sobota, 30 maj 2020 22:50

Grzegorz Ćwik - Czym nie jest nacjonalizm?

Nacjonalizm to idea nie tylko bardzo pojemna, ale także dynamicznie zmieniająca się. Samo uznanie Narodu za najważniejszą wartość i punkt odniesienia jeszcze nie mówi jakie poszczególni nacjonaliści mają poglądy na ekonomię, społeczeństwo, klimat czy stosunki międzynarodowe. I historycznie i nawet współcześnie obserwować możemy szeroki wachlarz nacjonalizmów i idei narodowych o niezwykle różnorodnym spektrum inspiracji i proponowanych rozwiązań. Nie mam też wątpliwości, że w ideologicznym bałaganie jaki nas otacza, do idei narodowych przemycono ukradkiem kilka wątków, które ex definitione z nacjonalizmem nie mają wiele wspólnego. Warto wyizolować takie aspekty i je jasno wypunktować – skorzystamy na tym my sami, jak i idea nacjonalistyczna per se. Postępujące bowiem zaczadzenie nacjonalizmu obcymi elementami spowodować może hipotetyczną sytuację, gdy nacjonalizm jako taki nie będzie już miał wiele wspólnego z faktyczną służbą i ofiarą dla Narodu, a bardziej będzie przypominał miszmasz przypadkowych, wysoce populistycznych czynników. A przede wszystkim czynników szkodliwych.

 

Od wielu lat rozwijamy ideę nacjonalizmu na łamach „Szturmu” i tłumaczymy czym nacjonalizm jest. Pora zastanowić się więc czym nacjonalizm nie jest.

 

 

 

Szowinizm

 

 

W publicznym dyskursie utarło się, że bycie nacjonalistą oznacza niejako automatycznie poczucie wyższości wobec innych Narodów. Niejednokrotnie możemy usłyszeć lub przeczytać  analizę tego czy innego natchnionego lewicowego lub liberalnego publicysty, który histerycznie dopytuje się „Nacjonaliści, czemu nienawidzicie innych nacji???” (tu koniecznie westchnienie oburzenia i łezka lewackiego wzruszenia w oku).

 

Niestety niektórzy nacjonaliści, zwłaszcza ci młodsi, serio uwierzyli, że nacjonalizm oznaczać musi nie tylko z automatu wrogi stosunek do innych Narodów, ale także traktowanie swojego jako tworu doskonałego i najlepszego na świecie. Stad wszelkie wyśmiewanie się z Zachodu i jego zamachów (spokojnie, u nas też tego się szybko doczekamy), mitologizowanie polskiej tradycji i historii aż do granic zdrowego rozsądku czy wszelkie twierdzenia o tym, w co Polacy byli najlepsi i ile razy ratowali Europę. Oczywiście wedle tej retoryki wszyscy nasi sąsiedzi to nacje pośledniego gatunku, z różnych względów stojące niżej niż Polacy. Niemcy to oczywiście hitlerowcy i naziści ( na pytanie „czy byłbyś w stanie bronić swego kraju” Niemcy miały jeden z najniższych wyników w całej Europie), Rosjanie to komuniści, stalinowcy i „kacapy”, Litwini to źli okupanci Wilna, Ukraińcy to „banderowcy” a poza tym jak wiadomo nie są Narodem. Czesi to oczywiście „pepiki” i tchórze, którzy bali się w 1938 i 1939 bronić swej ojczyzny przed Niemcami. Słowacy to oczywiście wspólnicy Hitlera i agresorzy z września 1939 roku. Można tak doprawdy długo wymieniać i każdy Naród traktować tylko poprzez wąską historyczną perspektywę. Pytanie zasadnicze: po co? Czy ciągłe, zazwyczaj histeryczne i do bólu uproszczone, rozpamiętywanie historii to naprawdę wszystko na co stać nacjonalistów? Czy ciągłe brednie o tym, że hitleryzm w Niemczech dalej ma poparcie, albo że Ukraińcy szykują „drugi Wołyń” mają cokolwiek wspólnego z faktycznym nacjonalizmem?

 

Nacjonalizm to przede wszystkim służba i ofiara dla Narodu. A skoro tak, skoro chcemy w jakikolwiek sposób przyczyniać się do rozwoju i wzmacniania naszej wspólnoty narodowej, to musimy być realistami. Zarówno życie dawno minioną przeszłością, jak i stosowanie bezsensownych metod oceny otaczającego świata, nie jest czymś co zbliża nas do faktycznego pozytywnego wpływania na Naród. Ciągłe moralne i intelektualne onanizowanie się zaprzeszłymi winami, mieszane zwykle z niezwykle wybiórczą, lub wręcz fałszywą wizją historii, gdzie zawsze Polacy są dobrzy, a wszyscy inni źli to nie jest nacjonalizm. To zwykłe wariactwo. Być może w dobie memów i wiedzy czerpanej z krótkich artykułów na Wikipedii w ogólnie pojętym społeczeństwie można uznać to za pewien „standard”. Nacjonalizm jednak oznacza również samodoskonalenie się – także intelektualne. Tak więc zero-jedynkowe podejście naprawdę rzadko kiedy sprawdza się w praktyce – pisał już o tym kolega Ratajski w tekście o polskich bohaterach narodowych.

 

Warunkowany takim podejściem szowinizm, zwłaszcza w stosunku do sąsiadów czy ogólnie narodów europejskich to także nie nacjonalizm. Nacjonalizm to bowiem walka o Naród, a dziś walka ta nie toczy się z Adolfem Hitlerem, Józefem Stalinem, Stepanem Banderą etc. Nie toczy się także z banderowcami, hitlerowcami, krzyżakami ani kosmitami. Dziś wrogiem naszym jest liberalizm, kapitalizm i szaleńcze idee nowej lewicy. A wrogowie ci są wrogami nie tylko naszego Narodu – ale każdego. Dlatego też łatwo ustalić, że europejskiej nacje wspólnie mogą toczyć walkę przeciwko temu nowotworowi, zaś tocząc walkę miedzy sobą, tylko ułatwiają sprawę tym, którzy nienawidzą wszystkiego, co dla nas jest święte.

 

 

 

Polska, Rosja, USA

 

 

Emocjonalność i skrajnie histeryczne podejście zauważyć można także w innym aspekcie – mianowicie w stosunku do dwóch wielkich imperiów naszych czasów: Rosji i Stanów Zjednoczonych. Nie ma co ukrywać, że relacje z tymi krajami Polski, jak i ich wzajemne stosunki, są istotnymi determinantami naszej pozycji międzynarodowej i sytuacji geopolitycznej. A w tym wypadku polscy nacjonaliści jak to polscy nacjonaliści – albo kochają, albo nienawidzą. I niestety w obu wypadkach zdarzają się wypadki skrajności, które z nacjonalizmem niewiele mają wspólnego. Z jednej strony mamy ubóstwienie USA, amerykańskiej kultury, polityki oraz ich „krucjaty” przeciwko islamowi i terroryzmowi. Wedle tej optyki USA to gwarant naszej niepodległości wobec agresywnych zapędów rosyjskiego imperium. Z drugiej strony mamy równie kuriozalne uwielbienie reżimu putinowskiego, relatywizm historyczny w stosunku do Armii Czerwonej i jej zbrodni na polskim Narodzie, pomijanie wszelkich wrogich naszej racji stanu działań Federacji Rosyjskiej czy wreszcie dopatrywanie się w Putinie zbawcy Europy albo innego „katechona”. W efekcie mamy środowiska promujące „przyjaźń polsko-rosyjską”, co samo w sobie jest generalnie słuszne, jednak propagowane jest z rosyjskiego punktu widzenia, włącznie z epatowaniem nienawiścią do każdego, kto chociażby minimalnie skrytykuje Rosję i jej politykę. W efekcie na pikietach takich środowisk flagi rosyjskie są i większe i w większej ilości niż polskie a przedstawiciele tych grup chętniej wypowiadają się po rosyjsku niż po polsku. Żeby było już naprawdę śmiesznie i żenująco przy okazji, to jeden z czołowych przedstawicieli tej grupy, syn znanego ongiś reżysera, wita się ze swoimi pro-rosyjskimi znajomymi (Polakami) słowami … „Sława Rosji”. Tak, to przywitanie człowieka, który mieni się polskim nacjonalistą – na cześć obcego imperium, cokolwiek nam zresztą wrogiego.

 

Nie chcę tutaj opisywać skomplikowanych meandrów polityki międzynarodowej, ani mojego stosunku do poszczególnych państw – o USA zresztą kiedyś popełniłem osobny, wysoce krytyczny wobec tego państwa, tekst. Sensem mojego wywodu jest stwierdzenie, że bezrefleksyjne, na pół religijne i całkowicie pomijające polską rację stanu podejście do któregokolwiek mocarstwa jest zejściem na zupełne manowce idei narodowej. O ile w polityce zagranicznej można wyobrazić sobie różne sojusze i konfiguracje, o tyle traktowanie tego zagadnienia jak religii i wyznawanie wiary czy to w dobrego prezydenta Putina czy w zbawcę Trumpa znamionuje raczej utratę kontaktu z rzeczywistością. Nacjonalizm to dbałość o bezpieczeństwo własnego Narodu – a z tym hołubienie tego czy innego przywódcy wrogiego nam mocarstwa wiele wspólnego nie ma. Każdy oczywiście może interesować się polityką określonego państwa, a nawet uważać danę formę sojuszu z nim za właściwą. Jednak w momencie kiedy zmienia się to w całkowicie bezsensowne ignorowanie faktów i podnoszenie pojedynczych i epizodycznych wypowiedzi czy działań wspomnianych prezydentów do rangi mesjanizmu, przestaje być nawet zabawnie a zaczyna być smutno. I na pewno nie nacjonalistycznie.

 

 

 

Wolność

 

 

Chyba cała już prawica krzyczy o tym, jak odbiera się nam wolność. Oczywiście, nie chodzi prawicy o łamanie praw pracowniczych, niszczenie klimatu naszej planety, ani nawet o za niskie normy artykułów spożywczych w polskich sklepach (vide ostatni raport NIK) – te ostatnie prawica uważa wręcz za zbyt wysokie. Mimo to prawica na lewo i prawy krzyczy o „wolności” odbieranej przez „socjalistów” i Billa Gatesa. I niestety – część nacjonalistów posługuje się identyczną aksjologią. Oczywiście rację ma wokalista Lao Che, który śpiewał „Wolny Naród musi być”. Zasadniczy problem leży jednak w samym rozumieniu słowa „wolność”. Dla nacjonalisty Naród wolny, to Naród wolny od złych i zgubnych wpływów oraz idei, Naród samorządny, suwerenny i niepodległy oraz wreszcie Naród, którego członkowie wolni od wyzysku mają zagwarantowane wszystkie podstawowe prawa. Tymczasem wszechobecna w prawicowej retoryce „wolność” to nic innego jak do bólu libertyńskie i w gruncie rzeczy anarchistyczne reinkarnowanie „złotej wolności szlacheckiej”. To zaś powoduje, że owa „wolność”, o której bajdurzą także niektórzy nacjonaliści to zwykły egoizm, wyprany z wszelkiego poczucia obowiązku i powinności wobec wspólnoty. Wszystko czego „ja chcę” to mi „się należy” – wówczas jest wolność. Oczywiście, takie pojęcie wolności to skrajny indywidualizm i liberalizm właściwie w czystej postaci – w takim wypadku Naród staje się tylko sloganem do wycierania sobie liberalnej mordy, a faktyczną treścią ideową jaką się propaguje, jest ów liberalizm. Nacjonalizm bowiem na pierwszym miejscu stawia interes Narodu i jego dobro, a nie personalnie rozumianą „wolność”.

 

Być nacjonalistą znaczy rozumować na poziomie narodowym. Z definicji wyklucza to jakikolwiek ekonomiczny determinizm, nie tylko ten marksistowski, ale przede wszystkim kapitalistyczny. Tu już nie chodzi o powtarzanie dyrdymałów, że „gdzie zaczyna się Twoja wolność, kończy się moja”, bo to prosta droga do kombinatorstwa i relatywizacji. Nacjonalista po prostu nie stosuje takich ram pojęciowych, nie patrzy na naród jako na zbiór atomów, pojedynczych jednostek. Naród to twór żywy, realny, ale także organiczny i spójny. Rozpatrywanie czegokolwiek z punktu widzenia indywidualnego interesu i celów to nie jest nacjonalizm. Dlatego też drodzy Czytelnicy i Czytelniczki uważajcie, gdy używacie słowa „wolność”. Liberalna i nacjonalistyczna wolność mają ze sobą tyle wspólnego co krzesło i krzesło elektryczne.

 

 

 

Bardziej papiescy od papieża?

 

 

Prezentowany i propagowany przez nas od dawna paneuropeizm traktujemy jako integralną część idei narodowej. Nie chodzi tu oczywiście, wbrew propagandzie paleoendeckich narodowczyków, o tworzenie jednego państwa europejskiego czy też nie twierdzimy, że istnieje lub ma powstać Naród europejskiej. Paneuropeizm to idea walki i działania europejskich Narodów na podstawie wspólnego dziedzictwa cywilizacyjnego i etnicznego, wynikającej z tego wspólnoty interesów oraz posiadania wspólnych wrogów: kapitalizmu, liberalizmu i idei nowej lewicy. Cały czas jednak zasadza się to na idei nacjonalistycznej – paneuropeizm traktujemy po prostu jako wymóg przetrwania naszego oraz innych nacji europejskich.

 

Niestety spotkać można, na szczęście nie tak często jak wcześniej opisane przywary, podejście, które w swym paneuropeizmie posunięte jest do absurdu, i charakteryzuje się odrzuceniem polskiej racji stanu i polskiego punktu widzenia. Wedle tej aberracji jedni gotowi są traktować Hitlera i III Rzeszę za obrońców Polaków (sic!), inni znowuż wstydzą się choćby głośniejszego zaznaczenia polskiego stanowiska w kwestii historii relacji polsko-ukraińskich, jeszcze inni obwiniają Polskę o wybuch II wojny światowej. Jeszcze inni pomijają zupełnie Narody per se, sugerując powstanie europejskiego super państwa. Zdarzyło mi się już słyszeć, że państwa narodowe jako takie są z definicji…wrogie tradycji narodowej, a w interesie Polski leży bycie niemiecką kolonią. Niepodległość, suwerenność? Zupełnie niepotrzebne.

 

Jakkolwiek opisany powyżej sposób myślenia prezentuje niewiele osób, to jednak głosy takie bywają zauważalne, a przez młodszych nacjonalistów traktowane mogą być jako wiążące lub sensowne. Tymczasem nacjonalizm oznacza ex definitione dążenie do samostanowienia własnego Narodu, oraz zabezpieczenia jego potrzeb – także tych państwowych. Negowanie tego, wypieranie się polskiej racji stanu czy polskiego punktu widzenia na chociażby sprawy historyczne to zwyczajnie postawa kapitulancka i niegodna nacjonalisty. Nie musimy absolutnie we wszystkim zgadzać się z naszymi sąsiadami i innymi europejskimi ludami, byłoby zresztą dziwne i osobliwe, gdyby tak się działo. Swoisty kompleks niższości lub subkulturowe podejście do pewnych zagadnień związanych z kwestiami europejskimi i z koncepcją (wykoślawioną) paneuropejską nie są czymś, co może w jakikolwiek pozytywny sposób wpłynąć na rozwój idei narodowej.

 

 

 

Kumaci nieaktywni

 

 

W rocznicowym numerze „Szturmu”, w odpowiedzi na nasza ankietę redakcja „Polityki Narodowej” stwierdziła między innymi:

 

„Problem być może tkwi w tym, że wielu nacjonalistów, niezależnie od faktu, że powołuje się na inspiracje ideowe zupełnie nieliberalne, de facto jest mentalnymi liberałałami (!). Ktoś, kto ponad interes ruchu nacjonalistycznego ceni swoje indywidualistycznie rozumiane prawo do samorealizacji, kto z codziennego obowiązku rezygnuje na rzecz własnej wygody, ten  jest mentalnym liberałem – nie nacjonalistą. Nacjonalista myśli o innych, a dopiero potem o sobie.”

 

Akapit ten znamionuje zjawisko tzw. „kumaterskości” i wiecznie niekatywnych ale chętnie hejtujących wszystko i wszystkich „aktywistów”. Nie chodzi o to, że krytyka jest  gruntu zła, bo tak nie jest. Ale jeśli skupiamy się tylko na tym, na posiadaniu fajnych koszulek, odpowiedniego obuwia i kumatych przypinek, a poza tym nie robimy nic – to zdecydowanie nie jest nacjonalizm. Podobnie jak krytykowanie tych, którzy coś robią, za to…że coś robią. Ilu już widzieliśmy 20-22 letnich „weteranów” nacjonalizmu, którzy uznali, że wiedzą wszystko, każdy inny jest głupi i nic nie rozumie, ergo nie pozostaje nic poza wylewaniem swoich żali na internetowych forach.

 

Miarą nacjonalizmu jest jego skuteczność, to czy i w jakim stopniu wpływa on na społeczeństwo i ogólny stan rzeczy. Jeśli jednak nic nie robimy, ewentualnie raz na rok pojawimy się na Marszu Niepodległości to ciężko mówić  o jakiejkolwiek działalności.  W takim wypadku możemy oczywiście posiadać nacjonalistyczne przekonania, jednak nie powinniśmy w żaden sposób nazywać się nacjonalistami. Nacjonalizm to bowiem aktywizm, stała działalność i ciągłe szukanie nowych form na docieranie do ludzi. Jeśli po pierwszym niepowodzeniu odpuszczamy, to zwyczajnie opuszczamy szeregi nacjonalistów. I bycie „kumatersem”, krytykowanie wszystkich za rzekomą zdradę, etc. tego stanu rzeczy nie zmieni. Mentalność taka jak najbardziej bliższa jest anarchizmowi niż idei narodowej. Nacjonalistą się jest – a nie bywa.

 

 

 

Nowa „normalność”

 

 

Formacja intelektualna nacjonalistów od lat ulega pogorszeniu, zwłaszcza w sytuacji gdy największa organizacja narodowa de facto stała się młodzieżówką libertyńsko-populistycznej Konfederacji. Tak więc nie dziwi nas, że wśród nacjonalistów coraz więcej jest zwykłych szurów lub ludzi, którzy chętnym okiem patrzą na wszelkich piewców walki z masztami 5G albo szczepionkami.

 

Gdy zaczyna brakować wiedzy, formacji i po prostu właściwych wzorców, a zaczyna się wiązanie środowiska narodowego z partią, która skupia ludzi jak choćby Socha, Sośnierz, Korwin i wiele innych, to nie ma co się dziwić, ze coraz więcej nacjonalistów chce walczyć z obowiązkiem szczepienia, Billa Gatesa wsadzić do więzienia a 5g uważa za metodę depopulacji. To zresztą wszystko dużo szerszy temat, który jedynie chcę zasygnalizować. Temat zresztą nie nowy – już dawno temu Alain de Benoist wskazywał, że prawica utraciła zdolność jakiejkolwiek refleksji i zamiast analizy woli teorie spiskowe i wszelkie wariactwa.

 

Walka z nieistniejącymi problemami, zwalczanie nieistniejący spisków etc. ma to do siebie, że niestety nie starcza już czasu na realizację realnych i merytorycznych postulatów oraz faktycznie sensowną działalność. Walcząc z nieistniejącymi wiatrakami, oglądając kolejne filmy z żółtymi napisami i czytając anonimowe „ekspertyzy” nie tylko nie przybliżamy się do żadnego realnego celu, ale coraz bardziej marginalizujemy i kompromitujemy. Ongiś nacjonaliści stanowili (w okresie przed Wrześniem) autentyczną elitę intelektualną kraju. Warto choć trochę do tego nawiązywać i starać się odbudować taki stan rzeczy. Tak więc nacjonaliści:

 

Szuria? Nie tędy droga.

 

 

 

Nacjonalizm

 

 

Nacjonalizm to wierność poglądom i idei narodowej, oraz nowoczesne, wręcz archeofuturystyczne podejście do kwestii metod i form działania. Tym właśnie powinien być nacjonalizm – nowoczesną, skupioną na skuteczności i konsekwencji formacją, która dąży do Przełomu i odrodzenia tak Polski, jak i całego kontynentu.

 

Wszelkie elementy, które powodują, że nacjonalizm przestaje być nacjonalistyczny odsuwają nas od tego i powodują, że albo stajemy się jeszcze bardziej zmarginalizowani, albo przyjmujemy retorykę naszych wrogów.

 

Stąd też jasnym jest, że ustalenie tego, co drenuje polską ideę nacjonalistyczną i wyrugowanie tego jest dla nas czymś oczywistym.

 

 

 

Grzegorz Ćwik