Wydrukuj tę stronę
poniedziałek, 30 marzec 2020 00:13

Maksymilian Ratajski - Brat przeciwko bratu – dramat irlandzkiej wojny domowej na filmowym ekranie

Brat przeciwko bratu – dramat irlandzkiej wojny domowej na filmowym ekranie

 

Ostatnio wszyscy spędzamy zdecydowanie więcej czasu w domach, co sprzyja nadrabianiu zaległości filmowych i książkowych. Dzięki redakcyjnemu koledze Patrykowi Płokicie, w końcu obejrzałem „Wiatr buszujący w jęczmieniu” Kena Loacha z 2006 roku i o dziesięć lat wcześniejszego „Michaela Collinsa” Neila Jordana. Filmy, które polecam każdemu nacjonaliście.

 

Często słucham nacjonalistycznej muzyki na Youtube, najczęściej wybieram włoską, ale lubię również rosyjską czy ukraińską. Ponieważ jako katolik i nacjonalista darzę dużą sympatią Irlandczyków, zdarza mi się trafiać na ich piosenki. Już dosyć dawno zafascynował mnie klip do The foggy dew w wykonaniu Sinead O'Connor i The Chieftains, pięknie zmontowane filmowe sceny pokazujące walkę o wolność wyspy sprawiły, że zainteresowałem się tym, skąd pochodzą. Po pomoc zwróciłem się oczywiście do naszego Szturmowego specjalisty od spraw irlandzkich i w ten sposób obejrzałem dwa świetne filmy.

 

„Michael Collins” to rzecz jasna biografia wybitnego nacjonalisty i przywódcy. Rozpoczyna się w roku 1916 od klęski Powstania wielkanocnego, poznajemy głównych bohaterów Collinsa, de Valerę i Bolanda. Oni właśnie przegrali, ale nie zrezygnowali, dalej będą walczyli o wolność swojego narodu. Pearse i Connolly zostali zamordowani, czas na nowych przywódców.

 

„Wiatr buszujący w jęczmieniu” jest opowieścią o zwykłych bojownikach z prowincji, nazwisko Collinsa jedynie pada w dyskusji bohaterów, widać go też na kronice filmowej. Jest rok 1920, młody lekarz Damien O'Donovan chce żyć normalnie, wkrótce ma objąć pracę w renomowanym londyńskim szpitalu, jego starszy brat Teddy jest słynnym bojownikiem Irlandzkiej Armii Republikańskiej. Wszystko zmienia się, kiedy jest świadkiem pobicia maszynisty, który nie chce wpuścić do pociągu oddziału brytyjskich żołnierzy. To wtedy postanawia zostać w kraju i wstąpić w szeregi IRA.

 

Początkowo wszystko jest proste, wiadomo kto jest dobry, a kto zły. Anglicy okupują Irlandię, więc obowiązkiem jest wstąpić w szeregi IRA i z nimi walczyć. Widzimy okrucieństwo okupantów wobec ludności cywilnej, w biografii Collinsa jest to przede wszystkim masakra na stadionie podczas krwawej niedzieli, w opowieści o braciach O'Donovan zamordowanie siedemnastolatka, który nie chciał podać swojego nazwiska po angielsku, takich scen jest w obu filmach oczywiście więcej. Bojownicy płacą najwyższą cenę - widzimy egzekucje przywódców powstania wielkanocnego i wyrywanie paznokci Teddy'emu O'Donovanowi, dowiadujemy się o rozstrzelanych członkach IRA. Ludzie giną, ale wiedzą za co, wiedzą kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Już niedługo wszystko się zmieni.

 

Znany z lewicowych poglądów reżyser ukazuje różnicę poglądów między starszym O'Donovanem, który jest przede wszystkim nacjonalistą i żołnierzem, a lewicowym maszynistą Danem. Jeszcze podczas wspólnych walk ma miejsce scena w republikańskim sądzie. Teddy z pozycji siły sprzeciwia się wyrokowi irlandzkiego sądu, stając po stronie lokalnego bogacza, który sponsoruje IRA. Skrajnie lewicowy Dan pełni w filmie rolę tego uczciwego, dobrego człowieka, który ma wielki wpływ na młodszego z braci. Owszem nie można tu zapominać o lewicowości irlandzkich nacjonalistów, ale ten bohater przede wszystkim reprezentuje poglądy reżysera.

 

Kiedy bojownicy IRA dowiadują się o podpisaniu rozejmu są szczęśliwi, świętują, nikt jeszcze nie podejrzewa, że już wkrótce będą strzelali nie do Anglików, a do siebie nawzajem. Właśnie osiągnęli swój cel, są zwycięzcami, przede wszystkim jednak znają się od lat, często od dzieciństwa, łączą ich przyjaźnie, braterstwo broni, groby poległych towarzyszy, często więzy rodzinne.

 

Dużym minusem biografii Collinsa jest pominięcie negocjacji Traktatu, który zaważył na losach Irlandii i jego samego. Widzimy głównego bohatera wyjeżdżającego do Londynu, a w następnej scenie już wraca po osiągnięciu porozumienia, które delikatnie mówiąc nie wszystkich satysfakcjonuje. Kolejnym minusem jest całkowita marginalizacja postaci Arthura Griffitha. Zamiast tego zdecydowanie zbyt dużo miejsca poświęcono rywalizacji Collinsa i Bolanda o względy Kitty granej przez Julię Roberts.

 

Dlaczego Traktat wzbudził tak wielkie kontrowersje, że aż wywołał wojnę domową? Irlandczycy marzyli o wolnej Republice, która będzie zajmowała cały obszar wyspy. Jednak karty rozdawali Anglicy, to oni mieli siłę i pieniądze, nie powstańcy. Osiągnięte porozumienie było wielkim sukcesem Griffitha (postać zupełnie zmarginalizowana w biografii MC) i Collinsa – zyskali pokój i bardzo dużą autonomię, nie pełną niepodległość, ale status dominium, jaki posiadały wówczas Kanada czy Australia. Jeszcze dwa punkty umowy były dla sporej części Irlandczyków nie do zaakceptowania – utrata północy (do statusu Ulsteru miano wrócić później) i przysięga na wierność znienawidzonej koronie. Nikt, nawet zwolennicy ratyfikacji Traktatu nie uważał go za coś idealnego, jednak alternatywą była krwawa wojna, w której IRA nie miałaby szans z regularną armią brytyjską. Umowa stanowiła ponadto dobry punkt wyjścia do dalszych starań, o już pełną, niepodległość. Collins miał świadomość, że podpisał na siebie wyrok śmierci.

 

Osiągnięte porozumienie podzieliło Irlandię – do tej pory Północ pozostaje pod angielskim butem, podzieliło Irlandczyków, kosztowało życie Collinsa, Burgha, Lyncha, Bolanda, pośrednio także Griffitha (zmarł na atak serca) i wielu gorliwych bojowników zmuszonych do walki po obu stronach barykady. Jednak marzenie ich wszystkich, czyli Republika stało się już wkrótce faktem, właśnie dzięki temu, że uniknięto samobójczej wojny z Anglikami.

 

Wojnę domową oba filmy przedstawiają z różnych perspektyw. Biografia Collinsa zdecydowanie jest nakręcona z perspektywy pro-traktatowej, natomiast „Wiatr buszujący w jęczmieniu” przedstawia narrację przeciwników ugody. Dlatego polecam obejrzeć oba filmy tego samego dnia. Obaj reżyserzy niesprawiedliwie potraktowali drugą stronę – de Valera w kilku scenach zachowuje się jak tchórz i idiota, a kiedy przemawia nasuwają się skojarzenia z pewnym kapralem-akwarelistą. Po stronie anty-traktatowej cały czas sympatię budzi Boland.

 

Ponieważ Loach zdecydowanie staje po stronie anty-traktatowców, czyniąc z nich romantycznych bojowników o wyzwolenie społeczne, widzimy „wolnopaństwowców” jako tych złych, prześladujących rodziny, które dopiero co udzielały im schronienia jako partyzantom, zwolennicy Collinsa przedstawieni są bardzo negatywnie. Jedynie Teddy'ego można zrozumieć, jego obowiązkowość, rozsądek i troskę o brata. Z drugiej strony mamy jedynie scenę kiedy anty-traktatowiec zastrzelił dwóch młodych żołnierzy WPI i jeden z „wolnopaństwowców” wrzeszczy na niego jako na zabójce Irlandczyka.

 

Jednym z kluczowych momentów jest walka o Fourt Courts przedstawiona w „Michaelu Collinsie” i wspominana w „Wietrze buszującym w jęczmieniu”, to był moment, po którym nie było już odwrotu. Najlepsi synowie narodu irlandzkiego, ludzie, którzy walczyli z okupantem teraz mordują siebie nawzajem. Gdyby nie kłótnie przywódców mogliby wspólnie budować wolną ojczyznę. Zwolennicy ugody korzystali z angielskiej broni (którą swoją drogą Collins przemycił również do Belfastu), ale jednocześnie wiedzieli, że jeżeli oni nie uporają się z buntownikami, Churchill, Lloyd George i Chamberlain nie będą mieli skrupułów, aby wysłać wojsko i zakończyć krótki karnawał irlandzkiej quasi-niepodległości.

 

Bracia O'Donovan byli szczerymi irlandzkimi nacjonalistami, walczyli o wolność swojego narodu, ich drogi się jednak rozeszły – Teddy poparł Traktat, dla niego powstanie Wolnego Państwa Irlandzkiego oznaczała zwycięstwo. Niezupełne, ale największe możliwe, zdawał sobie sprawę, że w przeciwnym wypadku Anglicy rzucą na wyspę duże siły. Damien, który jeszcze niedawno zamierzał opuścić Irlandię i nie chciał walczyć zbrojnie, staje po stronie radykałów. Konflikt między braćmi narasta, tak samo jak w całym społeczeństwie. Ludzie, którzy walczyli ramię w ramię o wolność Irlandii, strzelają do siebie nawzajem. I choć dla jednego reżysera „wolnopaństwowcy” są ugodowcami i zdrajcami, a drugi przedstawia radykałów jako bandę głupich warchołów, to jednak obie strony miały swoje racje.

 

Dawno żaden film nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia jak „Wiatr buszujący w jęczmieniu”, być może nawet nigdy żaden. Przedstawia dramat nacjonalisty i tragedię braci, którzy nagle znajdują się po przeciwnych stronach barykady. Żaden z nich nie zdradził przecież młodzieńczych Ideałów, mimo że Damien oskarża o to starszego brata. Żaden z nich nie chciał tej wojny. Jednak ona wybuchła. Teddy kierował się rozsądkiem i żołnierskim obowiązkiem, podobnie jak Collins doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że zwycięstwo jest połowiczne, ale jest. Wiedział, że nie było żadnej alternatywy, chyba, że za taką uznać kolejną, z góry przegraną, wojnę i utratę szansy na wolną Irlandię. Młody lekarz był romantykiem, nie mógł się pogodzić z tym, że przywódcy poszli na kompromis, dla niego i wielu innych bohaterów filmu była to zdrada. On wierzył w Republikę i o nią walczył, nie o dominium brytyjskie.

 

Osobiście poruszyła mnie jedna z ostatnich scen filmu Loacha, kiedy Damien pisze list do ukochanej. Ma rację, że łatwo określić przeciw czemu się jest, o wiele trudniej – o co się walczy. Sto lat później my – polscy nacjonaliści mamy dokładnie ten sam problem. Pisze również, że jego brat jest już martwy w środku. Nie potrafi zrozumieć, że Teddy służy wolnej Irlandii, jedynej, jaka była wówczas możliwa.

 

Wojna domowa między niedawnymi towarzyszami broni, w obronie niesatysfakcjonującego nikogo kompromisu, lub też przeciw niewystarczającemu zwycięstwu. Oto dramat nacjonalisty. Obie strony pozostawały wierne temu w co wierzyły, ale to nie wystarczyło, aby dalej działać razem, albo chociaż zapobiec rozlewowi krwi. Strona po której walczyli poszczególni bojownicy często była przypadkowa, decydowało to jak zachował się dowódca, przyjaciele, kogo poparł w kazaniu lokalny ksiądz. I choć historia pokazała że właściwą, choć trudną, drogę wybrał Collins, to my możemy rozmyślać i czytać sto lat później, gdybyśmy wtedy byli Irlandczykami, zapewne wielu z nas, ludzi o poglądach zdecydowanie radykalnych, odczuwałoby większą sympatię do anty-traktatowców. Nie jestem w stanie powiedzieć, po której stronie opowiedziałbym się na miejscu bohaterów „Wiatru buszującego w jęczmieniu”, to naprawdę zależałoby od otoczenia, dowództwa, autorytetów, ale wrodzone warcholstwo, ekstremizm i świadomość, że zwycięstwo nie jest pełne zapewne odegrałyby bardzo dużą rolę. Myślę, że większość Czytelników Szturmu miałaby podobne odczucia. Łatwo być mądrym z własnej kanapy sto lat później, kiedy wiadomo jak się potoczyła historia.

 

Michael Collins przeżył zaledwie 31 lat, zabili go dawni towarzysze broni. Stanowi on jednak przykład nacjonalisty skutecznego, który wywalczył dla swojego narodu wolność, człowieka, który poszedł na kompromis, ale taki, który nie był zdradą Ideałów, a zwycięstwem, gorzkim i niepełnym, ale jakże Irlandii potrzebnym. Sam de Valera po latach powiedział: „Jestem przekonany, że z czasem historia uzna wielkość Michaela Collinsa i uczyni to moim kosztem.” Dzieje walki Irlandczyków o niepodległość, a także ich wielce inspirującego nacjonalizmu opisał w serii artykułów na naszych łamach wspomniany już Patryk Płokita. Zachęcam do lektury tych tekstów, które są dostępne w Szturmowym archiwum.

 

Dwadzieścia pięć lat po wojnie domowej Wolne Państwo Irlandzkie zmieniło nazwę na Irlandię. W 1949 roku proklamowano republikę. De Valera był prezydentem jeszcze w wieku 91 lat. W Belfaście dalej rządzą Brytyjczycy, co jakiś czas leje się krew.

 

Oba filmy, mówiące o tej jakże trudnej da Irlandczyków historii są nakręcone bardzo dobrze. Ogląda się je z olbrzymim zaciekawieniem, Role aktorów należy ocenić bardzo wysoko, Teddy, Damien, Dan, Sinead, Collins, de Valera, Boland, a także postacie drugoplanowe żyją, są wiarygodne, epoka jest odwzorowana wiernie, widać, że filmowcy naprawdę przyłożyli się do pracy, opowiadając arcyciekawą historię w świetny sposób, a wszystko to w otoczeniu pięknej irlandzkiej przyrody. Cztery godziny, które trzeba poświęcić na obejrzenie obydwu filmów miną bardzo szybko, będą świetnie spożytkowanym czasem. Naprawdę kawał dobrego kina, skłaniającego do bardzo istotnych dla nacjonalisty rozważań, mówiącego o trudnych wyborach ideowca. Oba filmy się doskonale uzupełniają, nie tylko dlatego, że przedstawiają dwa punkty widzenia na wojnę domową, ale także dwa różne poziomy na jakich toczyła się walka, i to jak spór liderów w Dublinie wpłynął na losy prostych bojowników z prowincji.

 

 

Maksymilian Ratajski