wtorek, 30 czerwiec 2020 19:32

Grzegorz Ćwik - Powszedni nacjonalizm

                Nacjonalizm przegrywa. Dzień po dniu coraz bardziej przestrzeń publiczna zawłaszczona jest przez idee liberalne oraz nowo-lewicowe. Choć cały czas funkcjonuje szereg inicjatyw narodowych, właściwie co chwila powstają też nowe, to patrząc z pespektywy ostatnich 10-15 lat nie tylko nie wykorzystaliśmy szans, jakie się nadarzyły, ale także sami popełniliśmy sporo błędów, i to także tych o znaczeniu strategicznym. Oczywiście mam świadomość, że część przyczyn tego stanu rzeczy leży nie po naszej stronie, a po stronie czynników mniej lub bardziej niezależnych. Nacjonalizm wszakże jest w odwrocie nie tylko w Polsce, ale w gruncie rzeczy wszędzie. Wydaje Wam się, że jest inaczej? Obejrzyjcie dowolne wydanie dowolnego programu informacyjnego lub odpalcie dowolny portal w sieci – Black Lives Matter, tęczowy protest przed Pałacem Prezydenckim, ciche wprowadzanie ideologii lgbt do przestrzeni publicznej, coraz dalej idąca cenzura i wykluczenie „nieprawomyślnych” (ostatni przykład – usunięcie książki Rafała Ziemkiewicza z popularnego portalu aukcyjnego po interwencji jaczejki „Nigdy Więcej”). Być może to wrażenie czysto optyczne, ale nacjonalizmu jest w przestrzeni publicznej coraz mniej. Może już pora złapać chwilę oddechu, usiąść i zastanowić się – co robimy źle?

 

                Mam przy tym pełną świadomość, że tekst poniższy wywoła spore kontrowersje, wielu osobom się nie spodoba a opisane błędy czy złe praktyki były popełniane także przez piszącego niniejsze słowa. Jednak jak rapował 22 lata temu Sokół: „Każdy robi błędy sam wiem ale kto powtarza je. Z tym już źle”. I tego się trzymajmy.

 

 

 

O co w tym wszystkim chodzi?

 

 

                Jeden z najbardziej podstawowych problemów nacjonalizmu leży w ustaleniu, co jest celem działalności nacjonalistycznej. Czy jest tym wewnętrzne zadowolenie? Poklepanie po plecach przez kilku kolegów z ekipy lub organizacji? A może nabicie lajków przy okazji posta z relacją? Nie, to jasne, że nie to jest celem nacjonalizmu. Celem nacjonalizmu w mojej skromnej opinii jest przekonywanie do elementarnych kwestii zwykłych ludzi, tzw. „normików”. Celem nacjonalizmu jest wywieranie jak największego wpływu na sferę metapolityczną i przeciąganie punktu ciężkości dyskusji publicznej jak najbardziej na naszą stronę. Celem naszym jest obecność wszędzie i oddziaływanie w każdej możliwej formie.

 

                Czy to robimy obecnie? Niestety nie. Nacjonalizm coraz bardziej rozdziela się na ten „konfederacyjny”, czyli oparty na wspieraniu określonej reprezentacji politycznej, lub ten uliczno-radykalny, czyli oparty głównie o subkulturowe trwanie w nieskuteczności i na marginesie. Graffiti z masą skrótów pokroju GNLS i ŚLK? Symbole zrozumiałe jedynie dla nas i antify? Coraz skromniejsze marsze, coraz bardziej kadrowe demonstracje? Niestety, to nasz obraz ad. 2020. O ile działalność wszelkich odłamów nacjonalistycznych od końca XIX wieku do 1939 roku była nakierowana właśnie na powyższe cele, na docieranie do zwykłych ludzi, o tyle obecnie nacjonalizm staje się coraz bardziej hermetycznym i wyizolowanym od społeczeństwa sposobem na spędzanie wolnego czasu.

 

                Śmiejecie się z lewicy, liberałów, antyfaszystów? No cóż, oni wytworzyli przez ostatnie dekady niesamowicie silne struktury, które obecnie działając wielopłaszczyznowo i na różnych poziomach kształtują w ogromnym stopniu rzeczywistość. To nacjonalistów prześladuje się na uczelniach, to nacjonalistyczne spotkania odwołuje się po donosach naszych wrogów, to antyfaszyści są ekspertami i komentatorami. My zaś trwamy w coraz bardziej prowincjonalnej twierdzy, której nazwa to „przegryw”.

 

                Nacjonalizm jaki jest realizowany przed odłam radykalny jest nakierowany właściwie wyłącznie na docieranie do innych nacjonalistów. Ktoś powie „przekonywanie przekonanych” – i tym właśnie to jest. Tylko kumaci obserwatorzy fanpejdży zrozumieją co jest na kolejnym wywieszonym gdzieś tam banerze albo na wlepce przyklejonej na przystanku. Otaczamy się i nurzamy bezustannie w radykalizmie, fanatyzmie, uznając to za clou swojej działalności. Tymczasem jak powiedziałem naszym zadaniem jest dotrzeć do zwykłych ludzi, do polskich rodzin, pracowników, do ludzi, którzy nie czytają Evoli i Stachniuka, nie wiedzą czym się różni ONR od Autonomicznych Nacjonalistów, ani czemu część środowiska zżyma się na Bąkiewicza. A dyskusje historyczne, zwłaszcza dotyczące nieznanych szerzej postaci i faktów to już zupełna magia, który interesuje tylko nas samych. Z punktu widzenia przeciętnego człowieka to co robimy jest po prostu niekompatybilne z jego światem, potrzebami i estetyką.

 

                Weźmy choćby nasz ukochany fashwave (skądinąd celowo na szturmowych stronach od dość dawna używamy sporadycznie, obecnie właściwie w ogóle). Jak na Polaków przystało zachłysnęliśmy się tą formą przekazu amerykańskiego alt-rightu po całości. Każdy używał lub używa fashwave’ów. Najlepiej, żeby na każdym był kumaty przekaz, równie kumaty symbol i bohater, który zginął młodo i odważnie. I voila! Znów mamy twór, który rozumiemy my i antifa – choć ci ostatni też nie zawsze. Pokażcie to przeciętnemu człowiekowi, a zwyczajnie nie zrozumie o co chodzi. W ogóle pokażcie mu przeciętną grafikę nacjonalistyczną, a owo niezrozumienie będzie najczęstszą reakcją. Nie twierdzę, że nie ma dobrych grafik nacjonalistycznych, które zarówno wizualnie jak i merytorycznie przyciągnąć mogą uwagę zwykłego człowieka. Jednak szybkie przejrzenie narodowych profili na Instagramie pozbawia złudzeń – to cały czas są nacjonalistyczne grafiki dla nacjonalistów. I nikogo więcej.

 

                Tak można właściwie pojechać z każdym, lub prawie każdym, elementem naszej działalności i aktywizmu. Przyczyn i okoliczności tu jest naprawdę sporo, ale myślę, że najważniejsza jest taka, że jako nacjonaliści nie chcemy zrozumieć, że nie ma już lat 30-stych XX wieku a 20-ste XXI wieku. Zmieniły się paradygmaty i wartości, zmieniła się przestrzeń publiczna, kultura, to co uważane jest za dopuszczalne i to co nie. Czy tego chcemy, czy nie, to żyjemy w społeczeństwie doby konsumpcjonizmu, czytania nagłówków w artykułach i zwykłego wygodnictwa. Nie twierdzę, że mamy przyjąć lub uznać jakikolwiek nowotwór sączony w nasze serca, bo oczywiście nie wolno nam tego robić. Nie sugeruję, że mamy stać się konformistami i wyrzec się idealizmu. Tego nawet nie umiem sobie wyobrazić. Twierdzę jednak, że najwyższa chyba już pora zrozumieć i przyjąć realia takimi, jakie są. Czy to bowiem zrobimy czy nie, to one będą trwać dalej, jednak każdy kolejny dzień bujania w obłokach i bicia się z faktami oddala nas od jakichkolwiek realnych skutków naszych działań.

 

 

 

Realia

 

 

                Nie żyjemy w latach 30-stych zeszłego wieku – to już wiemy. Ale co to właściwie oznacza? Jakie prawdy i stwierdzenia za tym idą, których tak często się boimy? Jak sądzę najważniejszą różnicą jest zupełnie inna „mapa ideologiczna” oraz obowiązujące wartości i aksjomaty. Radykalny nacjonalizm przed wojną był jednym z kilku głównych nurtów ideowych w Europie i generalnie rzecz biorąc uważano go tak samo dopuszczany jak socjaldemokrację, chadecję, poglądy ludowo-chłopskie, konserwatywne etc. W całej Europie partie narodowe miały silne poparcie, często zresztą dochodząc do władzy, nie tylko drogą takich czy innych zamachów stanu, ale także po prostu wygrywając wybory. Nawet jeśli tak się nie działo, to w szeregu państw europejskich lata 30-ste zeszłego wieku to ogromny wzrost popularności fali nowego nacjonalizmu: radykalnego, rewolucyjnego, totalnego. Systemy polityczne niejednokrotnie potrafiły jednocześnie oficjalnie podchodzić krytycznie i niechętnie do tego zjawiska, a w praktyce przejmować stopniowo retorykę i postulaty takich nacjonalizmów – najlepszym przykładem jest późna sanacja.

 

                Dziś czasy te możemy wspominać co najwyżej z rozrzewnieniem. Jednak po koszmarze 2 wojny światowej i wynikającej z niej ofensywy liberalizmu, lewicy i toksycznych produktów szkoły frankfurckiej sytuacja jest już diametralnie inna. Dziś tolerowana i normalna przed wojną obecność narodowo-radykalnej ideologii, symboliki, retoryki czy estetyki jest czymś nieosiągalnym. Po prostu granica została na tyle mocno przesunięta w stronę idei naszych wrogów, że próba używania takich form i metod automatycznie skazuje na polityczny i publiczny margines. Dziś ludzie nie oczekują tego i odrzuca ich wszelkie epatowanie czymś, co niejasno kojarzy im się z „faszyzmem” czy „nazizmem”. Nie chodzi tu o to, czy mają rację, czy nie. Chodzi o to, że to po prostu nieskuteczne. Nie przekonamy nikogo do naszych idei i poglądów, jeśli w dalszym ciągu będziemy krzyżem celtyckim czy czarnym słońcem bić obywateli po głowie i wciskać im treści, które są zwyczajnie nie zrozumiałe.  Ci ludzie nie wiedzą kim byli nasi bohaterowie, za co zginęli i dlaczego. Odrzuca ich subkulturyzacja i zachowania oraz formy działania, które po prostu nie łączą się dla przeciętnego człowieka z próbą znalezienia rozwiązań dla określonych problemów i wzywań, przed którym stoi nasze państwo. Polski nacjonalizm od lat 90-tych robi naprawdę dużo, żeby i formą i treścią odstawać od możliwości wpływania na ludzi i politykę.

 

                W podobnych okolicznościach działała lewica kulturowa po ostatniej wojnie światowej w Europie, czy u nas w Polsce po roku 1989. Pomimo okresowego poparcia w niektórych krajach dla komunizmu (Włochy, Francja) to jednak po 1945 roku Europą rządzą zazwyczaj chadecy lub propaństwowi konserwatyści, z czasem dołączyła do nich dość zachowawcza socjaldemokracja (Szwecja, Niemcy). W tych warunkach i po koszmarze 2 wojny światowej zrozumiałe jest, że idee komunistyczne szybko straciły na popularności, a ta retoryka, symbolika i forma działania stała się pewnym marginesem. Lewica jednak umie wyciągać wnioski, a do tego przeczytała i zrozumiała Gramsciego. Zrozumiano, że można odpuścić sobie pewne zewnętrzne formy i szyldy, bo liczy się sfera kulturowa i metapolityczna. Kto dzierży te sfery, bez względu na to jak się sam nazywa, ten wpływa bezpośrednio na każdą inną sferę życia. Już rok 1968 wykazał, że ludzie ci mieli rację w swej strategii. Co więcej, okazało się, że zainfekowani nowolewicowymi ideami młodzi ludzie niejako automatycznie sami „odkrywają” komunizm, leninizm czy trockizm. Właśnie tak przebiegła wówczas ta „edukacja” mas, nie od radykalizmu, symboliki i estetyki – to było na końcu. Najpierw podważono obowiązujące normy i wartości, zaczęto krytykować kolejne aspekty powojennego ładu, przy czym robiono to w sposób teoretycznie pozbawiony ideologicznych inklinacji. W praktyce jednak po 1789 roku wszystko jest ideologią, tu nie mogło być inaczej. Sam rok 1968 jeszcze nie był zwycięstwem nowej lewicy, ostatecznie generał De Gaulle był w stanie zmobilizować swoich zwolenników, a tych była przeważająca większość i protesty studenckie skończyły się. Erozja jednak kultury europejskiej była już wówczas znaczna, a wrogom naszym udało się wyważyć zbyt dużo drzwi, by łatwo można było zwalczyć wchłanianie idei nowolewicowych i liberalnych przez tkankę europejskich społeczeństw.

 

                Identycznie przebiegło to w Polsce po roku 1989. Rządzi głównie centroprawica, nawet rządy SLD pod względem moralnym były dość konserwatywne. Nasi wrogowie po długim czasie walk ulicznych i zabaw w bojówki i skłoty rozumieli, że droga do zwycięstwa to właśnie praca metapolityczna i kulturowa. Przecież przeciętny obywatel ma takie same skojarzenia i estetyczne odczucia widząc zarówno kumatego nacjonalistę, jak i kumatego skłotersa-anarchistę. Dlatego ludzie ci poszli drogą legalnych form działania – fundacji, stowarzyszeń, klubów, spółdzielni, firm. Okazało się, że po kilkunastu latach to ci ludzie są ekspertami i autorytetami w szeregu dziedzin, to oni coraz częściej wchodzą w ciała i instytucje samorządowe, to oni doradzają służbom specjalnym i policji. Gdzie zaś jesteśmy my? My cały czas jesteśmy na ulicy. Większość nacjonalistów uważa, że bazgranie po murach, ganianie się z resztką antify lub przypadkowo spotkanymi działaczami partii „Razem” oraz udział w coraz bardziej kadrowych demonstracjach to szczyt działalności. Do tego obowiązkowe plakaty, najlepiej z 3 akapitami tekstu i 2 linijkami radykalnych symboli. Na pewno ktoś poza klejącym to przeczyta i rozpozna te symbole. Nie zapominajmy o wlepkach. Obowiązkowo „100% antifa” – bo przecież antifa to najbardziej palący problem tego kraju, ewentualnie brzydki fashwave, którym podniecają się tylko nacjonaliści. Oczywiście na deser parę skrótów, które dopiero wpisane w google stają się zrozumiałe dla przeciętnego człowieka. Gdzie zaś są nasi eksperci? Ilu nacjonalistów potrafi coś powiedzieć więcej o ekonomii, kryzysie klimatycznym, rozwoju nowych technologii, kwestiach energetycznych? Oddaliśmy praktycznie wszystkie te pola nawet nie naszym wrogom, co po prostu wszystkim innym. Nie tylko lewica i liberałowie nas wyprzedzają, ale także konserwatywni liberałowie, konserwatyści, republikanie, etc. Ile mamy faktycznych i prężnie działających klubów dyskusyjnych, think tanków, wydawnictw wydających wartościową literaturę? Iloma tłumaczeniami zagranicznych pozycji możemy się pochwalić? Ile w ostatniej dekadzie udało nam się wygrać dyskusji publicznych? Właściwie tylko jedną – w kwestii migracyjnej, która trwała w okolicach roku 2013-2015, przed dojściem PiSu do władzy.

 

                Często krytykujemy naszych adwersarzy za bycie „komunistami”, „lewakami” czy „bolszewikami”. Problem w tym, że tylko dla nas ci ludzie jawią się w ten sposób. Gdy do telewizji zapraszani są jako eksperci działacze Ośrodka Monitorowania, to przeciętny widz nie widzi żadnego komunisty czy oszusta, ale zwykłego działacza społecznego. Czemu my nie mamy swojego Ośrodka Monitorowania Zachowań… no właśnie, jakich? Marksistowskich? Jest taki projekt na facebooku, nikt o nim nie słyszał. Nie rozumiemy, że uznane przez nas wartości i poglądy są uznane tylko przez nas. Moglibyśmy atakować naszych wrogów tak samo jak oni nas atakują – tylko ich należałoby za ekstremizm, oszustwa, hipokryzję. Zamiast tego wolimy dopatrywać się w nich agentów NKWD. Ludzie ci doskonale zrozumieli, że tylko dostosowując się do pewnych norm i zewnętrznych wymogów, przy zachowaniu twardego jądra swych poglądów, będą w stanie wydrenować ten system na swoją modłę. My zaś cały czas tkwimy w dziecinnym radykalizmie, nie rozumiejąc, że to droga donikąd. Polska jest coraz bardziej tolerancyjna, liberalna, indywidualistyczna, prounijna. Widzimy u nas te same objawy, które w dużo większej skali wywołują jeszcze śmiech lub niedowierzanie u prawicowców w Polsce. Coraz jednak cichsze są żarty o zamachach i multi-kulti na Zachodzie, właściwie nie słyszmy już nic o tym jak to „Bastion Polska” oprze się zgniliźnie i upadkowi. Po prostu do nas to wszystko dotarło kilka dekad później, jednak z pilnością charakteryzującą każdego neofitę szybko odrabiamy „zaległości”. Gdzie zaś jest nacjonalizm, który jeszcze kilka lat temu na protestach antyimigracyjnych czy Marszach Żołnierzy Wyklętych gromadził po kilkanaście tysięcy ludzi? Nacjonalizm ten okazał się jednak niestrawny, nieskuteczny i nieatrakcyjny. Oczywiście wiele osób uznało, że skoro PiS wygrał, a to taki „soft nacjonalizm” to już nie trzeba nic robić. Nie umniejsza to jednak w żadnym wypadku naszych błędów i porażek.

 

                No dobra, ktoś w tym miejscu powie „Ok, ale nacjonalizm nie ma się podobać, nie ma być atrakcyjny, tylko musi być prawdziwy, niezakłamany, radykalny bla bla bla”. Na co ja odpowiadam: tak, taki ma być nacjonalizm, jeśli ma pozostać skansenem dla coraz bardziej wąskiej i archaicznej grupy działaczy. Nacjonalizm nie tylko może, ale wręcz musi być atrakcyjny i akceptowalny w swej formie. Nawet jeśli – to już dla niektórych zabrzmi jak herezja – ten nacjonalizm miałby przestać się nazywać oficjalnie nacjonalizmem. Nawet jeśli miałby wyzbyć się szeregu symboli, zachowań, twierdzeń i słów. To właśnie zrobiła lewica. Wyciąga się dziś przykładowo Zandbergowi, że ongiś biegał na manifestacje w koszulce z Marksem. Ale ludzie, wiecie kiedy to było? Ponad 15 lat temu. Przez ten czas Zandberg i cała jego grupa polityczna zrozumieli, że jeśli założyć koszulę i marynarkę, uśmiechnąć się, przystroić w łatki „socjaldemokracji” to nagle jest się w stanie w konkretny sposób oddziaływać na rzeczywistość publiczną. Czy ktoś mu zarzuca, że już nie ma tego Marksa na koszulce, a na manifestacjach partii „Razem” nie ma już czerwonych flag z komunistyczną symboliką? Chyba nikt. Czy zmieniły się zaś poglądy tych ludzi? Nie, po prostu stały się akceptowalne, zrywając z nieskutecznością i subkulturowością. Sam pamiętam czasy, kiedy na mojej uczelni Zandberg pisał doktorat a na nieistniejącym już portalu grono.net wrzucał plakaty niemieckiej partii komunistycznej z lat 20-stych i 30-stych. Tylko, że to pieśń przeszłości, ci ludzie dorośli i zrozumieli reguły gry. Pora żebyśmy i my je zrozumieli.

 

                Wbrew niektórym twierdzeniom nie jesteśmy w tej samej sytuacji co obecna lewica i liberałowie. Nasza sytuacja jest znacznie trudniejsza. Przede wszystkim granice dopuszczalności są dużo bardziej restrykcyjne dla wszelkich idei prawicowych i tradycjonalistycznych niż dla lewicowych. Ponadto w przeciwieństwie do naszych wrogów nie dysponujemy tym wszystkim, czym dysponują oni – mediami, opiniotwórczymi ośrodkami, think tankami, grupami eksperckimi, etc. Dlatego też twierdzenie, że wolno nam to, co im w obecnej chwili jest dla mnie z gruntu nieprawdziwe. Wymogiem dla nas jest naj najszybsze rozpoczęcie tworzenia takich samych projektów jak oni – po prostu to jest skuteczne. Ideologia pozostaje ideologią, nawet jeśli podana jest w przystępnej, atrakcyjnej estetycznie formie. To powinno być dla nas najważniejsze, a nie kurczowe trzymanie się symboli, marek t-shirtów rozpoznawalnych tylko dla nas czy śledzeniem co kto napisał na stronce na facebooku mającej 1 czy 2 tysiące polubień. Przestańmy wreszcie robić wszystko, by odstraszyć i odstręczyć od nas ostatnią resztkę sensownych działaczy. Przestańmy na dzień dobry odstraszać młodych działaczy i dziwić się wielkością rotacji w naszym środowisku. Znajdźmy wreszcie sposób na zagospodarowanie nacjonalistów powyżej 25 roku życia, którzy z braku innych zajęć niż graffiti i plakaty często zwyczajnie przestają się udzielać. I ciężko im się dziwić, ludzie mający już wykształcenie, doświadczenie życiowe, zawodowe itp. zazwyczaj jednak chcą czegoś bardziej rozbudowanego i głębszego niż typowa uliczna działalność. Skupiamy się na subkulturowych i typowo partyzanckich akcjach, a to ex definitione musi prowadzić do stanu, w którym nasze szeregi ilościowo i jakościowo są po prostu słabe.

 

                Nie tylko zresztą jesteśmy na przeciwległym biegunie od skuteczności i celowości działania. Pozwalamy jeszcze na funkcjonowanie w środowisku lub na jego obrzeżach osób nazywanych „przypałowcami”. A prawda jest taka, że głupia awantura w tramwaju, prowokacyjne graffiti czy atak w stanie nietrzeźwości na lewicowych społeczników w centrum miasta zainteresują media i portale tysiąc razy bardziej niż nasze teksty, artykuły, konferencje i akcje charytatywne. Poniekąd sami sobie jesteśmy winni – zarówno ze względu na wspomniane preferowanie określonych form działania, co nęci też określony rodzaj ludzi, jak i po prostu zwykłe tolerowanie takich rzeczy. Tymczasem wpływ na postrzeganie nie tylko nacjonalistów, ale i samego nacjonalizmu jest tu ogromny i ciężki do przecenienia. Nieskuteczność i subkulturowość najwyraźniej w sposób automatyczny łączy się z takimi „wyskokami”.

 

 

 

Powszedni nacjonalizm

               

 

                Na pojawiające się często pytanie „jaki powinien być nacjonalizm” odpowiedzieć trzeba przede wszystkim: powszedni. Taki, żeby stanowił nie tylko stawną i przyswajalną treść i formę dla zwykłych obywateli, ale także by przedstawiał dla takich ludzi odpowiedź na ich problemy oraz  wyzwania naszego państwa i całego kontynentu. Tak długo jak skupiamy się na walce z antifą, wewnątrzśrodowiskowych dyskusjach i kurczowym trzymaniu się subkulturowych treści, tak długo będziemy traktowani po prostu jak idioci. Już nawet nie jak faszyści, naziści, etc. ale po prostu idioci. Nawet człowiek jak Korwin wykształcił rozpoznawalna ideologię, która nęci coraz chyba więcej osób, a nawet jeśli ktoś jej nie popiera, to i tak potrafi bez problemu wymienić postulaty Korwina. A jakie są postulaty nacjonalizmu? I jak one mają zostać wypracowane? Jak mamy je przedstawić , propagować i implementować? Klejąc wlepki, wieszając banery i rozkładając ulotki? To najniższy poziom działalności, jakkolwiek mający swoją wartość, to jednak przy ograniczeniu się tylko do takich akcji skazani jesteśmy na wieczną porażkę. Podobnie z akcjami ulicznymi, malowaniem itp. – jeśli byłaby to część wielopoziomowej i wielopłaszczyznowej działalności to wszystko w porządku. Jednak robiąc tylko to w gruncie rzeczy mijamy się z jakkolwiek sensownością.

 

                Mam doskonale świadomość, że tekst niniejszy wywoła u wielu osób emocje i to raczej te negatywne oraz krytyczne. Pora jednak odpowiedzieć przed samym sobą czy to, co robimy to faktycznie nacjonalizm, rozumiany jako służba i ofiara dla Narodu, czy zupełnie zmarginalizowana i subkulturowa forma spędzania wolnego czasu i poczucia się wyjątkowym.

 

                Nacjonalizm z definicji oznacza walkę – a tą prowadzić trzeba zarówno skutecznie, jak i w sposób elementarnie realistyczny. I niech ta myśl przyświeca nam i wszystkim nacjonalistom w koniecznym i nieuniknionym dziele przebudowy polskiego nacjonalizmu.

 

 

 

Grzegorz Ćwik

 

 

 

„Rozpoznam, zaatakuję, potem się rozproszę,

 

nawet jeśli zniknę zwyciężę potem.

 

Mam cierpliwość drzewa,

 

walczę jak trzcina, oliwa sprawiedliwa,

 

dziób pingwina.”