piątek, 31 lipiec 2020 20:54

Michał Ostrzycki - Reforma głoszenia przekazu a zdrada w środowiskach nacjonalistycznych XXI wieku

W ciągu ostatnich kilku lat coraz bardziej ogniskuje wewnętrzny spór w polskich ruchach nacjonalistycznych, który dzieli te ruchy na dwa obozy. Pierwszym obozem są nacjonaliści, którzy dostrzegli, że subkulturyzacja nacjonalizmu, obnoszenie się z symboliką niezrozumiałą (a wręcz odstraszającą, bo zwyczajnie źle się kojarzącą) czy prowadzenie retoryki nieprzystosowanej do odbioru przez przeciętnego Polaka skutkuje staniem w miejscu i prowadzi do duszenia się we własnych, hermetycznych już grupach. Drugim obozem natomiast są ci nacjonaliści, którzy tego jeszcze nie zrozumieli, przez co zachowaniem, symboliką, retoryką i wyglądem odstraszają zewnętrznych odbiorców swego przekazu. Częstokroć obwiniają przy tym działaczy z pierwszego obozu o zdradę wartości, porzucenie pierwotnej idei, strach przed krytyką czy podejmowanie prób przypodobania się i zdobycia poparcia, przypłacanych porzuceniem fundamentalnych wartości. Jednocześnie widząc, że obrana przez nich taktyka jest nieprzychylnie odbierana przez ogół odbiorców, zwiększają natężenie jej stosowania, idąc tym samym na wojnę ze społeczeństwem, w której wydawać by się mogło, że robią mu na złość i liczą na to, że tym samym przekonają je do siebie.

 

Konflikt ten wydawać się może żałosny. W końcu oczywistym jest, że nacjonalizm to idea aktywizmu wywodząca się z miłości do własnego Narodu, która polega na nieustanym dążeniu do Jego dobra, a co za tym idzie, wymaga wielu poświęceń i wyrzeczeń. W myśl tej zasady, wyrzeczenie się subkulturyzacji działalności nacjonalistycznej powinno być wręcz naszym (jako nacjonalistów) obowiązkiem, jeśli tylko jest to niezbędne aby przekonać nowych ludzi do naszych wartości. I zgadza się – powyższe stwierdzenie jest prawdą. Ruchy o profilu nacjonalistycznym w Polsce (w Europie zresztą również) pilnie potrzebują pod tym względem reform, które sprawią, że zamiast odstraszać od siebie odbiorcę naszego przekazu symboliką pokroju czarnego słońca, zaczniemy być dla niego reprezentantami alternatywy życiowej, nad którą zechce on się poważnie nachylić i rozważyć podążenie jej drogą.

 

Czy oznacza to jednak, że mamy raz na zawsze porzucić flagi z krzyżami celtyckimi, opaski z falangami, czy koszulki z czarnymi słońcami? Nie, to oznacza, że mamy przestać wciskać tę symbolikę na siłę ludziom, którym źle się ona kojarzy, czyli większości oraz nie czynić z niej jedynego elementu rozpoznawalnego dla naszych ruchów. Jeśli tylko przeciętny Polak na widok krzyża celtyckiego myśli o nowej swastyce, to ile razy byśmy tego symbolu nie malowali na murach, nosili na ubraniach, drukowali na ulotkach czy mówili o jego znaczeniu w ruchu, to najprawdopodobniej (a już na pewno w większości takich przypadków) wciąż nie zmienimy tego jak będzie mu się on kojarzyć. Zamiast przyprawiać ogół społeczeństwa o mdłości znaną nam (i prawie tylko nam) symboliką powinniśmy zadbać o to, abyśmy my sami, jako narodowcy, zaczęli być zapamiętywani, rozpoznawani i kojarzeni poprzez swe postulaty i działania a nie tylko wygląd zewnętrzny. Nadszedł czas by to zrozumieć i odłożyć pewne emblematy na bok, aby sięgnąć po nie kiedy będzie na to odpowiednia pora. Oczywiście nadal powinny być one subtelnie wspominane czy wyciągane na pewne okazje, a nawet na co dzień, w końcu przekonywanie do nich ogółu też powinno być naszym (odległym i nisko umieszczonym w hierarchii wartości, ale jednak) celem, lecz słowo „subtelnie” jest tu kluczowe.

 

Liczba nacjonalistów, którzy zdecydowali się podążyć tą drogą jest w tej chwili niestety bardzo skromna. Ale nawet „obóz reformatorów” jak chciałoby się nazwać ten pierwszy, popełnia bardzo często olbrzymi błąd, dając tym samym paliwo do uzasadnionej krytyki obozowi opowiadającemu się za „dawnym porządkiem”. Mowa tu o faktycznej zdradzie idei narodowej. Niektórzy bowiem oprócz zmiany retoryki, dawkowania pewnej symboliki, czy też po prostu zastosowania innego typu formy przekazu, magicznie zmienili także swoje poglądy. Tak nagle jak z ich sztandarów zniknął krzyż celtycki na ich ustach pojawiły się twierdzenia, iż murzyn może być Polakiem. Wraz z porzuceniem falangi stali się zwolennikami liberalizmu i kapitalizmu.

 

Nie jest to oczywiście przyczyną odrzucenia pewnych symboli, ich obecność nie determinuje bowiem posiadanych poglądów. Winę za wpędzenie nacjonalistów w ten ciemny zaułek ponoszą przede wszystkim ludzie, którzy nimi kierują – ich przełożeni, którzy zapędzili się we wspomnianych reformach. To oni podążyli drogą sprzedawczyków. Zamiast przystosować samą formę promowania wartości do odbioru przez społeczeństwo, przystosowali wartości, tak aby były one atrakcyjne dla tego społeczeństwa. Nacjonalizm w chwili obecnej opiera się na obronie i walce o pewne fundamentalne prawdy i idee. Nie jest natomiast tajemnicą, że większość ludzi się z nimi nie zgadza a my, jako narodowcy, jesteśmy w zdecydowanej mniejszości, która głosi niewygodną dla nich prawdę. Naszym zadaniem jest przekonać tę większość do naszych racji, tymczasem część z nas obrała drogę przypodobania się większości, polegającą na przyporządkowaniu się pewnym nowym i obcym idei narodowej dogmatom. Przykładem mogą być chociażby politycy Ruchu Narodowego, którzy to zawiązali sojusz z liberałami i dziś głoszą liberalne hasła, dzięki którym pozyskują nowy elektorat. Głosząc niewygodną prawdę trzeba zmodyfikować sposób jej głoszenia, w ten sposób aby trafiła ona do innych, a nie podmieniać prawdę na kłamstwo, które oczywiście o wiele łatwiej zostanie przyswojone przez ludzi.

 

W ten właśnie sposób liderzy pewnych czołowych ruchów nacjonalistycznych są odpowiedzialni za utworzenie armii nieświadomych zdrajców idei narodowej. Co zabawne, są to w większości liderzy, którzy twierdzą, iż kształtują swych podopiecznych na świadomych narodowców. Oczywiście ci drudzy też są winni tej sytuacji, bowiem będąc nacjonalistami powinni dbać o swój samorozwój i dostrzegać błędy swych przełożonych, a nie ślepo za nimi podążać. Nie zmienia to jednak faktu, że są oszukiwani przez osoby, którym ufają i często są ich autorytetami. To na ile świadomi tej zdrady są owi liderzy pozostaje dla nas zagadką. Choć sam nie wiem czy chciałbym znać odpowiedź na te zagadnienie. Bowiem zarówno możliwość tak ogromnej niekompetencji ludzi kierujących czołowymi ruchami o profilu nacjonalistycznym, jak i ich świadoma zdrada oraz wprowadzanie w błąd swych organizacyjnych kolegów, wydają się być niesamowicie i chyba nawet równie przerażającymi. Klaruje się nam więc jasny podział na kolejne dwie grupy narodowców. Są to reformatorzy, którzy stali się nieświadomymi zdrajcami idei (bo przecież większość z nich, bez wątpienia nadal kieruje się miłością do Ojczyzny) oraz zwolennicy starego porządku, którzy coraz częściej nazywani są „przypałowcami”, bo najzwyczajniej w świecie nie rozumieją swych błędów, ponadto odstraszają nimi od nas społeczeństwo oraz dają pożywkę dla naszych wrogów, którzy to fakt ten z chęcią wykorzystują by nieustannie krytykować nasze ruchy. Większość jednych i drugich chce dobrze dla naszego Narodu, ale przez swe niezrozumienie sytuacji działa na jego szkodę. Główna różnica pomiędzy nimi jest taka, że jedni zdradzili poprzez zmianę postulatów o które walczą, a drudzy twardo stoją przy pierwotnych ideałach, jednakże stoją także w miejscu walcząc o nie w bardzo nieudolny sposób. Obie te grupy karmią się także pewnymi kłamstwami. Pierwsi uważają, że są nowoczesnymi narodowcami, którzy odnieśli sukces reformując swą działalność, ponieważ zauważyli wzrost poparcia dla nich w społeczeństwie. Jest to o tyle kłamstwem, że nie odnieśli absolutnie żadnego sukcesu na polu działalności narodowej. Niczym kameleon swój kolor, zmienili oni po prostu fundamenty głoszonych przez siebie poglądów co poskutkowało pozyskaniem zwolenników z innego miejsca spektrum światopoglądowego. Drudzy z kolei twierdzą, iż powodem ich niepowodzeń w przekonywaniu do siebie społeczeństwa jest zbyt małe natężenie bombardowania go swoim przekazem, gdy w rzeczywistości tej zniechęcającej i odstraszającej formy przekazu, ludzie mają już od dawna dość.

 

Podsumowując ten krótki artykuł, będący zbiorem moich spostrzeżeń nabytych w trakcie bezpośredniego uczestnictwa w życiu społecznym jako narodowy aktywista, pragnę także podzielić się moją opinią co do tego, w jakim kierunku pójść powinny szeroko rozumiane ruchy narodowe w Polsce. Porzucić należy zbędny sentymentalizm co do symboliki źle kojarzącej się pośród ogółu społeczeństwa. Zachować ją i używać w dalszym ciągu, ale nie wykorzystywać jej niczym młota do wbijania swych wartości ludziom z zewnątrz w głowy. Musimy skończyć z sytuacją, w której przeciętny Polak słysząc słowo „nacjonalizm” ma przed oczyma krzyż celtycki, falangę lub czarne słońce, a nie potrafi wymienić ani jednego postulatu naszego środowiska czy chociażby samej definicji Narodu przez nas używanej. Dążyć musimy do tego, abyśmy dali się poznać po swych czynach i po nich też byli kojarzeni wśród ludzi. To samo tyczy się naszej retoryki, sposobu działania, czy też kanałów, którymi staramy się dotrzeć do odbiorców z zewnątrz. Musimy przystosować formę głoszenia przez nas przekazu tak, aby trafiał on i przemawiał do grupy docelowej. Strzec się natomiast musimy, abyśmy przy tych wszystkich reformach i przystosowywaniach, nie zmienili swych wartości o których zaszczepienie w sercach naszych Rodaków cały czas przecież walczymy.

 

Zdaje się, że spora część szeroko rozumianej lewicy zrozumiała to już dawno, przez co dziś bierze czynny udział w kreowaniu naszej codziennej rzeczywistości i dyskursu politycznego. Jej przedstawiciele potrafili (przynajmniej na pierwszy rzut oka) schować do kieszeni sierp i młot, czerwone sztandary i wizerunki Marksa czy Engelsa nie zmieniając przy tym w żaden sposób przekazu, którym skutecznie zatruwają młode pokolenia. Zostaliśmy sporo w tyle, ale przecież mamy gotową strategię na nadrobienie zaległości. Użyjmy jej!

 

Michał Ostrzycki