wtorek, 30 czerwiec 2020 20:44

Maksymilian Ratajski - Czego nas uczy Obóz świętych?

Zmarły niedawno Jean Raspail pozostawił po dobie książkę proroczą. Wydany po raz pierwszy w 1973 roku „Obóz świętych” opowiada o upadku Europy białego człowieka. Praktycznie nie ma w nim walki, jest tylko haniebna kapitulacja i dezercja – najpierw radosna, w imię równości, fałszywie pojmowanego miłosierdzia, braterstwa wszystkich ludzi, później już tylko paniczna, pełna rezygnacji, pogodzenia się z losem.

 

Milion imigrantów, którzy na statkach wyruszyli z Indii stanowi dla Raspaila tylko tło, pretekst do snucia opowieści o upadku europejskich społeczeństw. Autora szczególnie interesują media i ich wpływ na ludzi. Imigranci ruszyli do Europy natchnieni przez mieszkającego w Kalkucie ateistycznego filozofa Ballana i kilku innych białych. Sam Ballan nie zobaczył efektów swoich działań – zginął w porcie stratowany przez wsiadający na statki tłum. Pozostali biali, którzy razem z nim agitowali w Kalkucie zostali zabici i wyrzuceni ze statków przed przybiciem do brzegów Europy. Znamienne jest, że śmierć Białej Europy dokona się w Wielkanoc.

 

Obóz świętych to jedna z najbardziej antyklerykalnych książek jakie w życiu przeczytałem – powstał krótko po Soborze Watykańskim II i reformie liturgicznej. Jean Raspail był katolickim tradycjonalistą. Katolickie duchowieństwo jest w powieści zjadane przez liberalizm, księża i biskupi bardziej przypominają hippisów niż kapłanów Chrystusa. Książka powstała niemal pół wieku temu – nie ma w niej Internetu, największe medialne gwiazdy pracują w radio, istnieje ZSRR, a w RPA wciąż trwa apartheid, stąd też bardzo przypominający Franciszka papież nosi imię... Benedykt XVI.

 

Kluczową rolę w powieści odgrywają dziennikarze. To Clement Dio i Boris Vilsberg zabijają Francję i Europę, nie olbrzymi koprofag i jego upiorny syn-totem, którzy prowadzą flotyllę. Biały Człowiek popełnia samobójstwo, najpierw kiedy wyrzeka się swej tożsamości i zastanawia w jaki sposób najlepiej przyjąć tych biednych imigrantów (czy to nam czegoś nie przypomina?), potępiając wszelkie odruchy samozachowawcze jako najcięższą ze zbrodni – rasizm. Nastroje zwykłego ludu i to jak jest on urabiany przez dziennikarzy i celebrytów ukazują postacie Marcela i Josiane. Kiedy najazd jest już oczywisty, następuje panika i ucieczka z południa kraju, a wszędzie indziej bierne poddanie się.  Ciekawym wątkiem jest też napływ na wybrzeże ideowych lewaków (w tym niestety dużej ilości katolickich księży), którzy postanawiają przyjąć od dawna wyczekiwanych imigrantów. Przynajmniej oni, a zwłaszcza Clement Dio, wiedzą czego tak naprawdę chcą.

 

Politycy zajmują się błazenadą, prześcigają się w zapewnieniach o pomocy dla „armady ostatniej szansy”. Zagrożenie widzą jedynie dwaj – prezydent i sekretarz stanu Perret. Jednak brak im energii, woli realnego działania, są bierni, pogodzeni z losem. Ostatecznie prezydent przyznaje Perretowi specjalne uprawnienia – media ochrzczą go „gauleiterem Południa”. W orędziu do narodu głowa państwa łamie się, chciał wezwać do walki, dodać obywatelom otuchy, żołnierzom przypomnieć o obowiązku obrony ojczyzny. Tymczasem przemówienie zakończył łamiącym się głosem:

 

„....Chodzi tu o pewną okrutną misję, co do której oczekuję, że każdy żołnierz, każdy policjant, każdy oficer sam najpierw ją oceni,  jako wolny człowiek, a potem zaakceptuje jej wykonanie albo odmówi jej wypełnienia. Trudno jest zabijać. Jeszcze trudniej wiedzieć, dlaczego się zabija. Ja wiem, ale nie trzymam palca na spuście i nie mam przed sobą, kilka metrów od lufy, tych nieszczęśników. Moi drodzy rodacy, cokolwiek się stanie, niech bóg ma nas w swej pieczy... albo niech nam wybaczy”.

 

Naprawdę trudno się dziwić, że po takim przemówieniu z resztek i tak już zdemoralizowanej armii zostało jedynie 3 oficerów i ośmiu żołnierzy. Naprawdę trudno nie zdezerterować, jeżeli od miesięcy było się karmionym propagandą o „flotylli ostatniej szansy”, wszak „wszyscy jesteśmy ludźmi znad Gangesu”, a kiedy w końcu przyszły rozkazy traktowania ich jak najeźdźcy, to głowa państwa załamuje się kilka godzin przed ostatecznym starciem. I usprawiedliwia każdego kto rzuci karabin.

 

Ostatecznie do walki staje dwudziestu straceńców, choć raczej należałoby napisać „decydują się na śmierć z bronią w ręku”, wśród nich są szef sztabu bez armii, wspomniany wcześniej sekretarz stanu, zasymilowany Hindus, kapitan statku, który staranował tonących Hindusów, alfons, prawicowy dziennikarz, profesor literatury, kilku żołnierzy... Oddajmy głos Autorowi i przytoczmy ten krótki apel poległych:

 

Trzeba uzupełnić: pułkownik Constantin Dragases, szef sztabu generalnego; Jean Perret, sekretarz stanu; Calgues, profesor literatury francuskiej; Jules Machefer, dziennikarz; Luc Notaras, kapitan „Ile de Naxos”; Hamadura, Francuz z Pondichery; książę d'Uras, sędzia Zakonu Maltańskiego; Sollacaro, właściciel burdelu; Drugi Pułk Pancerny, zwany „Huzarami z Chamborant”, z szefem logistyki i trzema zuchami; pierwszy oddział komandosów morskich, z kapitanem i pięcioma żołnierzami; Crillon i Romegas, z domu Urasów w Vaucluse. W sumie: dwudziestu.

In memoriam. Przynajmniej o nich ktoś pamięta.

Jean Raspail „Obóz świętych”

 

Obóz świętych nie jest nudnym, nadętym manifestem jakiegoś polityka. To pierwszorzędna powieść, którą można polecić każdemu zainteresowanemu dobrą literaturą znajomemu. Raspail snuje ciekawą wielowątkową opowieść pełną humoru, ciętego dowcipu. Jego bohaterowie – Perret, Prezydent, Machefer, Calgues, lewacki dziennikarz-ideolog Clement Dio – żyją, autentyczny jest dramat ministra Jeana Orelle'a, gdy zaczyna rozumieć, do jakiej tragedii się przyczynił całym swoim życiem. Postacią wzbudzającą sympatię jest „Panama Ranger”, młody lider lewackich bojówek (zdecydowanie bardziej hippis niż antifiarz), to sprawny organizator, człowiek gotowy do walki, tam gdzie realnie może zginąć – sam idzie przeciwko czołgowi, dla niego hippisowska rewolucja to przede wszystkim dobra zabawa i młodzieńcza przygoda. To także duży plus książki – Raspail potrafi ukazać może nie pozytywną, ale przynajmniej sympatyczną postać po przeciwnej stronie barykady.

 

Dostępna w CapitalBook książka to lektura obowiązkowa dla każdego nacjonalisty, katolika (a zwłaszcza księdza) czy prawicowca. Brutalna lekcja czym kończy się fałszywe pojmowanie miłosierdzia, pacyfizm i poprawność polityczna. Jednocześnie doskonały obraz tego w jaki sposób działają media (w dzisiejszych czasach rolę gazet przejęły portale internetowe, a stacji radiowych ich telewizyjne odpowiedniki, mechanizmy pozostały jednak te same). Pokazuje czym kończy się zastąpienie tradycyjnej i autentycznej wiary ideologią „dobroludzizmu” i praw człowieka.

 

Jean Raspail zmarł 13 czerwca, 5 lipca przypadnie 95-ta rocznica jego urodzin. Ten zbieg dat, a także trwający cyrk pod tytułem „Black Lives Matter” będący jakby żywcem wzięty z antyrasistowskiej histerii mediów ukazanej w „Obozie” stanowią doskonałą okazję do przypomnienia najważniejszej książki francuskiego pisarza.

 

Maksymilian Ratajski