Wydrukuj tę stronę
niedziela, 29 marzec 2020 23:49

Jarosław Ostrogniew - Pandemia koronawirusa: ostateczny upadek globalizmu?

Trawestując popularny ostatnio mem - kto wygra pojedynek: największy i najbogatszy międzynarodowy system w historii ludzkości czy jeden mały wirus? Wygląda na to, że jednak mały wirus… Światowa pandemia koronawirusa jest kryzysem, który może doprowadzić do krachu globalizmu, zarówno jako systemu jak i jako ideologii.

W niniejszym artykule przyjrzymy się najważniejszym aspektom tego kryzysu globalizmu: ideologicznemu, ekonomicznemu, politycznemu, a także temu w jaki sposób w obliczu pandemii załamuje się najbardziej widoczny i najbliższy przeciętnemu człowiekowi aspekt, czyli współczesny styl życia. Wykażemy również, że jedynym realnym podmiotem w obliczu takiego kryzysu jest państwo narodowe, a także zastanowimy się nad tym, co może stanowić realną alternatywę wobec globalizmu.

 


Ideologia



Ideologia golablizmu to ciekawe i wewnętrznie sprzeczne połączenie wiary w uniwersalne prawa człowieka z jednoczesnym outsourcingiem niewolnictwa do krajów trzeciego świata, haseł o potrzebie nieograniczonej wolności jednostki z jednoczesną totalną inwigilacją poprzez nowoczesne technologie, sloganów o walce z globalnym ociepleniem z jednoczesnym niszczeniem środowiska naturalnego na niespotykaną dotychczas skalę. Globalizm to apogeum Heideggerowskiego myślenia technologicznego, Nietzscheańskich ostatnich ludzi dążących do Fukuyamowskiego końca historii. Globalizm to globalna machina niszcząca kolejne lasy, kolejne oceany, kolejne narody i kolejne tradycje, powiewającą przy tym tęczową flagą i przekazującą datki na organizacje walczące z ubóstwem.

Podstawą ideologii globalizmu jest niwelowanie wszelkich różnic między ludźmi, między krajami, między narodami – każda forma tożsamości, która może zatrzymać samonakręcającą się spiralę hedonizmu i konsumpcjonizmu musi zostać zniszczona. Wrogiem jest tożsamość narodowa, religijna, a obecnie nawet płciowa i seksualna. Celem jest maksymalizacja zysku, a ona jest możliwa tylko dzięki nieograniczonemu konsumpcjonizmowi.

Jednym z przejawów ideologii globalizmu jest hasło znoszenia granic – między krajami, między narodami, między ludźmi. Jednak w sytuacji kryzysu takiego jak pandemia koronawirusa okazuje się, że jedynie granice mogą nas uratować. To właśnie brak granic, swobodny przepływa towarów i ludzi, który służy jedynie utrzymaniu w ruchu globalnego handlu i zapewnieniu maksymalizacji zysków międzynarodowych korporacji, sprowadził na wszystkich ten kryzys. Tymczasem pandemię może powstrzymać jedynie przywrócenie granic, zatrzymanie bezcelowego przepływu wszystkiego przez wszystkie kraje i tymczasowa izolacja. I gdyby wprowadzono ją wcześniej, ofiar śmiertelnych byłoby o wiele mniej. Dlaczego tego nie zrobiono? Pierwszym powodem jest wiara w ideologię globalizmu, wiara w to, że otwarte granice są dobre i nie mogą przynieść nic złego. Drugim powodem jest konieczność utrzymania zysków korporacji czerpiących zysk z globalnego handlu. Jak widać globalizm zabija – na wielu płaszczyznach.

 

Ekonomia


Kolejny raz okazuje się, że przenoszenie prawie całej produkcji przemysłowej poza Europę, a konkretnie do Chin, jest idiotycznym pomysłem. W sytuacji kryzysu, takiego jak pandemia (a pamiętajmy o tym, że w Chinach epidemie pojawiają się częściej, jak chociażby SARS czy ptasia grypa, które praktycznie nie dotarły na zachód), Chińczycy po prostu wstrzymają produkcję, przekierują najważniejsze towary na swój rynek wewnętrzny, zamkną kanały transportowe, a po kryzysie narzucą większe koszty produkcji albo cła – wszystko po to, aby ratować własną skórę. Nie można mieć o to do nich pretensji, działają we własnym interesie. Natomiast kraje zachodnie muszą przyjąć do wiadomości, że tak to właśnie działa i tak będzie działo się zawsze przy każdym kryzysie w Chinach.

Kolejnym problemem jest cały współczesny globalny system gospodarczy, który opiera się na siatce nachodzących na siebie połączeń obejmujących cały świat. Międzynarodowe firmy z siedzibami w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej zarządzają fabrykami w Chinach, w których pracują robotnicy z biedniejszych państw azjatyckich, przepływ towarów obsługują niemieckie firmy transportowe, w których pracują ludzie z Europy Wschodniej – i tak w nieskończoność. W sytuacji jakiegokolwiek kryzysu, okazuje się, że nie jest to sprawnie działający złożony organizm, tylko gigantyczny domek z kart, który sypie się przy najmniejszym podmuchu. Pamiętajmy o tym, że cały ten skomplikowany system nie jest utrzymywany przy życiu po to, aby zapewnić ludziom lepszy byt. Istnieje po to, aby powielać samego siebie w nieskończoność, aby ludzie, którzy sprawują władzę, wciąż ją sprawowali, aby ludzie, którzy czerpią z niego korzyści materialne, mieli coraz większy zysk. Celem tej – jak trafnie nazwał ją Jonathan Bowden – globalnej lewicowej oligarchii jest stworzenie idealnego świata, w którym zanikają różnice narodowe, istnieje jeden nieograniczony niczym światowy rynek, w którym pewna grupa etniczna oraz służąca jej wieloetniczna elita pełnią rolę pośredników w handlu wszystkich ze wszystkimi.

Gdy z powodu kryzysu takiego jak obecna pandemia padają szlaki transportowe i wstrzymywana jest produkcja, okazuje się, że globalny system ekonomiczny jest absurdalny i niepotrzebny. Fajnie, że w międzynarodowej sieci hipermarketów można kupić tani importowany ryż – gorzej że w sytuacji kryzysu nikt tego ryżu nam nie dostarczy. Nagle okazuje się, że jednak lokalna produkcja żywności, artykułów przemysłowych, czy leków oraz sprzętu medycznego jest w takiej sytuacji nie do zastąpienia.

Następnym problemem jest sam model działania międzynarodowych korporacji, które zakładają oddziały na całym świecie i dążą do tego, aby zapewnić obecność międzynarodowych pracowników w każdym oddziale, a także utrzymać ciągłą cyrkulację pracowników między oddziałami w różnych krajach. Nie ma to żadnego uzasadnienia – jest to jedna z ponowoczesnych czynności rytualnych, która wykonuje się po to, aby ją wykonywać. Abstrahując już od faktu, że międzynarodowe korporacje to najczęściej nic nie wytwarzające pasożyty, które mogłyby po prostu zniknąć i nikt szczególnie by tego nie odczuł. Nawet korporacje, które coś produkują, mogłyby zostać zastąpione przez narodowe firmy - istnienie międzynarodowych oddziałów jest tylko na pokaz i ma demonstrować, jak bardzo globalistyczna i globalna jest dana korporacja. Media rzadko podchwytują ten fakt, ale wiele osób, które rozsiewało wirusa po kolejnych krajach, podróżowało w związku z pracą w korporacjach, a lokalne oddziały międzynarodowych korporacji stawały się punktami rozprzestrzeniania wirusa na kolejne miasta.

Swoją drogą, ciekawe jest to, że różnego rodzaju ekonomiści i politycy pouczają wciąż ludzi, jacy mają być zaradni, przygotowani na najgorsze, ile powinni mieć oszczędności, żeby zachować płynność finansową, gdy stanie się coś złego, jak powinni się dostosować do zmieniających się warunków. Tymczasem, gdy pojawia się poważny kryzys, już po tygodniu zastoju w handlu czy produkcji wszystkie wielkie międzynarodowe korporacje nagle stoją na skraju bankructwa i trzeba je ratować. To w końcu po co są te wszystkie płatne elitarne studia z zarządzania? Po co te wszystkie szkolenie? Kreowani na herosów nowego kapitalizmu, wszyscy prezesi, CEOs i inni neoliberalni oligarchowie coś nie za bardzo radzą sobie z zarządzaniem. Czyżby nie oszczędzali i nie potrafili dostosować się do zmieniających się warunków? Kolejna sprawa - ciągle słuchamy o tym, jak wszystko musi być podporządkowane gospodarce, jaka gospodarka ważna, jaka stabilna, jaka to wielka machina, której szary człowiek nie może zrozumieć, ale od której zależy każdy aspekt jego życia. I nagle ta najpotężniejsza gospodarka w historii ludzkości, po tygodniu wolniejszych obrotów stoi na skraju zagłady i chwieje się w posadach. To wszystko zaczyna przypominać kolosa na glinianych nogach i jak w potiomkinowskiej wiosce spod świeżo pomalowanej fasady zaczyna wystawać zabita dechami rudera.



Życie codzienne



Pandemia brutalnie obnażyła słabość kolejnego aspektu globalizmu, a więc tak  zwanego współczesnego codziennego życia – na poziomie mieszkania, pracy, związków i rodziny, a także sposobów spędzania czasu wolnego.

Tak jak ból egzystencji inaczej przeżywa się w starym oplu, a inaczej w bentelyu, tak samo przymusową domową kwarantannę czy home office inaczej przeżywa się w deweloperskim mikroapartamencie, z balkonem wielkości krzesła, bez trawnika i podwórka, bo developerowi szkoda ziemi na takie luksusy, a inaczej w dużym mieszkaniu, nie mówiąc nawet o domu z ogrodem za miastem. Lewica i prawica kłócą się o wyższość wynajmu nad kredytem hipotecznym, ale prawda jest taka, że nawet rzeczywiście posiadany dom jest tańszy w utrzymaniu, niż wynajem czy rata kredytu za klitkę w centrum dużego miasta.

Nagle też okazało się, że w sytuacji przymusowego przebywania razem 24 godziny na dobę przez ponad tydzień gwiazda instagramu z urodą 11/10, ale z osobowością borderline w komplecie, jest mniej atrakcyjną partnerką, niż dziewczyna 6/10, za to miła i pracowita. Podobnie wiele kobiet przekonało się, że junior media sales branch vice-manager pracujący na umowę-zlecenie, może być gorszym partnerem niż mechanik pracujący na normalną umowę w fabryce, której nie zamkną z powodu epidemii (a nawet jeśli zamkną, zapłaci swoim pracownikom postojowe), który do tego potrafi sam naprawić coś w domu. No właśnie – umiejętności życiowe, kolejne wielkie szydło, które wyszło z worka w czasie pandemii i kłuje wszystkich w dupy. Cenione we współczesnej gospodarce i edukacji umiejętności takie jak robienie prezentacji w kilku aplikacjach, obsługa programów graficznych, dobre wyglądanie na zdjęciach, czy nawet mityczne programowanie są mniej przydatne niż chociażby gotowanie, umiejętność naprawienia czegoś w domu (włączając w to proste naprawy sprzętu elektronicznego) i generalnie wysoki poziom „ogarnięcia życiowego”.

Globaliści promują wizję świata, w którym każdy jest barberem albo trenerem personalnym prowadzącym własną działalność gospodarczą. Jednak teraz okazało się, że w sytuacji kryzysu takie osoby tracą pracę jako pierwsze, ich zawód ma bardzo niską użyteczność społeczną, a co więcej nie zapewnia bufora finansowego umożliwiającego przetrwanie w trudnych chwilach.

Okazało się również, że media społecznościowe i pornhub nie zastąpią relacji z drugą osobą: realnej bliskości emocjonalnej i fizycznej. Para, która przebywa razem w czasie odosobnienia, kiedy nie ma co robić, zawsze ma co robić – seks w związku jest prawie zawsze dobrym pomysłem, a w sytuacji stresu i powszechnego zagrożenia odgrywa istotną rolę w utrzymaniu dobrostanu psychicznego. Długotrwałe, bliskie i – nie bójmy się tego słowa – tradycyjne relacje właśnie w trudnych momentach zawsze wygrywają z przelotnymi kontaktami. Kolejnym ciekawym zjawiskiem z czasu pandemii jest prawie natychmiastowa śmierć aplikacji w stylu tindera. Umawianie się z kolejnymi osobami na randki (niezależnie, czy ktoś robi to, aby tylko porozmawiać, czy też żeby nawiązywać przygodne kontakty seksualne) nagle okazało się całkowicie pozbawione sensu, gdy randek nie będzie, a na dodatek kontakty z nowymi osobami obarczone są ryzykiem zarażenia koronawirusem.

Kolejna rzecz, której doświadcza wiele osób po kolejnym dniu spędzonym z przymusu w domu, jest poczucie ogarniającego bezsensu. Ludzie po prostu zaczynają czuć, że to wszystko nie ma sensu – w końcu ile można oglądać seriale albo grać w grę? Tym, co zawsze stanowiło dla ludzi mocną osłonę przed poczuciem bezsensu, jest posiadanie dzieci. Jest to jedna z naszych najsilniejszych biologicznych potrzeb, widoczna zwłaszcza u kobiet. Praca w domu z dziećmi, które muszą realizować w tym czasie lekcje, może być prawdziwą katorgą – ale od tej katorgi można odpocząć na spacerze, a potem wrócić do domu, w którym czeka na nas ktoś, kogo kochamy i kto nas kocha, w którym czujemy się potrzebni. Jest to o wiele lepsza opcja niż wieczny spokój w pustym mieszkaniu, w którym ewentualnie znajduje się przypadkowy partner, z którym łączą nas jedynie zamiłowanie do netflixa i rata kredytu.

Ludzie doświadczają kryzysu egzystencjalnego, ponieważ człowiek posiada głęboko zakorzenioną potrzebę przekroczenia swojej śmiertelności – czy to w podstawowy biologiczny sposób (poprzez posiadanie dzieci), czy to poprzez ponadczasowe osiągnięcia w różnych dziedzinach. Jednak współczesny system polityczno-ekonomiczno-kulturowy proponuje jedynie otępienie poprzez płaski hedonizm. Trawestując popularny ostatnio mem – odpowiedzią na poczucie bezsensu ma być „pizza zamówiona i koń zwalony”, a dla bardziej cierpiących leki SSRI. Jednak – jak mówił Varg Vikernes – młodzi ludzie w Europie może nie wiedzą, ale na pewno czują, że to wszystko jest nieprawdziwe, że życie, które proponuje im ten globalny i globalistyczny system jest pozbawione sensu.

Cały styl życia oparty na mieszkaniu z rodzicami do oporu i studiowaniu zbędnego kierunku, z obowiązkowym wyjazdem na erasmusa, a następnie wynajmowanie mikroapartamentu i wykonywanie zbędnej pracy w produkującej nic międzynarodowej korporacji, przelotne relacje i bezdzietność, wakacje spędzane na lataniu tanimi liniami i spaniu w międzynarodowej sieci hosteli w europejskich stolicach, z przerwami na udział w letnich festiwalach – cały ten hedonistyczny i nieznośnie lekki sposób bycia właśnie dostał kulę w potylicę (a raczej wirusa w płuca).

 

Polityka



Kto okazał się poważnym i realnym graczem politycznym w sytuacji globalnego kryzysu? Państwa narodowe. Jedyne w miarę działające międzynarodowe organizacje to te, które są nastawione na konkretny cel i są w nich stanowiska umożliwiające rzeczywiste podejmowanie decyzji, jak chociażby Światowa Organizacja Zdrowia. Natomiast Unia Europejska czy Organizacja Narodów Zjednoczonych kolejny raz okazały się niczym. UE czy ONZ istnieją tylko po to, aby zapewnić swoje istnienie – nie mają żadnego rzeczywistego celu. Co więcej, państwo narodowe ma – być może nie całkowity, ale zdecydowany – monopol na zinstytucjonalizowaną przemoc, na tworzenie i egzekwowanie prawa, na zarządzanie służbą ochrony zdrowia. I dzięki temu na swoim terytorium może narzucać swoje zasady. Co więcej – okazuj się, że państwa narodowe (niestety nie wszystkie) potrafią podejmować szybkie i racjonalne decyzje, a także skuteczne działania na rzecz swoich obywateli. I dobrze by było, gdyby po zakończeniu tego kryzysu, państwa narodowe twardo stawiały warunki i kontrolowały działalność ponadnarodowych podmiotów. Kolejny raz okazało się, że zamiast jeździć na unijne bieda-stypendia, lepiej było siedzieć w piwnicy i czytać Carla Schmitta. Suwerenem jest ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym. Istotą polityki jest podział na swoich i obcych – i stawianie interesów swojej wspólnoty nad innymi. W polityce ktoś musi podejmować decyzje i ponosić ich konsekwencje. W takim ujęciu prawdziwą siłą polityczną są państwa narodowe.

Kolejna kwestia, którą obnażyła pandemia koronawirusa, to kompromitacja wieloetnicznego modelu społeczeństwa. Co prawda ten model jest tak niewydolny, że codziennie słyszymy o jego mniejszych lub większych kompromitacjach, ale w przypadku poważnego kryzysu wszystkie problemy stają się o wiele poważniejsze i o wiele bardziej wyraźne. Społeczeństwa wieloetniczne, niezależnie od poziomu ich zamożności, funkcjonują gorzej niż społeczeństwa monoetniczne, niezależnie od poziomu ich zamożności. Nie mówimy tutaj o takiej oczywistej głupocie, jak akcje „zwalczaj rasizm, przytul Chińczyka”, po której we Włoszech nastąpił nagły przyrost zakażonych. Na całym świecie ludzie rzucili się do sklepów kupować makaron i papier toaletowy – ale w państwach takich jak Polska, Czechy czy Węgry w sklepach był tłok i co jakiś czas ktoś krzyczał na ekspedientki. Ludzie w większości przypadków zachowywali się w sposób cywilizowany – irracjonalny, ale cywilizowany. Natomiast w Wielkiej Brytanii, Francji, Holandii, czy nawet w Stanach Zjednoczonych oraz Australii w sklepach odbywały się regularne bitwy o papier toaletowy, a ludzie wychodzący z pełnymi koszykami ze sklepów byli rabowani. I jak łatwo się domyślić – ci Francuzi, czy Anglicy, którzy bili się i rabowali, to byli w rzeczywistości „Francuzi” i „Anglicy”, mocno opaleni, o imionach zaczynających się na Ahmed i Jamal.

W Wielkiej Brytanii lekarze i pracownicy służy zdrowia, którzy na podstawie swoich identyfikatorów służbowych mogą za darmo robić zakupy w marketach, są napadani i okradani ze wspomnianych identyfikatorów. We Francji mają miejsce napady na ciężarówki przewożące sprzęt medyczny i środki ochrony osobistej, a następnie maseczki czy żele dezynfekcyjne sprzedawane są po zawyżonych cenach na czarnym rynku. W Polsce nawet więźniowie poważnie podeszli do tematu izolacji społecznej i nie tylko w większości nie protestują przeciwko ograniczeniom odwiedzin, ale włączają się w szycie masek dla pracowników służby zdrowia. We Francji w więzieniach wybuchły masowe brutalne bunty.  W Polsce i innych krajach Europy Wschodniej spadła ilość popełnianych przestępstw, w pozostałych krajach – niekoniecznie. Nie wszyscy w Polsce przestrzegają nawet zasad kwarantanny domowej. I prawdą jest, że generalnie ludzie na zachodzie i południu Europy mają do wszystkich zaleceń i obostrzeń o wiele bardziej swobodny stosunek. Jednak znowu – w pozostałych krajach to imigranci w pierwszej kolejności nie przestrzegają zasad bezpieczeństwa, chodzą swobodnie po ulicach i spotykają się w większych grupach. Jest to spowodowane nie tylko tym, że nie są w stanie zrozumieć powagi sytuacji, ale też faktem, że gardzą oni zasadami społecznymi panującymi w Europie i wprost przyznają, że nienawidzą rdzennych Europejczyków i mają nadzieję, że wszyscy zdechną z powodu pandemii (nie bardzo martwiąc się tym, kto wówczas będzie im wypłacał zasiłki).

To nie jest tak, że w Polsce czy innych krajach w tej części Europy nie ma problemów i nie wszyscy zachowują się dobrze w obliczu epidemii. Jednak skala naszych problemów jest nieporównywalna do tego, co dzieje się w społeczeństwach wieloetnicznych. Kolejny raz sprawdza się zasada, że kto zaprasza do siebie Afrykańczyków – będzie miał u siebie Afrykę.

 

Alternatywa: nacjonalizm


W obliczu kryzysu pandemii okazuje się kolejny raz, że globalizm jest złym i niewydolnym systemem, który zawiódł we wszystkich aspektach: ideologicznym, ekonomicznym, politycznym i na podstawowym, najbardziej odczuwanym przez wszystkich poziomie – współczesnego stylu codziennego życia. Jakie rozwiązania proponujemy?

Na poziomie politycznym – powrót do jednolitych etnicznie państw narodowych. Jednolitość etniczna zapewnia wyższy poziom zaufania społecznego, a także lepsze funkcjonowanie społeczeństwa, co staje się szczególnie ważne w obliczu jakiegokolwiek kryzysu. Na poziomie ponadnarodowym – stworzenie rzeczywistej europejskiej współpracy politycznej, której głównym celem będzie zapewnienie przetrwania i dobrobytu wszystkich europejskich narodów, nie zysków międzynarodowym korporacjom i realizacji chorych pomysłów szalonych ideologów. Polityczna współpraca europejskich państw narodowych powinna skupiać się na najważniejszych kwestiach i być szczególnie mocna i skuteczna w sytuacji kryzysu. Unia Europejska i wszystkie związane z nią instytucje skupiają się przede wszystkim na kwestiach małego kalibru, z którymi spokojnie mogą sobie poradzić państwa narodowe, a nawet lokalne samorządy, a w sytuacji prawdziwego wyzwania eurokraci kolejny raz podkurczyli ogon i schowali się w swoich bezpiecznych i otoczonych drutem kolczastym luksusowych rezydencjach.

Na poziomie ekonomicznym – jedyną alternatywą wobec globalnego systemu gospodarczego jest stworzenie silnego europejskiego bloku. Żaden europejski kraj nie jest wystarczająco duży i nie ma wystarczających zasobów, aby stać się samowystarczalny. Jednak zjednoczona Europa może stać się niezależnym blokiem. Celem zjednoczenia europejskich państw narodowych musi być autarkia – Europa może i musi sama wytwarzać swoją żywność, sama wydobywać i przetwarzać swoje surowce, sama produkować swoje towary. Cała produkcja żywności i cała produkcja przemysłowa musi zostać przeniesiona z powrotem do Europy. Europejskimi fabrykami muszą zarządzać Europejczycy i muszą w nich pracować Europejczycy. Oprócz osiągnięcia autarkii, uniezależnienia się od reszty świata, „przy okazji” uda nam się osiągnąć kolejne pozytywne cele – zapewnienie lepszych warunków pracy i dobrych pensji robotnikom, kontrola nad jakością produkcji, czy zmniejszenie negatywnego wpływu przemysłu na środowisko naturalne. Oczywiście pociągnie to za sobą podniesienie cen niektórych towarów, ale też podniesienie ich jakości. Nastąpi koniec hiperkonsumpcji – ludzie nie będą już mogli kupować co sezon nowego smartfona, nowego zestawu tanich ubrań czy tanich mebli. I dobrze – jakość w końcu zastąpi ilość. Ekonomia powinna być podporządkowana polityce, nie polityka ekonomii. A głównym celem politycznym europejskiego bloku będzie zapewnienie przetrwania i dobrobytu europejskim narodom, nie zysku międzynarodowym korporacjom.

Na poziomie ideologicznym – zastąpienie ideologii globalizmu nowoczesnym nacjonalizmem. Podstawą nacjonalizmu jest uznanie znaczenia narodu – jako rzeczywistej, naprawdę istniejącej wspólnoty opartej na więzach krwi, ziemi i ducha. Kolejnym krokiem jest uznanie prawa każdego narodu do posiadania własnego państwa. Niezbędne jest odrzucenie szowinizmu – współczesny nacjonalizm oprócz narodowego ma także wymiar europejski. Kolejną kwestią, na poziomie życia człowieka, jest uznanie tragicznej koncepcji życia. Syntezą, która może połączyć ideologię nacjonalizmu z nowym nacjonalistycznym porządkiem Europy, jest archeofuturyzm: ponadczasowe idee oraz nowe środki ich realizacji. Wówczas tradycja naprawdę stanie się żywym ogniem, a nie zaglądaniem w popiół.

Na poziomie zwykłego codziennego życia nasze postulaty są proste i jasne: rodzina, praca, dobre warunki życia, ochrona zdrowia, zapewnienie dostępu do podstawowych dóbr. Ludzie, którzy mają pracę w normalnym wymiarze godzin, przy dobrym prawie pracy, z odpowiednią pensją, którzy mają kochającą rodzinę, którzy mają dzieci, o których przyszłość nie muszą się troszczyć, którzy mają odpowiednie mieszkania, dostęp do ochrony zdrowia, dobrej komunikacji, właściwej edukacji, którzy mają miłych sąsiadów, których imiona znają, którzy nie boją się wyjść wieczorem na spacer, albo pobiegać po parku, którzy zarabiają na tyle dobrze, że praca zarobkowa kobiet naprawdę jest wyborem, a nie koniecznością, którzy wykonują sensowną i potrzebną społecznie pracę, którzy przynależą do wspólnoty, którzy mają codzienny kontakt z niezniszczoną przyrodą i oddychają czystym powietrzem – tacy ludzie o wiele rzadziej doświadczają załamania, apatii, o wiele rzadziej cierpią na depresję i inne zaburzenia psychiczne.

Pandemia koronawirusa obnażyła bankructwo ideologiczne, polityczne i ekonomiczne globalizmu. Jedyną prawdziwą alternatywą jest nacjonalizm.

 

 

Jarosław Ostrogniew