Wydrukuj tę stronę
poniedziałek, 30 marzec 2020 00:14

Paweł Suchodolski - Antykonfederacja

Pamiętacie takie teksty jak „Obsrany sztandar” i jego kontynuację „Obrzygany sztandar”?

Powstanie Konfederacji wiosną 2019 roku przypieczętowało pęknięcie, które zaczęło się wtedy.

Jak pokazuje życie – nikt nie lubi konkurencji. Można powiedzieć, że gdzie dwóch się bije nikt nie skorzysta. Konkurencja pomiędzy ONR i MW przerodziła się w rywalizację, która dla ONR kończy się na obecnym etapie zdecydowanie na minus. Kilka lat temu widzieliśmy przynajmniej z zewnątrz ruch, który może zdobyć się na coś więcej, a na który siłą rzeczy będziemy się orientować. Obóz popełnił błąd w sztuce polityki, za który musi dziś zapłacić i płaci. Robert Bąkiewicz okazał się wiarołomcą, który wykorzystał  potencjał innych ludzi dla własnych celów. Choć to spekulacja, ale możemy przyjąć, że będzie chciał kandydować w kolejnych wyborach prezydencki, a co tłumaczyłoby jego dotychczasową grę, której celem jest nadanie twarzy Roberta Bąkiewicza całemu polskiemu ruchowi narodowemu, przy jednoczesnej eliminacji jakiejkolwiek konkurencji.

Młodzież Wszechpolska zdradziła swoich dotychczasowych sojuszników z Obozu. Powinniśmy porzucić złudzenia wobec tej organizacji. Tajemnicą poliszynela jest to, że jej nowa strategia zakłada wycofywanie się z działalności około-ulicznej, rezygnację z manifestacji ulicznych, na rzecz kształtowania kadry liderów. Jak idzie im kształtowanie liderów widzimy po przykładzie Giertycha, Andruszkiewicza, Szymańskiego, Sokołowskiego, Czarneckiego i dziesiątek im podobnych. W rzeczywistości formacjach członków tej organizacji jest na bardzo niskim poziomie. Sama formuła kilkumiesięcznej rekrutacji nowych członków jest przestarzała. Zupełnie ignoruje się w niej, że dzisiejsi nastolatkowie żyją w świecie wielu dyskursów. W ten sposób traci się szerokie grono młodych, którzy kończą karierę zanim ją zaczną, tylko przez to, że zgłosili się do największej i najpopularniejszej organizacji patriotycznej. Nie można i w naszych organizacjach nie praktykujmy tego, że zamiast dostarczać młodzieży szerokiego spektrum bodźców, elementów kontrkulturowych, alternatywnych, kreować ich wyobraźnię, wtłaczamy ich w quasi-szkolny rygor znanym im właśnie z miejsca, w którym nie chcą przebywać więcej niż to jest konieczne. Wielką słabością MW jest jej „hierarchiczna” struktura. Doprowadziła ona do tego, że 19 latkowie dowartościowują siebie zarządzając 17 i 18 latkami. Czy MW jest organizacją wojskową? Nie, nie jest. Tak więc niezrozumiałe jest utrzymywanie dotychczasowej struktury. Czemu ona ma służyć? Czy udało się odnieść dzięki temu znaczący sukces? W przeciągu ostatnich lat nacjonaliści utracili rząd dusz wśród młodzieży. Od dziś musimy walczyć o niego kolejny raz. Czy pomoże nam w tym obciążona niepotrzebnymi strukturami barokowa wśród której maszeruje poczet prezesów, skarbników, sekretarzy?   

Dziś widzimy że nie, nie pomoże nam. Wolą – nie do końca z własnej woli, a będąc pod silnym wpływem kierownictwa Ruchu Narodowego – trzymać się z Bąkiewiczem i pracować jako siła Konfederacji. Sam Bąkiewicz  przecież najprawdopodobniej ma także wobec MW niecne plany. Być może będzie dążył do przejęcia jej siły. Nie musimy nawet spekulować. Bąkiewicz zagarnia kolejne rocznicowe manifestacje. W tym roku warszawski marsz z okazji 1 marca nie był organizowany po raz pierwszy przez MW Warszawa. MW została sprowadzona po raz kolejny do roli służebnej wobec ambicji politycznej Ruchu Narodowego, partii z której członkowie tej organizacji w chwilach jej największych  kompromitacji po prostu śmiali się, traktując ją jako niepotrzebny dodatek, od którego będzie trzeba się odciąć by iść dalej z Obozem. MW pozbawiona jest swojej suwerenności. Jej polityka jest wypadkową dążeń politycznych jej byłych członków z Ruchu Narodowego. W 2014 była opozycja do Kukiza, zmieniły się plany i trzeba było zorganizować mu oddolnie kampanię, a potem uciec spod noża gdy Andruszkiewicz chciał przekształcić MW w PiSowską młodzieżówkę. Podobnie sprawy miały się teraz, gdy narastały – słuszne, bo nic mu nie jesteśmy winni i nic mu nie zawdzięczamy – nastroje antybąkiewiczowskie. Po czym przyszedł dzień wyborów w Stowarzyszeniu i MW opowiedziała się po jego stronie, być może przypieczętowując swój los w najbliższych latach.                                                                                                                                                                                                                                                                           
Zapoznałem się z wieloma tekstami publikowanymi tutaj, na portalu Trzecia Droga i W pół drogi. Różne w nich recepty zostały w nich zawarte. Ale wszystkie sprowadzają się tak naprawdę do przekonania, że „my mamy rację, podporządkuj się nam”. Większość z propozycji sprowadza się do taktycznej gry danego środowiska, które wytykając błędy, staje się jednocześnie depozytariuszem wiedzy, która pretenduje ją do przewodzenia innymi. Narzucenie swojej wizji, do tego zazwyczaj w ogóle nie realizowanej, jest tak naprawdę środkiem walki politycznej, a nie altruistycznym wkładem w naszą wspólną przyszłość. Tak po prostu działa dany układ, w którym porusza się szereg różnych podmiotów mających własnych interes. Powyższe nie można odczytywać jako zarzut, tylko uczciwe stwierdzenie. Okoliczność, którą zawsze należy brać pod uwagę. Każdy kto twierdzi na dany tematu, musi mieć w sobie pewną dozę pewności posiadania racji. Problem idzie jednak w innym kierunku, o którym mowa będzie dalej.             

Tymczasem jak wyjść z powyższego? Powtórzmy za Ronaldem Laseckim, który w tekście z października 2016 roku publikowanego w Szturmie, pod tytułem „Ruch Tożsamościowy – spojrzenie z Polski” zawarł wszystko co najważniejsze, dając nam gotowy program, z którego należy korzystać:   

Nigdy nie byłem zwolennikiem twierdzenia, że „ruch powinien się zjednoczyć”, kilka zaś lat działalności w jednej z organizacji nacjonalistycznych przekonało mnie też, że nie jest to praktycznie możliwe. Wiele czynników decydujących o charakterze współczesnego społeczeństwa, jak na przykład upowszechnienie wykształcenia i dostępu do informacji, względny egalitaryzm społeczny, rozmaite wirtualne platformy społecznościowe ułatwiające komunikację – sprawiają że własne poglądy i przekonanie o prawie do ich posiadania ma dziś niemal każdy, zlanie zaś ich w ramach jednolitej formuły organizacyjnej jest w zasadzie niemożliwe.

Rozmaite organizacje nacjonalistyczne próbujące budować swoje struktury według nowoczesnego modelu hierarchicznej i masowej partii tracą nieproporcjonalnie wiele energii na wewnętrzne spory światopoglądowe i ambicjonalne, co niemal zawsze przybiera formę „jednoczenia przez podział”. Strategia ta nie sprawdza się już od lat, zatem pora uświadomić sobie, że jest błędna. Ani „jednoczenie” na siłę środowisk nie mających ze sobą wiele wspólnego poza odwoływaniem się do podobnie wyglądającego szyldu, ani „podbieranie sobie ludzi” nie przyniosło decydującego sukcesu żadnej organizacji.

Nie istnieje ani nie powstanie jedna organizacja nacjonalistyczna, tradycjonalistyczna, tożsamościowa ani antyliberalna. Praca nad jej utworzeniem nie jest pracą dla Heraklesa, tylko dla Syzyfa. Co zatem w zamian? Musimy realistycznie poruszać się na gruncie tego, co nam dane.

Dana jest nam zaś mnogość niewielkich na ogół i działających lokalnie inicjatyw organizacyjnych (ze swoich doświadczeń organizacyjnych pamiętam, że największe opory wywoływała zawsze perspektywa wyjazdu poza własne miasto czy też region i wydawania na to pieniędzy) o zróżnicowanych ale pokrewnych sobie obliczach ideowych.

Jedne z tych środowisk są bardziej konserwatywne, inne bardziej nacjonalistyczne. Jedne bardziej demoliberalne, inne bardziej rewolucyjne. Różne są ich poglądy na politykę zagraniczną, różne zaplecze społeczne, różne formy działania. Zjednoczyć w jednej formule się ich nie uda. Rozszerzyć poszczególnych partykularnych inicjatyw na cały kraj raczej też nie (choćby z powodu ograniczonych środków finansowych i co za tym idzie mobilności ich na ogół młodych i niepracujących jeszcze działaczy). Trudno też byłoby znaleźć wspólną wszystkim ideę, wokół której takie inicjatywy mogłyby skonsolidować się w jedną.

Tym, co jest możliwe, jest współpraca ad hoc w ramach cząstkowych kwestii pomiędzy odrębnymi inicjatywami i środowiskami. W teorii organizacji nazywa się to strukturą sieciową przybierającą postać aliansów strategicznych. Struktury sieciowe tworzone są wokół procesów zmierzających do realizacji wspólnego celu, nie wokół instytucji, ośrodków władzy czy osób. Uczestnicy współpracujący ze sobą na pewnych obszarach, mogą równocześnie konkurować ze sobą na innych. W warunkach ponowoczesności, władza relacyjna musi zostać zastąpiona władzą o strukturze fraktalnej.

Hasłem dla dzisiejszego ruchu antyliberalnego, nacjonalistycznego, tożsamościowego, tradycjonalistycznego, w miejsce „ruch powinien się zjednoczyć”, powinno stać się „niech rozkwita tysiąc kwiatów”. Mnożenie perspektyw, podejść, metodologii, odmienne rozkładanie akcentów dynamizuje środowisko antysystemowe. Demoliberalizm atakowany jest z różnych stron, przy użyciu różnych narzędzi na różne sposoby. Ataki te nie są odczuwalne nie tylko z powodu marginalnego charakteru i względnej słabości sił oporu ale też dlatego, że tracą one gros swojej energii na beznadziejne próby ekspansji kadrowej kosztem innych uczestników lub ich definitywnego zdominowania.

Zrozumienie ponowoczesności w której przyszło nam żyć polega zaś między innymi na tym, że nie ma już i że nie są możliwe żadne „centrum”, żadna „władza”, żadna „struktura”, żadna „organizacja”. Istnieje rozproszona sieć względnie równych sobie drobnych podmiotów. Mogą one pozostać bezkształtną i chaotyczną mgławicą, mogą też jednak stać się działającym w skoordynowany sposób rojem. W tym drugim przypadku, uda im się przezwyciężyć negatywne skutki danej im kondycji, to jest rozproszenia i równowagi wyrażanej wzajemnym blokowaniem się. Mgławica, której cząstki powiązane zaś zostaną w sieci i stworzą rój, może już stać się odczuwalną siłą. Tym trudniejszą do zwalczenia, że pozbawioną centrum, struktury, mechanizmów decyzyjnych, formy.


Powyższy tekst przeszedł bez echa. Dlatego zacytowałem go tak obszernie.        


Słusznie zauważa autor powyższego tekstu. Optymalną sytuacją jest dla nas istnienie około dziesięciu organizacji ogólnopolskich, które licząc kilkadziesiąt osób, są w stanie podejmować strategiczną, taktyczną i współpracę ad hoc.             
Dziś coraz bardziej kształtują się umownie kilka frontów, które podążać będą w dwóch kierunkach, finalnie tworząc duopol.       

Ruch Narodowy zinterpretował kryzys polskiego ruchu narodowego w ten sposób, że uznał za wyjście z niego pójście w jeszcze większe zaangażowanie się w politykę parlamentarną. Przekształcił się on w partię stereotypową partię polityczną, zupełnie odchodząc od swojej praxis z 2013 roku.     

Samo wejście do parlamentu okazało się wielkim sukcesem, wartym sojuszu ekstremów z paleolibeartarianami ze środowiska Korwina oraz innymi niepoważnymi środowiskami. Tak działa polityka, jak komuś nie odpowiada, to powinien zostać joginem. Wcześniej Ruch Narodowy popełniał same błędy, zaczynając od porzucenia budowy szerokiego frontu organizacji neoendeckich i neonarodowo-radykalnych, na rzecz łatwej drogi z partią Kukizów i wypromowania Mariana Kowalskiego. Wyborca ma pamięć sięgającą kilku miesięcy. Nie ma innej możliwości aby partia, która zaliczyła takie kompromitacje, dalej mogła uchodzić za punkt odniesienia dla polskich patriotów, a nadal tak jest, tak więc mamy do czynienia z podmiotem znaczenia bardziej odpornym na przeciwności. Taktyczny sojusz z prawicowymi liberałami mógłby pozostać taktycznym ruchem, obliczonym na krótki zysk. Jednak Ruchem rządzą politycy a nie ideolodzy i dla nich wybór pomiędzy kilkuset fanatykami a kilkudziesięcioma tysiącami wyborców jest oczywisty. (Pewnie do czasu – aż pojawi się kolejny „Czarny Łabędź”). Po wejściu do parlamentu Ruch Narodowy powinien utworzyć własne koło w parlamencie. Stało się inaczej. Dziś Ruch Narodowy mówi językiem Partii Korwin. Bezcelowość takiej polityki wskazał Rafał Woś w artykule „Prymusi III RP”, w którym w przekonujący sposób dla mnie pokazał, że Konfederacja nie występuję z programem innym niż Nowoczesna i Platforma Obywatelska. Czy partia ta reprezentuje obecnie narodowców? Czy realizuje program, który obiecała? Moim zdaniem oczywiście, że nie.   

W coraz bardziej polaryzującej się scenie trzeba opowiedzieć się po właściwej stronie. Gdzie znajduje się alternatywa dla koalicji Młodzieży Wszechpolskiej, Rot pana Bąkiewicza i Ruchu Narodowego?              

Nasze nadzieje mimo wszystko powinny ogniskować się wokół osłabionego Obozu Narodowo-Radykalnego. Nadal jest on jedyną organizacją, która obejmuje swoją działalnością cały kraj.  

Drugim punktem jest redakcja Szturm. Mimo tego, że kojarzony z nią ruch rozpadł się, ponosząc klęskę, podmiot ten nadal ma możliwość ogniskowania w sobie nowych ruchów.     

Także lokalne organizacje plasujące się dalej na mapie radykalizmu od Młodzieży Wszechpolskiej, które zjednoczyły się w formule Przymierza Północy i Nacjonalistycznego Południa dają nadzieję na powstanie alternatywy dla coraz bardziej zwijającego się polskiego nacjonalizmu.             

Jeśli powstała Konfederacja, to może powstać także jej przeciwieństwo, szeroki front organizacji radykalnych, sytuujących się względem Konfederacji na zasadzie odwrotności. Czy jest to możliwe? Najbliższy czas nam to pokaże.

 

Paweł Suchodolski