, że Polska nie kolaborowała ze Związkiem Sowieckim. Ta sama choroba, inna odmiana. 

 

Ale cofnijmy się może wcześniej w historii. Wspomnieliśmy o rozbiorach i konstytucji 3 maja. Realiści twierdzą, że to jej uchwalenie doprowadziło do rozbiorów i likwidacji Polski. No tak wynika nawet z chronologii, pierwszy rozbiór to rok 1772, a uchwalenie konstytucji 1791. Oczywiście, dwa następne rozbiory są zrealizowane po konstytucji ale po co ona była uchwalona? No właśnie po to, aby wzmocnić państwo, odnowić je i uniemożliwić kolejne rozbiory. Uchwalono ją za późno, stąd wojna w obronie konstytucji i potem insurekcja skończyły się porażkami. Tyle, że zwykła polityczna logika i zakusy rządów państw zaborczych były oczywiste i jasne, i dla nikogo nie stanowiło tajemnicy, że i tak Moskwa, Berlin i Wiedeń dążą do likwidacji Polski.

 

Kolejna sprawa – walka u boku Napoleona, za którą uczestnicy są przez realpolityków odsądzani od czci i honoru. No jak te legionowe bydlęta śmiały u boku Cesarza walczyć o Polskę, co gorsza mieć tu ostatecznie niemały sukces (powstanie Księstwa Warszawskiego), zamiast… no właśnie, zamiast czego? Już dawno temu prof. Czubaty zamknął tą kretyńską dyskusję stwierdzeniem „Napoleon dawał nam najwięcej”. Wydawałoby się, że realpolityzm w tym momencie przyzna rację. Oczywiście, że nie. Realpolitycy w tej chwili zaczynają płakać, że Polacy mogli nic nie robić, mogli stać wiernie przy carze Aleksandrze, nic za to nie mieć, no ale chociaż nie popełniliby tej straszliwej zbrodni – walki za Polskę i o Polskę.

 

Powiedział kiedyś kanclerz Bismarck ciekawą rzecz o polskich powstaniach (chodziło głównie o te XIX-wieczne). Otóż stwierdził on, że tylko dzięki nim istnieje jeszcze jakaś „sprawa polska”, świat o Polsce jako tako pamięta i generalnie cały czas istnieje świadomość, że kilkudziesięcio-milionowy Naród tylko czeka szansy, by wywalczyć Niepodległość.

 

W tym właśnie kontekście należy rozpatrywać powstanie listopadowe i styczniowe. Realiści mówią tu tak: powstania były bezsensowne, bo nie miały szans na zwycięstwo, a do tego pozbawiły Królestwo swobód i wolności. Otóż jest zupełnie na odwrót – oba powstania wybuchły właśnie w ramach obrony autonomii i wolności Królestwa. Szczególnie zaś tyczy się to powstania listopadowego i następującej po nim wojny polsko-rosyjskiej. Królestwo znajdujące się wówczas pod zarządem na wpół obłąkanego i pozbawionego honoru brata Aleksandra – Konstantyna, borykało się właśnie z coraz dalej idącymi carskimi ingerencjami w konstytucję, politykę wewnętrzną, sadownictwo i armię. Wybuch powstania to nic innego jak walka w obronie tegoż. Podobnie jak powstanie styczniowe – odwilż po wojnie krymskiej właśnie się kończyła na początku lat 60-tych i objawem tego była planowana branka polskiego rekruta.

 

O rewolucji 1904-1905 roku już wspomniałem jakiś czas temu w tekście, w którym zerwałem w gruncie rzeczy jakiekolwiek kontakty ideowe z endecją. Pozwolę sobie zacytować ustęp owego tekstu:

 

„Jest to [rewolucja 1905] także okres sporych zmian w Królestwie Polskim – podobnie jak i w całym Cesarstwie Rosyjskim. Zmiany systemu politycznego doprowadziły między innymi do wejścia do Dumy polskich posłów – w tym endeckich, którzy zresztą jeszcze przed brali czynny udział w wydarzeniach politycznych, w tym tych rewolucyjnych. Rewolucja 1905 roku spowodowała spore zmiany w systemie ówczesnej Rosji, dla Polaków oznaczało zaś to w praktyce zwiększenie autonomii narodowej – na polu administracyjnym, edukacyjnym czy politycznym. Jakie było stanowisko endecji wobec rewolucji, w której przecież brali czynny udział przedstawiciele innych polskich nurtów politycznych? Otóż endecja, która wówczas już całkowicie przeszła na pozycje ugodowe i kolaboracyjne (nazwijmy to w końcu po imieniu) robiła wszystko co tylko mogła, by rewolucję wystudzić i zniszczyć. W praktyce sprowadzało się to nie tylko do agitacji, publicystyki i jednoznacznie prorosyjskich gestów. Oznaczało to także celowe wpływanie na to, by Polacy nie wysuwali zbyt daleko idących roszczeń i żądań (sic!), a także zbrojną walkę z socjalistycznymi i lewicowymi grupami, które walczyły przeciwko caratowi. Mówiąc wprost – endecja z bronią w ręku walczyła z polskimi robotnikami, którzy domagali się określonych zmian, także o charakterze ekonomicznym. Dmowski wręcz z dumą pisał o tym, że endecja mordowała Polaków, którzy nie tylko w szeregach skądinąd cały czas dość kadrowej PPS walczyli z caratem, ale i przede wszystkim zwykłych pracowników sektora przemysłowego. W „Polityce polskiej” Dmowski posunął się do ohydnego stwierdzenia, że mając wówczas do wyboru śmierć z ręki bojownika PPS-u lub żołnierza carskiego wybrałby to pierwsze, bo wtedy zginąłby z ręki wroga, a śmierć z ręki rosyjskiego sołdata byłaby zwykłym przypadkiem. Cała polityka endecji zasadzała się na tym, że obawiano się, nie tylko w trakcie rewolucji 1905 roku, ale przez cały okres do 1917 roku, że zbyt daleko posunięte postulaty spowodują kontraktację władz rosyjskich. Odrzucano całkowicie walkę zbrojną a wysuwanie żądań niepodległościowych uważano wręcz za zdradę. Niestety, w praktyce zbyt daleko posunięte żądania i postulaty dla polityków endeckich znaczyło tyle co…jakiekolwiek dążenia i postulaty o charakterze propolskim. Politykę ugodowości wypada nam ocenić negatywnie, bo zwyczajnie w momentach kiedy można było osiągnąć jeszcze więcej niż osiągnięto, dzięki energicznym działaniom endecji (właśnie rok 1905) zmniejszono zakres politycznych zmian na naszą niekorzyść. Nie bez znaczenia jest tutaj pomijany ze wstydem przez apologetów endecji fakt, o którym szerzej powiemy dalej. Otóż endecja była zarówno przed rokiem 1914, jak i przez cały okres swego istnienia, przede wszystkim partią reprezentującą klasę posiadającą, czyli ziemian, przedsiębiorców, fabrykantów etc. Ludzie ci sprzeciwiali się dążeniom klas robotniczej czy chłopskiej, gdyż oznaczało to po prostu uszczuplenie ich zysków. Stąd też endecja, która trwale stała się partią (wbrew późniejszej nazwie ZLN) antyludową (w rozumieniu wrogości wobec ekonomicznych aspiracji robotników czy chłopów) broniła interesu przede wszystkim tych, którzy byli jej wyborcami, oraz – co także istotne – wspierali ją finansowo.   

 

[…]

 

Polityka ugodowości i kolaboracji endecji z rządem i caratem rosyjskim wykluczała jakąkolwiek dążność do niepodległości. Odrzucano nawet formułowanie in expressis verbis żądań niepodlegościowych. Oczekiwano zamiast tego nadchodzącej wojny powszechnej, zwycięstwa Rosji oraz zjednoczenia (sic!) ziem polskich pod berłem rosyjskim. W ten sposób ilość ludności polskiego pochodzenia miała automatycznie wymóc na Moskwie utworzenie niepodległego państwa polskiego, uważano bowiem, ze Rosja nie będzie zdolna do okupacji tak ogromnych terenów. Oczywiście, każdy ma prawo do swojej oceny tego planu, jednak sam fakt, że endecja po doświadczeniach blamażu Rosji w wojnie z Japonią (1904-1905) oczekiwała jej zwycięstwa w wojnie z Niemcami i Austro-Węgrami świadczy jak najgorzej o horyzontach myślowych polityków endeckich. Pomysł zaś na dobrowolne wyrzeczenie się jakichkolwiek polskich ziem zajętych ewentualnie w ramach zwycięskiego konfliktu wykazuje, że Dmowski i jego współpracownicy kompletnie nie rozumieli istoty rosyjskiej polityki i mocarstwowości – mimo, iż tkwili w samym jej centrum. Wspomnijmy o tym, że niejeden Naród znajdował się pod zaborem rosyjskim (Ukraińcy choćby) i jakoś nie spowodowało to żadnej konieczności utworzenie niepodległego państwa ukraińskiego.” (proszę Czytelników i Czytelniczki o wybaczenie za przydługi cytat – i to jeszcze z samego siebie!).

 

Realpolityzm za szczególnego wroga uznaje oczywiście Piłsudskiego. Ten nie tylko śmiał przewidzieć przebieg wojny światowej i dostosować do tego swoją politykę, ale jeszcze całe życie na głos mówił, że to o wolną Polskę mu chodzi. Walczył o nią z bronią w ręku, był diablo skuteczny i niestrudzony, to on odnotował pierwszy poważny sukces sprawy polskiej (akt 5 listopada), to on zgarnął należną mu władzę wojskową i dyktatorską w roku 1918 (a następnie 1926). Oj takich przewin realpolitycy nie wybaczają.

 

Czym jest realpolityzm i na czym się kończy pokazuje chociażby casus Studnickiego. Studnicki dziś zakwalifikowany byłby jako „szur” i niegroźny, ale czubek. Dla realpolityków jest jednak niepodważalnym autorytetem. Czemu? Otóż cała myśl polityczna Studnickiego opierała się na przekonaniu, że Polska musi być podporządkowana Niemcom. Nie, nie było tak jak twierdzą Zychowicze i inne oszuści – Studnicki wprost sugerował politykom sanacji oddanie Polski w rządy Niemcom, bo ci „ich [tj. sanację] nauczą rządzić krajem”. O tym realpolitycy nie wspominają (a jest to poświadczone źródłowo, że Studnicki autentycznie zabiegał o spotkania z dygnitarzami sanacji, by ich przekonywać o przekazanie władzy w Polsce w ręce Niemców). O tym, że zamiast Polski wielkiej i potężnej po 1 wojnie światowej Studnickiemu śniła się Polska „buforowa” pod zarządem Niemiec też zwykle nie. Chętnie natomiast powołują się na nędzną książnicyznę Studnickiego z roku 1939, w której rzekomo przewidział on przebieg 2 wojny światowej. Zadałem sobie niestety ból przeczytania tego badziewia i oto niektóre z wniosków Studnickiego (przypomnę datę powstania – czerwiec/lipiec 1939):

 

- Niemcy nie posiadają żadnych napastliwych i agresywnych dążeń wobec Polski i Europy wschodniej

 

- Niemcy mają potężniejszy przemysł niż Wielka Brytania i Francja

 

- Dlatego też, to Wielka Brytania i Francja mimo, że boją się Niemiec, to dążą do wojny z Niemcami

 

- Jeśli Niemcom przekazać kolonie w Afryce zaspokoi to ich aspiracje i wojna nie wybuchnie

 

- Od 1-ego dnia wojny wejdą do niej Włochy

 

- Włochy posiadają jedną z najpotężniejszych armii świata, szczególnie w kwestii lotnictwa, co pozwoli uzyskać ogromną przewagę nad Wielką Brytanią, zająć Maltę i kontrolować cały akwen Morza Śródziemnego. Bombowce włoskie obezwładnią każdego jej wroga

 

- Winowajcą nadchodzącego konfliktu są Żydzi, którzy w Niemczech utracili wpływy, a w Polsce są czynnikiem decyzyjnym, stąd nadchodząca wojna będzie wojną niemiecko-żydowską (chciałoby się spytać, gdzie w roku 1939 było to państwo żydowskie, ale oczekiwanie sensowności od Studnickiego przypomina oczekiwanie na sukcesy polskiej piłki)

 

- Co ciekawe Studnicki legitymuje się znajomością „Mein Kampf”. Niestety o kwestiach rasowych, lebensraum, opinii Hitlera o Słowianach nie wspomina. Mocno to zaburzyło by mu narrację stosowaną w swojej książce.

 

- Najważniejszym i absolutnie niepodważalnym argumentem Studnickiego na to, że Niemcy nie chcą napaść na Polskę są…słowa Hitlera w tej sprawie z początku roku 1939

 

 

 

Jak widzimy – brednie za bredniami kolejnymi bredniami poganiają. Skąd więc ta niesłabnąca kakofonia poparcia dla Studnickiego? Otóż stąd, że w swojej książce stwierdził, że jeśli Związek Sowiecki wmiesza się do wojny, to zechce przejąć polskie Kresy Wschodnie. Jest to dosłownie 1 zdanie, padające w ostatnim akapicie tej książki. No cóż, w połowie roku 1939 każde wiejskie dziecko wiedziało, że ZSRS ma chrapkę na nasze Kresy, nie wymagało to wielkiego intelektu. W tej samej książce Studnicki stwierdza, że wprawdzie nie wszystko stracone, ale według jego opinii Europa zmierza ku wojnie. No cóż, doprawdy niebywałego kunsztu i prawdziwego geniuszu wymagało takie stwierdzenie…2 miesiące przed 1 września. Co do Studnickiego warto na koniec wspomnieć jedną rzecz, aby zrozumieć jakiego formatu był to człowiek. Oto członek polskiego Narodu, obywatel Polski, która w trakcie wojny straciła 6 mln obywateli, 20% swej ludności i poniosła gigantyczne straty ekonomiczne i przemysłowe uznał za stosowne, aby z własnej woli zgłosić się na świadka obrony w procesie…niemieckiego feldmarszałka Ericha von Mansteina. Tego samego Mansteina, którego skazano m.in. za masowe zbrodnie przeciwko ludności słowiańskiej. Doprawdy tajemnicą jest dla mnie, czemu realpolitycy nie rozumieją, że powszechnie na emigracji Studnickim gardzono i nie podawano ręki. Takim ludziom bowiem ręki się nie podaje.

 

O samym roku 1939 można by zresztą pisać długo i dużo. Zwróćmy uwagę na jedną rzecz. Otóż były w tamtym czasie kraje, które robiły dokładnie to, co proponują realpolitycy. Zgadzały się na każdy dyktat niemiecki, zdecydowane były na nie podejmowanie walki, kapitulanctwo posunęły do rangi prawdziwej sztuki. Takim państwem była Rumunia. Jaki tego był efekt? Najpierw w ramach kolejnych niemieckich rozstrzygnięć dyplomatycznych nakazano Rumunii oddać ok. połowę terytorium Bułgarii i Węgrom, a następnie nie zareagowano w żaden sposób na sowiecką agresję na Bukowinę. W efekcie po 1,5 roku bycia przydupasem Berlina, czyli tym, co dla nas proponują wszelkiej maści Zychowicze Rumunia straciła 2/3 terytorium i połowę ludności. Bez jednego wystrzału. Nie jest też w tym kontekście przypadkiem, że Rumunia była krajem, który bez słowa zająknięcia po roku 1945 przyjął komunizm, stalinizmu nie wyrzekł się nigdy, a tolerował go nawet do roku 1989. Otóż to właśnie pokłosie kapitulanctwa i uległości z lat 1938-1940. Kraj został przez rządzących tak permanentnie rozbrojony moralnie, politycznie, emocjonalnie i przy okazji wojskowo, że Rumuni do dziś czują ogromne kompleksy i skutki z tego powodu.

 

Popatrzmy na Europę ówczesną szerzej. Były i inne kraje, które wedle zaleceń Studnickiego zachowały neutralność, nie przyjęły brytyjskich gwarancji i do końca starały się nie robić przykrości Berlinowi. Belgia, Dania, Holandia, Łotwa, Litwa, Estonia… nawet daleka Norwegia na tym źle wyszła! Taka Belgia zresztą wręcz przez całe 20-lecie za głównego agresora uważała … Francję! Sic! 3 września 1939 roku Belgia zmobilizowała armię i obsadziła granicę z … Francją, obawiając się, że Francja zechce po jej terytorium zaatakować Niemcy. W ogóle przykład Belgii to nie tylko przykład swoistej aberracji ale też modelowy studniczyzm. Otóż Belgia, która została zaatakowana przez Niemcy w I wojnie światowej, w 20-leciu robi wszystko, aby… nie przygotować się na powtórkę. Odrzuca wszelkie propozycje sojuszu i współpracy z Francją, ostentacyjnie daje do zrozumienia Francji, że ta liczyć się musi ze zbrojnym oporem, jeśli zechce pójść za daleko w swych propozycjach. I co? Ano nic, 10 maja Niemcy miały to wszystko literalnie gdzieś i rozpoczęła się wojna niemiecko-belgijska. Takich przykładów można mnożyć naprawdę dużo, odsyłam tu do książki Piotra Gursztyna „Ribbentrop Beck: czy Pakt Polska - Niemcy był możliwy?”. Naprawdę dobre wiadro zimnej wody na rozpalone głowy zwolenników zychowszczyzny.

 

Wspomniałem o tym, jak Rumuni upodleni współpracą z Niemcami nie potrafili zwrócić się przeciw komunizmowi. To znamionuje duże szersze zagadnienie, jakim jest wpływ określonych decyzji i poczynań na przyszłość i tzw. „długie trwanie”. Sensem jest to, że powstanie listopadowe czy styczniowe, czy nawet kampania 1939 roku nie są tylko punktami na linii historycznej, ale są też czynnikami które kształtowały wszystko, co nastało po nich. A także wszystkich, przynajmniej w naszym kraju. Rzecz trywialna, ale jesteśmy dziećmi swej historii. Kolejne wojny, powstania, zrywy – to wszystko buduje naszą mentalność, nasze dziedzictwo, nasze postawy i wzorce. Stwierdzić, że mamy to wszystko odrzucić na rzecz… no właśnie, kolejny raz spytam. Co w zamian proponują realpolitycy? Kiedy w historii świata kolaboracja, uległość, niemoc, tchórzostwo dały coś wartego uwagi, mocnego, twardego? Kiedy wyrzeczenie się najbardziej podstawowych politycznych interesów, wolności, suwerenności państwowej dało w skutku coś innego niż wzrost potęgi wszystkich innych, tylko nie stosujących takie środki?

 

Skąd realpolitycy mają pewność  kim byśmy byli, gdybyśmy przy każdej możliwej okazji dokonywali auto-rozbrojenia, kapitulacji, uległości? Może dziś nawet nie mielibyśmy własnego państwa? Albo to miałoby inny kształt terytorialny? Jak wyglądałaby mapa polityczna Polski, podziały partyjne, może zamiast kiepskiego PiSu rządziłaby partia „Razem”? Kim byliby Polacy? Gdzie byłaby ta narodowa duma, o której skandujemy na każdej manifestacji? (ostatnio niestety nie skandujemy, cholera by wzięła to covidowe choróbsko). Powstańcy, rebelianci, żołnierze, Legioniści – to z nich my i miliony Polaków i Polek czerpało i czerpie wzorce, także w momentach przełomów dziejowych. Z czego czerpano by wzorce w chwilach trudnych i bolesnych, gdyby historia potoczyła się tak, jak chcą realpolitycy? Z kolaboracji? Podłości i zdrady? Z porażki, uległości? To nie są trwałe determinanty budowy charakteru silnego Narodu.

 

Zwróćmy uwagę na jedno. Ta cała realpolityczna recepta na historię przypomina, a właściwie jest tożsama z linią liberałów i lewicy w kwestii stosunku choćby do Unii Europejskiej. Co słyszymy od posłów i posłanek Lewicy, KO etc.? Wyrzeknijmy się własnej polityki i racji stanu, kapitulujmy, zgódźmy na wszystko, zaprzestańmy oporu i walki, niech inni decydują za nas, a nas z pewnością spotka nagroda i splendor za bierność i już nawet nie stanie z bronią u nogi, ale odrzucenie tej broni i przyjęcie unijnej kurateli. Nie widzę tu większej różnicy między tą retoryką, zychowszczyzną w kontekście roku 1939 i bredniami wielomszczyzny w kontekście relacji polsko-carskich i polsko-sowieckich.

 

Warto zresztą zwrócić uwagę w czyje narracje wbijają się owi realpolitycy. O tym, że to źli Polacy wywołali wojnę, bo nie zgodzili się dobrowolnie na niewolę, a jeszcze śmieli się bronić i zmontować sojusz antyhitlerowski to przecież jest narracja…hitlerowska. Zaczęto ją stosować zanim jeszcze wybuchłą wojna, a po 1 września 1939 roku tylko mocniej i solidniej stosowano te konstrukcje. Potem, gdy jednego okupanta zmienił drugi, zmieniono trochę tą wersję, i teraz Polska była zła, bo w imię obrony przez niewolą Niemiec nie zgodziła się na niewolę u Sowietów. Jak widać niedaleko pada Zychowicz od Wielomskiego – a wszystko w ramach tej samej okupacyjnej gruszy.

 

Ostatecznie wszelkie realpolityzmy doprowadzają do konsensusu dwóch imienników – Adama Wielomskego i Adama Michnika. Obaj w Wyklętych widzą bandytów, złoczyńców, tych którzy nie podporządkowali się „legalnej” władzy. Dla obu Brygada Świętokrzyska to kolaboranci i zdrajcy, dla obu sojusz z ZSRS, Moskwa, Stalin, komunizm to mniejsze zło i w gruncie rzeczy kwestie niepodlegające jakiejkolwiek krytyce. Co ciekawe Wielomski jest pilnym uczniem pokolenia rodziców Michnika i stosuje tu ten sam argument – antykomunizm Wyklętych i ich walka z komunistami miały się rzekomo równać wyrzeknięciu się Ziem Zachodnich i zwróceniu ich Niemcom. No cóż, ciężko to skomentować bez użycia słów ogólnie uznanych za obelżywe. Bezczelność i oczywista nieprawda argumentu są jasne dla każdego, kto zna polityczne plany środowiska konspiracji narodowej z okresu 2 wojny światowej – zarówno tej endeckiej, jak i narodowo-radykalnej. Sądzę, że i Wielomski wie o tym, w końcu jest profesorem i skądinąd niezłym naukowcem. Czemu więc stosuje takie bezczelne zagrywki? To już pytanie do niego.

 

Temat rewizjonizmu historycznego to rzecz szeroka i rozległa, zresztą już parokrotnie o niej wspominałem. Nie ukrywam, że sam kiedyś miałem zdanie mocno zbliżone do Zychowicza, jednak im więcej książek człowiek czyta, tym bardziej rozumie jak bardzo jest to droga donikąd. Żeby było jasne – nie twierdzę, że nasz Naród nie popełnił w historii błędów, że nie podejmowaliśmy złych decyzji, że każde działanie Polski i Polaków było słuszne. To jasne, że nie. Twierdzę jednak, że tzw. „realpolityczna” perspektywa jest całkowicie błędna, szkodliwa i jej zastosowanie nie daje pozytywnych skutków dla rozumienia procesów politycznych i historycznych. Jak wykazałem pełna jest braku logiki, kapitulanctwa, kłamstw i fałszerstw, a z gruntu wywodzi się z nurtów propagandy ex definitnione wrogich Narodowi polskiemu. „Każdy może, prawda, krytykować” – byleby to robił z głową, poczuciem interesu narodowego i zwykłym ludzkim honorem.

 

 

 

„Los każdego powstańca sprawił, że jestem dumny”.

 

 

 

Grzegorz Ćwik