wtorek, 30 czerwiec 2020 20:23

Adrianna Gąsiorek - "Moralny" obowiązek - głosowanie wyborcze

Jesteśmy już po pierwszej turze wyborów na urząd Prezydenta Rzeczpospolitej. Przed nami druga tura, która odbędzie się 12 lipca bieżącego roku. W poniższym artykule nie będę komentować wyników czy interpretować, co wydarzy się za niecałe dwa tygodnie.

 

Interesuję mnie zupełnie inne zagadnienie – przekonanie, że udział w wyścigu wyborczym jest naszym moralnym obowiązkiem wobec Narodu i Ojczyzny. Czy rzeczywiście tak jest?

 

Wiemy doskonale, że czynne prawo wyborcze w Polsce dotyczy osób posiadających obywatelstwo polskie, które do dnia wyborów ukończyły 18 lat. Praw wyborczych nie posiadają osoby ubezwłasnowolnione (choroba psychiczna, niedorozwój) lub skazane prawomocnym orzeczeniem sądu na pozbawienie praw publicznych albo praw wyborczych.

 


Reszta z nas może brać udział w starciach wyborczych, oddawać głos w referendum oraz mieć prawo wybierania Prezydenta Rzeczypospolitej, posłów, senatorów i przedstawicieli do organów samorządu terytorialnego. Jak widać zatem mamy możliwość do tego, aby zadecydować, kto ma rządzić naszym krajem czy miastem.

 

Nie zawsze tak było w przypadku, chociażby kobiet. I chociaż zwolennicy Korwina, jak i on sam, chętnie wróciliby do czasów, w których płeć żeńska mogła, co najwyżej wybrać, na którym talerzu poda strawę swojemu mężowi, to sytuacja znacznie się zmieniła. 28 listopada 1918 roku Józef Piłsudski podpisał Dekret Naczelnika Państwa o ordynacji wyborczej. Oczywiście nadal zdarzały się nierówności w tym aspekcie, ale na pewno było to przełomowe wydarzenie, które miało zapewnić każdemu pełnię praw obywatelskich.

 


Możemy przyjąć zatem, że według prawa mamy PRAWO do wybierania swoich kandydatów i do tego, aby wpływać na małe Ojczyzny, czy na sytuację w całym kraju. Nie ma jednak mowy o żadnym OBOWIĄZKU, jak to ma miejsce w niektórych przypadkach. Jest co najmniej kilka państw, które stosują przymus wyborczy. Jest to prawo przewidujące sankcje za brak udziału w głosowaniu w wyborach powszechnych bądź referendum. Ustanowienie takiego prawa zostało podyktowane przekonaniem, że każdy obywatel ma obowiązek choćby minimalnej troski o swój kraj, wyrażającej się przez udział w wyborach i referendach. Obecnie przymus wyborczy istnieje w Singapurze, Australii, Belgii i Wenezueli. We Włoszech przymus wyborczy istnieje, lecz nie ma możliwości egzekwowania go ze względu na brak przepisów wykonawczych. Najczęstszą sankcją za niepodporządkowanie się temu prawu, z wyjątkiem Wenezueli, gdzie grozi za to areszt, jest grzywna.

 


Wróćmy jednak na nasze podwórko. Bardzo często słyszę argument, że jeśli nie postawię krzyżyka przy żadnym z kandydatów lub nie wezmę udziału w wyborach, to znaczy, że nie zależy mi na losie Polski i oddaje ją w złe ręce. Taki pogląd znam w zasadzie już od wczesnych czasów szkolnych.

 

Pierwsze lekcje wiedzy o społeczeństwie sugerowały, że nieważne jest, ile będę wiedzieć na temat polityki i jak bardzo będę się angażować w sprawy społeczne, liczy się to, że mam spełnić „moralny” (bo nie prawny) obowiązek uczestnictwa w wyborach.

 

Do tej pory takie głosy są istotą owych lekcji w polskich szkołach.
Niestety nic za tym więcej nie idzie. Nikt nie zastanawia się, skąd młodzi ludzie mają czerpać wiedzę na temat programów politycznych, szukać informacji, jaka jest przeszłość konkretnego kandydata, jakie są jego wizję na zmiany w różnych obszarach państwa itd. Lekcje WOS-u nie przybliżają nam takich zagadnień w zasadzie w ogóle.

 

Nie można zatem dziwić się, że w systemie demokratycznym wygrywają stale te same osoby albo, że możemy usłyszeć dość pokrętną argumentację na temat wyborów – ktoś dobrze wygląda w garniturze itd. Edukacja wpaja młodym osobom, że mają obowiązki polityczne, ale zupełnie nie uczy ich, czym jest polityka sama w sobie i że wcale nie oznacza tylko i wyłącznie kilku głosowań.

 

Widzimy zatem rzesze ludzi, którzy do ostatniej chwili nie wiedzą, na kogo oddać swój głos. Osoby, które próbują taktycznie obliczać szanse różnych kandydatów i na tej podstawie wybierają swojego przedstawiciela. Wreszcie tych, którzy obserwują, jakie nastroje są w społeczeństwie albo na kogo głosuje ulubiony celebryta czy dziennikarz.

 

Naprawdę uważamy, że w ten sposób spełniają oni jakichś mityczny obowiązek wobec Polski? Czy osoby kompletnie nieinteresujące się tym, co dzieje się na co dzień i niemające żadnej wiedzy w owych tematach, nagle stają się przykładnymi obywatelami?

 

Trochę mi to przypomina „wielkich” patriotów, którzy poza wywieszeniem flagi na 11 listopada nie wiele wiedzą o swoim kraju.

 


Z drugiej strony widziałam wiele oświadczeń przed tegorocznymi wyborami, które zamieszczały mniejsze organizacje nacjonalistyczne. Podobnie zresztą zrobiliśmy jako Obóz Narodowo-Radykalny. Wiem, że i część czytelników Szturmu została w domach. Czy to świadczy o tym, że osoby te nie spełniają swoich narodowych obowiązków? Mimo że pracują na rzecz Polski cały rok?

 

Moim zdaniem powinniśmy przestać robić z oddania głosu jakiegoś nadzwyczajnego wydarzenia czy wysiłku, do którego zmusiło się 64% Polaków. Jak wielu z nich jest w stanie przedstawić swój światopogląd? Ocenić program polityczny kandydatów? Czy poza spacerem do lokalu wyborczego faktycznie realizują obowiązki narodowe? Zostawmy te pytania retorycznymi.

 

Z drugiej strony wiem, że wielu z Was nie poszło do urn wyborczych, właśnie dlatego, że interesujcie się polityką. I wiecie, że głosowanie za mniejszym złem, nie jest żadnym wyjściem. Jestem w stanie zrozumieć tych, którzy naprawdę utożsamiają się z danym reprezentantem czy partią polityczną i po prostu wsparli swojego kandydata z czystym sumieniem (we własnym mniemaniu).

 

Jednak wielu z nas takiej przejrzystej sytuacji nie miało i pewnie przez wiele lat nic się w tym aspekcie nie zmieni. Nikt jednak nie może nam zarzucić, że nie spełniamy narodowych obowiązków.

 

W moim przekonaniu ochrona Polski przed utopią demokracji i wybieraniem mniejszego zła to także droga, którą warto wziąć pod uwagę. Szczególnie że kandydaci często wybierają interesy sprzeczne z interesem narodowym. Bywają zależni od wpływów zewnętrznych lub po prostu tkwią w układach wewnętrznych. Ciężko zatem z czystym sumieniem oddać głos na któregokolwiek z nich.

 

Stanowisko nacjonalistów jest zrozumiałe i przedstawiliśmy je w poniższym fragmencie:

 


„Jako Obóz Narodowo-Radykalny kierując się w swoich działaniach wyłącznie Ideą i dobrem Polski, wobec braku kandydata reprezentującego nacjonalistyczny i antysystemowy punkt widzenia nie udzielaliśmy poparcia żadnemu ze startujących kandydatów. Uważamy, że jest to kolejny tragikomiczny spektakl demoliberalnego teatrzyku. Wszyscy startujący kandydaci są politykami głęboko osadzonymi w demoliberalnym systemie, pomimo tego, że ciągle atakują się nawzajem i tworzą pozory jakoby mieli mieć różne od siebie idee i programy. Wyrażamy nasz sprzeciw wobec podsycania sztucznej wojny polsko-polskiej, manipulowania Polakami i antagonizowania polskiego społeczeństwa w imię interesów koterii politycznych. Naszych sympatyków namawiamy do zbojkotowania wyborów i przestrzegamy przed demoliberalnymi politykami próbującymi przybierać narodową retorykę, celem przyciągnięcia patriotycznego elektoratu.”

 


Może właśnie obowiązkiem naszego środowiska jest uświadamianie, jak błędne koło toczy Polskę od wielu lat?

 

 

 

Adrianna Gąsiorek