Wydrukuj tę stronę
środa, 29 kwiecień 2020 22:30

Grzegorz Ćwik - Globalny nacjonalizm: rok później

Pandemia koronawirusa unaoczniła jedną istotną kwestię, którą wiele osób przeczuwało już i analizowało od dłuższego czasu: absolutna porażkę prawicy. Mam tu na myśli zarówno płaszczyznę intelektualną, moralną i etyczną, jak i zwyczajnie ludzką. Wobec rozległego i globalnego problemu, jakim jest koronawirus i jego wpływ na nasze życie, prawica dowiodła ostatecznie jaka jest na scenie ideowo-politycznej: niepotrzebna. Wszelkie bicie się z faktami jest już nie śmieszne a żenujące. Mnożą się w postępie geometrycznym coraz to nowe teorie spiskowe – a to, że wirus nie istnieje, a to, że powiązany jest z technologią 5g, a to że depopulacja i ONZ lub WHO chcą nas zabić, od paru zaś dni (piszę te słowa 24 kwietnia) słychać głosy, że za wszystkim stoi wcielenie zła – Bill Gates. Do tego masa „ekspertów”  opierając się na fakenewsach i zwykłych kłamstwach twierdzi, że nikt nie choruje i nie umiera na koronawirusa, powołując się oczywiście na przykład Białorusi albo Korei Północnej. Sprawa koronawirusa wykazała jak straszliwie odrealniona jest prawica – konserwatywna, liberalna, część narodowej także, choć tu zaznaczyć trzeba, że środowisko nacjonalistyczne bardzo trzeźwo podeszło do tematu, a i spora część nacjonalistów (w tym „Szturm”) nie poczytuje się za prawicę. Wszelkie odmiany prawej strony z dnia na dzień zwiększają liczbę dowodów na jej bankructwo. Tymczasem nie tylko sam koronawirus i jego pandemia wymaga określonych działań, ale sam nacjonalizm musi wreszcie zmierzyć się z globalnymi wyzwaniami, które nie są żadnymi „manipulacjami przekupionych naukowców”, ale czynnikami które w coraz większy stopniu wpływają na nasze życie – podobnie jak i całej planety.

 

 

 

Koronawirus, czyli czas na zmiany

 

 

Gdy największe europejskie kraje notują dziennie po 800-1000 zmarłych, a USA nawet więcej, polska prawica twierdzi, że „nie ma wzrostu śmiertelności”, albo że „nikt nie umiera”. Choroby i błędy, jakie toczyły środowisko prawicowe, dają teraz o sobie znać, wykazując długofalowe skutki dla tejże formacji światopoglądowej. Brak lektury wartościowej i merytorycznej literatury, postawienie teorii spiskowych rodem z filmów z żółtymi napisami nad fakty i rzeczywistość, zwykły koniunkturalizm czy wręcz uczynienie z płodzenia bzdur niezłego biznesu – lista błędów jest długa. Teraz, gdy nie tylko Polska, nawet nie tylko Europa, ale cały prawie świat stanął przed tymi samymi problemami, widać jak na dłoni zwykłą nieprzydatność obozu prawicowego. Spora część naszej gospodarki stanęła, rośnie inflacja, bezrobocie i postępuje pauperyzacja, rwą się globalne łańcuchy dostaw. Do tego państwa drenowane przez wiele lat trucizną neoliberalizmu mają służbę zdrowia i inne państwowe agencje w opłakanym stanie. Tymczasem zewsząd napływają informacje, że globalne korporacje pracowników obciążają kosztami kryzysu, a bez twardej ręki interwencjonizmu szybko dochodzi do gwałtownego zwiększenia się biedy i ubóstwa. Ponadto pozostaje kwestia samej walki z wirusem, losu osób niesamodzielnych (emerytów, niepełnosprawnych etc.). Na wszystkie te tematy prawica albo nie ma odpowiedzi, albo wygłasza wyłącznie frazesy o konieczności pomocy pracodawcom (bo pracownikom już niekoniecznie) w połączeniu z zawieszeniem programu 500+, albo zwyczajnie się kompromituje. Nie rzecz w tym, czy zamknięcie lasów było słuszne czy nie, ale rzecz w tym co unaoczniła pandemia, oraz jakie stwarza…szansy. Tak, dobrze czytacie – pandemia jako taka, choć stanowi bardzo duże wyzwanie dla dotkniętych nią krajów, może tez być szansą – ale o tym za chwilę.

 

Wpierw może o tym, co proponują przedstawiciele prawicy na pandemię. Nie wierzyć w nią, bo przecież jak mówią jej główne autorytety, większość się zawsze myli, ergo jeśli większość wierzy w koronawirusa, to znaczy że go nie ma. Oczywiście cały trud podjęty przez nasze państwo, jak i inne to zwykła „histeria” oraz „manipulacja”, a ich celem jest zabrać nam resztkę wolności, dokonać depopulacji i pozbawić pieniędzy. „Dowodów” na to jest dużo – youtube i blogi w domenie wordpress pełne przecież są zmyślonych artykułów i materiałów, które przerażają zwykle tyle głupotą, co i ortografią czy gramatyką. Pojawia się oczywiście wątek antykościelny – otóż koronawirus to pretekst do zamykania kościołów. Prawico, naprawdę dziwisz się jeszcze, że popiera cię coraz mniej osób?

 

Jak wspomniałem koronawirus to także szansa, przynajmniej teoretyczna. Ludzie oczekują bowiem radykalnych i daleko idących środków, neoliberalizm i kapitalizm dowiodły swojej nieprzydatności i antyludzkiego charakteru, organizacje międzynarodowe jedna po drugiej wykazują, że nie są w stanie nic zrobić, do tego część rządów przyznała sobie specjalne pełnomocnictwa… No to może by tak wprowadzić prawdziwie radykalne reformy, które nie tylko będą miały amortyzować skutki ekonomiczno-społeczne epidemii, ale przede wszystkim będą stanowić całościową i fundamentalną przebudowę systemu gospodarczego, państwowego i w efekcie międzynarodowego? Może to już pora odpowiednio finansować służbę zdrowia i inne segmenty sektora publicznego? Może to czas by uznać, że państwa narodowe pozostają najdoskonalsza formą bytu politycznego? Może to dogodny moment by wprowadzić podstawowy dochód gwarantowany, tak jak Hiszpania? Może to wreszcie chwila, by wprowadzić nadzór nad największymi internetowymi potentatami (google, youtube, facebook) i rozbić je na szereg odrębnych spółek, aby pojedyncze osoby nie kumulowały tak gigantycznej władzy i pieniędzy? Może to wreszcie chwila, by zlikwidować neoliberalny mechanizm prywatyzacji zysków i uspołeczniania strat? Przywróćmy znaczenie państwa jako aktywnego uczestnika życia ekonomicznego, dokonajmy reprywatyzacji rozkradzionego po 1989 roku majątku i zastąpmy wreszcie kapitalizm oparty o egoistyczny zysk ustrojem sprawiedliwości i powszechnego obywatelstwa gospodarczego, gdzie podstawą będzie redystrybucja i faktyczne „państwo dobrobytu”.

 

Co na to wszystko prawica? Jak się ustosunkowuje do tego, że partia Razem ma dużo sensowniejszy od całej prawicy program pakietu antykryzysowego, oparty m.in. o uzależnienie pomocy od nie obniżania pensji, brak zwolnień etc.? Otóż prawica przeżarta nie tylko szurią i wariactwem, ale także egoizmem i liberalizmem wrzeszczy jak opętana jedno: „wolność!”. Oczywiście wolność dla nich, dla ich firm, dla ich zysków i sponsorów. Przeważająca większość ekonomicznych bezsensów prawicy, która w gruncie rzeczy nienawidzi większości społeczeństwa, to te czy inne wariacje planu Balcerowicza. Problem w tym, że o ile pierwszy taki program ledwo przeżyliśmy, to drugiego pewnie już nie damy rady. Co ciekawe – nie pierwszy i nie ostatni raz neoliberalizm ekonomiczny i darwinizm społeczny zbliża naszą prawicę do „Gazety Wyborczej” czy Natemat. W swej posuniętej do skrajności małostkowości i zawiści prawica, która na co dzień ma gębę pełną frazesów o Narodzie, w gruncie rzeczy interesuje się tylko własną michą, zyskami i szlachecką anarchią, zwaną dla niepoznaki „wolnością”.

 

Prawico – zbankrutowałaś. Jako formacja ideowa, jako poszczególne odłamy i frakcje, jako wreszcie ludzie. Promowanie teorii spiskowych w czasach spokoju poczytywać można jako coś niegroźnego, jednak w dobie kryzysu twierdzenie, że nic właściwie się nie dzieje jest już wykazaniem się odpowiedzialnością na poziomie 4-letniego dziecka. Możesz mieć dalej swoje wyświetlenia, internetowych rycerzy oskarżających wszystkich o bycie „lewakiem”, możesz mieć swoje wydawnictwa, książki, kanały i programy. Nie masz jednak nawet krztyny realizmu i faktycznego planu dla Polski, Europ i świata.

 

Dla nas, nacjonalistów to oznaka, że właśnie słyszmy ostatni dzwonek na to, by nasze działania przestały być kierowane do prawicy, ale zaczęły trafiać przede wszystkim do tzw. „normików”, czyli po prostu zwykłego społeczeństwa.

 

A przyznać trzeba, że za naszego życia przyjdzie rozwiązać naszemu gatunkowi szereg problemów, które są problemami światowymi.

 

 

 

Nacjonalizm globalny

 

 

Naród, który uważamy za główną wartość doczesną jest nie tylko pewnym ideałem, ale określonym realnym bytem, który ma swoje miejsce na planecie. Tak więc, co dość logiczne, jeśli planeta ta przeżywa kryzysy i problemy to dotykają one wszystkich, a nie tylko owych „onych” z dalekich krajów. Udawanie, że globalne kryzysy nas nie dotyczą przypomina dziecko, które wrzaskiem i krzykiem próbuje wymóc coś na rodzicach. Niezależnie od tego jak głośno jednak będziemy krzyczeć o Festung Polska, to wiara iż wytrzyma podmuchy wiatru dziejów jest niedorzeczna. Globalizm to nie tylko facebook, loty do każdego miejsca na świecie ale także globalność zagrożeń i wyzwań, przed jakimi stoją wszystkie Narody świata.

 

To zresztą kolejne miejsce, w którym prawica wykazuje swoje bankructwo. Kiedy wszystkie środowiska i nurty polityczne zajmują się (lub chociaż to udają) tym, jak rozwiązać kwestie kryzysu klimatycznego, wzrastających temperatur, zanieczyszczenia środowiska naturalnego, wyczerpujących się paliw kopalnych i surowców, wówczas praca stwierdza… że „nie wierzy” w te zjawiska. Tak po prostu – globalne ocieplenie to spisek, surowce nigdy się nie wyczerpią bo Cejrowski tak powiedział etc. Cała nauka, tysiące badaczy i naukowców, autorytet setek uniwersytetów i instytucji badawczych – to wszystko absolutnie nic przy Korwinie, który wzorem wyborców swojej liberalnej partyjki Konfederacji dalej nie wie czym się różni klimat od pogody.

 

Psychologia całkiem nieźle już przeanalizowała czemu człowiek jako taki może mieć problem z uchwyceniem takich zjawisk. Są one relatywnie powolne, ciężko do uchwycenia całościowego, skomplikowane, ich rozwiązanie w ujęciu globalnym wymagać będzie najpewniej zmiany sposoby życia przez przynajmniej pewną część naszych społeczeństw. O ile jednak inne nurty przemogły te problemy mentalne, to prawica dalej kłóci się z faktami. Swoja drogą wspomniana psychologia, a najlepiej psychiatria to doskonałe narzędzia do analizy „myśli” prawicowej.

 

Wróćmy jednak do naszych rozważań o globalnych wyzwaniach. Rok temu w „Szturmie” pojawił się mój artykuł „Globalny nacjonalizm”, którego sensem było zarysowanie globalnych zagrożeń i problemów, które dotyczą też automatycznie Polaków oraz postulat, aby środowisko nacjonalistyczne zajęło stanowisko wobec nich i stworzyło przynajmniej zarys programu naprawczego, chociażby w kwestii tegoż kryzysu klimatycznego. Aktualność tego wezwania nie przeminęła, sądzę, że wręcz jest to jeszcze bardziej paląca konieczność.

 

Niezwykle ciepła zima, właściwie pozbawiona śniegu i ujemnych temperatur, oraz brak deszczu i susza, która kolejny rok nawiedza nasz kraj i region są widocznymi elementami tego, że klimat się zmienia. Jak się okazuje żarty z tego, że kryzys klimatyczny i globalne ocieplenie dadzą pozytywne skutki, bo będzie można hodować cytrusy, są tyle samo warte co większość prawicowych mądrości.

 

Kryzys klimatyczny nie tylko jest faktem, ale przede wszystkim ma źródło antopogeniczne. To prawda, że człowiek odpowiada tylko za 5% produkcji gazów cieplarnianych. Pamiętajmy jednak, że te 5% to nadwyżka, której planeta nasza nie jest w stanie odpowiednio mocno i wydajnie się pozbyć. Tak więc jeśli przez 20 lat będziemy dorzucać dodatkowe 5% gazów cieplarnianych, to okazuje się, że mamy już nie 5 a 100%. A przecież gazy cieplarniane to nie jedyny sposób niszczenia planety, jaki praktykujemy. Zwiększanie się temperatury jest procesem stałym – i tak, zależy także od słońca. Tyle, że – tego już prawica Wam nie powie – wpływ Słońca na globalną temperaturę na Ziemi jest najsłabszy obecnie od kilkudziesięciu tysięcy lat, podczas gdy temperatury wód, ziemi i powietrza rosną, podobnie jak poziom wody w oceanach oraz zanieczyszczenie gazami cieplarnianymi całej planety.

 

No dobrze, a co do powiedzenia ma tutaj nacjonalizm? O ile właściwie środowisko narodowe jako takie nie neguje faktów i zgadza się, że kryzys klimatyczny to realne zagrożenie, to też jasnym jest, że nie uczestniczymy w dyskusji jaka trwa na ten temat. Zagadnienie to jest zresztą dość skomplikowane, bo zasadza się na tym, że żaden kraj w pojedynkę nie jest w stanie rozwiązać kwestii kryzysu klimatycznego. Ten bowiem wynika ze skutków ubocznych przemysłu energetycznego, przemysłu, rolnictwa oraz górnictwa na całym świecie. Od wielu lat już trwają międzynarodowe działania na rzecz określonych rozwiązań, podpisywane są określone dokumenty (np. Konwencja paryska), jednak ich wpływ na realia jest w gruncie rzeczy mizerny. Bardzo duża i rosnąca produkcja energii, a skutkiem tego i wydobycie paliw kopalnych, związane jest z dwoma faktami: wysokim poziomem konsumpcji i stopy życiowej na Zachodzie i bogatej północy oraz aspiracjami Chin, Indii, Brazylii i innych szybko rozwijających się krajów, które przejawiają niezwykle silne dążenie do dorównania poziomem życia – a więc i konsumowania, do poziomu Zachodu. Jak więc wpłynąć na to i na fakt, że sytuacja taka oznacza automatyczny wzrost ilości produkowanej energii, co potęguje także szybki przyrost demograficzny w krajach jak choćby Indie. A przecież większość energii pozyskiwane jest obecnie z paliw kopalnych, co jest głównym elementem potęgującym kryzys klimatyczny. I to jest właśnie wyzwanie dla nacjonalizmu: 1. Jakie przyjąć kierunki rozwoju i reform dla własnego państwa? 2. Jakie postulaty i oczekiwania wobec innych krajów i regionów wysunąć i forsować na arenie międzynarodowej? 3. Jak w tym wszystkim uchronić niezależność państwa narodowego? Moim zdaniem to najważniejsze pytania, na jakie powinniśmy odpowiedzieć – jako nacjonaliści, Polacy i ludzie.

 

Określając plan reform dla Polski wziąć pod uwagę musimy nie tylko wymogi walki z przyczynami kryzysu klimatycznego, ale także z tym, że prędzej czy później pewne rzeczy zostaną narzucone państwom przez międzynarodowe umowy – a im szybciej będzie rosła temperatura, tym prędzej możemy się tego spodziewać. Aby więc zachować margines czasu, już dziś powinniśmy pokusić się o określone postulaty.

 

Program dla Polski obejmować powinien zarówno przejście, stopniowe oczywiście, od energetyki opartej o paliwa kopalne do energetyki opartej o źródła odnawialne – energia solarna, geotermalna, etc. jest tu jak sądzę dobry przykładem. A czemu nie atomowa? Otóż dlatego, że podobnie jak inne paliwa kopalne, także uran powoli się kończy. Spodziewać się można, że w ciągu 30-40 lat wyczerpią się nadające do użycia złoża, co powoduje, ze projektowanie strategicznych zmian pod energetykę, która w ciągu jednego pokolenia starci sens bytu, jest w gruncie rzeczy drogą donikąd. Dlatego też musimy skupić się na odnawialnych i przyjaznych dla środowiska naturalnego metodach wytwarzania energii, przy jednoczesnym systemowym i protekcyjnym podejściu do kwestii obecnej energetyki. Nie możemy pozwolić sobie (znów!) na balcerowiczowskie rozwiązania, gdzie z dnia na dzień zamyka się wielkie zakłady pracy, ludzi zostawia samym sobie i pozostawia wszelkie rozstrzygnięcia osławionemu „rynkowi”. Tu trzeba przede wszystkim skupić się na szwedzkim modelu działań w takich wypadkach, tj. wsparciu dla grupowego przekwalifikowania, socjalnym i społecznym osłonom dla osób dotkniętych takimi działaniami, oraz jednocześnie to państwo musi być elementem kształtującym nowe pole funkcjonowania energetyki. Żadnych przetargów, żadnych konkursów, żadnego outsourcingu! Naszym celem musi być państwowy zarząd nad energetyką i państwowo-społeczna kontrola nad nią. To nie tylko jedna z branż o znaczeniu strategicznym ale także branża zyskowna – nie widzę żadnego powodu aby oddawać ten zysk np. zagranicznemu kapitałowi.

 

Odpowiadając na drugie pytanie – tu nie możemy bawić się dalej w piaskownicę pod tytułem „ale tamci też trują i to więcej!”. Zostawmy to Konfederacji i jej parapolitykom, którzy serio takie opinie wygłaszają. Problem bowiem dotyka nas wszystkich i konsekwencje jego mogą być dramatyczne dla każdego Narodu, nie miejsce więc na dawanie dowodów politycznej niepełnosprawności. Polska powinna postawić na działania z jednej strony twardo dążące do wywarcia presji na kraje, które są głównymi trucicielami, a z drugiej na to, by wszelkie ustalenia i umowy podpisywane były nie przez organizacje międzynarodowe, a przez państwa narodowe. I to poniekąd jest odpowiedź na trzecie pytanie. To nie umowy i nakazy ONZ, UE czy jakiejkolwiek organizacji, ale międzynarodowe porozumienia konkretnych państw mają być tu absolutną podstawą działania. Oczywiście w wypadku, gdy np. określone państwo wyłamuje się z danych ustaleń – np. Brazylia rządzona obecnie przez populistyczną i skrajnie wolnorynkową oszołomską prawicę, wówczas można użyć narzędziowo tą czy inną organizację do wywarcia presji na takie państwo. Co do zasady uznać trzeba, że nigdy sytuacja nie może zostać odwrócona, to jest nigdy nie może zdarzyć się, aby to organizacje międzynarodowe w myśl swojej polityki zobowiązywały państwa narodowe do określonych działań wobec danego państwa.

 

Wyjść musimy tutaj z założenia, że zarówno kryzys klimatyczny jest realnym i potencjalnie śmiertelnym dla ludzkości zagrożeniem, jak i przy świadomości faktu, że określone zmiany i obostrzenia z tym związane i tak będą wdrażane na arenie międzynarodowej. Pytanie czy chcemy do końca, niczym skończeni idioci z aluminiowymi czapeczkami z folii na głowie przeciwstawiać się temu i ponieść ostatecznie dużo większe koszty, czy wyjdziemy odważnie naprzeciw problemowi i spróbujemy nadać własną, narodową narrację.

 

 

 

Słoń w pokoju

 

 

„Elephant in the room” – w ten sposób Brytyjczycy określają powszechnie rozpoznawany problem, który jednocześnie wszyscy też ignorują i zdają się go nie dostrzegać. Ten słoń w wypadku naszych rozważań to całokształt zagadnień związanych z ogromnym skokiem produkcji, rozwoju i demografii jaki obserwujemy od około 200-250 lat. Chodzi nie tylko o opisane wyżej zagadnienie kryzysu klimatycznego, ale także wyczerpywanie się paliw kopalnych i surowców (głównie metali), przeludnienie, pogłębiające się problemy z dostępnością wody, ogromną nadprodukcję i nadkonsumpcję, zanieczyszczenie środowiska naturalnego i jego postępujące niszczenie, wyjałowienie coraz większego odsetka areału ziem uprawnych, czy wreszcie światowe finanse, które opierają się właściwie wyłącznie już na kolejnych zadłużeniach, spekulacjach i kłamstwach.

 

Wszystko to są powiazanie ze sobą na zasadzie sprzężenia zwrotnego kwestie, których nie da się analizować i szukać rozwiązań w oderwaniu od pozostałych. Zanieczyszczenie środowiska naturalnego wynika bowiem z ogromnego poziomu produkcji przemysłowej oraz energii, to wynika z przewagi paliw kopalnych w energetyce, nadprodukcja i nadkonsumpcja potęgują zgubne skutki poprzednio wymienionych, a całość powoduje rychły „oil peak” – stały i nieodwracalny spadek wydobycia ropy naftowej i innych surowców energetycznych, włącznie zresztą z uranem.

 

Cały nasz świat i jego ekonomia opiera się o stały wzrost wykładniczy. W uproszczonym ujęciu to stały wzrost danej wielkości (populacji, zysku, etc.) o daną wartość procentową w skali czasowej. Jeśli spojrzymy na liczbę ludności, przyrost ekonomiczny, zyskowność gospodarki etc. w ujęciu wielu wieków, okaże się, że wszystkie te wielkości rosną właśnie wykładniczo. Wzrost wykładniczy ma do siebie to, że dopiero po bardzo długim okresie wielkości o jakie rośnie zaczynają być bardzo duże. Taki też trend obserwujemy obecnie – procentowy przyrost ludności jest z grubsza stały, jednak wyrażony w bezwzględnych liczbach daje nam już zupełnie inne miary.

 

Wzrost wykładniczy ma ogromne znaczenie dla ekonomii, a właściwie w obecnej jej formie jest niezbędny. Czemu? Otóż dlatego, że w ujęciu fiskalnym i finansowym ekonomia obecnie opiera się na generowaniu długu, który spłacony zostanie długiem, który wygenerujemy jutro, a ten opłaci dług wygenerowany pojutrze etc. Z definicji oznacza to, że zadłużenie rośnie, a cały model ma sens tak długo, jak rośnie PKB. Czy jest możliwy stały wzrost PKB? Nie, choćby ze względu na malejące zasoby, wielkość  surowców (w tym także ziemi), rosnące koszty wydobycia surowców, coraz wyższe koszty klimatyczne i środowiskowe przyjętego modelu ekonomicznego. Prędzej czy później PKB wyhamuje, a biorąc pod uwagę globalne skutki pandemii koronawirusa, przyjąć można, że stanie się to dużo szybciej, niż prognozowano jeszcze kilka miesięcy temu. Co to oznacza? Najprawdopodobniej kryzys finansowy i spekulacyjną bańkę, przy której rok 2008 to nieszczególnie groźny i chwilowy zastój. A pamiętajmy, ze przyczyny nadchodzącego kryzysu są systemowe i wielopłaszczyznowe, co oznacza, że nie minie on po kilku tygodniach czy miesiącach, a będzie wracał kolejnymi coraz to większymi falami.

 

 

 

Globalna rewolucja – globalny nacjonalizm?

 

 

Nie mam wątpliwości co do tego, że tak czy inaczej czeka nas globalna rewolucja. Pytanie czy dojdzie do niej w momencie, kiedy nic lub bardzo niewiele będziemy mogli już zrobić, czy też zawczasu zadbamy o naszą planetę. Tak – zdecydowanie będzie to wymagało zmiany naszego stylu życia, przemodelowania większości, a może nawet wszystkich gałęzi funkcjonowania państwa, zwłaszcza zaś gospodarki i ekonomii.  Szybko będziemy musieli się nauczyć oszczędzać energię i zasoby, nie tylko zresztą paliwa kopalne. Wystarczy spojrzeć na statystyki jakości wydobywanych rud prawie wszystkich metali na świecie, żeby uzmysłowić sobie, że w ciągu kilku dekad albo się one wyczerpią, albo ich wydobycie stanie zupełnie nieopłacalne. Przemodelować trzeba zresztą nie tylko energetykę i górnictwo, ale także logistykę, transport, sposób życia, transport, rolnictwo i wiele innych. To nie żadna nadęta wizja nowych czasów, tylko prosta konstatacja, że te zmiany tak czy inaczej nadejdą – albo jako mniej lub bardziej kontrolowany przez nas proces, albo jako paląca konieczność, której w żaden sposób nie będziemy w stanie okiełznać. Bo co jeśli nic nie zrobimy w kwestii wyczerpywania się paliw kopalnych, i któregoś roku po prostu wydobycie zacznie spadać? Co zrobimy, kiedy cały czas wzrastająca temperatura spowoduje gigantyczne migracje, a pamiętajmy że póki co najbardziej obciążone skutkami globalnego ocieplenia tereny to Chiny, Indie i Afryka. Co wreszcie stanie się, kiedy wzrost PKB zatrzyma się (może to już ma miejsce?) i światowe finanse złożą się jak domek z kart pociągając za sobą praktycznie wszystko i wszystkich?

 

Na wszystkie te aspekty musi w końcu odpowiedzieć nacjonalizm. Musimy mieć nie tylko program, ale włączyć się z nim żywo do toczącej się debaty i podjąć konkretne działania, aby przebić się z nim do możliwie największej liczby ludzi. Obrażanie się na rzeczywistość i politykę nic tu nie da, a brednie o tym, że nie ma globalnego ocieplenia, albo że paliwa kopalne nie kończą się skazuje nas na sekciarstwo i skrajna marginalizację. Problemy tego świata nie znikną tylko dlatego, że im zaprzeczymy lub uznamy za „spisek”. Wręcz przeciwnie – coraz mocniej i silniej będą oddziaływać na życie naszego Narodu, vide choćby przykład trwającej suszy. Dlatego właśnie jako nacjonaliści mamy obowiązek uglobalnienia naszej idei – czyli wzięcia pod uwagę globalnych wyzwań oraz problemów czy zagrożeń i uwzględnienia ich w naszych pracach programowych u publicystycznych, jak również codziennym aktywizmie. 

 

Prawica wykazała całkowite swoje bankructwo i porażkę. Najwyższa pora by całkowicie przestać orientować się na tą coraz bardziej odrealnioną formację, a skupić się na tworzeniu nowoczesnego nacjonalizmu, który nie tylko będzie komplementarną odpowiedzią na wyzwania, jakie na nas czekają, ale także będzie w stanie trafić do jak największej liczby zwykłych ludzi.

 

 

 

Grzegorz Ćwik